Lao Che: instytucja kultury

images4

Jeśli teksty lidera płockiej formacji sytuują się w ścisłej krajowej czołówce nie tylko aktualnych dokonań w tej mierze, to swym niezaangażowaniem politycznym – przy jednocześnie bardzo bystrych i błyskotliwych obserwacjach socjologicznych – nawiązują przede wszystkim do klimatów okołorepublikańskich.

[more]

*

Nie kochałem dotąd tego zespołu, nie pokochałem też po tym – pierwszym moim – koncercie. Wątpliwości pozostały, jednakże nabrałem większego szacunku dla jego dokonań. Nadarzyła się bowiem wielka okazja, by zobaczyć w akcji LC za jedynie dwadzieścia pięć złotych i w dodatku w bardzo szlachetnych warunkach – w socrealistycznych okolicznościach przyrody Pałacu Kultury Zagłębia w Dąbrowie Górniczej, gmachu tyleż nienowym, co robiącym spore wrażenie starannością utrzymania.

Sala wypełniła się po brzegi – publicznością w bardzo różnym wieku. Układ siedzący, chcąc nie chcąc, wymusił bardziej stateczne zachowania, mimo iż im bliżej było końca, tym więcej nóg podrywało się do tańca.

Myślę, że Grzegorz Ciechowski, gdyby żył, ciepło wypowiadałby się o ekipie Spiętego. Bo jeśli teksty lidera płockiej formacji sytuują się w ścisłej krajowej czołówce i to nie tylko aktualnych dokonań w tej mierze, to swym niezaangażowaniem politycznym – przy jednocześnie bardzo bystrych i błyskotliwych obserwacjach socjologicznych – nawiązują przede wszystkim do 

klimatów okołorepublikańskich.

W tym miejscu od razu należy też nisko ukłonić się osobom odpowiedzialnym za nagłośnienie: wokal był znakomicie słyszalny, wysunięty do przodu. Tak powinno być, zwłaszcza gdy mamy do czynienia z mądrymi tekstami. Jednocześnie nie przeszkadzało to we właściwym ustawieniu proporcji – w każdej chwili można było skupić uwagę na dowolnym instrumencie.

Republika to skojarzenie również muzyczne. Aż dziw bierze, że frontman, gitarzysta i mózg całego przedsięwzięcia ma tyle  artystycznej dyscypliny w sobie, by niemal zupełnie – tak jak to miało miejsce w przypadku formacji toruńskiej – zrezygnować z solówek. Nawet jeśli Hubert Dobaczewski wirtuozem instrumentu nie jest, opanował go w takim stopniu, że mógłby pokusić się o danie palcom więcej swobody. Ale nie: liczą się powściągliwość i praca.Lao Che, po blisko dwudziestu latach działalności, to już instytucja, jedna z nie tak wielu na naszym rynku. A jednak, z góry proszę o łagodny wymiar kary, moje ucho miałoby ochotę zamieszać w tej maszynie. Tym, co trzyma mnie 

na dystans 

wobec tej kapeli, są dwie rzeczy. Pierwsza to elektronika: z jednej strony ta nowsza, sample i inne takie, z drugiej – nawiązująca do moich bardzo nieulubionych lat 80. Drugą kwestią jest, w ścisłym związku z pierwszą, mechaniczność rytmu – słuchając płyt można sądzić, że dźwięk perkusji jest zaprogramowany, a nie dobywany przez ludzi. Na żywo jest z tym niby lepiej, ale w stopniu w moim odczuciu zdecydowanie niewystarczającym. Jeśli szarą eminencją składu jest Rafał Borycki, bardzo stylowo grający na czterech strunach, świadomy zarówno historii rocka, jak i nawiązujący do klimatów nieodległych jazzowi, to w zderzeniu z jego grą  kompletny brak swingu u dwóch panów bębniarzy razi w uszy. I mam wątpliwości, czy wzięcie lekcji coś tu by zmieniło. Bo aż się, w wielu momentach, prosi, by zwolnić, pomiotełkować trochę, pomuskać z czułością talerze, a tu tylko mało finezyjne łup-łup-łup. Tak samo było, w zaskakująco obfitych, fragmentach reggae’owych: śliczny bas, a kołysania bębnów ani słychu. 

Zupełnie zbędna jest dla mnie obecność na scenie tego pana całkiem po prawej. Lao Che to jednak 

coś znacznie więcej

niż tylko DJ z komputerkiem firmy np. Apple, częściej rozkiwany na lewo i prawo, znacznie rzadziej udający, że gra, wydobywając syntetyczne, wcześniej zaprogramowane dźwięki.Tym bardziej zbędna, że formacja od pewnego czasu jest już septetem, a nowy nabytek, Karol Gola, nie tylko dodaje kolorytu występom zespołu swym dynamicznym zachowaniem, ale przede wszystkim smaczną grą na żywych instrumentach: saksofonie barytonowym czy flecie. A poza tym jest w stanie obsłużyć także klawiatury.

Dosyć tego mądrzenia się przy blogowym laptopie, jeśli jestem taki mądry, czemu sam nie założę zespołu? Spięty ma 

pomysł 

na wszystko, tak jak kiedyś Ciechowski. Na teksty, na muzykę, na aranżacje. Taki pomysł na pomieszanie stylistyk rockowej, gitarowej, syntezatorowej i samplowanej. I to działa już od kilkunastu lat, Lao Che to firma, zespół dający mocny, profesjonalny w każdym calu koncert, zespół podobający się ludziom bardzo młodym i tym średnim wieku, ale także osobom ze znacznie zaawansowanymi peselami. Odnieść sukces komercyjny, nie wdzięcząc się do publiczności, tym bardziej – broń, Boże – nie schlebiając gustom tzw. ogółu, to sztuka, która udała się i udaje  nielicznym. Te niemal dwie godziny wczoraj potwierdziły tylko wszystkie atuty. A malkontenci, tacy jak ja, dowodzą jedynie odwiecznej prawdy, że jeszcze się taki nie urodził, co by wszystkim dogodził. Ale racja nie jest po stronie malkontentów, lecz, rozluźnionego nieco, Spiętego. Który wie jak – i potrafi.

(Lao Che, Pałac Kultury Zagłębia, Dąbrowa Górnicza, 18 października)

Nie lubię piosenki aktorskiej

Trudno sobie wyobrazić dziś sztukę bez filmu i teatru. Ba, nie tylko sztukę, świat cały bez filmu (bo już nie bez teatru niestety) byłby jakiś niepełny. Jeśli zaś filmy, to i – nieuchronnie – aktorzy. Kiepscy, tacy sobie, nieźli. Dobrzy, znakomici i genialni. I ci, co gdzieś pod koniec życia już nie grają, a ich wielkość objawia się poprzez samo tylko bycie przed kamerą. Na przykład John Gielgud, a ostatnio, w Miłości Hanekego, Jean-Louis Trintignant i Emmanuelle Riva.

[more]

Co innego jednak, gdy zadanie aktorskie sprowadza się do jednego tylko sposobu ekspresji – śpiewania. Zwykle trudno się do czegoś przyczepić. Zdecydowana większość tych pań i panów potrafi to robić. Lekcje dykcji i śpiewu zostały sumiennie odrobione, technika stoi więc na co najmniej przyzwoitym poziomie. Z barwą głosu bywa różnie, ale tego już wypracować się nie da.

Aktorzy śpiewają.

Wielu z nich to lubi, kocha, wielu nagrywa płyty, występuje z recitalami. Aktorzy mają od lat swój przegląd piosenki we Wrocławiu. Piosenka aktorska – cóż to za przedziwna kategoria logiczno-semantyczna. Sugerująca jakoby wyższy stopień wtajemniczenia. Piosenka aktorska nie jest zwykłą piosenką, toteż nie wolno jej mierzyć tą samą, pospolitą miarą. A to niby dlaczego?!

Aktorzy zwykle opierają swój repertuar na piosenkach znanych z innych wykonań, ale, zdarza się, śpiewają całkiem nowe utwory. Poza bardzo nielicznymi przypadkami – nie wierzę im. Ani trochę, w ani jedno wyśpiewane słowo. Każdy ruch, każdy gest zawczasu przemyślany, wyreżyserowany. Nic przecież nie można pozostawić przypadkowi. Gdzie tu jest miejsce na naturalność, spontaniczność?

Krążę wokół rocka, muzyki – pisałem już o tym – w przeważającej mierze oryginału, częstokroć niedoskonałego od strony wykonawczej i realizacyjnej (zwłaszcza gdy mówimy o dawnych latach). Ale oryginału. Wykonawcy rockowemu może czegoś nie stawać: głosu, sprawności jako instrumentalisty, tekściarza, czasem wszystkiego razem, a jednak w dalszym ciągu ma w sobie to coś, czym przyciąga do siebie słuchaczy. Autentyzm, prawdę przekazu. Śpiewanie i granie prosto z serca, z trzewi. Rokendrol to rodzaj psychicznego striptizu, obnażania się przed publicznością, ujawniania własnej osobowości. To przekaz w relacji jeden do jednego, bez żadnego ściemniania, oszukiwania. Nawet sceniczna kreacja pozostaje nadal sposobem na wyrażanie siebie.

Z piosenką w wydaniu aktorskim jest zupełnie inaczej. To, co w teatrze bądź filmie czasem zachwyca, w dekoracjach muzycznych budzi moją niechęć. Jawi mi się jako udawane, sztuczne. Nieprawdziwe. Zadanie aktorskie utkane z cudzych słów, cudzych emocji, cudzych rytmów. Zalatuje mi od tego czymś, co w sztuce – jak ją rozumiem – jest niedopuszczalne.

*

Myślę o wspomnianym już Wrocławiu sprzed lat.

Kombinat, ostatni koncert Republiki:

Krzywański, Biolik i Ciesielski wspierani jeszcze przez Piwowara. A zamiast nieżyjącego już Ciechowskiego – śpiewający aktorzy. Ten występ oglądany w TV w parę miesięcy po śmierci lidera grupy budził ciągle jeszcze wielkie wzruszenie. Deklaracja pozostałych panów, że to ostatni raz, że bez Grzegorza Republika nie może dalej istnieć – robiła wrażenie i napawała smutkiem, tak mocno przypominając o nieuchronności losu. Gdy jednak największe emocje opadły, gdy minęło kilka lat – nie byłem w stanie powtórnie oglądać tego koncertu bez raz po raz zapalającego się w głowie światła (mniejsza, czy żółtego, czy czerwonego).

Dlaczego wspominam akurat to wydarzenie? Bo ono jest idealną ilustracją zderzenia dwóch nieprzystawalnych światów: znakomitych piosenek śpiewanych przez wybitnego, sepleniącego wokalistę oraz profanujących te utwory aktorów, którzy znakomicie przygotowali się do odegrania kolejnej roli. Rokendrolowy oryginał wielkiej próby i aktorska czeska biżuteria. Plagiat lśniący i do porzygania gładki. Czy to przypadek, że koncertu do dziś nie ma na CD i DVD? Błagam, oby nikomu nie przyszło do głowy tego zmieniać. Przez wzgląd na Obywatela G.C. i pamięć o ogrodach.

A co do aktorów… Ktoś kiedyś powiedział, że jeśli poeci piszą tylko dla poetów, to i tak jest ich bardzo dużo. Niech więc aktorzy śpiewają dla aktorów. Z każdym nowym serialem jest ich wciąż więcej i więcej. Niech śpiewają tym, którzy chcą ich słuchać. Ale nie mi.

Ubieranie choinki 2011, Republikanie i Turnaulandia

Cztery dni temu minęła dziesiąta rocznica śmierci Grzegorza Ciechowskiego. Wspominano wielokrotnie, jak Markowi Niedźwieckiemu przyszło na antenie Trójki podać tę okropną wiadomość. To był ogromny szok. Umieranie w wieku czterdziestu czterech lat jest zdecydowanie przedwczesne, a tu w dodatku chodziło o osobę ze świata kultury, powszechnie znaną, cenioną, o bardzo inteligentnego człowieka, niezwykle zdolnego kompozytora. I to tuż przed świętami.

[more]

W 2001 roku

zmarł mój ojciec, w marcu. Zmarł także Stanisław Zybowski, prywatnie mąż Urszuli. Świetny, niespełniony, niewykorzystany odpowiednio rockowy gitarzysta. Facet, o którym Ciechowski powiedział swego czasu, że był jedynym, który po wyjeździe z Polski „Samby” Otrębskiego (nagrywali razem Tak, tak) był w stanie w krótkim czasie wyuczyć się materiału, który grany był potem podczas trasy koncertowej. Byłem w 1988 roku, widziałem. Pełny „Spodek”, cały zespół w rewelacyjnej formie, Ciechowski u szczytu swych twórczych sił – miał wtedy trzydzieści jeden lat.

Nigdy nie byłem zwariowanym fanem Republiki, uważam, że miała lepsze i gorsze momenty, ale to wszystko są rozważania i oceny artystyczne dotyczące poziomu dla większości muzyków – i to nie tylko w granicach Polski – niedostępnego. Dlatego 22 grudnia miałem pretekst, by kupić wreszcie Nowe sytuacje na CD (muzyka i okładka wciąż robią wrażenie). I by tego dnia, przy ustawianiu choinki, wrzucić do szufladki odtwarzacza kilka płyt tej grupy.

*

A na odmianę, po secie Republiki, puściłem sobie świątecznego Turnaua. I przyszło mi do głowy, że gdyby Ciechowski żył – tych

dwóch Panów Grzegorzów,

dwóch pianistów i kompozytorów, może zeszłoby się ze sobą na scenie. Dwa światy (ale czy Robert Fripp, lider King Crimson, tak inspirujący dla G. C., i Keith Emerson, który mocno pobrzmiewa w wielu utworach G. T., są aż tak daleko od siebie?), dwie estetyki – to byłoby ciekawe. Nawet dwie dykcje – nienaganna Turnaua i kiepska Ciechowskiego – takie zderzenie to dla niejednego odbiorcy muzyki w Polsce byłoby coś. Niemożliwe?

Dziś taki kwartet: Grzegorz T. śpiewający kawałki Republiki, a razem z nim na scenie Krzywański, Biolik i Ciesielski – mógłby stworzyć jakość, która nam tu na ziemi i Obywatelowi G.C. w niebie chyba bardzo by się spodobała. Grzegorz Turnau bardzo twórczo podszedł już do piosenek Starszych Panów (znakomita Cafe Sułtan) i Marka Grechuty. Sądzę, że piosenki Ciechowskiego także potraktowałby, w odróżnieniu od kilku innych interpretatorów, w zupełnie nowy sposób.

I – mam wrażenie, że czterech inteligentnych facetów nie miałoby problemów z dogadaniem się. Tak więc – kawałki Republiki w aranżacjach Turnaua. Panowie, proszę do sali prób!

(pisane 26 grudnia 2011)



Kołysanki dla dorosłych – Muchy, Chcecicospowiedziec, 2012

Ach, te trzecie płyty! Jak mówi stara anegdota, na pierwszą trafiają najlepsze kompozycje z całego, czasem wieloletniego dorobku grupy. Na drugą – to, co nie zmieściło się na pierwszej oraz parę szybko napisanych kawałków. I… Albo talentu starcza, by komponować i nagrywać dalej, albo talent rozkwita, albo chowamy instrumenty do pokrowców i idziemy szukać innej roboty.

[more]

Poznańskie Muchy, w pięć lat po swym debiucie fonograficznym, serwują trzecią płytę. Jedna z największych nadziei polskiego rocka ostatnich lat udowadnia, że warto na nią stawiać. Zespół rozwija się znakomicie, co potwierdza

nową porcją świetnej muzyki,

a jednocześnie sygnalizuje, że wciąż poszukuje i że najlepsze jeszcze przed nim. Oby, z całego serca życzę chłopakom, by poszli w ślady Heya czy Myslowitz. Bo gdy czytam o zmianach personalnych, to nic w nich szczególnie dziwnego, są immanentną cechą wszelkiej działalności ludzkiej, a nie tylko funkcjonowania kapeli rockowej. Natomiast przykro jest dowiadywać się, że

zespół tak dobrze rockujący i rokujący

miał dwanaście miesięcy temu problemy ze znalezieniem wydawcy.

Muchy swoim graniem dodają też otuchy tym, którzy – jak ja czasami – zaczynają wątpić, że bliski mainstreamu, lżejszy, gitarowy rock  jest jeszcze w stanie coś światu zaproponować. Bądźmy ostrożni z mówieniem o czymś nowym, naprawdę wystarczy, jeśli powieje dobrą energią i świeżością.

Korzeni muzyki poznaniaków upatrywać należy w latach 80. Brzmieniowo skojarzenia mamy z The Smiths i gitarą Johny’ego Marra (choć znacznie mocniejsze na wcześniejszych albumach), natomiast za sprawą niebanalnych tekstów, głosu Michała Wiraszki, pomysłów aranżacyjnych – kłania się Republika, a klawisze na tym krążku mogą kojarzyć się ze Smashing Pumpkins czy wspomnianym już Heyem (dzięki producenckim dłoniom Marcina Borsa). Ale dość szukania tropów, bo kompozycje kapeli nie pozwalają się jednoznacznie zdefiniować, są zdecydowanie autonomiczną propozycją.

To nie jest granie, które wpada w ucho od pierwszego słuchania. Ono domaga się oderwania od innych czynności dnia codziennego, poświęcenia uwagi zarówno tekstom, jak i warstwie muzycznej.

Trudno zakochać się od pierwszego wejrzenia,

za to jeśli coś za piątym – siódmym razem wejdzie mocno do głowy, już z niej nie wyjdzie. Zapewniam, że warto dać tym piosenkom szansę – Muchy to jedno z najciekawszych zjawisk na rodzimej scenie rockowej.

Płyta wciąż jest dla mnie zbyt nowa, bym bez ryzyka miał  wskazywać na niej faworytów. Z radia znamy świetne Zamarzam i Nieprzeszkadzajmibotańczę. Dziś zwracają moją uwagę Poznań i Anisłowa (przejmujące wersy: ani słowa o miłości i o tego typu sprawach w kołysankach dla dorosłych). I jeszcze… Płyta trwa niespełna trzydzieści osiem minut, ale nie ma na niej słabych momentów.