Świnie nad miastem – Pink Floyd, Animals, 1977

W czasie kiedy dane mi było trochę liznąć wielkiego świata, gdy w 1977 roku spędziłem kilkanaście lipcowych dni we Francji – po drugiej stronie Kanału La Manche szalała punkowa rebelia. Rock’n’roll trząsł się w swych posadach, Po wspaniałych latach 1967-1975 muzyczna sinusoida wyraźnie zjeżdżała w dolne rejony. Największe grupy z tego okresu albo już z różnych powodów nie istniały, albo zmagały się z większą lub mniejszą niemocą twórczą. Tak intensywnie żyć – nagrywać, koncertować, nie rezygnując z uciech i używek – nie da się bezkarnie i bez końca.

[more]

Floydzi zwolnili tempo już nieco wcześniej – począwszy od Ciemnej strony księżyca nagrywali co dwa lata, ale nie czyniło ich to wolnymi od problemów związanych z tworzeniem nowego repertuaru.

Słucham po raz kolejny Animals zakupionego podczas wspomnianego pobytu we Francji – i wciąż łapię się na tym, że nie mam do tego krążka dystansu. Albo też, najzwyczajniej, mimo powszechnej „zmowy milczenia” wokół niego – tak samych muzyków, jak fanów – upartego niewracania do tego materiału muzycznego, jest to

bardzo dobry album.

Dwa lata wcześniej wyszedł słynny Wish You Were Here. Pewnie narażę się niejednemu czytającemu te słowa, ale już dawno stwierdziłem, że płyta to niewybitna, a z całą pewnością nierówna – dobrą, bardzo dobrą stronę drugą analogowego krążka poprzedza stanowczo nazbyt rozwleczona pierwsza część Shine On You Crazy Diamond oraz kiepski, industrialny i przypominający elektroniczne produkcje zachodnoniemieckie Welcome To The Machine.

Na płycie o dwa lata późniejszej takich dłużyzn nie ma. W ogóle – jest to dla mnie ciągle bardzo

interesujące połączenie progressive i hard rocka.

Na żadnej innej płycie gitara Gilmoura nie brzmi tak mocno i wyraziście, a jednocześnie, jak zawsze w jego przypadku, szlachetnie, bo to stylista wyborny. Choćby tylko dla samej gry Pana Davida warto tych nagrań posłuchać, dla genialnej solówki w finale Pigs (Three Different Ones), znakomicie wspieranej zresztą przez linię basu Watersa. Po Świniach mamy Sheep, czy nie jeszcze lepszy, a na pewno ostrzejszy kawałek – druga część analogowego wydawnictwa jest naprawdę wyśmiemita.

W tym miejscu chciałbym podzielić się pewną refleksją. Jeszcze jako nastolatek zakochany we Floydach doszedłem do wniosku, że płyty grupy z lat 70. znacząco różnią się od siebie, że każda ma swoje

wyjątkowe brzmienie.

Zasługa w tym Richarda Wrighta, który za każdym razem  trochę inaczej używał klawiszowego instrumentarium. Faceta, którego Waters wyrzucił z zespołu po The Wall, stwierdzając, że jest nietwórczy, że się nie rozwija. Oj, warto może spojrzeć do okładek płyt, by popatrzeć, przy jakich kawałkach pojawia się nazwisko nieżyjącego już niestety pianisty. Warto nadstawić ucha przy jego solowym Wet Dream z 1978 roku.

Roger Waters

to z jednej strony niekwestionowany lider zespołu, z drugiej – z upływem lat – coraz bardziej despotyczny władca. Nigdy nie umiałem, i do dziś nie umiem, strawić ani The Final Cut, ani jego solowych produkcji – napuszonych, operowo nadętych, rozpiętych pomiędzy szeptem i krzykiem, a pozbawionych tego, co w anglosaskiej muzyce najcenniejsze: bardzo szerokiego środka i średniego tempa. Płyt po prostu koszmarnych.

Wracając do Animals – podobno podczas trasy promującej to wydawnictwo członkowie zespołu stwierdzili, że tracą kontakt z publicznością, że zaczyna ich oddzielać od fanów coraz grubszy i większy mur. Być może dlatego nie sięgali do tych nagrań w następnych latach, podczas kolejnych tras, także tych już bez Watersa. Stacje radiowe też tych utworów nie grają, bo są po prostu zbyt długie. Proponuję więc sprawdzić samemu i zweryfikować moją opinię. Dla mnie zawsze już będzie to kawał wielkiej muzyki.



1977: Francja, St. Vallier, Paryż i płyty

Wiosną 1977 roku, kiedy powoli dobiegała końca moja edukacja na poziomie podstawowym – tu zacytuję klasyka – wziął mnie ojciec i tak do mnie rzekł: „Chcesz jechać na trzy tygodnie na kolonie czy na dwutygodniowy obóz we Francji?” (połączenie obu nie wchodziło w grę z powodów finansowych). Odpowiedź, mimo chwili żalu, że ominą mnie ostatnie już kolonie, była oczywista.

[more]

Gdzieś z początkiem lipca wyruszyliśmy nowoczesnym autokarem wyprodukowanym przez Mercedesa ze Śląska do Warszawy. Tam Okęcie i po dwóch godzinach lotu, wczesnym popołudniem, znaleźliśmy się w rozgrzanym słońcem Lyonie. W oczy uderzył nas mieniący się tysiącami kolorów, zupełnie inny świat. Kto tego nie przeżył, ten nie zrozumie. Ja, piętnastoletni, nigdy wcześniej nie miałem okazji widzieć nic innego poza Bałtykiem i Tatrami, tym większy przeżyłem więc

szok.

Choć nie taki, jak po kolejnych kilkunastu dniach. Przed południem Paryż, Orly, Concorde na jednym z pasów startowych – najnowocześniejszy wtedy samolot na świecie – a po dwóch godzinach Poznań. Coś, co trudno nawet nazwać lotniskiem. Szarość, cisza i bezruch. Celnik z rentgenem w oczach wypytujący nas, nastolatków, co mamy w bagażach. Potem powrót na Śląsk „ogórkiem” – telepiącym się, wysłużonym autobusem z rozłożonymi siedzeniami na środku, gdzie zamiast w miarę normalnego oparcia był tylko pas zapinany między rzędami na wysokości pleców, starsi pewnie pamiętają. I w tych warunkach powrót na Śląsk. To było naprawdę twarde lądowanie.

Mimo iż wielokrotnie sygnalizowałem w różnych wpisach, że

moja przygoda z muzyką

– za sprawą starszych braci – zaczęła się bardzo wcześnie, jeszcze w okresie przedszkolnym, jednak to, co miałem wówczas w głowie, było bardzo przypadkowe, zupełnie nieuporządkowane. Raczej funkcjonujące na zasadzie haseł – nazwisk, nazw grup, ale bez szczególnego pojęcia, co tak naprawdę za nimi się kryje. Niemniej początek był już zrobiony, a w kwietniu 1977 roku dokonałem pierwszego samodzielnego zakupu płytowego. Był to Live holenderskiego kwartetu Livin’ Blues.

Każde wejście do muzycznego marketu we Francji przyprawiało mnie o ból głowy. Nagle mogłem dotknąć krążków wykonawców, o których nad Wisłą jedynie słyszałem. W odróżnieniu od wspomnień dziennikarzy muzycznych, którzy mieli już za młodu kontakt z tymi płytami – z kolegami mogłem o nich rozprawiać jak o UFO: wielu tego słuchało, wielu o tym mówiło, ale nikt (bądź prawie nikt) nie widział. A tu kolorowy oczopląs: pełna materializacja odwiecznych mitów.

Czułem się, jakbym wstąpił w

progi świątyni,

w której w dodatku pozwalają mi dotknąć relikwii. Najsłynniejsze nazwy, tytuły – na wyciągnięcie ręki. Każda płyta, co jedna to piękniej wydana, pozwalała się musnąć, popieścić. Każda szeptała czule w ucho: „Kup mnie…”. A pieniędzy jak na lekarstwo – na książeczkę walutową wymienione dziesięć dolarów, czyli niecałe pięćdziesiąt franków (cena jednej płyty: 33-40 F), ponadto sto franków pozostawione w ramach wymiany przez francuskiego kolegę, który w tym samym czasie spędzał wakacje na obozie w Polsce. Strach i dziś myśleć, jakie wrażenia z naszej ojczyzny młodzi Francuzi zabrali ze sobą do domów.

A wśród nas, nastoletnich obozowiczów, krążył wtedy następujący dowcip:

Polska, rok 2000, sklep mięsny. Ludzie kupują – pięć deko szynkowej, osiem deko salcesonu, piętnaście deko zwyczajnej, dziesięć deko frankfurterków. Wchodzi facet i mówi:

– Proszę pół kilo szynki.

– A, na handelek, na handelek!

– Słowo honoru, że na wesele…

Ostatecznie przywiozłem do domu pięć krążków, wśród nich nowy wówczas Animals Pink Floyd oraz It’s Only Rock’n’roll  Rolling Stones. Ponadto Edith Piaf dla rodziców oraz dwa bazarowe albumy z piosenkami Beatlesów, zbyt tanie, by mogły zawierać oryginalne wykonania. Wszystkie wzbudziły w domu niemałą sensację. Dwa pierwsze, w całkiem niezłym stanie, są ze mną do dziś.

 

Polska płyta wszechczasów – Niemen Enigmatic, 1970

Mój ojciec – i nie on jeden – mówił: „Wygląda i drze się jak małpa”. Ani rokendrola, ani kolorowych strojów, ani długich włosów Niemena, a potem innych, wielu nie było w stanie pojąć. A ja dziś, pisząc te słowa i wsłuchując się po raz nie wiadomo który w jego czwartą płytę długogrającą, wciąż jestem zdumiony, w jakie rejony zabrnął w 1969 roku najwspanialszy polski wokalista i jeden z najwybitniejszych kompozytorów. A może, po prostu, najwybitniejszy.

[more]

Niemen był artystą niespokojnym i niepokornym. Po paru latach współpracy z Niebiesko-Czarnymi utworzył własną grupę Akwarele, z którą nagrał swoje trzy pierwsze duże płyty. Ale gnało go dalej i dalej.

To Wojciech Młynarski namówił Niemena do skomponowania muzyki do Norwidowskiego

Bema pamięci żałobnego rapsodu.

Impulsem zaś od strony brzmieniowej była dość ciekawa okoliczność. W 1967 roku przyjechał na Jazz Jamboree Georgie Fame. Zagrał i odleciał, ale o jeden dzień dłużej w Polsce zostały jego organy Hammonda. Anegdota głosi, że Niemena niemal siłą trzeba było od nich odrywać, by móc je wreszcie spakować i odesłać na lotnisko.

No i ten zespół!

Czesław „Mały” Bartkowski na bębnach, Zbigniew Namysłowski i Zbigniew Sztyc na saksofonach, Michał Urbaniak na saksie i flecie, Tomasz Jaśkiewicz na gitarze i Janusz Zieliński na basie i gitarze – to pierwszy skład typu all stars w polskim rocku. A że w większości tworzyli go jazzmani – efekt artystyczny był nieprawdopodobny. Wokalnie wspomagały lidera Alibabki i chór R. Miazgi, co pozwoliło zbliżyć się z jednej strony do soulu, a z drugiej – do monumentalnych chorałów gregoriańskich.

Pamiętam dzień, gdy mój brat, Grzegorz, przyniósł te płytę do domu. Był to co prawda egzemplarz zakupiony za pieniądze kolegi i nazajutrz mu przekazany, ale wkrótce płyta zagościła w naszym domu na stałe (ach, te niedobory kieszonkowego!). Już sama

okładka robiła piorunujące wrażenie

– albumowe wydanie, ciemne, mroczne zdjęcia długowłosego i brodatego artysty przy własnych już Hammondach, te płonące na nich świece – i wszystko w grubej, złotej ramie: absolutny odjazd!

A potem płyta z pietyzmem zostaje położona na talerz gramofonu i… Wtedy, na świeżo, tej świadomości raczej nie mogliśmy mieć, zbyt mało zachodniej muzyki docierało do Polski. Z perspektywy czasu widać jednak bardzo wyraźnie – tym albumem Czesław Niemen zameldował się w ścisłej światowej czołówce, o czym – niestety – mało kto zza żelaznej kurtyny wiedział. Powstała płyta fenomenalna,

arcydzieło.

Przez kilka kolejnych lat, w różnych składach (przede wszystkim z późniejszym SBB) artysta nagrał kilka jeszcze świetnych krążków, ale poziomu NE już nie osiągnął.

Wciąż nurtuje mnie pytanie, dlaczego odmówił współpracy ówczesnej wielkiej gwieździe łączącej klimaty czarnej i białej muzyki – Blood, Sweet & Tears. Podobno w obawie, że będzie musiał zrezygnować z własnych pomysłów. Inaczej postąpił czeski wirtuoz instrumentów klawiszowych, Jan Hammer, który pograł trochę z Mahavishnu Orchestra Johna McLaughlina, a potem podjął solową karierę. Ale to już tylko akademickie rozważania.

Niemen Enigmatic

to cztery utwory skomponowane do wierszy poetów polskich: Norwida, Asnyka, Kubiaka i Przerwy-Tetmajera. Mistrzowskie kompozycje, perły nad perłami, zagrane przez najlepszych muzyków, jakich sobie można było wyobrazić w rockowym składzie. Aż się wierzyć nie chce, że tak znakomitym albumem Niemenowi przybyło niewielu mniej nowych antagonistów niż entuzjastów. Artysta bezustannie drażnił ówczesną władzę, zaś tym krążkiem rozsierdził ortodoksów nabożnie pochylonych nad klasyką literatury polskiej.

Płyta ukazała się w 1970, lecz nagrywana była w październiku 1969 roku. Anglosaskie gitarowe granie notowało już pierwsze wielkie dzieła, jednak rock progresywny najlepsze miał dopiero przed sobą. Co prawda prężnie działał w tamtym czasie The Nice z Keithem Emersonem na klawiszach, ale Pink Floyd mieli za sobą dopiero dwa studyjne albumy. Filmowy More natomiast ukazał się w lipcu, zaś Ummagumma w listopadzie 1969. Fantastyczny debiut King Crimson, In The Court of The Crimson King, pojawił się w sprzedaży 10 października 1969 roku. A tu, nad Wisłą, Czesław Niemen – bez baterii syntezatorów – stworzył swoje opus magnum i zarazem najwspanialszą płytę w historii polskiej muzyki rockowej.

SBB, Welcome, 1979

Album Welcome został nagrany w październiku 1978 roku w studiu Polskiego Radia w Opolu. Pink Floyd rok wcześniej wydali Animals, a The Wall miał się ukazać pod koniec 1979 roku. We wrześniu 1978 roku wyszedł krążek Tormato Yes, kolejny – Drama – w 1980. Emerson, Lake and Palmer dogorywali po słabiutkiej Love Beach (listopad 1978), Genesis właśnie wkroczyli na popową drogę, wydając …and Then There Were Three…. Intensywnie funkcjonuje w tamtym czasie jedynie formacja U.K., która na przestrzeni dwóch lat wydaje trzy albumy. Zarówno na tym tle, jak i całkiem obiektywnie rzecz biorąc, płyta SBB opublikowana w 1979 roku jest po prostu rewelacyjna.

[more]

Gdy zimą 1979 roku Dariusz Michalski zaprezentował w Muzycznej Poczcie UKF jeszcze ciepły materiał przygotowany na drugą RFN-owską płytę zespołu, jako miłośnik takich dźwięków poczułem się znokautowany, a jako Polak i Ślązak – spuchłem z dumy.

Skrzek jako kompozytor uciekał ciągle w stronę długich, rozbudowanych form muzycznych. Na tym albumie natomiast mamy pierwotnie siedem utworów (w wersji CD doszedł jeszcze odrzucony wcześniej Rain). Otrzymaliśmy więc utwory krótsze, w których skondensowane zostało wszystko co najlepsze spod znaku SBB. Welcome to, nie waham się użyć tego określenia, arcydzieło, jedna z najwybitniejszych płyt w historii polskiego rocka, ale także płyta, której nie powstydziłaby się żadna z progrockowych kapel zachodnich.

Zaczyna się znakomicie: instrumentalny Walking Around The Stormy Bay to najlepszy utwór z całego dorobku grupy, porywające połączenie klimatów progressive i hard rocka. Co może się jeszcze wydarzyć po takim początku? Bez obaw, zespół znajduje się w szczytowej formie. Raz jest spokojniej, lirycznie – jak w piosence tytułowej – a czasem bardzo dynamicznie (Rain), zwykle jednak te nastroje bezustannie się mieszają, by doprowadzić nas do fantastycznej solówki Lakisa w finale kończącej płytę minisuity Last Man At The Station.

To, w jakie rejony zawędrowali Skrzek, Anthimos i Piotrowski, do dziś budzi najwyższe uznanie. Trzech wirtuozów stworzyło taki materiał muzyczny, że nawet kiepska angielszczyzna lidera jest zdecydowanie do zaakceptowania – tym bardziej, że siły głosowi Skrzeka bynajmniej nie brakuje. Tym albumem bezdyskusyjnie udowodnili, że należą do światowej czołówki, co nie raz w tamtym czasie sygnalizowali dziennikarze zachodni, którzy mieli okazję usłyszeć polskie trio.

Niestety, wkrótce potem okazało się, że muzycy nie dają rady żyć i pracować w tym tempie. Walka o pozycję na europejskich rynkach, wielomiesięczne trasy koncertowe, problemy Lakisa powodujące, że wielokrotnie Skrzek i Piotrowski musieli grać tylko w dwójkę – to wszystko sprawiło, że w listopadzie 1980 roku powiedzieli „Dość, jesteśmy zmęczeni, musimy odpocząć”.

Dla fanów była to straszna wiadomość, „pośmiertnie” wydane w 1981 roku Memento z banalnym tryptykiem było kolejnym znakomitym krążkiem i raz jeszcze dowodziło wielkiego potencjału twórczego i wykonawczego, ale rozpad zespołu stał się faktem. Miało to miejsce w bardzo znaczącym dla całego rocka symfonicznego czasie, jakim był przełom lat 70. i 80. (piszę o tym w majowym tekście 1980: koniec SBB i rocka progresywnego).

Wiem skądinąd, że nawet dla moich rówieśników – wielbicieli art rocka z lat 70. – twórczość SBB jest często ziemią nieznaną. Zespół zbyt uciekał, zwłaszcza na koncertach, w stronę jazz rocka? Trzy pierwsze albumy były zbyt surowe? Tak trudno było niektórym uwierzyć, że u nas, w Polsce, ktoś może grać na światowym poziomie? Cudze chwalicie, swego nie znacie?

Jeśli miałbym kogoś dziś skłonić do pierwszej próby kontaktu z muzyką SBB – zdecydowanie proponuję Welcome. Obiektywnie, powtarzam, płyty znakomitej. Zaś dla mnie osobiście, w mojej trwającej nieustannie przygodzie z muzyką – zajmującej absolutnie wyjątkowe miejsce.

Księga Genesis w dwóch częściach (1)

Genesis – zespół pęknięty na pół. Podwójnie i podwójnie nierówno. Bo proporcjonalne nie są ani okresy czasowe, ani miara dokonań w obu z nich. Gdy miałem lat naście i zaczynałem swoje buszowanie w muzyce (dzięki radiowej Trójce i, przede wszystkim, Piotrowi Kaczkowskiemu), to był mój nr 1,5. Nie 2, jak wtedy mówiłem kolegom, ale właśnie półtora. Numerem jeden byli oczywiście Pink Floyd. Ale tych emocji nie umiem już dziś w sobie odnaleźć, w odniesieniu do Floydów najbardziej kręci mnie to, co nie kręciło wówczas. Wiem, że będę niesłychanie oryginalny: Dark Side of The Moon, takie Kind of Blue muzyki rockowej.

[more]

Genesis to, z grubsza rzecz ujmując, dwa zupełnie różne zespoły. Pierwszy kończy się w 1977 roku wraz z wydaniem Second’s Out, dwupłytowego albumu koncertowego, na którego program – co bardzo znamienne – składają się nagrania dokonane zarówno w kwartecie, jak i w trio. Do 1974 roku rządzi Peter Gabriel. Grupa ciągle poszukuje nowych muzycznych ścieżek w nurcie szeroko pojętego rocka symfonicznego, mając w składzie trzech wirtuozów: gitarzystę Steve’a Hacketta, klawiszowca Tony’ego Banksa i perkusistę Phila Collinsa, który udziela się także wokalnie.

Gdy w 1974 roku odchodzi Gabriel, zespół jest u szczytu możliwości – muzycy są w pełni świadomi swego olbrzymiego potencjału wykonawczego i kompozytorskiego, tego, co i jak chcą robić. Banks i Hackett  (wreszcie na okładkach płyt pojawiają się nazwiska autorów poszczególnych numerów) zdecydowanie są w stanie udźwignąć ciężar kierowania zespołem i dostarczania większości materiału. A Trick of the Tail (1975) to w moim odczuciu najdoskonalsza płyta Genesis, Wind And Wuthering  (1976) niewiele jej ustępuje. Cóż z tego jednak, skoro Hackett dojrzewa do opuszczenia kolegów, co ma miejsce właśnie po nagraniu drugiej z wymienionych płyt.

W 1978, czyli właściwie z marszu, zespół wydaje …and Then There Were Three. I zostało ich trzech. Nagrań na krążku znacznie więcej, bo to już po prostu piosenki. W większości znakomite, zaaranżowane z olbrzymim rozmachem, bogactwo brzmień instrumentów klawiszowych odwraca uwagę, zwłaszcza szesnastoletniego – jakim wtedy byłem – słuchacza od potężnej gitarowej dziury, która tworzy się po odejściu Hacketta. Jeszcze wydaje się, że wszystko jest w najlepszym porządku, ale koszmarny finał płyty – Follow You, Follow Me – zwiastuje nieszczęście. Kiczowata, uboga (absolutnie nie należy jej mylić z oszczędną!) aranżacja jest zapowiedzią tego, co miał przynieść czas.

Po dwuletniej przerwie ukazuje się Duke. Po drodze Banks i Rutherford wydają swe solowe płyty. Dobre, zwłaszcza ta Banksa, więc fanów zespołu może to tylko cieszyć. Wolno bowiem przypuszczać, że mają tyle pomysłów, iż wszystkich nie są w stanie pomieścić na krążkach macierzystej formacji. Duke uspokaja. Mamy co prawda singlowy przebój, Turn It On, ale bardzo przecież zgrabny, a płyta skonstruowana jest jak te stare, z Gabrielem jeszcze, z długimi kompozycjami na początku i na końcu, z powracającymi motywami. Jest znacznie ciszej, skromniej niż na …and…, ale to przecież znak czasu, w którym zaczęto odchodzić od pełnych przepychu aranżacji. Zespół ciągle jeszcze balansuje gdzieś między piosenkami a utworami o bardziej skomplikowanej fakturze muzycznej.

Gwoździem do trumny okazuje się solowy debiut Collinsa, a ściślej – zawrotny jak na owe czasy sukces komercyjny tego krążka. Dochodzi do nieodwracalnych już, galopujących pop-procesów w łonie grupy. Nie licząc Three Sides Live (1982) i oczywiście tej czwartej strony z fantastycznymi z perspektywy 1982 roku odrzutami ze starych sesji, które zresztą „wyparowały” z późniejszych wydań albumu – definitywnie ostatnią płytą, kiedy miałem jeszcze złudzenia, jest Abacab (1981). Po latach widać, że są na niej jedynie nawiązania do Duke’a, a nie do starego, dobrego Genesis.

 (pisane latem 2011)

Moje From The Begining. Część druga

Dziś na odmianę lampka wina – i słuchamy dalej.
5. Country Tonk, mylnie opisane na pocztówce jako Honky Tonk Women. The Rolling Stones – co tu można napisać? Przecież to największa rock’n’rollowa kapela na świecie.

[more]

6. Kolejna oczywistość w tym zestawie. Myślałem, żeby Beatlesów sobie odpuścić, ale po prostu nie wypada. To największy zespół w historii. Pytanie tylko, czy – z tych pocztówek – ma to być Hey Jude, czy Lady Madonna. Wybieram, przekornie, ten drugi numer.

7. Bob Dylan, Mr Tamburine Man. Znów coś przewidywalnego, największy artysta amerykański. Choć płyta – najsłynniejsze przeboje z lat 60. wydane przez, no właśnie, czechosłowacki Supraphon, oczywista nie była. Za to droga – 120,- zł przy cenach 65,- lub 80,- zł polskich płyt. Rarytas.

8. Cream, Badge. Ostatnia pocztówka. To wejście Claptona w środku utworu wciąż zapiera dech w piersiach! Jakaż rozrzutność – dziś taki riff zostałby co najmniej trzykrotnie wykorzystany w każdym kawałku. Zresztą, sam Clapton zagrał ten utwór dziesięć lat temu na koncertowym One More Car, One More Rider i też nie odmówił sobie wydłużenia pierwotnej wersji.

9. Filmowe More to początki Pink Floyd, 1969 rok. Mniej tu psychodelii, więcej ballady i rock’n’rolla. Płyta po latach, w odróżnieniu od bardzo ilustracyjnej Obscured By Clouds, zdecydowanie się broni. Mój wybór to The Nile Song, nie tak częsty u Floydów porządny łomot. Który wtedy mi, paroletniemu brzdącowi, bardzo przypadł do gustu.

10. Led Zeppelin. To jasne, geniusze rock’n’rolla. Jedni z tych, którzy przeprowadzili muzykę rockową przez morze klezmerskiego i zaledwie przyzwoitego technicznie grania, jakiego pełno było w latach 60., na nowy ląd – absolutnej wirtuozerii wykonawczej. Imigrant Song, nawet nie trzy minuty takiej jazdy do przodu, że daj, Panie Boże, zdrowie. Kończą tam, gdzie Metallica dopiero wychodzi z intro w  swoich kawałkach. Sto kilkadziesiąt sekund porażająco prostej, rozsadzającej energią jazdy bez trzymanki.

11. Love Like A Man Ten Years After. Jeden z najsłynniejszych, przynajmniej dla pewnego pokolenia, riffów gitarowych. Genialny Alvin Lee, najszybszy gitarzysta świata, jak się wówczas, na początku lat 70., o nim mówiło.

12. Wishbone Ash – nie może tej grupy zabraknąć w takim zestawie. Na szpuli były nagrane pierwsze strony pierwszej i drugiej płyty. Gdy wreszcie nabyłem ich debiut na CD, odnalazłem te cudowne emocje z początku lat 70. Nuty tak dobrze zapisane w głowie. Wybieram Queen of Torture.