Elbow: rozpychanie się łokciami niekonieczne

elbow

Czasem jest tak, iż mimo pewności, że propozycje jakiegoś wykonawcy nie posuwają historii rocka do przodu, sprawiają niemało frajdy przy słuchaniu.

[more]

*

Wielokrotnie dawałem znać o swej niechęci wobec 

produkcji tzw. progresywnych,

które uparcie czerpią wprost ze źródeł, z dokonań najważniejszych skądinąd kapel tego nurtu. Jak długo jeszcze można posługiwać się w skali jeden do jednego patentami wyeksploatowanymi w tamtym czasie i zajechanymi w kolejnych niezbyt świeżych realizacjach? Przy słuchaniu na przykład takich kapel jak Pineapple Thief niejednokrotnie zapala mi się żółte, a czasami po prostu czerwone światło.

Czasem jednak – dodam od razu, że znacznie rzadziej – jest tak, iż mimo pewności, że propozycje jakiegoś wykonawcy nie posuwają historii rocka do przodu, sprawiają niemało frajdy przy słuchaniu.

Nagrania 

brytyjskiego kwintetu

Elbow są mi znane o tyle, o ile. Nie jest on szczególnie popularny w Polsce, trudno usłyszeć go w radiu – i tym mniej miałem  okazji, by go polubić. Ale gdy kilkanaście dni temu w sklepie na S natknąłem się na krążek Dead In The Boot za całe dwanaście złotych, po szybkim przesłuchaniu trzech fragmentów pobiegłem z nim do kasy.

Kiedyś, przy okazji dzielenia się wrażeniami z koncertu rodzimej formacji Saintbox, pisałem, że jeśli chcę jeszcze słuchać progresji, to właśnie takiej. Dominujące w instrumentarium klawisze, łagodniejsze i płynące wolniej nuty niekoniecznie muszą od pierwszej chwili wprowadzać podniosły, niebezpiecznie zahaczający o patos nastrój: wyciskającą łzy gitarę, monumentalne klawisze i perkusję akcentującą powagę przekazu.

W przypadku Elbow, już za sprawą barwy głosu Guya Garveya skojarzenia z Peterem Gabrielem są nieuchronne. Ale, po pierwsze, solowy 

Gabriel

nie jest wcale taki progresywny, a – po drugie – słychać w muzyce zespołu także zupełnie inne wpływy. Co też zdecydowanie przydaje walorów całości.

Bo to raczej Gabriel właśnie niż – skądinąd – stare, dobre (i bardzo przeze mnie cenione) pięcio- i czteroosobowe Genesis, do tego coś z klimatu najlepszego Talk Talk – z okresu Colour of Spring. Ale kłaniają się też wpływy trip hopu (McGreggor), jak i klasycznego rocka. Już w utworze otwierającym płytę, Whisper Grass, mamy sporo gwałtownych przesterów, które nieodparcie przywodzą na myśl psychodelię à la Doors. Ciepłe uczucia wyzwala swingująca gitara akustyczna w chyba najlepszym na płycie, pulsującym The Long War Shuffle. Wielkiej urody jest trzeci kawałek –Lay Down Your Cross – kolejny dowód na to, jak wdzięczną materią dla rockmanów potrafi być walc. 

Całość robi bardzo przyjemne wrażenie: koi, a przy tym bynajmniej nie nudzi. Jak wspomniałem, trudno w tym graniu odnaleźć jakieś szczególnie oryginalne rysy, a jednak 

poczucia smaku

i kultury muzycznej odmówić mu nie sposób. A to przecież „zaledwie” płyta stworzona ze stron B singli. 

Może nie jest to najbardziej zmysłowa* muzyka, jaką znamy czy możemy sobie wyobrazić, ale z pewnością mogąca dostarczyć wielu miłych doznań w czasie słuchania. A to przecież niemało.

_________________________

* Podaję za wikipedią: nazwa zespołu pochodzi z nadawanego przez BBC serialu „Śpiewający detektyw”, w którym główny bohater – Philip Marlowe – stwierdza, że słowo „elbow” (ang. „łokieć”) jest najbardziej zmysłowym słowem w języku angielskim, nie ze względu na znaczenie, a uczucie towarzyszące jego wypowiadaniu.

(Na talerzu lub w szufladce: Elbow, Dead In The Boot, 2012)

[W NaTemat: 15 lutego 2015]

Ahoj! – czyli Peter Gabriel w Ostrawie

 

gabriel_soTen artysta to bardzo wysoka półka, a więc i oczekiwania związane z koncertem miałem zdecydowanie powyżej średniej. I zostały one zaspokojone, bo Pan Piotruś jest ciągle w bardzo dobrej formie.

[more]

*

Peter Gabriel odszedł z Genesis w 1975 roku, po wydaniu dwupłytowego albumu [i]The Lamb Lies Down On Broadway[/i] oraz trasie promocyjnej. Miał wtedy zaledwie dwadzieścia pięć lat. Milczał do 1977 roku, a wtedy było to bardzo, bardzo długo. 

Z macierzystą formacją nagrał siedem albumów, a jeśli uwzględnić absolutne początki – był z nią związany przez prawie dekadę. Dziś ma sześćdziesiąt cztery lata. Od – aż się wierzyć nie chce – czterdziestu pracuje na własne konto, dość oszczędnie dozując kolejne wydawnictwa. Zawsze był 

artystą niespokojnym, 

poszukującym, wytyczającym w muzyce nowe szlaki. Przez długi czas był też wykonawcą koncertowym bardzo pożądanym, bardzo oczekiwanym. Kochanym przez wielkie rzesze fanów. I właściwie tak jest do dzisiaj, choć nie zapełnia już stadionów, a „tylko” hale. Sam także zawsze zaliczałem go do grupy szczególnie ulubionych muzyków, bardzo pragnąłem znaleźć się na jego koncercie. I powiem, mieszając nieco kolejność wywodu, że najwyraźniej spóźniłem się o dobre dziesięć – piętnaście lat.

Udało się dopiero przed dwoma laty w Oświęcimiu, wystąpił z towarzyszeniem orkiestry i dwuosobowego żeńskiego chórku. Wczoraj natomiast dane mi było wreszcie usłyszeć na żywo jego utwory w wersjach zbliżonych do pierwotnych.

Peter Gabriel to bardzo wysoka półka, a więc i oczekiwania zdecydowanie powyżej średniej. I myślę, że w pełni zostały one zaspokojone, bo Pan Piotruś jest ciągle w bardzo dobrej formie – fizycznej i wokalnej, wciąż – swym charakterystycznym, matowym głosem – bez nadmiernego wysiłku bierze równie charakterystycznym falsetem górne rejestry, tańczy, a nawet kładzie się na scenie. Wciąż bardzo dba o 

oprawę swoich występów.

Spore wrażenie robiły światła – ze szczególnym uwzględnieniem pięciu jeżdżących po scenie w niektórych utworach masztów (przypominających nieco potwory z japońskich filmów grozy), pozornie tylko wprowadzających chaos, a tak naprawdę wspaniale współtworzących zarówno scenografię, jak wzbogacających finalny efekt za sprawą gry świateł i obrazów zbieranych z zamontowanych na tych masztach kamer. Ten obraz z kolei wyświetlany był na dwóch mniejszych ekranach zawieszonych po bokach lub na większym stanowiącym tło sceny. Do tego jeszcze jeden element: okazały podwieszony pierścień, którego uroda w pełnej krasie objawiła się dopiero przy The Tower That Ate People na pierwszy bis.

Dla mnie zawsze najważniejsza będzie jednak 

muzyka.

I tu miałem problem. Już kiedyś, gdy z wieloletnim poślizgiem nabyłem na CD – najpierw Plays Live (1983), a potem So (1986) – nie potrafiłem odnaleźć swojego pierwszego zachwytu nad tą muzyką. Najpierw nie dowierzałem sobie, ale kilkakrotne przesłuchanie tego materiału niczego w nie zmienło. Cóż, to co jest bardzo nowoczesne w chwili ukazania się na rynku, czasem szybko się starzeje. A Gabriel zawsze poświęcał przygotowaniu swoich płyt, a więc – nie bójmy się tego słowa – produkcji bardzo wiele uwagi. Albumem So pognał szczególnie mocno do przodu, pamiętam, jak bardzo zaskoczyła mnie komputerowa rytmiczność Sledgehammer i Big Time i musiało upłynąć trochę czasu, muzyka musiała zrobić kolejnych kilka kroków naprzód, bym całkowicie oswoił się z tymi dźwiękami.

Krążek 

So

którego dwudziestopięciolecie stało się pretekstem do zorganizowania trwającej od 2012 roku wielkiej trasy koncertowej, od początku budził spore emocje. Tomasz Beksiński prezentując go na antenie Polskiego Radia, kręcił nosem i nazwał, używając kulinarnego porównania, mielonym. A szczególnie oburzonym słuchaczom zaprezentował jakiś czas potem  to, co nazwał soczystym schabowym, czyli czwartą płytę artysty z 1982 roku. Przebojowość i piosenkowość, a więc i łatwiejszy odbiór, na niespotykaną u tego artysty wcześniej skalę, wreszcie wielki sukces komercyjny – wszystko to na świeżo utrudniało przyłożenie odpowiedniej miary do tego krążka.

Nie chcę przez to powiedzieć, że ta płyta czy w ogóle muzyka Gabriela się zastarzała. Chyba jeszcze nie, ale coraz wyraźniej przynależy do przemijającej muzycznej epoki. Znów wychodzi mi na to – w osobistym, zaznaczam, rachunku – że nieodległe pierwotnym instynktom, atawistycznym odruchom ludzkim porządne mainstreamowe wiosłowanie znacznie lepiej znosi upływ czasu niż to, co tak samo jest efektem wielkiego talentu, ale jednak w dużej mierze wspieranego przez nowinki studiów nagraniowych. Tyle tytułem wytłumaczenia, dlaczego nie wpadłem wczoraj w zachwyt.

*

Koncert składał się 

z czterech części. 

Pierwszą z nich był support w wykonaniu dwóch młodych śpiewających Szwedek: Jennie Abrahamson i Linnei Olsson – krótki, zwięzły, dwudziestominutowy i bardzo dobrze wpisujący się w klimaty eksplorowane przez gwiazdę wieczoru. Dzięki stosowanemu instrumentarium, czyli wiolonczeli i ksylofonowi – niewymagający przebudowy sceny. Po dwudziestu paru minutach przerwy, w pełnym świetle, rozpoczął się 

występ Petera Gabriela.

Akustycznie, z liderem przy fortepianie. W pierwszym utworze – Obut – z towarzyszeniem tylko Tony’ego Levina, a od Come Talk To Me już z całym zespołem – Manu Katche, David Rhodes, David Sancious i wspomniane już panie w chórkach. 

W Family Snapshot, w trakcie którego zgasło górne oświetlenie, dokonało się płynne przejście do części elektrycznej. Potężnie, mocno, z tnącą jak heavymetalowa brzytwa gitarą Rhodesa zabrzmiało Digging In The Dirt – wtedy mieliśmy też pierwszą próbę gry świateł. I tak płynęliśmy – do Solsbery Hill i Why Don’t You Show Yourself na koniec tej części.

A potem rozpoczął się 

zasadniczy fragment koncertu,

czyli odegranie w całości, w kanonicznej kolejności, albumu So. Z uroczymi partiami tańczonymi, z duetem z Jennie Abrahamson w Don’t Give Up. Na pełny gaz, z wielkim kunsztem wykonawczym.

Niemilknące brawa publiczności (Polaków też nie brakowało) wywołały artystów raz jeszcze na scenę – by wykonać wspomniany już The Tower That Ate People oraz na definitywne zakończenie nieśmiertelny, monumentalny Biko.

Świetny koncert, bardzo dobra forma wszystkich muzyków. A we mnie gdzieś żal, że – cholera – emocje już nie te największe, że ciary po plecach już nie chcą przebiegać. Że Peter Gabriel nie mieści się już na mojej najwyższej półce, lecz na drugiej, patrząc od góry. Po reakcji ludzi sądząc, wielu fanów wciąż ceni go mocniej niż ja dzisiaj. I dobrze, bo dla takich wariatów grają ci ludzie na scenie. Ale żeby nie było nieporozumień – Pan Piotruś grał wczoraj także i dla mnie.

{W NaTemat: 14 maja 2014]

Wielka sztuka z pięknym ogonkiem – Genesis: A Trick of The Tail, 1975

Cała czwórka ma już dość. Tyłki przyrastają im do foteli. Ileż można słuchać swoich kawałków śpiewanych przez różnych dziwnych ludzi? Są zmęczeni, wściekli, znudzeni. Tyle czasu strawili, a tymczasem nikt nie zabrzmiał dostatecznie dobrze, by pomyśleli: „Tak, ten facet jest w stanie zastąpić Petera”. W którymś momencie Collins nie wytrzymuje, wstaje ze swojego miejsca i podchodzi do mikrofonu. Śpiewa tak, że Tony, Mike i Steve patrzą zdumieni po sobie. Jak mogli na to nie wpaść wcześniej, skoro Phil robił chórki do wielu kawałków, a nawet zdarzyło mu się zaśpiewać solo? „Koniec przesłuchań. Mamy wreszcie nowego wokalistę!”.

[more]

Gdy w 1974 roku, po nagraniu The Lamb Lies Down On Broadway i trasie koncertowej Peter Gabriel obwieścił kumplom, że odchodzi, miał zaledwie dwadzieścia cztery lata. Postawił ich

w trudnej sytuacji.

Kilka lat ciężkiej pracy wywindowało zespół na szczyt. Zdobyli sławę po obu stronach oceanu, osiągnęli bardzo dużo w sensie artystycznym. Wiedzieli, czego chcą. Ale bez Petera? Jak dadzą sobie radę bez tak ważnego instrumentu, jakim jest jego głos? Jak pociągną to dalej bez jego teatralnych pomysłów na występy, bez jego pomysłów muzycznych?

Płyta rozwiała wszelkie obawy. Genesis nigdy wcześniej nie brzmieli tak mocno, potężnie – i pięknie. Olbrzymie znaczenie miało tu odejście od bardzo długich form muzycznych, najdłuższy kawałek trwa osiem minut. Zwarta forma czasowa podwyższa jeszcze wielką wartość znakomitych kompozycji. Każdy utwór skrzy się od pomysłów, fantastycznych, a czasem olśniewających urodą melodii.

W 1975 roku

moc jest po stronie Genesis.

Muzycy udowadniają przede wszystkim samym sobie, że znakomicie radzą sobie z ciężarem związanym z kontynuacją działalności bez dotychczasowego lidera, że artystycznie robią wręcz kolejny krok do przodu. I biją na głowę konkurencję. King Crimson już nie ma, dokonania Yes i Emerson, Lake & Palmer budzą coraz większe wątpliwości, Sztuczce nie dorównuje też Wish You Were Here Floydów.

Steve Hackett i Tony Banks, którzy dostarczają najwięcej materiału na płytę, są u szczytu swych możliwości twórczych, ich wspólne Entangled to jedno z arcydzieł grupy i jeden z najpiękniejszych utworów w historii rocka. Kroku stara się im dotrzymać Rutherford. Razem z Banksem podpisany jest pod pełnym nostalgii Ripples. Przyznając się do słabości do pięknych melodii, muszę wskazać jeszcze kompozycję Banksa Mad Man Moon. Ale cały krążek jest wybitny. Dla mnie – jedno z rockowych arcydzieł.

 

Skład zespołu wydaje się optymalny – trzech mistrzów swych instrumentów, Banks, Hackett i Collins, poprawny basista Rutherford starający się dorównać kolegom – to nie może budzić żadnych wątpliwości. A raczej

zachwyt nad rozmachem nagrań.

Wokal Collinsa to też ze wszech miar cudowne zrządzenie losu – niby nowy, lecz przecież stary, już znany. Inny niż matowy głos Gabriela, ale – właśnie w tym czasie (1975-1980) znakomity.

Jako wielki fan Genesis do 1977 roku, do Second’s Out, nie mogę przeboleć, że Hackett tak szybko poszedł w ślady Gabriela. Bez jego kompozycji, bez jego gitar grupa straciła bardzo, bardzo wiele. Los sprawił, że osiągnęła ogromny sukces komercyjny, ale z wielką muzyką nie miało to już nic wspólnego.

Manualnie bez zarzutu – Manu Katché, JazzArt Festival Katowice, Rialto, 30 kwietnia 2013

Tak jak latem ubiegłego roku po występie Metheny’ego w Bielsku-Białym (cytuję za Marcinem Kydryńskim), tak i wczoraj wyszedłem z mojego ulubionego Rialta nieco zirytowany. Wybaczcie, może zapowietrzam się niepotrzebnie, ale denerwują mnie te pary najczęściej w średnim wieku – żeby nie było, z żoną stanowimy podobną – z wystylizowanymi paniami, pary, które z góry zakładają, że będą obcować ze sztuką przez duże „S”. Bo zagra przecież ten, którego nazwisko tyle razy obiło im się o uszy.

[more]

Faktem jest, że francuski perkusista

grał z najlepszymi,

a od nazw i nazwisk może zakręcić się w głowie. Dodajmy jednak nieśmiało, że głównie z tymi z rockowej części sceny muzycznej. Do pozycji gwiazdy wyniosła go współpraca z Peterem Gabrielem przy okazji albumu So (1986). W dokumentalnym filmie poświęconym powstawaniu tego materiału jest zresztą bardzo znamienna i śmieszna scena. Katché nagrał partię perkusji do pierwszej piosenki. Gabriel, który wtedy w ogóle go jeszcze nie znał, powiedział: „Znakomicie. Nagrajmy to jeszcze raz”. Zdziwiony bębniarz odparł: „Po co? Zagrałem to najlepiej jak potrafię”.

Z pozoru jest tak, że jeśli mamy perkusję, fortepian, organy, trąbkę i saksofon, to będzie jazz. Ale od lat style mieszają się ze sobą, od dawna już wszystko wolno. Jednakże w tej otwartej formule jedni grają szlachetnie, a drudzy mniej. Sam pragnę, jako konsument takich występów na żywo, otrzymać porcję emocji innych niż te dostępne na koncertach rockowych czy popowych. Krzywię się, gdy za co najmniej dobrym warsztatem kryje się jedynie

konfekcja kompozytorska i wykonawcza.

A tak było wczoraj. Katché jest świetnym bębniarzem, dał tego wielokrotnie dowody, ale jednocześnie takim bandliderem, który stale musi być w centrum uwagi. Gra gęsto, bezustannie okładając swój niemały zestaw instrumentów. To nie Cobb czy Blakey, ani nie Davis czy Stańko, co dmuchną raz lub dwa w ciągu minuty i pozwalają grać innym. On niby też nie zabrania, ale stylowością pachniało tylko w niektórych fragmentach gry J.J. Watsona, pianisty i organisty. Dwaj młodzi panowie od instrumentów dętych grali gładko i okrągło, albo wespół realizując linię melodyczną utworu, albo serwując dość przewidywalne solówki. Subtelności i wyrafinowania zdecydowanie tej muzyce zabrakło.

Najbliżej prawdy jest pewnie, skądinąd bardzo sympatyczny, Katché. Dziękował za miły wieczór, zastanawiając się, czy to, co usłyszeliśmy, to był pop czy rock. Terminu „jazz” nie użył.

Bilety kosztowały trzydzieści złotych – i wszystko się zgadza. Na pewno występ francuskiego perkusisty

w kronikach JazzArt Festival

będzie odnotowany wyraźniej niż wiele innych. Ale, powiedzmy sobie szczerze, nie miał on z jazzem wiele wspólnego (to jeszcze nie zarzut), ani też nie należał do tych, które należałoby ocenić najwyżej. I tu raz jeszcze wracam do swojego poirytowania. Było to osiemdziesiąt minut przyzwoitego grania, ale żeby od razu standing ovations? Skoro Polakom bliżej do Skandynawów niż południowców, to skąd w nas tyle skłonności do egzaltacji? A o Skandynawach piszę nieprzypadkowo, bo dziś koncert jednego z nich. O bardzo swojsko brzmiącym nazwisku: Jan Garbarek. Wierzę, że skala doznań będzie zupełnie inna.

Księga Genesis w dwóch częściach (2)

Od 1983 roku wyraźnie mamy do czynienia z kapelą, która powinna nazywać się Phil Collins and (his) Genesis. Płyta o nazwie tej samej co zespół (tzw. Mama) przyprawiła mnie o dreszcze towarzyszące wysokiej gorączce. Ze starego, ambitnego grania nie został już kamień na kamieniu.

[more]

Oto popowy zespół, gdyby nie pochodzenie, można by powiedzieć, całkiem przyzwoity. Gitary takie sobie, klawisze skromniutkie, zwrotka – refren – zwrotka, pan wokalista śpiewający od pierwszej do ostatniej sekundy każdego utworu (trochę przesadzam, ale niewiele), niepozostawiający już miejsca na jakiekolwiek instrumentalne popisy. Zresztą – Rutherford nie umie, a Banksowi się już nie chce, już jest wypalony, w dodatku kasa leci, popularność grupy olbrzymia jak nigdy dotąd, więc po co majstrować przy maszynce do robienia pieniędzy?

Bez Collinsa to już nie Genesis – słychać było zewsząd po jego rozstaniu z kolegami w drugiej połowie lat 90. A ja się cieszyłem: może taka zmiana sprawi, że ci ludzie jeszcze coś wycisną z siebie? Może wreszcie, po latach, znów trochę pograją? Matowy, chrypiący głos Raya Wilsona przywodził na myśl Gabriela.

Calling All Stations (1997) jest rzeczywiście inna. Nie tylko z tego powodu, że został zmieniony najważniejszy instrument, czyli głos, ale jest na tym CD trochę muzyki. Lecz bez przesady, tylko trochę. Nie ma Hacketta, który wsparłby i wzbogacił brzmieniem gitar parę całkiem niezłych kawałków. Ale co z tego?! W Europie jeszcze jakoś idzie. W Polsce – w styczniu 1998 roku – Spodek pełny. Było nieźle, a przy starych kawałkach zakręciła się łza w moim oku. Jednak trasę po Stanach trzeba było odwołać, bilety się nie sprzedawały. Chcemy Collinsa!

No i w 2007 roku był ten Collins, była koszmarna ulewa, burza z piorunami, starsi już panowie w niezłej formie, pełne zawodowstwo, ale… Ja, łysiejący zgred, czekałem na te najstarsze utwory z ich repertuaru, na ślady prawdziwego Genesis. Szedłem na koncert, wiedząc, że będzie nie tak, jak bym chciał, że Collins powinien więcej siedzieć za bębnami, a nie przy mikrofonie, że… Mój syn był zachwycony, z koncertów na Stadionie Śląskim w 2007 roku (jeszcze Pearl Jam i Red Hot Chili Peppers) ten podobał mu się najbardziej. Natomiast ja szedłem, wiedząc, że musi być raczej popowo, bo takie są proporcje czasowe w historii grupy i na to czekają ludzie, z których większość zawarła bliższą znajomość z zespołem w okolicach In The Air Tonight.

Więc mnie nie dziwi, że nie było dalszego ciągu, że Collins nagrał (podobno ostatnią, ale nie wierzę w takie deklaracje) bardzo słabą płytę, podczas gdy zdolniejsi od niego kompozytorzy z dawnych lat przeżywają renesans formy i popularności (np. Robert Plant).

Nie wolno odmawiać ludziom prawa do robienia w życiu tego, co wychodzi im najlepiej, czyli, w przypadku muzyków, do grania. Szkoda jednak, że czasem tak bardzo odchodzą od tego, co tworzyli w młodości, co miało i ma niezaprzeczalną wartość i na trwale wpisane jest w historię muzyki rockowej. Ale po co psioczyć na Genesis, skoro można znaleźć znacznie gorsze przykłady, jak na rodzimym rynku zejście ze sceny O.N.A. i Kombi-reaktywację? To jest dopiero danie pewnej części ciała. W dodatku męskiego, niemłodej już i ździebko pomarszczonej.

*

No i proszę – mimowolna coda do moich powyższych wymóżdżeń. Ledwie dwa dni po napisaniu tych słów – jeden z młodszych o parę lat kolegów w pracy, gdy przypadkiem zgadaliśmy się o muzyce, powiedział: „Dla mnie Genesis zaczyna się od Mamy. Za..bista płyta!”. I co?! Powiedziałem tylko zrezygnowany: „A dla mnie kończy” i umilkłem.

(pisane latem 2011)


Księga Genesis w dwóch częściach (1)

Genesis – zespół pęknięty na pół. Podwójnie i podwójnie nierówno. Bo proporcjonalne nie są ani okresy czasowe, ani miara dokonań w obu z nich. Gdy miałem lat naście i zaczynałem swoje buszowanie w muzyce (dzięki radiowej Trójce i, przede wszystkim, Piotrowi Kaczkowskiemu), to był mój nr 1,5. Nie 2, jak wtedy mówiłem kolegom, ale właśnie półtora. Numerem jeden byli oczywiście Pink Floyd. Ale tych emocji nie umiem już dziś w sobie odnaleźć, w odniesieniu do Floydów najbardziej kręci mnie to, co nie kręciło wówczas. Wiem, że będę niesłychanie oryginalny: Dark Side of The Moon, takie Kind of Blue muzyki rockowej.

[more]

Genesis to, z grubsza rzecz ujmując, dwa zupełnie różne zespoły. Pierwszy kończy się w 1977 roku wraz z wydaniem Second’s Out, dwupłytowego albumu koncertowego, na którego program – co bardzo znamienne – składają się nagrania dokonane zarówno w kwartecie, jak i w trio. Do 1974 roku rządzi Peter Gabriel. Grupa ciągle poszukuje nowych muzycznych ścieżek w nurcie szeroko pojętego rocka symfonicznego, mając w składzie trzech wirtuozów: gitarzystę Steve’a Hacketta, klawiszowca Tony’ego Banksa i perkusistę Phila Collinsa, który udziela się także wokalnie.

Gdy w 1974 roku odchodzi Gabriel, zespół jest u szczytu możliwości – muzycy są w pełni świadomi swego olbrzymiego potencjału wykonawczego i kompozytorskiego, tego, co i jak chcą robić. Banks i Hackett  (wreszcie na okładkach płyt pojawiają się nazwiska autorów poszczególnych numerów) zdecydowanie są w stanie udźwignąć ciężar kierowania zespołem i dostarczania większości materiału. A Trick of the Tail (1975) to w moim odczuciu najdoskonalsza płyta Genesis, Wind And Wuthering  (1976) niewiele jej ustępuje. Cóż z tego jednak, skoro Hackett dojrzewa do opuszczenia kolegów, co ma miejsce właśnie po nagraniu drugiej z wymienionych płyt.

W 1978, czyli właściwie z marszu, zespół wydaje …and Then There Were Three. I zostało ich trzech. Nagrań na krążku znacznie więcej, bo to już po prostu piosenki. W większości znakomite, zaaranżowane z olbrzymim rozmachem, bogactwo brzmień instrumentów klawiszowych odwraca uwagę, zwłaszcza szesnastoletniego – jakim wtedy byłem – słuchacza od potężnej gitarowej dziury, która tworzy się po odejściu Hacketta. Jeszcze wydaje się, że wszystko jest w najlepszym porządku, ale koszmarny finał płyty – Follow You, Follow Me – zwiastuje nieszczęście. Kiczowata, uboga (absolutnie nie należy jej mylić z oszczędną!) aranżacja jest zapowiedzią tego, co miał przynieść czas.

Po dwuletniej przerwie ukazuje się Duke. Po drodze Banks i Rutherford wydają swe solowe płyty. Dobre, zwłaszcza ta Banksa, więc fanów zespołu może to tylko cieszyć. Wolno bowiem przypuszczać, że mają tyle pomysłów, iż wszystkich nie są w stanie pomieścić na krążkach macierzystej formacji. Duke uspokaja. Mamy co prawda singlowy przebój, Turn It On, ale bardzo przecież zgrabny, a płyta skonstruowana jest jak te stare, z Gabrielem jeszcze, z długimi kompozycjami na początku i na końcu, z powracającymi motywami. Jest znacznie ciszej, skromniej niż na …and…, ale to przecież znak czasu, w którym zaczęto odchodzić od pełnych przepychu aranżacji. Zespół ciągle jeszcze balansuje gdzieś między piosenkami a utworami o bardziej skomplikowanej fakturze muzycznej.

Gwoździem do trumny okazuje się solowy debiut Collinsa, a ściślej – zawrotny jak na owe czasy sukces komercyjny tego krążka. Dochodzi do nieodwracalnych już, galopujących pop-procesów w łonie grupy. Nie licząc Three Sides Live (1982) i oczywiście tej czwartej strony z fantastycznymi z perspektywy 1982 roku odrzutami ze starych sesji, które zresztą „wyparowały” z późniejszych wydań albumu – definitywnie ostatnią płytą, kiedy miałem jeszcze złudzenia, jest Abacab (1981). Po latach widać, że są na niej jedynie nawiązania do Duke’a, a nie do starego, dobrego Genesis.

 (pisane latem 2011)

Urodziny Miasta – Kocham Katowice, 6-9 września 2012 (The Saintbox, Kari Amirian)

Moja pierwsza, osobista żona od paru lat przed koncertami rozgląda się po widowni. Czasem – tak też było wczoraj – mówi z wielkim niepokojem: Jesteśmy tu najstarsi… Mnie to nigdy szczególnie nie przerażało. Mogę oczywiście zazdrościć innym młodości, ale mam też pewną przewagę – moja perspektywa muzyczna jest zupełnie inna niż u dwudziestolatków. A małżonce odpowiedziałem: W razie czego powiedz, że jesteś tutaj z ojcem.

[more]

The Saintbox

Pychota, palce lizać. The Saintbox to projekt Macieja Szupicy (Dick4Dick, Gypsy Pill), do którego zaprosił jazzowego kontrabasistę Ola Walickiego (m. in. Łoskot) oraz Gabę Kulkę, chyba najlepszą polską wokalistkę ostatnich lat.
Stary rock progresywny umarł. Te wszystkie Marilliony i Pendragony to dla mnie nieporozumienie, gonienie własnego, albo – co znacznie gorsze – cudzego ogona. Ale termin rock progresywny w nieco innym znaczeniu pojawił się w mojej głowie, gdy w 1997 roku posłuchałem O.K. Computer Radiohead. Takie rozwiązania harmoniczne nie odeszły, jak widać, do lamusa, mogą wręcz lśnić pełnym blaskiem. Pod warunkiem jednak, że podejdzie się do nich w zupełnie inny, a nie zgrany do imentu przed laty sposób.
Na scenie mieliśmy czworo ludzi, sporo różnych instrumentów, a wszystko zbudowane wokół fenomenalnego głosu Kulki i basu Walickiego. Cała gama kolorów: melancholia, liryzm, delikatność na jednym końcu, totalny jazzrockowy odjazd spod znaku King Crimson i SBB z drugiej. Gdzieś tam pobrzmiewały mi też klimaty Możdżerowo-Danielssonowo-Frescowe. Jakie to wszystko świeże, dopiero co przyrządzone, a mamy przecież rok 2012! Ta godzina wczoraj to kolejne moje wspaniałe zdziwienie słuchacza, że w Polsce mamy tak znakomitych muzyków i utalentowanych kompozytorów. W ten sposób doświadczyłem jeszcze jednego muzycznego odlotu, dźwięków dla moich uszu z gatunku tych najwspanialszych, najukochańszych.
Tym piękniejszych, że zupełnie nieoczekiwanych. Bo, wstyd przyznać, o Saintbox nic wcześniej nie wiedziałem, a płytę wydaną 19 marca tego roku nabyłem drogą kupna dopiero wczoraj. Ale natychmiast po koncercie, bo była taka możliwość.

Kari Amirian

Młoda wokalistka miała tego wieczoru bardzo trudne zadanie. Przynajmniej dorównać poprzednikom na scenie w hali starego dworca kolejowego w Katowicach oraz udowodnić, że materiał z bardzo dobrej płyty broni się także na żywo.
Bardzo trudne. Stary dworzec w stolicy Śląska to jedna z secesyjnych pereł architektonicznych. Pozostający ciągle w rękach PKP obiekt przedstawia jednak coraz bardziej żałosny widok, gdyż czułej ręki konserwatora i budowlańca  dotąd nie doświadczył. Kubatura w środku, jak na potrzeby koncertów rockowych, dość spora – hala jest wysoka, w dodatku na podłodze, zamiast najbardziej wskazanego parkietu, położone są ciągle, skądinąd bardzo niebrzydkie, płyty. Pogłos więc spory, ciężka robota dla akustyka. The Saintbox poradzili sobie z tym bardzo dobrze, zespół Kari trochę gorzej.
Materiał zabrzmiał znacznie dynamiczniej niż na CD. Sporo bębnów i gitary basowej, momentami nieco to, niestety, dudniło. Muzycznie – w tych dynamicznych fragmentach – znacznie bliżej było do Petera Gabriela niż klimatów skandynawskich. Ale to absolutnie nie zarzut – trochę bardziej popowo, ale w dalszym ciągu szlachetnie.
Głos urodziwej frontmenki bez zarzutu – czysty, mocny, pozostała piątka muzyków na scenie też powyżej średniej krajowej. Muzyka zdecydowanie się broni, jestem przekonany, że w lepszej sali może zabrzmieć równie urzekająco jak na krążku. Bez ochów i achów, lecz była to godzinna porcja bardzo porządnego grania, w starej szkolnej skali od 2 do 5 – na czwórkę. 

*

Na koniec jeszcze uwaga nieco szerszej natury. Jak dobrze, że przygotowywanie imprez muzycznych oddano w ręce ludzi, którzy mają pojęcie o tym, co dzieje się w tej branży. Jeszcze dwa lata temu po kasę rękę wyciągała np. Kate Ryan, „flamandzka artystka muzyki pop and dance” czy, z całym szacunkiem, Maryla Rodowicz.
Promowanie  rodzimej muzyki w wydaniu niekoniecznie festiwalowym ma w moim odczuciu znacznie więcej sensu. Ze starych wyjadaczy – Armia, Kobranocka, Róże Europy, z grona młodszych – Mika Urbaniak, Mitch & Mitch, Sofa, Pinnawela. Dla miłośników czerpania z folkloru –  Żywiołak.
Ale i tak znajdą się niezadowoleni, którzy woleliby pogibać się przy piosenkach artysty Rynkowskiego,  celebrytki Kukulskiej albo autorki nowej aranżacji hymnu narodowego Górniak.


GENESIS KLASSIK – Ray Wilson and The Berlin Symphony Ensemble, Dąbrowa Górnicza, 26 maja

Australian Pink Floyd, The Musical Box, Żuki, The Beatles Revival Band. Życie po życiu, na wielką I małą skalę – utwory mistrzów grane przez innych wykonawców. Choć w tym przypadku nie do końca jest to prawda, ponieważ Wilson był członkiem zespołu Genesis pod koniec XX wieku. Od pewnego czasu objeżdża nasz kraj, grając kawałki z płyt tej kapeli, z solowych krążków Collinsa, a nawet Gabriela i Rutherforda, uzupełniając zestaw kilkoma własnymi piosenkami.

[more]

Mam kłopot z określeniem artystycznej miary tego typu pomysłów. Ale też, powiedzmy uczciwie – nie ma w tym absolutnie chałtury. Podejście do tematu zawodowe, poziom wykonawczy – co najmniej dobry. Więc czego się czepiać, jeśli do uszu dociera muzyka znakomicie znana co najmniej dwóm pokoleniom odbiorców muzyki? Mogę sam kręcić głową, bo Genesis po 1977 to już zupełnie inny zespół, popowy zaledwie, ale – trzeba jednak przyznać – jest to pop na tyle szlachetny, że po upływie dwudziestu-trzydziestu lat wciąż słucha się go bez zażenowania i poczucia, że jesteśmy w starym kinie. W dodatku – głos Wilsona, matowy, podobny nieco do Gabriela, wciąż brzmi bardzo dobrze. Tak samo, jak w 1998 roku w Spodku.

Zaczęło się od Congo, utworu z jedynej wspólnej płyty Wilsona z Genesis, i już wiadomo było, że zespół brzmi bardzo dobrze (osiem osób: bębny, bas, dwie gitary, klawisze, dwie skrzypaczki oraz wokal i, czasem, gitara akustyczna frontmana). Potem Jesus He Knows Me i jeden z kilku własnych utworów, ostatni przebój American Beauty – i tak przez blisko dwie godziny, przy coraz gorętszej reakcji widowni. Usłyszeliśmy m.in. Follow You Follow Me, Mama, potężnie brzmiące Calling All Stations. Moje serce zgreda zabiło mocniej, gdy lider zapowiedział Ripples pochodzący z A Trick of The Tail (1975). Nie zabrzmiało to jednak tak pięknie jak w oryginale – obniżona w refrenie tonacja (Wilson nie wyciąga takich wysokich rejestrów jak młody wtedy Collins) i uproszczone bębny nie przeniosły mnie w najukochańsze klimaty Genesis.

Z solowych nagrań członków grupy usłyszeliśmy In The Air Tonight, Another Day In Paradise Collinsa oraz Another Cup of Coffee i All I Need Is A Miracle Mike And The Mechanics zaśpiewany przez Steve’a Wilsona. Na koniec Land of Confusion i znakomicie, rokendrolowo zaaranżowany I Can’t Dance.

Nie trzeba było muzyków długo zachęcać do bisu. Zagrali porywające Solsbury Hill Gabriela, co dla mnie stało się kolejnym dowodem na artystyczne zwycięstwo Pana Petera nad byłymi kolegami. Uważam po prostu, że Gabriel solo zrobił rzeczy o wiele bardziej wartościowe niż Genesis jako trio. Na zakończenie porywająco, monumentalnie i gitarowo brzmiący Inside z repertuaru macierzystej formacji Wilsona, StiltskinI jak najbardziej zasłużone, długie oklaski.

Peter Gabriel, Live Festival, Oświęcim, 13 maja 2012

Wreszcie spełniło się jedno z moich ostatnich możliwych do spełnienia muzycznych marzeń – zobaczyć Pana Piotrusia na żywo (do Poznania parę lat temu się nie wybrałem). Z pokolenia debiutujących w latach 60. zostało ich niewielu: Paul McCartney (ściślej – debiutował w poprzedniej dekadzie, nigdy nie był w Polsce), Eric Clapton (byłem w 1979 roku w „Spodku”, kiedy nie wyszedł na scenę) i Dawid Gilmour (do Gdańska nie pojechałem, podobnie jak na Claptona). I on.

[more]

Bałem się. Pomysł z orkiestrą nie jest tym, co lubię najbardziej. Zachwycałem się tylko raz, jako szczeniak jeszcze, Purplami. Później te koncepty budziły raczej moją nieufność – karykaturalna Metallica, mocno średni Dżem w operze. Ale przecież to Gabriel, a okazja zobaczenia go może się już nie powtórzyć.

No właśnie – Gabriel. Przed laty przeciął pępowinę Genesis, by nigdy nie wrócić (poza dograniem wokalu do nowej wersji „Carpet Crawlers”) do tych utworów. Zbliżył się do granicy popu, zaczął pisać piosenki. Ale jakie! Zawsze była to połamana faktura harmoniczna, staranne instrumentacje, zawsze, nawet w tych najbardziej powłóczystych utworach, czaił się jakiś niepokój – za sprawą niesamowitego głosu i budowanego nastroju. Więc – nie powinno być źle.

Kiepska była pogoda. Po upalnym początku maja nastały bardzo zimne i deszczowe dni. Ale niedziela na szczęście oszczędziła wody z nieba, w czasie koncertu popadało tylko trochę, nawet nie dziesięć minut. Archanioł Gabriel czuwał nad miastem.

Dwie panie śpiewające w chórkach  (zawsze przez mistrza ceremonii dobieranych bardzo starannie) i kilkudziesięcioosobowa New Blood Orchestra. To nie było żadne tam „pociągniecie trochę po smykach i jakoś będzie”, usłyszeliśmy kawał niezwykle  pieczołowicie zaaranżowanej muzyki. Nie powaliły decybele (nie o to przecież szło), nie było rockowej dynamiki, ale był rozmach i przestrzeń, jaką może dać duża orkiestra. Może wolałbym więcej instrumentów dętych, aby czasem zapanowały nad całością – ale i tak  było pięknie.

„Witam was!” – powiedział po pierwszym utworze, a ściślej – przeczytał z kartki. I zaraz: „Nastepna piosenka ma tytul…”. Bardzo szybko zorientowaliśmy się, że na scenie, choć ukryty przed naszymi oczami, jest jeszcze jeden Pan Piotr – Kaczkowski, który  tłumaczył nieco dłuższe wypowiedzi frontmana. Dla starych ‘trójkowiczów’ było to kolejne tego wieczoru wzruszenie.

Niespieszne w większości kompozycje Gabriela zyskały jeszcze bardziej monumentalny, filharmoniczny wymiar, lecz chyba nikt nie miał prawa czuć się znużonym. Te dźwięki były zbyt szlachetne, by dało się przejść obok nich niewzruszonym.

Dowiedzieliśmy się, że dwa tygodnie wcześniej ojciec Mr. Petera obchodził  setne urodziny, co wzbudziło aplauz widowni, która ze słowiańską dezynwolturą odśpiewała „Dwieście lat”. Na filmie towarzyszącym utworowi zobaczyliśmy, jak ojciec i syn spacerują po ogromnej posesji objęci  ramionami, starszy pan bez laski i w świetnej formie. To nadzieja, że Gabriel, choć jest późnym dzieckiem, pochodzi z długowiecznej rodziny i ma wiele lat artystycznej kariery przed sobą. Że odwiedzi jeszcze Polskę.

Usłyszeliśmy m.in. ‘Secret World’ , ‘Digging In the Dirt’, a pod koniec ‘Red Rain’,‘In Your Eyes’ i – ku mej ogromnej radości – ‘Biko”. Po krótkiej przerwie, już  na bis, wspólny występ z Kroke oraz ‘Don’t Give Up’. Mistrz zszedł ze sceny, mówiąc, że jest  późno i pora wracać do domu. Na koniec orkiestra odegrała  temat z ‘Ptaśka’ i to był, po blisko dwóch godzinach, definitywny koniec koncertu.

Czułem się usatysfakcjonowany – i nie ja jedyny. To naprawdę był niezwykły koncert. Bardzo szczególnego, wyjątkowego artysty w dziejach rocka. Kogoś, kto zawsze szedł własną drogą i wyznaczał nowe trendy. Dla festiwalu, odbywającego się już trzeci raz, i miasta Oświęcimia było to artystyczne wydarzenie bez precedensu.

Po takich koncertach, wsiadając do samochodu, nigdy nie włączam radia. To byłoby świętokradztwo. Takie dźwięki, rozbrzmiewające wciąż w uszach, należy zabrać ze sobą do domu. I z nimi położyć się spać.