Zimą 1978 roku Piotr Kaczkowski prezentował w czterech kolejnych „Minimaksach” Second’s Out, dwupłytowy, koncertowy album Genesis. W półgodzinnych wówczas audycjach zostawało parę minut na inną muzykę. I to wtedy po raz pierwszy usłyszeliśmy o kanadyjskim zespole Rush. Czasu starczylo na największy hicior Closer To The Heart i fragment Bastille Day. Chyba rok później, w tym samym programie, usłyszałem Hemispheres.

[more]
Po latach dokonania tria budzą we mnie mieszane uczucia. Pierwsze płyty, z rozbudowanymi nad miarę utworami robią dość pokraczne wrażenie, nawet jeśli w tych przydługich kompozycjach trafiają się niezłe pomysły. Ciekawiej sprawy się mają w przypadku prostych, rockowych piosenek, jak choćby dwóch wymienionych wyżej. Okołozeppelinowskie brzmienia lepiej znoszą upływ czasu niż już wtedy wątpliwe klimaty progresywne.
Punktem granicznym
jest album Hemispheres (1978), z suitą tytułową, wyraźnie nawiązującą do poprzedniego okresu działalności grupy, oraz krótszymi utworami. Ostatni z nich, znakomity La Villa Strangiato, bogato zaaranżowany, mieniący się wieloma pomysłami i wirtuozowsko zagrany, sygnalizuje nową – i najlepszą – jakość spod znaku Rush.
Trzy lata później ukazuje się Moving Pictures – album, na którym grupa definitywnie rozstaje się z długimi formami muzycznymi, serwując
siedem porywających utworów.
Przez kolejne trzy dekady Kanadyjczycy wciąż – w bardziej lub mniej udany sposób – nawiązują do patentów tego krążka.
„Trio to taki układ, który od każdego ogniwa wymaga ciągle idealnego funkcjonowania i wpasowania się. W innym przypadku cały układ zaczyna się sypać” – mniej więcej coś takiego powiedzieli Geddy Lee, Alex Lifeson i Neil Peart. Rush nigdy nie popychali świata naprzód, ale do dziś robią spore wrażenie – na wielu pośród tych, którzy lubią słuchać, ale też, co znamienne, na tych, którzy sami próbują uprawiać muzyczną grządkę.
Warsztat
bowiem, jakim dysponują ci trzej panowie, budzi najwyższe uznanie – to po prostu wściekły profesjonalizm. W połączeniu z najlepszymi momentami twórczymi, a do takich należy płyta z 1981 roku, przynoszący efekty, które opierają się upływowi czasu.
Siedem kawałków brawurowo zaaranżowanych i wykonanych, zręcznie – gdy chodzi o stylistykę – balansujących między hard i progressive rockiem, a czasem wręcz popem. Trudno wskazywać na tej znakomitej płycie utwory najlepsze. Nie wiem, czy należy do nich słynny Tom Sawyer, szalony instrumental Yyz, rozbudowany The Camera Eye czy przebojowe Limelight albo rushowe reggae Vital Signs. Czego jeszcze nie wymieniłem? Najlepiej więc sięgnąć po cały materiał.













