Co można znaleźć w starej skarpecie? – Eric Clapton, Old Sock, 2013

Jakby ktoś czterdzieści parę lat temu, a nawet znacznie później, powiedział, że rockowi wymiatacze nagrywać będą takie płyty, stukalibyśmy się w czoło. Muzyka, która jak żadna wcześniej, gwałtownie, prądem i decybelami, protestowała przeciw zastanemu porządkowi, sama sklasyczniała. Tak jak jej najsłynniejsi przedstawiciele, którzy nie tylko nie boją się Boga, ale i fanów. Bo wiedzą, że na nowych już specjalnie liczyć nie mogą (i chyba im szczególnie na tym nie zależy), a dawni starzeją się tak samo jak ich idole. I tak samo, w większości, łagodnieją z wiekiem.

[more]

I trudno nie zauważyć przy okazji tego krążka pewnej prawidłowości, wpisywania się w pewne szersze zjawisko – Clapton zrobił płytę bardzo podobną m. in. do tej McCartneya sprzed roku. Tam zresztą zagrał staremu kumplowi-Beatlesowi w dwóch kawałkach, teraz doszło, co prawda w jednym tylko numerze, do rewanżu. Obaj panowie sięgnęli po

piosenki sprzed wielu dziesiątków lat,

także tych z czasów przedrokendrolowych. U Mr. Erika sąsiadują ze sobą Gershwin, Tosh i J.J. Cale. Ten ostatni pojawia się teź osobiście, śpiewając i grając na gitarze we własnej kompozycji z 1981 roku, Angel. Od nazwisk może zakręcić się w głowie: Chaka Khan, Steve Winwood, Steve Gadd, Chris Stainton, Jim Keltner, Taj Mahal i wielu innych.

Niechętnych i obojętnych wobec Slowhanda ten album nie przekona, starzy fani powinni być zadowoleni. Ja sam, przyznam, do gorących wyznawców Claptona nie należę. Bluesbreakers, Cream, Blind Faith, Derek and The Dominos – owszem, ale potem zrobiło się – w moim odczuciu – mniej interesująco, choć pojawiały się też takie cudeńka, jak Unplugged.

Clapton właściwie zaniechał komponowania,

klejąc swoje kolejne płyty z materiału pisanego przez innych. Cokolwiek jednak mówić, jest artystą tej miary, że zawsze odciskał na tych utworach bardzo wyraźne i charakterystyczne, rozpoznawalne natychmiast piętno.

Nie inaczej jest w przypadku Old Sock, na której podpisany jest tylko pod jedną piosenką, a resztę wziął skądinąd. Jest to jednak granie bardzo wytrawne. Stonowane, oszczędne w stosowaniu środków artystycznego wyrazu – dlatego podobają mi się nawet kawałki reggae, których jest parę na tym albumie, a za gatunkiem tym szczególnie nie przepadam. Bardzo pięknie brzmi też Claptonowska wersja Still Got The Blues Garry’ego Moore’a, wydobywająca z zajechanego dość numeru subtelność i, po prostu, piękno.

Album bez zaskoczeń,

granie raczej dla starych. Bo oni (znaczy tacy jak ja) bardziej skłonni są używać muzyki nie tylko do ładowania akumulatorów, ale i wyciszenia. Jest jednak w tej płycie – nie pierwszej i nie ostatniej nagrywanej przez rockmanów pozornie od niechcenia, przy okazji – wyraźnie odczuwalna wielka maestria. Trzeba naprawdę bardzo dobrze władać instrumentami, by efekt końcowy był właśnie taki. To granie tych, którzy niczego już udowadniać nie muszą, bez jakiejkolwiek napinki, a ich kunszt objawia się jakby mimochodem.

Wyrwane z kontekstu: McCartney, Grohl, Novoselic, Smear, Come Me Some Slack

Rokendrol już długo jest dostatecznie stary, by łączyć pokolenia. Pod sceną od lat pojawiają się rodzice z dziećmi i to często dorosłymi. Na scenie – dzieje się to samo. Zawsze jednak elektryzują wieści, gdy spotykają się w takich składach członkowie słynnych i najsłynniejszych grup.

[more]

Pomysły to efemeryczne, jak Them Crooked Vultures (John Paul Jones, Dave Grohl, Josh Homme) albo trwalsze, jak Black Country Communion (Glenn Hughes, Joe Bonamassa, Jason Bonham, Derek Sherinian). Teraz – otrzymaliśmy kawałek panów z Nirvany z Beatlesem.

Wystąpili razem 12 grudnia ubiegłego roku na koncercie poświęconym ofiarom huraganu Sandy. A rzeczony utwór znalazł się na płycie z muzyką do dokumentalnego filmu w reżyserii Grohla Sound City. To nazwa nieistniejącego już studia nagraniowego, w którym powstał album Nevermind.

Come Me Some Slack to dobry zwiastun przed występem Sir Paula McCartneya w Warszawie. Siedemdziesięciodwuletni facet śpiewa głosem mocnym jak na Białym albumie. Skojarzenia z Helter Skelter i Back In The U.S.S.R. nieodparte.

John Lennon is dead

Rok 1980 tragicznie zapisał się w historii rocka. W lutym zapił się na śmierć Bon Scott, wokalista AC/DC, we wrześniu ten sam koniec spotkał Johna Bonhama, co spowodowało rozpad Led Zeppelin. Jednak dzień 8 grudnia wstrząsnął całym światem, nie tylko muzycznym. Po raz pierwszy zdarzyło się, że muzyk został zastrzelony z rąk niezrównoważonego fana. Muzyk – legenda. Jedna z najbardziej kontrowersyjnych postaci showbiznesu.

[more]

 Facet, który w okresie szalejącej Beatlemanii powiedział:

„Jesteśmy popularniejsi od Jezusa”.

Wreszcie ten, który w 1969 roku zwrócił królowej Elżbiecie tytuł szlachecki otrzymany cztery lata wcześniej – w proteście przeciw polityce zagranicznej Wielkiej Brytanii dotyczącej konfliktów zbrojnych, m.in. w Wietnamie.

Po pięciu latach milczenia, właśnie tuż przed śmiercią Lennon wydał swój nowy album – Double Fantasy – i prawie natychmiast rozpoczął pracę nad kolejnym. Można przypuszczać, że byłby to jego trwały powrót do muzyki. Z perspektywy lat widać, jak wielu wykonawców, których szczyt artystycznej formy przypadł na lata 60. i 70., potrafiło mimo zmiennej koniunktury przetrwać i zaserwować fanom niejedną jeszcze porcję świetnej muzyki. Kto wie, czy nie doczekalibyśmy jeśli już nie trwałego

reaktywowania The Beatles,

to chociaż paru wspólnych koncertów.

Wielka czwórka rozstawała się wśród mnożących się nieporozumień i wzajemnych pretensji. Na swym najsłynniejszym solowym albumie – Imagine – Lennon poświęcił McCartneyowi szyderczą piosenkę How Do You Sleep?. Gdy dziewięć lat później świat obiegła tragiczna wiadomość, usłyszeliśmy też coś bardzo znaczącego. Yoko Ono powiedziała, że zaraz po tym, jak sama dowiedziała się o śmierci Johna, skontaktowała się z dwiema osobami, do których zadzwoniłby sam zmarły, gdyby mógł. Pierwsza to Julian, starszy syn artysty. Drugą natomiast był Paul McCartney…

*

W 1981 roku zaliczyłem wakacyjny obóz w Czechosłowacji. 22 lipca rano nasi opiekunowie włożyli do wazoników ze sztucznymi kwiatkami biało-czerwone chorągiewki, które do obiadu zniknęły w tajemniczych okolicznościach. Polska fiesta „Solidarności” budziła wielki niepokój wśród naszych ówczesnych sąsiadów.

W trakcie tego obozu, podczas pobytu w nieco większym mieście (którego nazwy już nie pamiętam) jeden z kolegów powiedział: „Kurde, kupiłbym sobie lenonki, u nas to zupełnie niemożliwe”. Idąc we czterech, natrafiliśmy na sklep z oprawami. Kolega zaczyna tłumaczyć młodemu sprzedawcy, że chodzi mu o okulary – druciane, okrągłe…

– A, take lenonky!



The Beatles – najpierwsza kochanka w muzycznym haremie

Może 1968 rok. W domu pojawia się pocztówka z Lady Madonna.
Już chyba 1970. Pocztówka z jednym nagraniem – Hey Jude.
1978. Tonpress wypuszcza na rynek pierwsze polskie wydawnictwo płytowe grupy – dwie małe płytki z siedmioma łącznie utworami. Szaleństwo.
1980. The Beatles, czyli pierwotnie w Stanach wydany zestaw singlowych nagrań czwórki z Liverpoolu. W miesiąc, może dwa później – 8 grudnia – ginie John Lennon.

[more]

1993. Abbey Road – pierwszy kompaktowy zakup nagrań Beatlesów.

2010. Wreszcie! – zremasterowane wersje (po kolei): Białego albumu, Magical Mystery Tour, Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band, RevolverPast Masters. Pięć albumów, siedem płyt. Mnóstwo muzyki. W przeważającej części – znakomitej. Najwspanialszej grupy w historii muzyki rockowej. Jak pisać o takich oczywistościach?!

 *

Beatlesi towarzyszyli mi zawsze,

od wczesnego dzieciństwa.  Ale przez bardzo długi czas w sposób nieuporządkowany. Ich dorobek zlewał się w jedną wielką całość. Dopiero po latach dokonało się w mojej głowie i uszach podwójne przewartościowanie: najpierw coraz większy zachwyt dojrzałego już odbiorcy nad muzyką kwartetu, a nieco później uchwycenie chronologii, tego ciągu przyczynowo-skutkowego, błyskawicznego rozwoju artystycznego zespołu. I świadomość tła, kontekstu – tego, co działo się wtedy w świecie i muzyce rockowej.

Wsłuchiwałem się w te niemłode już nagrania, uświadamiając sobie, w którym utworze który z panów wykonuje partie wokalne. W 2010 roku dotarło do mnie, że to, co kocham w Beatlesach najbardziej, jest dziełem Paula McCartneya, że to on jest tym mistrzem ponad wszystkich innych mistrzów rock’n’rolla.

Niebywałe, jak rozkwitają czasem talenty. Zespół gdzieś na początku, na przełomie lat 50. i 60., był jednym z wielu. Nic specjalnego, żadnych olśnień wykonawczych – nie byli to ani szczególnie dobrzy wokaliści, ani instrumentaliści.

Geniusz autorski

ujawnia się jednak już w 1964 roku, niewyobrażalna dzisiaj ilość zagranych koncertów sprawia, że warsztat staje się coraz lepszy. Nigdy nie wybitny – ale, w połączeniu z cudowną zdolnością do wymyślania przepięknych piosenek – dający efekt absolutnie ponadczasowy, nieporównywalny z jakimikolwiek wcześniejszymi dokonaniami w rocku.

To The Beatles stali się punktem odniesienia dla większości wykonawców w kolejnych pokoleniach. Niedościgłym wzorcem i nieustającą inspiracją. Bunt sklasyczniał, a wielka muzyka pozostała. I pozostanie. YesterdayStrawberry Fields ForeverPenny Lane czy Hey Jude będą analizowane przez muzykologów tak samo jak utwory Bacha czy Vivaldiego.