McCartney i rząd jego dusz w muzycznym niebie

mcca4

 

Wyszedł do nas nie jak gwiazdor, syty i pełen pychy, lecz niczym przyjaciel, stary znajomy, kumpel, niemal brat-łata, który swoimi piosenkami leczy od lat skołatane serca i myśli

[more]

*

O mniej więcej 20.30 rozległ się gitarowy gong rozpoczynający A Hard Day’s Night i cały koncert, I w ten sposób cały mój

muzyczny bagaż

– cała walizka, której zawartość zaczęli w latach 60. układać starsi bracia, potem radiowa Trójka, a resztę wypełniłem już sam, otwarła się lekko, bez żadnego oporu, ukazując zawartość w stanie nienaruszonym i kolorach, które nie wypłowiały przez pół wieku.

Prawdę mówiąc, nie spodziewałem się niczego innego, zwłaszcza że to otwarcie nastąpiło drugi już raz, a za pierwszym podejściem, na Stadionie Narodowym w stolicy przed pięciu laty, mimo niedomagań akustycznych obiektu, było pięknie i wzruszająco. Jednakże czas biegnie nieubłaganie, Sir Paul ma już siedemdziesiąt sześć lat, i zawsze istnieje ryzyko, iż trasa koncertowa dla niemłodego organizmu w pewnym momencie może okazać się zbyt forsowna.
Właśnie: doskonale nie było, bo na przykład głos mistrza, głos wielkiego Beatlesa nigdy wielkim – obiektywnie rzecz biorąc – nie był. Teraz ma już poważne trudności z pokonywaniem gór, co słychać było zwłaszcza wtedy, gdy umilkły chórki, a z instrumentów pozostał tylko akompaniament gitary akustycznej: w Blackbird i Here Today. Doskonale nie było, co w niczym nie zmienia faktu, że po prostu fantastycznie. Bo ta muzyka, w odróżnieniu od wykonywanej na co dzień w filharmoniach, chwyta za serce niekoniecznie perfekcyjnością wykonania, lecz żywiołowością –

prawdą czasu i sceny.

Rock (mniejsza tu o definicję) – upierać się będę – jest muzyką oryginału, szorstki i tu albo ówdzie zarysowany jest zwykle prawdziwszy od najgładszych i nabożnych podejść do zapisu nutowego pierwowzoru.

Muzyka, która w sporej mierze zapisała się na moim osobistym twardym dysku, wówczas gdy jeszcze swobodnie mieściłem się pod stołem, której wielkości i ponadczasowości zaprzeczyłem na krótko, w latach 70., w której zakochałem się na nowo w 1979 roku, gdy Tonpress opublikował pierwsze polskie wydawnictwo The Beatles (siedem nagrań na dwóch małych płytach), którą kocham od tamtej pory, dziś miłością starzejącego się mężczyzny – zabrzmiała wczoraj w krakowskiej Tauron Arenie na żywo, zagrana przez najbardziej do tego uprawnionego faceta – człowieka, który jest największym kompozytorem pop music drugiej połowy XX wieku. Znów wyszedł do nas nie jak gwiazdor, syty i pełen pychy, lecz niczym przyjaciel,

stary znajomy, kumpel, 

niemal brat-łata, co to swoimi piosenkami leczy od lat skołatane serca i myśli. Nawet te kilka minut w czasie bisu, gdy (jak kiedyś z darami dla władców) dopuszczono do niego najpierw dziewczynę z Suwałk, a następnie słowacką parę, by publicznie dokonały się – przyjęte – oświadczyny, nie miały nic z koturnowej operetki, bo ci ludzie byli po prostu szczęśliwi, że mogli chwilę pobyć obok Mistrza i wyściskać się z nim.

*

McCa mógłby, co oczywiste, ułożyć ze swoich piosenek z dziesięć programów koncertowych. Wczoraj zagrał całe mnóstwo – setlista obejmuje prawie czterdzieści pozycji – sięgając po materiał najstarszy,  sygnowany jeszcze nazwą The Quarrymen, From Me To You czy Can’t Buy Me Love, ale też całkiem świeży, z dopiero co wydanej płyty Egypt Station. Te ostatnie zaprezentowane na żywo potwierdziły tylko swe walory, bez zarzutu wpisując się w ciąg  przebojów, które wyszły spod ręki PMcC. Żałuję trochę, że były to trzy chyba najbardziej skoczne numery z krążka, a nie któryś z tych o trochę bardziej skomplikowanej fakturze. Przeplatał kawałki wielkiej czwórki piosenkami z repertuaru The Wings oraz kilkoma innymi, widownia jednak, co zrozumiałe, te pierwsze oklaskiwała szczególnie długo i gorąco. Od tego już 

nie da się uciec

– i McCartney wcale nie zamierza, zwłaszcza na tym etapie życia, tego robić. Pojawiły się więc utwory dedykowane George’owi Martinowi, Lennonowi oraz Harrisonowi. Te wszystkie animozje towarzyszące rozpadowi zespołu, które jak echo pamiętam z dzieciństwa, te niedobre słowa, jakimi obdzielili się zwłaszcza John z Paulem, to już zamierzchła przeszłość, to grzechy dawno odpuszczone przez Boga i zainteresowanych sobie nawzajem. Są czymś mało istotnym w zestawieniu z miarą wspólnego dorobku, lat, które spędzili razem i które zaowocowały w sposób niebywały. Wzruszenie ogarniało raz po raz, gdy na telebimach, jako ilustracje do kolejnych piosenek, pojawiały się stare wspólne zdjęcia czy filmy kwartetu z Liverpoolu, na których widać, jak uśmiechają się do siebie i jak wielka jest między nimi chemia.

Dostałem to, czego chciałem. Usłyszałem numer, który w całym dorobku Beatlesów postrzegam jako coś szczególnie wyjątkowego: Strawberry Fields Forever. Cóż, wykonanie mnie nie uwiodło, bo zastąpienie smyczków klawiszami zawsze pozostawi uczucie niedosytu. Natomiast obecność trzyosobowej sekcji dętej (nieoczekiwanie prezentującej się po raz pierwszy w Letting Go nie na scenie, a wysoko z boku, między sektorami) dodała ognia innym numerom, jak choćby Lady Madonnie, która zawsze już będzie dla mnie wspomnieniem dzieciństwa i ery pocztówek dźwiękowych.

Finałów, jak się mogło wydawać, było kilka – i Let It Be, i Live And Let Die, uroczy w swych wystrzało-wybuchach i sztucznych ogniach, kiczowatych jak cała seria filmów o 007. Ten prawdziwy nastąpił jednak w wymarzony sposób: Hey Jude, bodaj pierwszy hymn w dziejach rocka, narastający i z obsesyjnie powtarzanym, nieprawdopodobnym refrenem, który można by 

grać i śpiewać bez końca,

wybrzmiał jednak do ostatniej nuty i zamknął zasadniczą część koncertu. Pozostawiając – czy tylko mnie? – ze spływającą po policzku łzą i ściśniętym gardłem. To są takie magiczne chwile, kiedy nie masz wątpliwości, że warto żyć, i nie zastanawiasz się, jak bardzo drogie były bilety, tylko chłoniesz całym sobą każdą nutę, każdy dźwięk płynący ze sceny. A takich chwil było wczoraj szczególnie wiele.

Muzycy, w sumie ośmiu, wszyscy świetni (gitarzyści z fryzurami prosto z „Dynastii”) zniknęli ze sceny, ale wiadomo było, że jest jeszcze na co czekać.

*

Bis, w całości złożony z 

beatlesowskich klasyków,

dopieścił i uszczęśliwił chyba każdego. Po Birthday i przerwie na wspomniane „hołdy”, nastąpił jeszcze jeden mocny fragment. Po  rozgrzewającym początku i podobnym zakończeniu części zasadniczej, McCa kolejny raz pokazał rokendrolowy pazur, serwując Sierżanta Pieprza, a po nim mój naj wśród ostrych numerów The Beatles, Helter Skelter, dociskając przy tym wokalnie i zdecydowanie dając radę. Na sam koniec dostaliśmy deser rodem z Abbey Road: Golden Slumbers-Carry That Weight-The End.

Nic tylko palce lizać, pomlaskiwać z radością i cmokać z ukontentowania. Mr. Music, sam bardzo wyraźnie zadowolony i szczęśliwy, zabrał nas wczoraj na dwie godziny i czterdzieści pięć minut do muzycznego nieba.

(Paul McCartney, Freshen Up, Tauron Arena Kraków, 3 grudnia)

Setlista:

https://www.setlist.fm/setlist/paul-mccartney/2018/tauron-arena-krakow-poland-5b977754.html

Dylan In The Night

dylan_shadows

Bob Dylan, kompozytor niezliczonej ilości genialnych pieśni wykonywanych przez niezliczone rzesze śpiewaków na całym świecie – uczynił z cudzych kompozycji coś bardzo charakterystycznego dla siebie, niepowtarzalnego.

[more]

Moskwę i Lizbonę dzieli chyba wszystko: wiele granic, klimat, kultura, historia. Łączy te miasta właściwie jedynie przynależność do jednego kontynentu, Europy. Z Nowego Jorku do Los Angeles jest niemal taka sama odległość jak ze stolicy Rosji do stolicy Portugalii, a przecież wszystko, co pomiędzy nimi, to – jakkolwiek bardzo złożona – jedna Ameryka, jedno państwo. I, co bodaj najistotniejsze, wspólny język. Z tej hybrydy, z tego patchworku, z bezustannego przenikania się wszelakich zjawisk rodziły się i rodzą wciąż rzeczy wyjątkowe.

*

Piosenki są jak marzenia senne,

które człowiek stara się urzeczywistnić. Jak nieznane kraje, które pragnie odwiedzić. Piosenkę można napisać wszędzie, w przedziale kolejowym, na jachcie, w siodle – bycie w ruchu pomaga. Czasami nawet ludzie wielkiego talentu nie tworzą piosenek, bo nie są w ruchu. Ja też nie byłem w ruchu, przynajmniej fizycznie. Ale pisało mi się tak, jakbym był. Czasami inspiruje cię to, co widzisz i słyszysz„.*

*

Rokendrol ze wszystkimi swoimi przyległościami rósł i dojrzewał w kulturowej, obyczajowej i jakiej tam jeszcze opozycji wobec zastanego w połowie lat 50. i – zdecydowanie bardziej – w latach 60. porządku świata. Dziś sam od dawna jest częścią historii. Jego najwybitniejsi i, po prostu, najstarsi żyjący przedstawiciele niczego nie muszą już udowadniać, zapisali się na kartach nie tylko popkultury ostatniego półwiecza. Ze swych katedr, monumentów i gwiazdorskich galaktyk, z pozycji rockowych mentorów mogą już – bynajmniej nie tylko z powagą starożytnych mędrców – otwarcie przyznawać się do tego, że ich talenty nie rozkwitły na bezludnych, dalekich wyspach wśród jeszcze odleglejszych mórz, ale że dorastali i dojrzewali w wielokulturowych i, najoczywiściej, 

wielopokoleniowych tyglach.

Tworzyli coś nowego, odrębnego, ale jednocześnie wciąż poddani byli takim czy innym wpływom. Mając – jak na genialnych muzyków przystało – uszy szeroko otwarte, chcąc nie chcąc wchłaniali różne rzeczy, muzykę, którą zastali z chwilą pojawienia się na świecie, której słuchali ich rodzice, która dominowała w stacjach radiowych, muzykę wcześniejszych pokoleń.

Dziś ci mędrcy niczego nikomu nie muszą już udowadniać. Z dobrotliwym uśmiechem, z dystansem wobec siebie i świata przynależnym ludziom w okolicach siódmego krzyżyka spokojnie mogą przyznać się światu, że słuchali i słuchają, że w głowach mają i że kochają także takie nuty, do których za żadne skarby nie przyznaliby się pół wieku temu.

 

Paul McCartney, Eric Clapton i teraz Bob Dylan. Shadows In The Night – dziesięć piosenek, trzydzieści parę minut. Łączy je to, że wszystkie powstały w czasach „przedrokendrolowych”, wszystkie pojawiały się na Broadwayu i w Hollywood, wszystkie miał też w swym repertuarze

Frank Sinatra.

To Ameryka w blasku świateł: mieniąca się złotem, ale i blichtrowata, Ameryka oszałamiających damskich kreacji oraz świetnie skrojonych fraków i smokingów, ale i pełna tandety. Wymuskana, olśniewająco gładka, lecz także mdła od nadmiaru kiczu.

Kontrakt z tą wytwórnią był zwieńczeniem ciągu nieoczekiwanych wydarzeń, nigdy nie nastawiałem się na współpracę z dużą firmą płytową. Gdyby ktoś mi powiedział, że będę nagrywać dla Columbii, jednej z największych wytwórni w kraju, mającej w swoich szeregach gwiazdy głównego nurtu, takie jak Johny Mathis, Tony Bennett czy Mitch Miller, nie uwierzyłbym„.*

*

Konteksty z biegiem lat nieuchronnie odchodzą w niepamięć, pozostaje natomiast sztuka, w tym przypadku – piosenki: znakomite i, jak widać na załączonym przykładzie, wciąż będące wdzięcznym materiałem do obróbki. Jeśli Rod Stewart, ubrany w białą koszulę i czarny garnitur, idealnie wpisał się w główny nurt,  by odzyskać trochę dawnej popularności i zasilić konto świeżą gotówką – dał zliftingowaną, ale po staremu lukrowaną wersję 

American Songbook, 

to artysta innej – najwyższej – miary zrobił z tych utworów coś bardzo swojego: wieloosobową orkiestrę zamienił na kilkuosobowy, kameralny skład, gwałtowne instrumenty dęte zamienił na delikatnie znaczone dźwięki gitary. Samemu sobie pozostawił tylko… głos. Od Sinatry różniący się wszystkim. Dylan od lat już bardziej chrypi, niż śpiewa, bardziej skrzeczy, niż idealnie trzyma linię melodyczną, a przecież wciąż pozostaje mistrzem nad mistrze, z cudzych piosenek – on, kompozytor niezliczonej ilości genialnych pieśni śpiewanych przez niezliczone rzesze śpiewaków na całym świecie – uczynił coś tak bardzo charakterystycznego dla siebie, niepowtarzalnego. Tak, jak to tylko on potrafi. 

*

Wielkie sceny amerykańskich teatrów, blask rewii czy papierosowy dym ekskluzywnych kasyn zamieniamy na coś niewymuszonego, kameralnego, pozostającego w półmroku. Zamiast ociekającej dolarami produkcji otrzymujemy nagrania zrobione na setkę w jednym lub dwóch podejściach. Stary folkowiec, bluesman z paroma kumplami podśpiewuje równie stare amerykańskie hity. Jest pięknie. Play it again, Bob.

(Na talerzu lub w szufladce: Bob Dylan, Shadows In The Night, 2015)

[W NaTemat: 22 lutego 2015]

_________________________________

* Bob Dylan, Kroniki, tom I, Wyd. Czarne 2014.

Grzegorz Turnau w kolejnej drodze do Krakowa

gt_7

Skala talentu artysty zadziwia. Lata biegną, a jego umiejętność wymyślania fantastycznych piosenek wydaje się – niczym u McCartneya – bez granic. W ten sposób konsumujemy to ciastko – i ku swej radości wciąż możemy je mieć, a każdy kęs powoduje zachwyt nad szlachetnością nut i wykonania.

[more]

*

Muzyczny ród Miśkiewiczów stanowi łącznik między albumami, przy których w ostatnich dniach zatrzymałem się na dłużej. W trio Marcina Wasilewskiego na perkusji gra Michał Miśkiewicz, zaś jego siostra Dorota – nie pierwszy raz zresztą – pojawia się w nowych nagraniach Grzegorza Turnaua – kompozytora, aranżera i producenta całości, a także autora tekstu jednej z pieśni. 

Ale 7 widoków w drodze do Krakowa jest też, jak nigdy dotąd w takich rozmiarach, dziełem 

oboisty Mariusza Pędziałka. 

To on właśnie wraz ze swoją żoną odkrył  dziewiętnastowieczne dekoracyjne malowidła ścienne w czasie remontu jednej z krakowskich kamienic. Malowidła, które stały się inspiracją do powstania całego krążka. A na nim instrument Pędziałka, w kilku utworach wyeksponowany na tle orkiestry kameralnej, brzmi wyjątkowo.*

*

Jakieś dziesięć-dwanaście lat temu, kiedy moi synowie pobierali przez pewien czas lekcje muzyki – w rozmowie z ich młodym nauczycielem powiedziałem:- Z całego polskiego rocka najlepszy jest Grzegorz Turnau.

Pośmialiśmy się wtedy trochę, a dziś – słuchając nowej płyty Pana Grzegorza – mógłbym tylko to zdanie powtórzyć. Oczywiście, z rockiem GT ma niewiele wspólnego, co zupełnie nie przeszkadza wielu miłośnikom gitar elektrycznych wsłuchiwać się w jego kolejne propozycje. Zwłaszcza że ci o nieco bardziej zaawansowanych peselach począwszy od płyty Tutaj jestem wyraźnie mogą w jego twórczości dosłuchać się tropów z okolic tria Emerson, Lake & Palmer: uwodzicielsko głębokich wokali w stylu Grega Lake’a oraz harmonicznych i aranżacyjnych 

rozwiązań nieodległych od klasycznych,

a tymi chętnie posługiwał się w swych kompozycjach Keith Emerson.

Nowe utwory Turnaua znów mocniej budzą te skojarzenia, a to z racji zatrudnienia, obok stałego zespołu towarzyszącego liderowi, Śląskiej Orkiestry Kameralnej pod dyrekcją Michała Nesterowicza. Zrobiło się więc nobliwiej, wręcz filharmonicznie, chwilami pachnie Vivaldim i jego koncertami z obojem w roli głównej. Jednakże piosenki są krótkie lub bardzo krótkie – i ta czasowa kondensacja sprawia, że mniej chętnie nastawieni do takich dźwięków nie powinni czuć się osaczeni czy zmęczeni. Piękno w najczystszej postaci po prostu płynie ku nam w każdej sekundzie.

 

Skala talentu artysty zadziwia. Lata biegną, a jego umiejętność wymyślania fantastycznych piosenek wydaje się – niczym u McCartneya – bez granic. W ten sposób konsumujemy to ciastko – i ku swej radości wciąż możemy je mieć, a każdy kęs powoduje zachwyt nad szlachetnością nut i wykonania. Na nowej płycie 

jedziemy do Krakowa

i dojechać nie możemy, krążąc po Czernej, Tyńcu, Krzeszowicach czy Tenczynie. I w zasadzie gród Kraka tym razem możemy sobie darować, bo okolice, po których oprowadza nas Turnau, są niepospolitej zaiste urody.

Na koniec jeszcze jedno – wspominałem o tym już nieraz, ale powtórzę: krótkie płyty, zwłaszcza jeśli bardzo udane, mają tę dodatkową przewagę, że nie sposób się nimi nasycić. Czterdzieści sześć minut z 7 widokami upływa jak z bicza strzelił, głośniki milkną, a ja myślę sobie „To już, koniec?”. I natychmiast mam ochotę ponownie wcisnąć „play”.

(Grzegorz Turnau, 7 widoków w drodze do Krakowa, 2014)

_____

* Wszystko, co piękne pochodzi akurat z albumu To tu, to tam, za to  klip zgrabnie wpisuje się w klimat najnowszego dzieła.

[W NaTemat: 7 grudnia 2014]

Dzisiaj: „Yesterday”

yesterday

1965 rok. Paul McCartney z gitarą akustyczną i smyki, za które również tak bardzo kochamy Beatlesów.

[more]

*

Czasem przychodzi ochota, by zwrócić ucho wprost w stronę przeszłości ołtarzy, pochylić się nad ikonami. Dawno nie sięgałem do cyklu „Cover to Cover” – i przy przeglądaniu notatek stwierdziłem, że pora może wrócić do tematu.

Tak się składa, że mam na myśli trzy utwory i sześcioro wykonawców z najwyższej rokendrolowej, folkowej i soulowo-rhytmandbluesowej półki. Sześcioro spośród moich najukochańszych.

Na początek Yesterday. O rany… 1965 rok, to już pół wieku, nie ma żartów. Paul McCartney z gitarą akustyczną i smyki, za które również tak bardzo kochamy Beatlesów. Rewolucja w rokendrolu, trzynaste miejsce na liście wszechczasów magazynu „Rolling Stone”. Piosenka, po którą najczęściej w historii pop music sięgali inni wykonawcy – podobno istnieje ponad trzy tysiące jej wersji.

Niewidomy od siódmego roku życia Charles (1930-2004) uznawany jest za największego spośród mistrzów czarnej muzyki. Yesterday zaśpiewał w 1967 roku, na płycie Ray Charles Invites You To Listen.

A tytułem uzupełnienia, bo pisałem o tym utworze przy innej okazji, jeszcze jeden cover czwórki z Liverpoolu – Eleanor Rigby. Pochodzący z kolejnego, wydanego rok później krążka A Portrait of Ray.

Młodzi artyści z Wielkiej Brytanii u progu lat 60. zafascynowani byli rokendrolem i bluesem – muzyką czarnych Amerykanów. Minęło zaledwie kilka lat i role czasem się odwracały.

[W NaTemat: 24 lipca 2014]

Niekoncertowy Stadion Narodowy

orange_warsaw

Po sobotnim koncercie AC/DC rozpętała się akustyczna burza z piorunami. Powiem z pożal się, Boże, satysfakcją, że wreszcie. Niech pewni ludzie przestaną udawać, że na warszawskim Stadionie Narodowym można tak samo organizować koncerty, jak na przykład na Wembley. Burza ma jednak to do siebie, że przechodzi, a za jakiś czas, jak gdyby nigdy nic, dowiemy się o nowym koncercie planowanym w tym miejscu. Jednak tych, którzy – podobnie jak ja – stwierdzili, że więcej tam się nie wybiorą, przybywa.

[more]

* * *

Wrażenie, jakby kapele rockowe zainstalowano w pustej, wielkiej i starej hali poprzemysłowej, miałem wczoraj przez cały czas. Na Stadionie Narodowym byłem drugi raz i nie mam pojęcia, co musiałoby się stać, bym znalazł się tam raz jeszcze. Dziś mogę powiedzieć, że zaliczyłem występy trzech kolejnych zespołów. Nawet to, że zobaczyłem. Ale powiedzieć, że usłyszałem – nie, to już przez gardło ani klawiaturę mi nie przejdzie.

*

Do krótkiej, acz już obfitującej w niepowodzenia piłkarskie historii Stadionu Narodowego uzupełnionej finansową aferą z koncertem Madonny dopisać należy jeszcze jedną klęskę. Z tą zasadniczą różnicą, że kopacze – w co dziś trudno komukolwiek uwierzyć – mogą w przyszłości zbliżyć się poziomem gry do futbolowych przeciętniaków i bez lęku przystępować do spotkań ze starannie wyselekcjonowanymi graczami Azerbejdżanu albo Luksemburga, natomiast konstrukcji, kształtu oraz użytych materiałów rzeczonego obiektu nikt już nie zmieni (pisał o tym niedawno Marcin Piątek na łamach „Polityki”).

Cóż, wypada 

powinszować wizjonerstwa

inwestorom, projektantom i wykonawcom tego przybytku. Pierwszym nieustannie przyświecającej idei, czemu ten obiekt w przyszłości ma służyć, by nie stać się tylko kolejnym pomnikiem narodowego zrywu i niekompetencji, drugim i trzecim tempa, w jakim lano tysiące ton betonu – zgodnie z projektem i zapisanymi w umowach terminami.

Rok temu byłem na koncercie Paula McCartneya. Nie wyobrażałem sobie, by nie być na pierwszym w Polsce występie Beatlesa, który w dodatku zewsząd zbierał w ostatnich latach pochwały za wysoką formę artystyczną. Gdyby nie ogrom emocji związanych z tym, jakie miejsce zajmuje w moim życiu muzyka rockowa, a w niej z kolei jak wyjątkowa jest pozycja The Beatles, pewnie nic nie potrafiłoby odmienić moich pierwszych akustycznych wrażeń z Narodowego. Wtedy zwyciężyła miłość do muzyki, do piosenek genialnej czwórki, poczucie, że biorę udział w najpiękniejszej z możliwych podróży sentymentalnej.

Gdy organizatorzy tegorocznej edycji 

Orange Warsaw Festivalu

zapowiedzieli przyjazd Queen of The Stone Age, także nie wahałem się ani chwili, mimo bagażu wątpliwości wyniesionych z Alei Księcia Poniatowskiego przed rokiem. Gdy dowiedziałem się, że w pakiecie dostanę jeszcze Pixies i Kings of Leon, mogłem się tylko cieszyć. Jak to zwykle jednak bywa, wątpliwości rosną, im mniej czasu pozostaje do rozpoczęcia imprezy. 

Jadąc wczoraj na koncert razem z siedmioma znacznie młodszymi od siebie ludźmi, przypadkowymi towarzyszami podróży, zastanawiałem się, co też tym razem spotka mnie w stolicy. Zaskoczenia często spadają na człowieka z najmniej oczekiwanej strony. Weszliśmy na stadion, gdy walczyła już fińska formacja French Films. Grała dla garstki ludzi pod sceną oraz nielicznej publiki rozrzuconej po sektorach. Widok mnie przeraził, bo takich pustek się nie spodziewałem, a pomny wrażeń sprzed dwunastu miesięcy, czułem, co się święci. Finowie grali, a dźwięk odbijał się od wszystkiego, co było w pobliżu, a więc przede wszystkim od wyzierającego zewsząd szarego betonu. Masakra.

Skończyli, następni mieli wyjść

Pixies.

Przemontowanie sceny przebiegało zawodowo, sprawnie. Stan widowni ledwie drgnął. Już wiedziałem, że klęska jest nieunikniona, że z tym nie poradzi sobie nikt, nawet ten, kto zdobył mistrzostwo świata w nagłaśnianiu koncertów.

Wymarzony na pierwszy występ w Polsce zestaw greatest hits wsparty paroma numerami z dopiero co wydanego albumu powinien wielu z nas – słuchaczy powalić, znokautować. Na scenie wszystko było w najlepszym porządku: ochota do gry, poziom artystyczny. Numery, które wpłynęły na wyobraźnię milionów odbiorców na całym świecie i na wielu tych, co sami postanowili uprawiać muzyczną grzędę. A i osobistą, neoficką, też, bo przez dwa ostatnie miesiące ich nagrania wciąż rozbrzmiewały w moim samochodzie. Tyle że po drugiej stronie przyszło raczej wszystkiego się domyślać, niż doświadczyć, nie mówiąc już o delektowaniu się, a po to przecież jedzie się taki szmat drogi. Wszystko dudniło, świszczało, miast dawać autentyczną, dziecięcą radość. Jako pięćdziesięciodwuletni człowiek byłem zdegustowany, jako fan – zrozpaczony.

Queens of The Stone Age

z Joshem Homme’em na czele byli tymi, na których czekałem szczególnie. Żałowałem już rok temu, gdy wystąpili na Open’erze, więc nie było mowy o odpuszczeniu ich warszawskiego występu. Widzów trochę przybyło, ale nie na tyle, by wyraźnie miały się zmienić warunki odsłuchu. Na otarcie łez pozostało to, że QOTSA grają ciężej niż Pixies, używają więcej niskich tonów, więc brzmieli odrobinę lepiej. 

Kapela stała się po ostatnim albumie moim zdecydowanym faworytem wśród łojących zespołów. Ten występ, choć stanowczo za krótki, siedemdziesięciominutowy, w pełni potwierdził jej klasę. Pozostaje tylko mieć nadzieję, że jeszcze kiedyś dane mi będzie usłyszeć ich w pełnym wymiarze i w normalnych warunkach.

Najgęściej pod sceną zrobiło się podczas ostatniego punktu programu, a tym był set 

Kings of Leon.

Najgęściej i najpiskliwiej, a to za sprawą licznych fanek zespołu. Kwartet jednak wystawił je na niełatwą próbę, gdyż zagrał o wiele mocniej, niż brzmią jego nagrania studyjne. Zadanie kwartet miał jednak piekielnie trudne. Wystąpić po Pixies i QOTSA i dotrzymać kroku – ba! To nie mogło się udać i się nie udało, mimo melodyjności przywodzącej na myśl U2 od czasów The Joshua Tree. Sto minut z bisem (oczywiście Sex On Fire na finał) i… Publiczność bez zbędnego ociągania się ruszyła do wyjścia.

Festiwal dopiero się rozpoczął, podsumowywać go będą ci, co zobaczą (prawie) wszystko. Ci natomiast, z którymi wczoraj zamieniłem parę zdań, widzowie tacy jak ja, byli podobnego zdania: Stadion Narodowy jako miejsce koncertowe jest 

nieporozumieniem.

Ale jasne, że obiekt stoi i ludzie, którzy o tym decydują teraz i będą decydować w przyszłości, zorganizują na nim kolejne muzyczne imprezy. Warto jednak, by pamiętali przy tym, że złe wieści rozchodzą się bardzo szybko. Nie wnikam, w czym tkwi przyczyna słabej frekwencji wczoraj, ale sądzę, że coraz bardziej pustych trybun należy się po prostu spodziewać. Można oczywiście udawać, że zapraszając kogoś do (z całym szacunkiem) Fiata Punto, sadzamy go na kanapie w BMW serii 5, albo że w naszym ogródku dobrze słychać muzykę, którą puszcza w swoim mieszkaniu sąsiad, ale chyba coraz mniej ludzi będzie się na to dawało nabrać.

Wrażenie, jakby kapele rockowe zainstalowano w pustej, wielkiej i starej hali poprzemysłowej, miałem wczoraj przez cały czas: radości niewiele, za to odczułem wielką ulgę, gdy koncert dobiegł końca. Więcej w takim święcie muzyki udziału brać nie mam zamiaru. Na Narodowym byłem drugi raz i nie mam pojęcia, co musiałoby się stać, bym znalazł się tam raz jeszcze. Dziś mogę powiedzieć, że zaliczyłem występy trzech kolejnych zespołów. Nawet to, że zobaczyłem. Ale powiedzieć, że usłyszałem – nie, to już przez gardło ani klawiaturę mi nie przejdzie.

Pomarańczowa fiesta

miała miejsce wczoraj, ale za oceanem, w Brazylii, gdzie moi ulubieni od czasów Ajaksu z początku lat 70. i reprezentacji z 1974 oranje dokopali 5-1 Hiszpanom (co jeszcze nic nie znaczy, ale jest bardzo przyjemne).

Witold Gombrowicz zadał w swoich Dziennikach pytanie: co zrobią Polacy, gdy już wszystkie inne narody napiszą dysertację o słoniu? I szybko odpowiedział, że przygotują rozprawę pt. „Słoń a sprawa polska”. Ponieważ nasze narodowe ego, tak jak każde inne, domaga się wzmocnień pozytywnych, dowartościowania, jedyną receptą na 

spektakularny sukces

na Stadionie Narodowym może okazać się karkołomny chyba nie tylko pozornie pomysł zorganizowania konkursu skoków narciarskich w ramach Pucharu Świata. Wyobrażacie to sobie – w obecności prezydentów RP i miasta stołecznego, premiera, marszałków sejmu i senatu grają Mazurka Dąbrowskiego, a na podium stają Stoch, Kot i Żyła? Tylko niech odpowiedni ludzie poprzeliczają zawczasu wszystkie działające siły fizyczne i naprężenia. Bo zawalenie się wczoraj Warsaw Stage (drugiej, mniejszej sceny) sprawiło, że nie wystąpiło trzech wykonawców, ale jak zapadnie się bula, to co Tajner powie Hoferowi?

[W NaTemat: 14 czerwca 2014]

Rok 2013 z oklaskami

Od razu obiecuję, że nie będzie tu żadnych list, zestawień czy rankingów. Tych znajdziecie od groma i trochę w innych miejscach. Mnie od dawna już nie bawią – ale nie chcę, by zabrzmiało to z wyższością. Mam najzwyczajniej poczucie, że to, z czym dane było mi zetknąć się w minionym roku, jest zaledwie maleńką wyspą na muzycznym oceanie.

[more]

Koncerty zawsze będą najbardziej spektakularnym kawałkiem tortu. Bo, w odróżnieniu od słuchania płyt, dostarczają niepowtarzalnych i przez to szczególnie silnych emocji. Zwłaszcza gdy mowa o występach artystów najukochańszych, najważniejszych, na których zobaczenie czekałem wiele, wiele lat. 

I w tym roku spełniło się coś wyjątkowego dla mnie – usłyszałem

piosenki The Beatles

w wykonaniu Bitlesa. Stało się. Przyjechał, zagrał. Wszyscy mówili, że jest w świetnej formie. I był. Do pełni szczęścia zabrakło „tylko” dobrej akustyki na Stadionie Narodowym. Lecz i tak występ Paula McCartneya pozostanie dla mnie jednym z największych muzycznych wzruszeń nie tylko ostatnich dwunastu miesięcy, ale całego życia.

Kilkanaście dni wcześniej w Łodzi zagrał 

Eric Clapton. 

Drugi, którego wyssałem jeśli nie z mlekiem matki, to z plastikowej masy, z której produkowano kiedyś w naszym kraju pocztówki dźwiękowe. Człowiek, który nie wyszedł na scenę w 1979 roku, by zagrać swój czwarty polski koncert. Było to w katowickim Spodku, a ja siedziałem wtedy na widowni. Długo nie mogłem mu tego, jako bardzo zawiedziony młody fan, wybaczyć. W Atlas Arenie spełniło się więc inne moje marzenie. I wracając nocą do domu, byłem szczęśliwy, że wreszcie dane mi było usłyszeć na żywo klasyczne numery   E. C.

Nie sposób zapomnieć też o lutowym, chorzowskim występie 

Beth Hart

z zespołem. Było to stare, bluesowo-rockowe granie w najlepszym stylu, ekspresja z okolic Janis Joplin. Bilety na jej koncert w tym samym miejscu w marcu 2014 już zostały zakupione.

Z polskich wykonawców obejrzanych na żywo wciąż wielkie wrażenie wywołują 

Lech Janerka, Dżem i SBB. 

I niczego nie zmienia tu fakt,  że nie były to jakieś szczególne jeśli chodzi o okoliczności występy. Stara gwardia trzyma się mocno, choć może nie wpływa już w tak znaczący sposób na odbiorców jak dawniej. 

Z młodych, walczących dopiero o swoje miejsce w sercach słuchaczy, ujęły mnie szczególnie Milcz Serce (bardzo szlachetna propozycja gitarowa, mimo iż to middle of the road), Ms. No One i Holly Blue (w obu przypadkach ciekawe 

damskie wokale i sporo dobrze podanych ładnych melodii), Vladimirska (zupełnie niekonfekcyjne połączenie folkloru z elementami jazzu i rockową energią) i Tape Reels (powrót do klasycznego łojenia z końca lat 60.). Ciekaw jestem, gdzie ci ludzie będą za pięć lat. Obyśmy nie stracili ich z pola widzenia. 

Po jazzowej stronie 

największe wrażenie zrobił na mnie koncert Johna Scofielda – kameralny i znakomity, z pogranicza jazzu, funky, bluesa i rocka. W ciepłej pamięci zostaną też minuty spędzone przy słuchaniu panów Możdżera, Danielssona i Fresco, Jana Garbarka z Hilliard Ensemble, międzynarodowej Arify. Za każdym razem były to wyprawy do najpiękniejszych miejsc: tu zostawiam Wam wybór – albo we wszechświecie, albo tych, które każdy z nas nosi w sobie, choć niekoniecznie chętnie odkrywa przed innymi. I wreszcie Tie Break – ważny za sprawą sentymentalnej podróży w czasie, powrotu do okresu studiów i FAMY 1983.

Z rzeczy, które mnie ominęły, żałuję przede wszystkim koncertów Queens of The Stone Age i Nicka Cave’a na Open’erze oraz Portishead w Krakowie. Zapowiedzi dotyczące kolejnych dwunastu miesięcy też są bardzo interesujące. Na niektóre koncerty biletów już dawno nie ma. Jako katowiczanin ubolewam nad marazmem związanym ze stojącą w martwym punkcie przebudową Stadionu Śląskiego oraz iście peerelowskimi porządkami w Spodku. Ale to temat do oddzielnych rozważań.

***

A u progu nowego roku życzymy Wam spokoju – ale takiego, który nie usypia, oraz wzruszeń – niech raz po raz dowodzą, że nie tylko z wątroby, kwasów i żółci jesteśmy ulepieni. I dobrej muzyki.

(W NaTemat: 1 stycznia 2014)

Wciąż ten sam – Paul McCartney, New, 2013

mcca_new

Niedawno stacje telewizyjne pokazywały dość szczególny obrazek: na pierwszym planie książę Walii Karol, a tuż za nim jego ekskluzywna świta, wśród której nie sposób było nie dostrzec uśmiechających się Paula McCartneya (trzymającego śliczną gitarę z wymalowaną flagą brytyjską) oraz Eltona Johna. Jeśli wieczny pretendent do angielskiego tronu ma wyraźne powody do frustracji, o tyle ci dwaj panowie znów – który to już raz? – wydając swoje nowe płyty, znaleźli się na ustach świata. A ten, w zdecydowanej większości, mówi o ich ostatnich dokonaniach ciepło i z uznaniem.

[more]

Słuchając nowych piosenek Paula McCartneya, nie mogę oprzeć się wrażeniu, że

nuty wciąż wysypują mu się z rękawa 

– i to nie jednego. Były bitles to Mr. Music – bezdyskusyjnie. Jako wielki fan czwórki z Liverpoolu, z biegiem lat wciąż większy, nie mam szczególnych problemów ze zdrapywaniem producenckiej i znaczonej początkiem XXI stulecia skorupy z tych utworów – raz jest ona większa, raz mniejsza. Ale zdecydowanie najszczęśliwszy jestem w tych momentach, gdy tej skorupy nie ma wcale, gdy duch The Beatles staje się po prostu ciałem.

Nigdy nie byłem szalikowcem solowych dokonań Sir Paula. Przeszkadzało mi częstokroć nieodparte wrażenie, że odejście od rokendrolowego, gitarowego składu macierzystej formacji uruchomiło w nim popowe inklinacje. I mam tu na myśli nie tyle zapis nutowy, bo ten był i pozostał z gruntu bitlesowski, ale aranże. 

Podobno Macca najbardziej nie lubi pracy nad wykończeniem piosenki. Daleki jestem od przypuszczeń, iż miałby to być powód do machania przez niego ręką nad ostatnimi szlifami, w to nie uwierzę. A jednak te

popowe skłonności

sprawiły, że wiele piosenek z jego dorobku nie zalśniło pełnym blaskiem. Czasem choćby z powodu plastikowych klawiszy, czyniących utwór wręcz błahym, oczywistym, krotochwilnym. Owa nadmierna lekkość w traktowaniu materii muzycznej nieraz – jestem zdania – gubiła mistrza. Nie inaczej jest na nowym krążku. Przy słuchaniu pojawiają się w mojej głowie skojarzenia z Blunderbuss Jacka White’a, na której dostrzegam ten sam rodzaj „pośpiechu”. Krótkie, okołotrzyminutowe piosenki, przenoszące nas z jednej strony

wprost w lata 60.,

a z drugiej, również z racji niewielkich ram czasowych, zbyt rzadko dostarczające smakowitych kąsków mających związek z dopieszczoną aranżacją. Czyli tego, co tak obficie obecne jest na przykład na bardzo dobrym Flaming Pie (1997).

Paul McCartney jest nadal w dobrej, a chwilami w bardzo dobrej formie (w koncertowej, o czym miałem okazję się przekonać, wręcz znakomitej). Nie sposób nie docenić nowego materiału. Ale jednocześnie spora jego część trafia w moją, fana, przestrzeń mniej ulubioną: powtórzę, popową, a w niej znajduję znacznie mniej powodów, by zatrzymać się na dłużej przy jednej czy drugiej propozycji. 

Jednak parę razy

łza może zakręcić się w oku.

Numer tytułowy, choć brzmią w nim te trochę drażniące klawisze, jest napisany zdecydowanie w stylu Beatles, ma w sobie coś z All You Need Is Love, w I Can Bet gitara wyraźnie nawiązuje do Get Back. Najbardziej ujmujące są te momenty, gdy jestem blisko wspaniałych bitlesowskich ballad – w Early Days, nieco psychodelicznej Hosannie czy w bonusowym Scared. Wtedy niczego nie muszę się dosłuchiwać, zdrapywać jakiejś wartwy wierzchniej – mam to, za co cenię Sir Paula najbardziej. To, co sprawia, że pozostanie dla mnie największym kompozytorem w muzyce rozrywkowej. Jeśli do wielkiej góry McCartneyowskich klasyków i pereł muzyki drugiej połowy XX wieku dorzucamy kilka świetnych utworów z nowego krążka, to – należy oddać sprawiedliwość wielkiemu i od półwiecza obecnemu na scenie artyście – najwyraźniej mamy do czynienia z ważnym albumem.

[W NaTemat: 9 listopada 2013]

Paul i Faul, czyli historia pewnej mistyfikacji

„Kobiety, ach, te kobiety! Cóż by bez nas było, jaki byłby świat? I dla was, panowie: tylko wino i śpiew” – śpiewała grupa For Dee, czyli Krystyna Stańko i Jowita Tabaszewska. Dziś, nie pierwszy raz zresztą, głos ma moja żona. Pierwsza, osobista.

[more]

To film dla ludzi wyznających spiskową teorię dziejów, węszących podstęp, kochających opowieści ze skarbnicy legend miejskich – o czarnej wołdze, Elvisie, który wciąż żyje, porywaczach dzieci i odwiedzających nocą cmentarze. Wszystko niby się zgadza: opowieść jest niesamowita i wydaje się prawdopodobna, dotyczy znanych osób, jest grupa, której zależy na ukryciu prawdy, a całość została nagłośniona przez media, czego dowodem jest: Paul McCartney zginął. Historia oszustwa Joela Gilberta (2010) .

Film jest zrobiony ze śmiertelną – nomen omen – powagą. Historia jest drobiazgowo, czy nie nazbyt, opisana, w tym gąszczu dowodów giną sprawy istotne, nie ma odpowiedzi na zasadnicze pytanie: jak można tak długo w dzisiejszej globalnej wiosce ukrywać prawdę? Czy da się wszystko wytłumaczyć działaniem służb specjalnych, czy jest możliwe znalezienie (odkrycie?) równie wielkiego – bliźniaczo podobnego – talentu, o czym świadczy przecież solowa działalność McCartneya.

To, co mi się w tym filmie podobało, to interpretacja okładek płyt, raczej rzadko przyglądamy się im tak dokładnie, a znaleźć tam można naprawdę ciekawe rzeczy… Podobnie jak w odtworzonych od tyłu fragmentach piosenek.

No i masa dokumentalnych materiałów, fragmentów filmów, zdjęć, archiwalnych nagrań.  Inna sprawa, jak je wykorzystano, jakiemu celowi posłużyły.

Obejrzeć nie obejrzeć – oto jest pytanie. W sezonie ogórkowym… Ale ja i tak wierzę, że na Stadionie Narodowym wystąpił prawdziwy Paul, a nie jakiś false Paul czyli Faul.


King Paul The 1st – Paul McCartney, Warszawa, Stadion Narodowy, 22 czerwca 2013

Kiedy w 1965 roku Beatlesi otrzymali Ordery Imperium Brytyjskiego, Elżbieta II była królową od dwunastu lat, zaś McCartney był zaledwie dwudziestotrzyletnim mężczyzną. Dziś jest tak, że królowa właśnie świętowała sześćdziesięciolecie swej koronacji, a Sir Paul jest od dawna królem – i to nie tylko Anglii, ale całej muzyki.

[more]

Dowód na jego panowanie

został wczoraj przeprowadzony w sposób nieoczywisty. Stadion Narodowy, na którym znalazłem się po raz pierwszy, jest budowlą imponującą, zaiste – dwudziestopierszowieczną, choć miejsca między rzędami za wiele nie ma, a oparcia fotelików są karygodnie niskie. Ale kichać to wszystko, siedzieliśmy idealnie na wprost sceny.

W życiu niewiele jest takich momentów, że tydzień staje się nagle układem ośmiodniowym, że dzieją się w naszym życiu rzeczy niezwykłe, na które czekaliśmy długie lata i które najpewniej się nie powtórzą. I występ tego Beatlesa w Polsce, pierwszy, był takim magicznym momentem. Cóż jednak z tego. Gdy rozbrzmiały pierwsze nuty Eight Days A Week, nie dowierzałem własnym uszom. Czyżby to była wersja oryginalna, z taśmy, a muzycy stojący na scenie odezwą się w drugiej zwrotce? Ale nie, telebim nie kłamie, palce lidera wyraźnie przebiegają po gryfie. Ogarnęła mnie rozpacz, zacząłem rozglądać się na boki, czy inni słyszą to, co ja. Po kilku piosenkach, zdesperowany, zszedłem z piętnaście metrów niżej, ale dźwięk był równie kiepski. Pogoniony przez ochroniarza, zrezygnowany, wróciłem na swoje miejsce.

W siedemdziesiątej minucie koncertu zdarzył się cud.

Miłość zatriumfowała

nad zmysłem słuchu, nad rozumem. Obraz doskonały, widać, że na scenie jest wszystko w jak najlepszym porządku, tylko to, co wychodzi ze sprzętu nagłaśniającego, obija się gdzieś o beton, o dach, pozbawiając nas basów i czystości wysokich tonów. Im ostrzej, tym gorzej. Ale, jak rzekłem, cud się dokonał. Wielkość tej muzyki, dla mnie niepodlegająca jakiejkolwiek dyskusji, okazała się silniejsza od niedostatków akustycznych. Gdy rozbrzmiałó fortepianowe intro Lady Madonna, moje pocztówkowe wspomnienie z dzieciństwa, ścisnęło mnie w gardle i nie puściło już do końca.

Paul McCartney udowodnił, że jest artystą największej miary. Nie pozostawił żadnych wątpliwości, że jest mistrzem ballady (My Valentine, The Long And Winding Road czy Yesterday), piosenki (We Can Work It Out, Band On The Run czy Ob-La-Di Ob-La-Da) i najmocniejszych rockowych riffów. Po prostu Mr. Music, muzyk kompletny, genialny kompozytor i multiinstrumentalista.  I jeśli ktoś zamierza w tym miejscu kręcić nosem nad niektórymi jego dokonaniami, to proszę wskazać mi innego na przestrzeni dziejów artystę, który – tworząc przez pół wieku – nie popełnił żadnego błędu, nie stworzył nic poniżej arcydzielnego poziomu.

Zachwyt nad dziełem Sir Paula nie jest niczym nowym, ale – wybaczcie, świadomość wielkiej klasy jego dzieła uderza w odbiorcę niezwykle mocno, gdy słyszy się te utwory jeden po drugim, na żywo. Gdy się pomyśli, że ten człowiek mógłby ze swoich piosenek ułożyć jeszcze kilka innych wspaniałych koncertów, robi to naprawdę olbrzymie wrażenie. Po prostu nie mam wątpliwości, że obcowałem wczoraj z

geniuszem naszych czasów.

Panem, który kilka dni temu skończył siedemdziesiąt jeden lat, wygląda i rusza się jak czterdziestolatek. Który znakomicie bawi się tym, co robi, i swoją radością zaraża wszystkich wokół. Wciąż zagadujący, żartujący, wciąż jakby sprawdzający, czy otrzymane brawa są tylko kurtuazyjne, czy płynące z serc słuchaczy. Widać było, jak go cieszy żywiołowa reakcja, jak doładowuje w ten sposób swoje akumulatory, zanim zacznie kolejną piosenkę.

Jak go za to nie kochać? Jeden z jego kumpli przegrał z kulą fana-wariata, drugi z rakiem, a on nagrywa i koncertuje nadal, za nic mając kalendarze i metryki, jakby muzyka konserwowała go bezustannie i w najpiękniejszy z możliwych sposobów. Gdy na koniec części głównej występu zagrał jeden z moich utworów wszechczasów, Hey Jude, spora część widzów wyjęła wcześniej przygotowane kartki z napisem „Hey Paul”. Wyraźnie wzruszyło to mistrza ceremonii, który długo dyrygował śpiewającą (właśnie „Hey Paul”) a capella widownią i wielokrotnie kłaniał się, nim zszedł ze sceny.

Ale nikt o zdrowych zmysłach nie myślał puścić już maestra do domu. Niemilknące oklaski spowodowały, że zespół znów pojawił się na scenie. I w tym miejscu słowo o czymś, co mogłoby stać się przyczynkiem do rozważań: jak to jest, że

muzyka łączy pokolenia i narody,

a piłka kopana dzieli i prowadzi do wojen? Szlachcic McCartney wkroczył na estradę, trzymając w dłoniach wielką flagę Polski, a jeden z jego muzyków (zespół świetny, ten sam, co podczas trasy w 2009 roku) flagę brytyjską. Przez dobre pół minuty chodzili z nimi po scenie, mocno wymachując. A widownia w tym czasie wiwatowała. Czy coś podobnego możliwe jest podczas meczu piłkarskiego?

Pierwszy bis okazał się nokautujący dla tych, którzy jeszcze mogli mieć wątpliwości co do siły głosu Mr. Paula – choć o to po Back In The U.S.S.R. i potężnym Live And Let Die było chyba trudno. Niemniej gitarowa zagrywka Day Tripper – może nie na miarę Satisfaction Stonesów czy You Really Got Me Kinksów, ale na pewno porównywalna z Last Time tych pierwszych – robiła wielkie wrażenie. Day Tripper wespół z Hi Hi Hi i Get Back stanowił krótki set ostrej jazdy jednoznacznie dowodzący, że król rokendrola jest dziś tylko jeden.

Ale i to jeszcze nie był koniec. Brawom nie było końca i scena raz jeszcze ożyła. Wpierw wyszedł sam Paul i zaśpiewał Yesterday. Chyba wszyscy obawiali się, że to może być koniec, bo mistrz znalazł się niebezpiecznie blisko kulis. Ale nie – nastąpiła nie wiadomo która już zmiana gitary i dostaliśmy następną porcję łojenia – Helter Skelter. A już na nieuchronne zakończenie – finałowy medley z Abbey Road: Golden Slumbers, Curry That Weight i The End.

Fan-ta-stycz-ne! Mimo niedomagań nagłośnieniowych – były to zupełnie wyjątkowe dwie godziny i czterdzieści minut. Opuszczałem więc stadion spełniony i szczęśliwy.

Tu koniec i bomba – powtórzę za Gombrowiczem. – A kto nie był, a mógł – ten trąba!

Piosenki pełne smaku – Paul McCartney, Flaming Pie, 1997

Koncert Sir Paula w Warszawie coraz bliżej, to sprowokowało mnie do sięgnięcia po jeden z jego najlepszych solowych albumów, Flaming Pie z 1997 roku. Materiał powstawał w okresie, kiedy McCartney zakończył pracę nad antologią Beatlesów i mógł wreszcie zająć się swoimi nowymi pomysłami. Nowymi? Duch czwórki z Liverpoolu tak mocno unosi się nad tymi nagraniami, że nie sposób oprzeć się porównaniom i wzruszeniu.

[more]

Swego dopiął też Jeff Lynne, kiedyś lider Electric Light Orchestra. Zawsze powtarzał, że

dokonania The Beatles

stanowią dla niego wzór. I tak jak najpierw, w czasie gdy intensywnie komponował, miał te harmonie gdzieś z tyłu głowy, tak później wytrwale dążył do bliższej współpracy ze swymi mistrzami. Udało mu się już w 1987 roku, gdy został producentem albumu George’a Harrisona, następnie na pokładzie Traveling Wilburys znalazł się obok Roya Orbisona, Toma Petty’ego, Boba Dylana i – znów – Harrisona. Potem jeszcze produkował album Ringo Starra oraz dwa „nowe” utwory Beatlesów: Free As A Bird i Real Love. No i wreszcie w tym przypadku, gdy wziął udział w nagraniu i produkcji utworów na omawiany krążek.

Oprócz Lynne’a pojawiają się na tej płycie Steve Miller (ten od Steve Miller Band i Abracadabry), Ringo Starr, George Martin, żona Linda, a nawet syn mistrza, James McCartney.

Cudowna lekkość i łatwość,

z jaką przed laty pisał piosenki z Lennonem, znów spłynęła na niego. Jak pomyślę, że zamiast dwóch – trzech bardziej błahych tematów zawartych na tym krążku parę swoich pomysłów dorzuciłby, gdyby żył, John, jeden George, otrzymalibyśmy znakomitą nową płytę najwspanialszej grupy w historii rocka.

Trochę trwało, zanim dotarła do mnie wielkość i uroda tego albumu. Na gorąco zachwycała się nim Beata Pawlikowska, wówczas współpracowniczka Trójki, na mnie spłynęło to trochę później. Po wielu latach, gdy w 2011 roku na okładce polskiego wydania biografii McCartneya przeczytałem słowa tłumacza i Beatlesologa jednocześnie, Piotra Metza –

„Najwybitniejszy autor muzyki rozrywkowej

naszych czasów” – zrobiło mi się przyjemnie i ciepło. I ucieszyłem się, że z taką oceną nie jestem sam, że stoję w tak doborowym towarzystwie. Bo przecież młodsi zdają się już nie doceniać dzieła Beatlesów, a – z drugiej strony – spór o to, czyja wielkość jest większa, Lennona czy McCartneya, do końca nie wygasł.

Chyba nie ma potrzeby długo rozwodzić się nad czternastoma piosenkami składającymi się na tę płytę. O geniuszu Sir Paula świadczy taka perła, jak Somedays, klimatem i smykami przywodząca na myśl Yesterday i Strawberry Fields Forever, a ponadto kilka znakomitych kawałków, m.in. Souvenir kojarzący się nieodparcie z Oh Darling, przepiękne Calico Skies i Little Willow czy świetny na koniec Great Day. A tego, że bandlider jest ciągle rokendrolowcem, dowodzi utwór tytułowy. Świetny krążek!