W czasie kiedy dane mi było trochę liznąć wielkiego świata, gdy w 1977 roku spędziłem kilkanaście lipcowych dni we Francji – po drugiej stronie Kanału La Manche szalała punkowa rebelia. Rock’n’roll trząsł się w swych posadach, Po wspaniałych latach 1967-1975 muzyczna sinusoida wyraźnie zjeżdżała w dolne rejony. Największe grupy z tego okresu albo już z różnych powodów nie istniały, albo zmagały się z większą lub mniejszą niemocą twórczą. Tak intensywnie żyć – nagrywać, koncertować, nie rezygnując z uciech i używek – nie da się bezkarnie i bez końca.

[more]
Floydzi zwolnili tempo już nieco wcześniej – począwszy od Ciemnej strony księżyca nagrywali co dwa lata, ale nie czyniło ich to wolnymi od problemów związanych z tworzeniem nowego repertuaru.
Słucham po raz kolejny Animals zakupionego podczas wspomnianego pobytu we Francji – i wciąż łapię się na tym, że nie mam do tego krążka dystansu. Albo też, najzwyczajniej, mimo powszechnej „zmowy milczenia” wokół niego – tak samych muzyków, jak fanów – upartego niewracania do tego materiału muzycznego, jest to
bardzo dobry album.
Dwa lata wcześniej wyszedł słynny Wish You Were Here. Pewnie narażę się niejednemu czytającemu te słowa, ale już dawno stwierdziłem, że płyta to niewybitna, a z całą pewnością nierówna – dobrą, bardzo dobrą stronę drugą analogowego krążka poprzedza stanowczo nazbyt rozwleczona pierwsza część Shine On You Crazy Diamond oraz kiepski, industrialny i przypominający elektroniczne produkcje zachodnoniemieckie Welcome To The Machine.
Na płycie o dwa lata późniejszej takich dłużyzn nie ma. W ogóle – jest to dla mnie ciągle bardzo
interesujące połączenie progressive i hard rocka.
Na żadnej innej płycie gitara Gilmoura nie brzmi tak mocno i wyraziście, a jednocześnie, jak zawsze w jego przypadku, szlachetnie, bo to stylista wyborny. Choćby tylko dla samej gry Pana Davida warto tych nagrań posłuchać, dla genialnej solówki w finale Pigs (Three Different Ones), znakomicie wspieranej zresztą przez linię basu Watersa. Po Świniach mamy Sheep, czy nie jeszcze lepszy, a na pewno ostrzejszy kawałek – druga część analogowego wydawnictwa jest naprawdę wyśmiemita.
W tym miejscu chciałbym podzielić się pewną refleksją. Jeszcze jako nastolatek zakochany we Floydach doszedłem do wniosku, że płyty grupy z lat 70. znacząco różnią się od siebie, że każda ma swoje
wyjątkowe brzmienie.
Zasługa w tym Richarda Wrighta, który za każdym razem trochę inaczej używał klawiszowego instrumentarium. Faceta, którego Waters wyrzucił z zespołu po The Wall, stwierdzając, że jest nietwórczy, że się nie rozwija. Oj, warto może spojrzeć do okładek płyt, by popatrzeć, przy jakich kawałkach pojawia się nazwisko nieżyjącego już niestety pianisty. Warto nadstawić ucha przy jego solowym Wet Dream z 1978 roku.
Roger Waters
to z jednej strony niekwestionowany lider zespołu, z drugiej – z upływem lat – coraz bardziej despotyczny władca. Nigdy nie umiałem, i do dziś nie umiem, strawić ani The Final Cut, ani jego solowych produkcji – napuszonych, operowo nadętych, rozpiętych pomiędzy szeptem i krzykiem, a pozbawionych tego, co w anglosaskiej muzyce najcenniejsze: bardzo szerokiego środka i średniego tempa. Płyt po prostu koszmarnych.
Wracając do Animals – podobno podczas trasy promującej to wydawnictwo członkowie zespołu stwierdzili, że tracą kontakt z publicznością, że zaczyna ich oddzielać od fanów coraz grubszy i większy mur. Być może dlatego nie sięgali do tych nagrań w następnych latach, podczas kolejnych tras, także tych już bez Watersa. Stacje radiowe też tych utworów nie grają, bo są po prostu zbyt długie. Proponuję więc sprawdzić samemu i zweryfikować moją opinię. Dla mnie zawsze już będzie to kawał wielkiej muzyki.







Myślałem, żeby Beatlesów sobie odpuścić, ale po prostu nie wypada. To największy zespół w historii. Pytanie tylko, czy – z tych pocztówek – ma to być 
Ostatnia pocztówka. To wejście Claptona w środku utworu wciąż zapiera dech w piersiach! Jakaż rozrzutność – dziś taki riff zostałby co najmniej trzykrotnie wykorzystany w każdym kawałku. Zresztą, sam Clapton zagrał ten utwór dziesięć lat temu na koncertowym
Mniej tu psychodelii, więcej ballady i rock’n’rolla. Płyta po latach, w odróżnieniu od bardzo ilustracyjnej
To jasne, geniusze rock’n’rolla. Jedni z tych, którzy przeprowadzili muzykę rockową przez morze klezmerskiego i zaledwie przyzwoitego technicznie grania, jakiego pełno było w latach 60., na nowy ląd – absolutnej wirtuozerii wykonawczej. 
Na szpuli były nagrane pierwsze strony pierwszej i drugiej płyty. Gdy wreszcie nabyłem ich debiut na CD, odnalazłem te cudowne emocje z początku lat 70. Nuty tak dobrze zapisane w głowie. Wybieram Queen of Torture.