Jakby ktoś czterdzieści parę lat temu, a nawet znacznie później, powiedział, że rockowi wymiatacze nagrywać będą takie płyty, stukalibyśmy się w czoło. Muzyka, która jak żadna wcześniej, gwałtownie, prądem i decybelami, protestowała przeciw zastanemu porządkowi, sama sklasyczniała. Tak jak jej najsłynniejsi przedstawiciele, którzy nie tylko nie boją się Boga, ale i fanów. Bo wiedzą, że na nowych już specjalnie liczyć nie mogą (i chyba im szczególnie na tym nie zależy), a dawni starzeją się tak samo jak ich idole. I tak samo, w większości, łagodnieją z wiekiem.

[more]
I trudno nie zauważyć przy okazji tego krążka pewnej prawidłowości, wpisywania się w pewne szersze zjawisko – Clapton zrobił płytę bardzo podobną m. in. do tej McCartneya sprzed roku. Tam zresztą zagrał staremu kumplowi-Beatlesowi w dwóch kawałkach, teraz doszło, co prawda w jednym tylko numerze, do rewanżu. Obaj panowie sięgnęli po
piosenki sprzed wielu dziesiątków lat,
także tych z czasów przedrokendrolowych. U Mr. Erika sąsiadują ze sobą Gershwin, Tosh i J.J. Cale. Ten ostatni pojawia się teź osobiście, śpiewając i grając na gitarze we własnej kompozycji z 1981 roku, Angel. Od nazwisk może zakręcić się w głowie: Chaka Khan, Steve Winwood, Steve Gadd, Chris Stainton, Jim Keltner, Taj Mahal i wielu innych.
Niechętnych i obojętnych wobec Slowhanda ten album nie przekona, starzy fani powinni być zadowoleni. Ja sam, przyznam, do gorących wyznawców Claptona nie należę. Bluesbreakers, Cream, Blind Faith, Derek and The Dominos – owszem, ale potem zrobiło się – w moim odczuciu – mniej interesująco, choć pojawiały się też takie cudeńka, jak Unplugged.
Clapton właściwie zaniechał komponowania,
klejąc swoje kolejne płyty z materiału pisanego przez innych. Cokolwiek jednak mówić, jest artystą tej miary, że zawsze odciskał na tych utworach bardzo wyraźne i charakterystyczne, rozpoznawalne natychmiast piętno.
Nie inaczej jest w przypadku Old Sock, na której podpisany jest tylko pod jedną piosenką, a resztę wziął skądinąd. Jest to jednak granie bardzo wytrawne. Stonowane, oszczędne w stosowaniu środków artystycznego wyrazu – dlatego podobają mi się nawet kawałki reggae, których jest parę na tym albumie, a za gatunkiem tym szczególnie nie przepadam. Bardzo pięknie brzmi też Claptonowska wersja Still Got The Blues Garry’ego Moore’a, wydobywająca z zajechanego dość numeru subtelność i, po prostu, piękno.
Album bez zaskoczeń,
granie raczej dla starych. Bo oni (znaczy tacy jak ja) bardziej skłonni są używać muzyki nie tylko do ładowania akumulatorów, ale i wyciszenia. Jest jednak w tej płycie – nie pierwszej i nie ostatniej nagrywanej przez rockmanów pozornie od niechcenia, przy okazji – wyraźnie odczuwalna wielka maestria. Trzeba naprawdę bardzo dobrze władać instrumentami, by efekt końcowy był właśnie taki. To granie tych, którzy niczego już udowadniać nie muszą, bez jakiejkolwiek napinki, a ich kunszt objawia się jakby mimochodem.




