Rush, Moving Pictures, 1981

Zimą 1978 roku Piotr Kaczkowski prezentował w czterech kolejnych „Minimaksach” Second’s Out, dwupłytowy, koncertowy album Genesis. W półgodzinnych wówczas audycjach zostawało parę minut na inną muzykę. I to wtedy po raz pierwszy usłyszeliśmy o kanadyjskim zespole Rush. Czasu starczylo na największy hicior Closer To The Heart i fragment Bastille Day. Chyba rok później, w tym samym programie, usłyszałem Hemispheres.

[more]

Po latach dokonania tria budzą we mnie mieszane uczucia. Pierwsze płyty, z rozbudowanymi nad miarę utworami robią dość pokraczne wrażenie, nawet jeśli w tych przydługich kompozycjach trafiają się niezłe pomysły. Ciekawiej sprawy się mają w przypadku prostych, rockowych piosenek, jak choćby dwóch wymienionych wyżej. Okołozeppelinowskie brzmienia lepiej znoszą upływ czasu niż już wtedy wątpliwe klimaty progresywne.

Punktem granicznym

jest album Hemispheres (1978), z suitą tytułową, wyraźnie nawiązującą do poprzedniego okresu działalności grupy, oraz krótszymi utworami. Ostatni z nich, znakomity La Villa Strangiato, bogato zaaranżowany, mieniący się wieloma pomysłami i wirtuozowsko zagrany, sygnalizuje nową – i najlepszą – jakość spod znaku Rush.

Trzy lata później ukazuje się Moving Pictures – album, na którym grupa definitywnie rozstaje się z długimi formami muzycznymi, serwując

siedem porywających utworów.

Przez kolejne trzy dekady Kanadyjczycy wciąż – w bardziej lub mniej udany sposób – nawiązują do patentów tego krążka.

„Trio to taki układ, który od każdego ogniwa wymaga ciągle idealnego funkcjonowania i wpasowania się. W innym przypadku cały układ zaczyna się sypać” – mniej więcej coś takiego powiedzieli Geddy Lee, Alex Lifeson i Neil Peart. Rush nigdy nie popychali świata naprzód, ale do dziś robią spore wrażenie – na wielu pośród tych, którzy lubią słuchać, ale też, co znamienne, na tych, którzy sami próbują uprawiać muzyczną grządkę.

Warsztat

bowiem, jakim dysponują ci trzej panowie, budzi najwyższe uznanie – to po prostu wściekły profesjonalizm. W połączeniu z najlepszymi momentami twórczymi, a do takich należy płyta z 1981 roku, przynoszący efekty, które opierają się upływowi czasu.

Siedem kawałków brawurowo zaaranżowanych i wykonanych, zręcznie – gdy chodzi o stylistykę – balansujących między hard i progressive rockiem, a czasem wręcz popem. Trudno wskazywać na tej znakomitej płycie utwory najlepsze. Nie wiem, czy należy do nich słynny Tom Sawyer, szalony instrumental Yyz, rozbudowany The Camera Eye czy przebojowe Limelight albo rushowe reggae Vital Signs. Czego jeszcze nie wymieniłem? Najlepiej więc sięgnąć po cały materiał.


Po trzykroć tak – Yes, Close To The Edge, 1972

Zespól Yes został powołany do życia w 1968 roku. Po trzech latach uformował się jego najlepszy skład (Anderson, Bruford, Howe, Squire i Wakeman), w którym nagrali bardzo dobry Fragile.

Ten okres – koniec lat 60. i początek 70. – był najlepszym dla muzyki progresywnej, symfonicznej. Zresztą, młody krzew o nazwie rock’n’roll osiągnął wtedy dojrzały już kształt. Każda nowa gałąź wydawała smakowite owoce w takich ilościach, że dziś możemy tylko z zazdrością patrzeć w przeszłość.

[more]

Yes za sprawą wspomnianego albumu stał się

ekstraklasowym zespołem rockowym,

a wśród wykonawców symforockowych do dziś wymieniany jest jako jeden z najlepszych. Pierwszorzędne znaczenie dla takich ocen  ma krążek wydany w 1972 roku – Close To The Edge.

To muzyka, która była ze mną właściwie zawsze. Jakie to przyjemne – uświadomić sobie w dojrzałych już latach, że te nuty wyryte we wczesnej młodości w głowie są naprawdę znakomite. Najpierw na jednej z taśm magnetofonowych mieli nagraną tę płytę moi bracia. W 1978 roku Piotr Kaczkowski prezentował dyskografię zespołu, a ja – na swej pierwszej szpuli! – zapisałem cały materiał z tego albumu. A kilkanaście lat później był to jeden z pierwszych zakupów kompaktowych. (Bardzo nie lubię pożyczać płyt, ale tę zdarzyło mi się kiedyś wypuścić z rąk i wróciła do mnie w opłakanym stanie. Wciąż nie mogę pojąć, co niektórzy ludzie robią z płytami – czy traktują je jako podstawki pod filiżankę kawy, jedzą na nich jajecznicę, czy się nimi rzucają? Co trzeba robić, by tak porysować i wybrudzić CD?!).

Album zawiera

tylko trzy utwory.

Na pierwszej stronie analoga ten tytułowy, na drugiej And You And I oraz Siberian Khatru. Mam do tej muzyki nabożny stosunek – to symfoniczne mistrzostwo świata. Jedna z tych płyt, na przykładzie których najlepiej i najłatwiej opisywać albo uświadamiać sobie, na czym polegał ten rodzaj grania. Tak jakoś „dziwnie” się składa, że w najlepszych kapelach tego nurtu grali wybitni instrumentaliści – słabi po prostu nie sprostaliby wymaganiom formalnym, jakimi były misternie zbudowane i niekrótkie najczęściej utwory.

Rockowe arcydzieła to zwykle efekt twórczego szczytu kilku ludzi, tej szczególnej chemii, jaka musi towarzyszyć powstawaniu wyjątkowego materiału muzycznego. Chemii, która bynajmniej nie musi oznaczać bliskości innej niż muzyczna. Historia Yes naznaczona jest wyjątkowo dużą ilością nieporozumień – bijatyk na scenie, procesów sądowych, rozstań i powrotów.

To wydarzyło się jednak później. Yes A. D. 1972 oznacza

wszystko, co najlepsze.

Charakterystyczny, wysoki głos Iona Andersona, wspaniałe chórki, bębny jednego z najlepszych rockowych perkusistów, Billa Bruforda, mocny bas Chrisa Squire’a i natychmiast rozpoznawalna gitara Steve’a Howe’a – a nad tym wszystkim bogata faktura instrumentów klawiszowych Ricka Wakemana. Każdy z nich ma tu swoje momenty. Smakujemy zarówno fragmenty allegro i adagio utworu tytułowego, monumentalne, katedralne organy towarzyszące zmaganiom sił życia i śmierci w głowie młodego twórcy (o tym jest ten utwór), potem oszałamiająco piękne harmonie And You And I, jak i podziwiamy rozpędzony rockowy walec w finale płyty.

Tak ułożyło mi się to w głowie – wielki szacunek dla dokonań kilku zespołów tego nurtu sprzed mniej więcej czterdziestu lat, kilka – kilkanaście ukochanych już na zawsze płyt. A drugiej strony – wielka niechęć i nieufność do tego, co nastąpiło potem: przede wszystkim do następców (np. Marillion, Pendragon czy Archive), ale i do odgrzewanych kotletów w wykonaniu niektórych z grona wielkich kiedyś artystów. Prosty rokendrol w najlepszym wydaniu broni się nadal, rozbudowane formy oparte na brzmieniu instrumentów klawiszowych – od dawna już zjadają własny ogon, wydając nieświeżą woń epigoństwa.

Ale jak było na początku, jak to robili najlepsi – warto posłuchać. To ciągle wielka muzyka.


Głos nie z tej Ziemi, czyli z Merkurego

Gdy w grudniu 1980 roku został, w wieku czterdziestu lat, zastrzelony John Lennon, miałem osiemnaście lat. Wtedy czterdziestka wydawała mi się pokaźnym wynikiem. Gdy jedenaście lat później umarł Freddie Mercury, a miał pięć więcej niż Lennon, myślałem już inaczej.

Dziś sam mam pięć krzyżyków na karku, co ciągle do mnie nie dociera i wciąż – mimo różnych problemów – chce mi się żyć. Wciąż wierzę, że jeszcze parę ciekawych rzeczy przede mną.
Ileż mogli jeszcze skomponować obaj wymienieni wyżej artyści, ile płyt mogli wydać, wspaniałych piosenek napisać, ile dać niezapomnianych koncertów!

[more]

Od razu powiem, że

Queen

właściwie nigdy nie należeli do tej grupy wykonawców, których darzyłem szczególną atencją. Poza może samym początkiem, a tym dla mnie była prezentacja w 1978 roku – w audycji, a jakże, Piotra Kaczkowskiego – krążka Jazz. Pewnie dlatego mam do tego albumu słabość do dziś. Rok później ukazał się dwupłytowy koncert Live Killers ze świetną, gitarową wersją We Will Rock You.

The Game, mimo dobrej singlowej zapowiedzi w postaci tytułowego nagrania, rozczarowywał. Nigdy nie polubiłem syntezatorów w queenowskim wydaniu. Nie rozumiałem, jak mając w składzie tak rasowego gitarzystę, jakim jest Brian May, można odwalać taką popelinę. Płyty studyjne w latach 80., nieliczne zresztą, szły swoją drogą. Jednak na koncertach, jak to zwykle się dzieje w takich przypadkach, dosypywania do pieca było znacznie więcej, czego znakomitym przykładem jest rejestracja występu na Wembley z 1986 roku, wydana sześć lat później, już po śmierci FM.

Innuendo (luty 1991), tworzona ze świadomością, że to już

nieuchronny koniec,

była powrotem do tych rozwiązań brzmieniowych i harmonicznych, które uczyniły z zespołu gwiazdę. Czyli, po prostu, do rokendrola – i tym większy był sukces tej płyty, naznaczonej nie tylko śmiercią, ale i powrotem do wielkiej formy artystycznej.

Powtórzę: ani Queen, ani tym bardziej solowe dokonania Mercury’ego nie rzucały i nie rzucają mnie na kolana. Ale z dwoma istotnymi zastrzeżeniami. Mianowicie: po pierwsze, mowa jest o bardzo ważnej w historii rocka grupie, mającej w swym dorobku wiele znakomitych utworów, a wśród nich – genialną Bohemian Rapsody (zobacz na fanpage’u Blog and rolla). Kompozycję, którą od lat na swej prywatnej topliście wszechczasów umieszczam w pierwszej trójce, obok Hey Jude Beatlesów i Stairway To Heaven Zeppelinów.

I, po drugie, mówimy o bardzo zdolnym kompozytorze i fenomenalnym

wokaliście, jedynym i niepowtarzalnym

wśród rockowych śpiewaków. Póki żył, chyba nie do końca uświadamialiśmy sobie, o jakiej skali głosem jest obdarzony. Brał te rockowe doły i – zwłaszcza – góry gór, Himalaje absolutne, falsety bynajmniej nie fałszem znaczone, jakby z rękami w kieszeni. Lekko i bez wysiłku, biegając przy tym ze statywem po scenie albo waląc w klawiaturę (pianistą akurat wybitnym nie był). Skalę jego głosu, niewyobrażalne możliwości niektórzy uświadomili sobie bardzo wyraźnie dopiero podczas transmisji koncertu poświęconego jego pamięci, który odbył się 20 kwietnia 1992 roku. Wystąpiło w nim wielu znakomitych artystów, wielu zmierzyło się z utworami Queen, ale – co dla niejednego rockfana było wielkim zaskoczeniem – jedynie George Michael dał im radę.

Freddie Mercury zostawił po sobie wiele sierot, oddanych fanów grupy do dziś są bowiem wielkie rzesze. Ale największymi sierotami są jego kumple z zespołu. John Deacon dał sobie spokój z muzyką, ale May z Rogerem Taylorem wciąż próbują grać kawałki Queen. Nie protestowałem, gdy przy mikrofonie stawał stylowy Paul Rodgers (ex-Free), ale teraz… Hm.

Tak. Wielki Fredek był – i jest nadal – tylko jeden.

Piotr Kaczkowski – postać 6

Czy można sobie wyobrazić muzykę drugiej połowy dwudziestego stulecia bez Beatlesów? Pewnie można, choć rozważanie to czysto akademickie. Świat nie znosi próżni, pewnie mielibyśmy jakieś „w zamian”. Ale – byli. I skala ich dokonań jest olbrzymia, a rola w historii muzyki popularnej nie do przecenienia.

Kaczka, jak z czułością mówili o nim nie tylko moi starsi bracia. Pan Piotr. Pan Piotruś. Redaktor Piotr Kaczkowski. Czy można sobie wyobrazić radiową Trójkę, ba! – całe polskie radio – bez tego głosu?

[more]

Rokendrolowe okno na świat

Przez wiele lat istniała tylko i wyłącznie muzyka. Pozycji muzycznych w ramówce było zbyt mało, by je zagadywać. Ileż razy zdarzało się coś takiego: „Minimax, minimum słów, maksimum muzyki. Przed mikrofonem Piotr Kaczkowski, dobry wieczór państwu. Dziś …. (tu padał tytuł płyty i nazwa lub nazwisko wykonawcy). Wszystkie tytuły za tydzień. Słuchamy!”. I tyle – by zmieścić jak najwięcej, w całości, bez brutalnego wyciszenia na koniec programu. Tak denerwującego dla tych, którzy nagrywali.

To właśnie określeni wykonawcy, ci, a nie inni – ci, których nagrania Pan Piotr wybierał do kolejnych audycji, budowali jego pomnik. Dobrą muzyką zaraził między Odrą a Bugiem niezliczone zastępy słuchaczy. To przede wszystkim on był tym rokendrolowym oknem na świat. Nie sposób wymienić w tym miejscu nazw i nazwisk tych, których zaszczepił nam pod skórą, których poznaliśmy właśnie dzięki niemu. Pan Piotr był i jest synonimem tych programów radiowych, w których grało i gra się najlepszą muzykę. On ustawił nam głowy i kręgosłupy muzyczne, a przede wszystkim nastroił uszy na odpowiednie częstotliwości. Wychowywał kolejne roczniki nasto- i dwudziestoparolatków i wypuszczał w świat. Nauczył, na czym polega to, co w rocku najlepsze.

Audycje

„Muzyczna poczta UKF” – w środy od 17.05 do 17.40, w której prezentował zarówno nowości, jak i całe dyskografie (były to czasy, w których nie było mowy o prawach autorskich, ale – z drugiej strony – gdyby nie łamanie tego prawa, niewiele byśmy dziś wiedzieli o rokendrolu), „W tonacji Trójki” – w środy, od 12.05 do 13.00. I, przede wszystkim, „Minimax” – wędrujący po różnych dniach tygodnia na przestrzeni lat – wpierw dwudziestominutowy, a w którymś momencie, pod koniec lat 70., już czterdziestominutowy, co często pozwalało zmieścić płytę w całości, w jednym programie.

To, co nastąpiło trochę później, gdy czasu antenowego otrzymał więcej, gdy zaczął prowadzić nocne audycje, tłumaczyć teksty i czarować głosem – dla mnie, przyznam, nie ma już większego znaczenia. On zaczarował mnie prezentowaną muzyką, a nie fantastycznym skądinąd głosem.

Po 1989 roku

Po 1989 roku wiele się zmieniło. W sklepach pojawiły się pierwsze odtwarzacze kompaktowe i płyty CD, trochę później komputery i internet. Trójka z różnym powodzeniem radziła sobie w nowej sytuacji. Czasem, o zgrozo, ścigając się z komercyjnymi radiostacjami i grając równie dużo muzycznego chłamu. Teraz – chyba wreszcie jest normalnie. Tak jak my, słuchacze, chcielibyśmy, by było zawsze. Pan Piotr, po latach zmagań z chorobą, znów jest na antenie – i oby tak zostało. Nawet uwzględniwszy fakt, że pewnie nie ja jeden spośród jego uczniów nie raz mu się sprzeniewierzyłem. Choćby dziś, gdy puszczał nagrania Stinga. Jako fan tego ostatniego poczułem się zdradzony i oszukany w 2008 roku na Stadionie Śląskim – i nie podzielam już emocji redaktora.

I jeszcze jedno. W latach 1998-2000 był dyrektorem Trójki. Nawet jeśli to nie był fotel dla niego, bo Piotr Kaczkowski jest nade wszystko dziennikarzem, a nie urzędnikiem i menedżerem, znowu zrobił coś bardzo znaczącego i trwałego. Wymyślił mianowicie trójkowe koncerty, które na stałe wrosły w krajobraz tej stacji radiowej.

Od lat redaguje też kolejne płyty z serii Minimaks.pl, które są miejscem fonograficznych debiutów młodych wykonawców.

Ostatnio odebrał Krzyż Oficerski Orderu Odrodzenia Polski przyznany mu już rok temu za wybitne zasługi dla Polskiego Radia. Może nie jest to tytuł szlachecki przyjęty z rąk królowej brytyjskiej, ale z pewnością dowód docenienia jego pasji. Pasji, którą potrafił zarazić tak wielu z nas, odpowiednio ustawiając muzyczne radary. I, co nie mniej ważne, zdobywając trwałe miejsce w tak wielu sercach wyznawców muzyki.


Gorzko, gorzko!

Gdzieś w połowie lat 80. przeprowadzono wśród radiowych dziennikarzy muzycznych ankietę. Zadano im kilka pytań, w tym o to, czy są wykonawcy, których nigdy nie zaprezentują w swych audycjach. Niektórzy z indagowanych dali upust swej niechęci do pewnych grajków, ale Piotr Kaczkowski, stary lis, odparł, że nie ma takich.

[more]

Pewnie wynikało to z co najmniej dwóch powodów. Po pierwsze,

nigdy nie wiadomo, co się wydarzy,

czy któryś z uprawiających obcą muzycznie glebę nie zabrnie nagle w klimaty, które mogą się okazać interesujące i wartościowe artystycznie. Po drugie, po co w taki głupi sposób się narażać – wykonawcom, których się nie lubi, i ich fanom.

Mam dziś więcej lat niż Pan Piotr wtedy, gdy udzielał tych odpowiedzi. Mnie czyta garstka, redaktor wiódł rząd dusz. Ryzyko więc małe, ale zawsze jednak – istniejące.

Bo tak sobie pomyślałem, że pisząc ciągle o ulubionych muzykantach, o ich najlepszych płytach – może zacmokam się z zachwytu. Co gorsza, zacmokam też Was, czytających.

No tak – ręka mnie świerzbi,

by palnąć coś o nieulubionych.

Nie żeby ze złością i złośliwością, bo już w jednym z pierwszych wpisów mówiłem, że moje sądy nikomu chwały nie przyniosą, a i krzywdy nie zrobią. Nie o to chodzi, by cały jad przez lata gromadzony pod skórą, całą złość na siebie, Boga albo los za życie właśnie takie i nie inne wysączyć w pisaninie o tych, których specjalnie nie cenię. Już biskup Krasicki pisał: „I krytyk zda się, kiedy nie z przynuką, bez żółci łaje, przystojnie się dąsa”.

I tu zatrzymuję się w pół kroku, w ćwierć zdania. Czy naprawdę tego chcę? Bez wyraźnej potrzeby, bez wewnętrznego imperatywu, by – będąc jako bokser przedstawicielem wagi lekkopółśmiesznej – ulżyć sobie za doznane od innych poniżenia?

Po co mi te trzy grosze

do na przykład dwunastu groszy, po co polonistycznie pastwić się nad panem, który cofa się do tyłu i któremu język się pląta, po co opowieści o leciwej grupie, której wokalista śpiewał dawno temu, że tylko niektórzy podjąć ją umią? Toż nawet bluesmanowi nad Wisłą najpierwszemu (i cenionemu, także przeze mnie) wyrosło z warg niegramatyczne drzewo i melorecytował „zetnij go”.

W starym dowcipie stoi tak:

Mojżesz po rozmowie z Bogiem schodzi z Synaju i powiada do swoich ludzi:
– Mam dla was dwie wiadomości, jedną dobrą, drugą złą. Od której mam zacząć?
– Od tej dobrej – odezwały się liczne głosy.
– Cały kodeks udało mi się zhandlować do dziesięciorga przykazań.
– A ta zła?
– „Nie cudzołóż” zostało.

Pozostając w tych klimatach,

wśród odwiecznych zasad,

przywołuję ósme: „Nie mów fałszywego świadectwa przeciw bliźniemu swemu”. Bo kimże ja jestem, by źle o innych świadczyć?

Powiem więc tylko, że rękę wypada podać każdemu, jeśli nawet nie z szacunku dla niego, to choć przez wzgląd na jego człowieczą godność, przez wzgląd na siebie i trzymanie jakiejś tam klasy. Ale nikt mnie nie zmusi, bym chciał piosenek napisanych i nagranych przez pewnych ludzi słuchać. Ludzi tych i tamtych, i jeszcze bardzo wielu innych. Próbowałem nie raz. Cóż jednak z tego – jeśli nie ma swingu, nie ma też przyjemności. I tyle.


Rapujący stary bluesman – Bob Dylan, Tempest, 2012

Zrobię coś, czego czynić nie zwykłem. Mianowicie na gorąco, tuż po ukazaniu się i zakupie – podzielę się swoimi wrażeniami po pierwszych odsłuchaniach nowego albumu Boba Dylana. Tym bardziej, że niewiele ryzykuję – jest znakomity.

[more]

Ikona, mistrz, geniusz – chwalebne epitety pod adresem bardzo niemłodego już artysty można by mnożyć. Sam jestem dostatecznie stary, a mam w dodatku (nie wypominając) starszych od siebie braci, więc pamiętam Dylana jeszcze z lat 60.

Potem, w następnych dwóch dekadach, Piotr Kaczkowski nigdy nie żałował swojego czasu antenowego na prezentację kolejnych jego albumów, a jest tego trochę. Kto dałby radę zrealizować katorżniczy kontrakt płytowy – dwadzieścia pięć albumów w dwadzieścia pięć lat – i nie polec śmiercią artystyczną?! Mr. Bob poradził sobie z tym zaskakująco dobrze, co tylko dowodzi jego wielkości. Ten jego podpis pod umową to właściwie jak stanąć przy taśmie w fabryce. Z tą różnicą, że chodzi nie o zwykłego wyrobnika, a postać w muzyce drugiej połowy XX wieku z grona tych największych.

Jakim Dylan jest mistrzem, widać w ostatnich kilkunastu latach, kiedy wreszcie – podkreślmy jeszcze raz: po paru dziesiątkach lat na scenie i po nagraniu kilkudziesięciu płyt, z których wiele przeszło do historii muzyki – wchodzi do studia nie pod jakąś presją, ale kiedy chce i by nagrać tylko to, co uważa na absolutnie godne zaprezentowania światu.

I tak jest od Time Out of Mind z 1997 roku. Wtedy tym krążkiem zachwycał się Paweł Kostrzewa. Serwował Dylana w swoim popołudniowym programie tak skutecznie, że zaraził mnie miłością do niego, uczuciem już bardzo dojrzałym. W ostatnim piętnastoleciu mistrz dobywa dźwięków ze swego gardła z coraz większym wysiłkiem, skrzecząc i chrypiąc na przemian, co zresztą absolutnie mi nie przeszkadza. W warstwie muzycznej zawsze był blisko źródeł – folku, gospel, country czy bluesa. Na stare lata zbliżył się szczególnie do tego ostatniego, do czarnych mistrzów gatunku, redukując aranżacje do minimum, czyniąc to jednak z wielkim smakiem.

I wszystkie te atuty widoczne są na piątym już w tej konwencji, dopiero co wydanym krążku. Muzyka niespieszna, nieprzytłaczająca. Jak to w bluesie – sączy się powoli z głośników do uszu słuchacza. Nie jest to więc granie dla tych, którzy – rozpędzeni w czynnościach codziennego życia – potrzebują podobnych rozwibrowanych dźwięków. Dylan otwiera przed nami swój muzyczny dom – dom niemłodego już człowieka, który wiele widział, wiele przeżył, którego nic już nie zdziwi i który nic już nie musi. Który mówi, że od wielu lat nie wydarzyło się w muzyce nic istotnego.

Jest korzennie, swingowo i stylowo. Otrzymujemy swoisty przewodnik po muzycznych stylach uprawianych za oceanem. Stare patenty kolejny raz złożone przez faceta, któremu rok temu stuknął siódmy krzyżyk, a który robi to z dziecięcą radością i świeżością dwudziestolatka. A wśród dziesięciu utworów natrafiamy nawet na numer hiphopowy – Tin Angel. Dylan raperem? Ależ tak, trzeba koniecznie posłuchać!

Cała płyta to dla mnie bomba, ja to kocham. Jak dobrze, że za muzyczną poligamię nikt nie ściga i można spokojnie przyznawać się do swoich gorących uczuć wobec tak wielu wykonawców. Chromolę, młody już nie jestem, więc wstydzić się nie mam zamiaru.

Ale o innych, a tych jest większość – o tych, których nie kocham, a czasem wręcz nie lubię – tutaj nie przeczytacie.

AC/DC, Back In Black, 1980

Australia musi leżeć bardzo daleko, skoro teraz gra się tam taką muzykę – powiedział Piotr Kaczkowski po zaprezentowaniu, bodaj wiosną 1978 roku, po raz pierwszy w polskim radiu, w programie W tonacji Trójki, grupy AC/DC. Była to porywająca, koncertowa wersja Whole Lotta Rosie z albumu Let There Be Rock (1977), jednej z najznakomitszych piosenek w dorobku zespołu.

[more]

Popularność AC/DC w Polsce, podobnie jak na całym świecie, rosła w szalonym jak gra Angusa Younga tempie. W 1979 roku ukazał się najlepszy z dotychczasowych albumów, Highway To Hell, ze znakomitymi kawałkami na początku i końcu krążka – tytułowym oraz Night Prowler.

W lutym następnego roku wokalista Bon Scott w wieku trzydziestu czterech lat zapił się na śmierć. Pozostali muzycy rozważali nawet  rozwiązanie zespołu, ale ze swoistą odsieczą przyszli… fani, proponując następcę zmarłego frontmana w osobie Briana Johnsona.

To niesamowite, ale pod koniec lipca na rynku pojawiła się nowa płyta. W jakim, tym razem artystycznym, gazie wspartym adrenaliną wewnątrzzespołowych wydarzeń musieli być ci ludzie, by w tak krótkim czasie wysmażyć nową porcję muzyki?!

A tę, tym razem w Minimaksie, znów zaprezentował Pan Piotr. Pamiętam, jak zastanawiał się na koniec, czy to, co właśnie wybrzmiało, było czymś na miarę czwartego albumu Led Zeppelin. Redaktor miał wtedy wątpliwości, na gorąco miał prawo je mieć, podobnie jak nadzieję, że AC/DC są w stanie zrobić jeszcze jeden krok naprzód.

Nie zrobili, nie byli w stanie. Ale też po latach widać, jak cholernie trudne było to zadanie. Bo Back In Black to po prostu rock’n’rollowe arcydzieło. Wariacka jazda bez trzymanki – jak puszczenie się na krechę czarną trasą narciarską. Dziesięć kawałków, wśród których połowa to perły w najczystszej postaci: Hells Bells, Let Me Put My Love Into You, Back In Black (jedyny kończący się wyciszeniem), You Shook Me All Night Long i mój najukochańszy kawałek kapeli – Rock And Roll Ain’t Noise Pollution.

Zespół, który w moim odczuciu jakby ciągle grał jeden utwór – tutaj sięgnął szczytów swych artystycznych możliwości. Poszczególne numery są wyjątkowo łatwo rozróżnialne, kipiące najlepszymi z najlepszych zagrywek gitarowych. Mijają trzydzieści dwa lata (rany boskie!), a ta muzyka wciąż brzmi świeżo i znakomicie. Prąd, energia i ciary na plecach ciągle towarzyszą mi przy jej słuchaniu. Najwyraźniej nie jestem w swych wrażeniach odosobniony, bo krążek do dziś sprzedał się w nakładzie prawie pięćdziesięciu milionów, co sytuuje go na podium najlepiej sprzedających się albumów wszechczasów.

Potem nigdy już nie było tak pięknie. For Those About To Rock, choć momentami trzymał poziom swego poprzednika, w całości był słabszy. Johnson jeszcze długo sypał żyletkami prosto z gardła, Young wciąż biegał po scenie w krótkich spodenkach i z tornistrem na plecach, ale w studiu nie urodziło się już nic na miarę albumu z 1980 roku.

Ale też trzeba powiedzieć, że – może poza najmłodszymi melomanami – mało kto nie słyszał o zespole o nazwie „a-ce-piorun-de-ce”, mało kto nie słyszał ich nagrań. I mało kto, już po paru sekundach, nie byłby w stanie ich rozpoznać. Własny styl – to coś, co udało się wypracować tylko wielkim. W przypadku Australijczyków – prosty do bólu, żywcem z lat 50. – akordowy atawizm w czystej postaci: hałas, krzyk, szaleńcza pogoń będąca jednocześnie ucieczką. Tak właśnie bawią się chłopcy, czasem już  bardzo duzi.

Bo na tym, w najlepszym wydaniu, to polega: jedni chcą grać, a drudzy chcą ich słuchać.



Fleetwood Mac, Rumours, 1977

Moja pierwsza taśma magnetofonowa. Dwa kolejne Minimaksy Piotra Kaczkowskiego – prezentacja Rumours wsparta klasykami zespołu jeszcze z czasów Petera Greena, m.in. The Green Manalishi, Oh Well i Need Your Love So Bad. Każda nuta zapisana w głowie. Wyeksploatowany magnetofon trafił wreszcie szlag, a razem z nim wiele nagrań, do których, bywało, bardzo długo nie dane mi było powrócić. Także – do tej płyty.

[more]

I wreszcie teraz, po trzydziestu pięciu latach od chwili ukazania się analogowego pierwowzoru, trzymam w dłoniach dwupłytowe wydawnictwo: oryginalny album w zremasterowanej wersji oraz różnego rodzaju dodatki – wersje demo i inne niepublikowane wcześniej nagrania.

Wypada zaznaczyć, że ponad rok temu Piotr Metz wspominał ten album w świetnym cyklu Strona 1, strona 2. Wtedy wróciły do mnie stare emocje i wielka ochota, by sięgnąć do tych utworów.

To pop, z całą pewnością, a jednak po tylu latach słucha się tego z ogromną przyjemnością – dlaczego? Wpisuję płytę w jej czas: mamy Abbę, są Electric Light Orchestra, rok później na popowe ścieżki wkracza Genesis.

Co stanowi o sile Rumours?

ELO i Genesis są mocno osadzeni w tamtym okresie: gęste, wręcz przeładowane aranżacje, sporo syntezatorów, coś, co wtedy zachwycało, po latach nieuchronnie zwietrzało. W Abbie jest za mało rocka, to jednak nieco niższy poziom. Fleetwood Mac udała się cholernie trudna sztuka. Wiadomo, że to zespół o sporych tradycjach. Solidne bluesowo-rockowe granie na przełomie lat 60. i 70., kiedy na czele zespołu stał jeden z największych stylistów elektrycznej gitary, Peter Green (to do niego należy linia gitary w Jenny Mayalla), brzmienie oparte na typowej triadzie gitara – bas – perkusja z delikatnie tylko znaczonymi instrumentami klawiszowymi.

I to proste, soczyste i, w sumie, oszczędne brzmienie jest też wielką siłą opisywanego albumu. Feeling, swing, blues, rock’n’roll wyczuwalny jest w każdej, najprostszej z pozoru piosence umieszczonej na krążku. To moc, która nie pozwala zestarzeć się temu albumowi. Bo siłą najlepszych płyt w historii jest połączenie w jednym czasie największych wzlotów kompozytorskich z co najmniej dobrym poziomem wykonawczym.

Wielka sztuka rodzi się z bólu.

Krążek powstawał w momencie, kiedy rozpadały się dwa muzyczne małżeństwa członków grupy. Jednak życiowe kryzysy udało się muzykom przekuć w szlachetny materiał muzyczny. W tych utworach wyczuwalny jest bowiem duch wczesnego Fleetwood Mac oraz mistrzów piosenki drugiej połowy dwudziestego wieku – Beatlesów. A nad tym, że melodyjne kawałki są czasem dowodem na nie całkiem prostą fakturę muzyczną, że są dowodem  kompozytorskiego geniuszu, nie ma co dyskutować. Lepiej ich po prostu posłuchać.

Trochę ponad czterdzieści cztery minuty, dwanaście utworów. Wspaniały miks dynamicznych kawałków, takich jak Go Your Own Way czy The Chain, i urzekających ballad, jak Oh Daddy czy wyjątkowej urody Songbird.

Album był w swoim czasie najlepiej sprzedającą się płytą w historii, a i dziś sytuuje się w czołówce – z wynikiem ponad czterdziestu milionów egzemplarzy. W plebiscycie magazynu „Q” na najlepszy album lat 70. zajął trzecie miejsce – za London Calling The Clash i Dark Side Of The Moon Floydów. Warto sprawdzić albo przypomnieć sobie, dlaczego.


Ewa Winnicka, Cezary Łazarewicz, Zapraszamy do Trójki, 2012. Dwugłos w rzeczonej sprawie. Głos pierwszy: Mariusz

Każdy ma swoją Trójkę. Myśl, byśmy oboje z żoną podzielili się swoimi refleksjami po lekturze książki, zrodziła się spontanicznie. Dlatego też zaniechaliśmy domowej wymiany spostrzeżeń, by w żaden sposób nie wpływać wzajemnie na swoje teksty. Żona spojrzała na temat szerzej, ja skupiłem się na muzyce.

[more]

Nie wiem, czy o to chodziło autorom książki, ale po jej przeczytaniu zacząłem się zastanawiać nad tym, jakim jestem słuchaczem. Nie będziesz miał rozgłośni cudzych przede mną – to oczywiste. Jako rówieśnik Trójki muszę uczciwie powiedzieć, że przydarzyły mi się tylko dwa skoki w bok: w latach 70. jedynkowe Lato z radiem (czas Abby) i w latach 90., okresie pierwszej zapaści Programu Trzeciego PR, Metzowy RMF.

 *

Nie powiem nic szczególnie odkrywczego, stwierdzając, że najsilniejsze doznania to czas młodości. Powolnego, jak się wtedy zdaje, wkraczania w dorosłość. Muzycznie ukształtowała mnie – za pośrednictwem starszych braci – Trójka i tylko Trójka. Świadomym konsumentem płyt stałem się w 1976 roku, dwa lata później zaczęła się moja systematyczna podróż przez muzyczne krainy.

Gdybym miał wymienić jedno nazwisko – byłby to oczywiście Piotr Kaczkowski. Pamiętam jego jeszcze dwudziestominutowe Minimaksy. Gdzieś na starej szpuli, na samym jej końcu, tzw. zapowiedź wsteczna: W Minimaksie zadebiutowała grupa Babe Ruth, B-a-b-e R-u-t-h, z wokalistką Janitą Haan, H-a-a-n. I szybko jeszcze podane utwory z pierwszej strony płyty. Pamiętam środowe Muzyczne poczty UKF, zaczynające się po wiadomościach, o 17.05. Załapałem się akurat na dyskografię Genesis. Pamiętam południowe W tonacji Trójki.

Ale skłamałbym, gdybym wspomniał tylko Pana Piotra. Poza nim – Dariusz Michalski,  który we wtorki prezentował muzykę z demoludów (kupę świetnego grania z Węgier: Omega, Locomotiv GT, Scorpio, Piramis, Fonograf, Czechosłowacji: Collegium Musicum, Jugosławii: Bijelo Dugme, Atomsko Sklonište), a ponadto W tonacji miał pod koniec lat 70. wspaniały cykl o pierwszych rokendrolowcach. To z tych programów dowiedziałem się o istnieniu Haleya, Perkinsa i wielu innych, ale przede wszystkim o Chucku Berrym i Jerrym Lee Lewisie.

Bielszy odcień bluesa Wojciecha Manna i Jana Chojnackiego, Odkurzone przeboje Janusza Kosińskiego (dziś niewyobrażalne, by przeboje sprzed sześciu – dziesięciu lat trzeba było już odkurzać). Pamiętam Studio nagrań Wojciecha Kordowicza, choć nigdy nie zasmakowałem w elektronice. Pamiętam audycje Marka Wiernika, które wpuszczały tyle świeżego powietrza, że czasami, najzwyczajniej, nie nadążałem. Słuchałem też country’owych programów Korneliusza Pacudy, choć country było i jest mi obojętne. Słuchałem programów Romana Waschki. Słuchałem też, oczywiście, Witolda Pogranicznego i Marka Gaszyńskiego, ale ich propozycje jawiły mi się jako co najwyżej szkoła średnia przy uniwersytecie Kaczkowskiego.

Pamiętam Muzykę Młodej Generacji Piotra Nagłowskiego, pamiętam Jerzego Janiszewskiego (obok P. Kaczkowskiego – najbliższego mi jeśli chodzi o gust muzyczny). Wspominam też Wojciecha Zamorskiego.

Potem był stan wojenny i wszystko się zmieniło. Jeszcze muszę wspomnieć Tomasza Beksińskiego (mniejsza o natchnione wypowiedzi, ale on sprawił, że pokochałem U2), jednak kojarzy mi się bardziej ze stereofoniczną Dwójką niż potem z trójkowym adresem. A także Pawła Kostrzewę za mnóstwo znakomitej muzyki pod koniec lat 90.

Dziś, na ile czas pozwala, nadstawiam ucha przy programach Wojciecha Manna i Piotrów: Metza, Barona i Stelmacha. Podsłuchuję Grzegorza Hoffmanna, Artura Orzecha  i Magiel Wagli.

 *

Jestem wierny Trójce, ale jednocześnie, co uświadomiła mi książka, radio dozuję sobie od lat bardzo oszczędnie, zwłaszcza wieczorami. Do czytania znacznie lepsze jako podkład są płyty niż mówione audycje. A jeśli chodzi o wcześniejsze godziny – pracę mam taką, iż nie pozwala mi ona słuchać radia, chyba że znajduję się akurat w samochodzie.

 *

Książka nie rzuciła mnie na kolana. Ale co musiałaby zawierać, by tak się stało? Szczerze mówiąc, nie wiem. Każdy nieco starszy wiekiem słuchacz ma chyba swoją Trójkę, swoje ulubione audycje i ulubionych prezenterów.

Dobrym pomysłem wydaje mi się opisanie historii rozgłośni wykorzystujące, poza samymi początkami, wspomnienia ludzi z radiem związanych. Słabe natomiast są marginalia, zapiski z dyżurów telefonicznych, w większości mało śmieszne i zupełnie pozbawione cech anegdoty. Czy te wspaniałe, rozbawiające czasem do łez historie emitowane przy okazji jubileuszu zachowano dla potrzeb jakiejś innej  publikacji? 

Ale dobrze, że książka powstała. Trójce się to należy. Wielu możnych tego świata, dawniej i całkiem niedawno, próbowało uczynić z tej stacji jeszcze jeden serek homogenizowany. Szerzący wątpliwe racje polityczne i zupełnie niestrawny muzycznie. Dziś znów jest normalnie – i niech tak już będzie. Zostawcie Trójkę w spokoju, bo ona sama świetnie da sobie radę.


1980: koniec SBB i rocka progresywnego

W środę, 19 listopada 1980 roku, w ‘Muzycznej poczcie UKF’ (od 17.05, po wiadomościach, do 17.40) Piotr Kaczkowski podał wiadomość o takiej mniej więcej treści: „Dziś na Okęciu wylądowała grupa SBB, powracająca z kolejnej trasy koncertowej w Europie Zachodniej. Muzycy oświadczyli, że są zmęczeni, mają dość tak intensywnego życia zawodowego – i grupa przestaje istnieć”. Jakby ktoś wbił nóż w moje osiemnastoletnie serce. Jak to, dlaczego, jak można, teraz – gdy wreszcie płyty brzmią fenomenalnie, gdy grupa jest u szczytu swych możliwości twórczych i wykonawczych?!

[more]

Z perspektywy lat widać w tym znak czasu, chichot muzycznej historii. Tak naprawdę żadna znacząca symforockowa grupa nie przetrwała do lat 80. King Crimson dali sobie spokój w 1974 (ich genialny powrót w 1980 to była zupełnie nowa jakość muzyczna), Emerson, Lake & Palmer rozpadli się w 1978 roku (powrócili co prawda w 1985, ale nigdy nie odzyskali dawnej pozycji). Yes zmieniali wielokrotnie skład. Drama z 1980 roku nagrana została bez Andersona, a 90125 to było już coś zupełnie innego, popowego. Podobnie Genesis, którzy weszli na popową drogę w 1978 roku. U.K. – ostatni wielcy – okazali się efemerydą i przestali istnieć w 1979 roku. Pink Floyd po nagraniu The Wall nigdy już nie byli tą grupą – ani gdy chodzi o skład, ani jakość proponowanej muzyki – okropne, nadęte i operowe The Final Cut definitywnie zakończyło czas Watersa. Asia była artystyczną porażką, zresztą też zdecydowanie popową, Marillion, jako kalka starego Genesis, nigdy mnie nie zainteresowali i nie rozumiem, skąd ten (polski) szum wokół nich przez tyle lat.

Śmiem twierdzić, że to, co Skrzek robił z kolegami, sytuowało ich pośród najwybitniejszych wykonawców tego nurtu w owym czasie. Arcydzieło, jakim dla mnie jest Welcome, z genialnym Walking Around The Stormy Bay jako intro, oraz, już „pośmiertnie” wydane, znakomite Memento z banalnym tryptykiem z fenomenalnym  finałem tytułowego utworu, chyba najlepszą gitarową solówką – Lakisa – w dziejach polskiego rocka, dowodziły ogromnego talentu kompozytorskiego Skrzeka oraz mistrzowskiego aparatu wykonawczego całej grupy. Nawet pozostawiający wiele do życzenia głos lidera, jego śląski akcent i słaba angielszczyzna, nie są w stanie obniżyć oceny całości. Trzymany w ryzach przez Conny’ego Planka przy nagrywaniu Welcome – wokal Skrzeka wypada bardzo, bardzo przyzwoicie, a w Last Man At The Station – wręcz bardzo dobrze (Dariusz Michalski słusznie dopatrzył się tutaj i w Rainbow Man chrypy a la Paul McCartney).

Tak więc SBB też nie przetrwali 1980 roku, podobnie jak słynne zachodnie kapele tego nurtu. Nie przetrwali, by – wraz z pierwszym wybuchem wolności w Polsce – zrobić miejsce nieco młodszym od siebie, zrobić miejsce dla gitarowego rocka, który eksplodował wtedy w naszym kraju. Wydaje mi się wielką niesprawiedliwością, że zarówno  radio, jak i świadomość większości słuchaczy, wciąż sięga (jak najbardziej zasłużenie) pierwszych nagrań  Perfectu, Maanamu, Republiki, a zupełnie zostało wyparte z pamięci to, co powstało w latach 70. Było tego serdecznie mało – i tym bardziej trudno zrozumieć, że nie pamięta się o tak znakomitej kapeli jak SBB. A przecież nie wszystkie jej utwory są zbyt długie w odniesieniu do dzisiejszych wymagań stacji radiowych.

Po latach, w nieco innym składzie, zespół wznowił działalność. Sporo koncertuje, wydaje płyty. Płyty całkiem niezłe, zawodowo zagrane i nagrane, z przyzwoitym materiałem muzycznym. Ale dziś, po latach, są to już obrzeża rynku muzycznego, bez szans na zaistnienie w świadomości przeciętnego zjadacza muzyki. Ale też nie o to już chodzi. Starych fanów ciągle jeszcze jest całkiem sporo.

6.01.2012