Piszę, gram, śpiewam, zwlekam: Patrick The Pan

patrick

Przebojowość proponowanego materiału jest bezdyskusyjna, szlachetność aranżacji i strony wykonawczej – również. Patrick The Pan zasługują na znacznie więcej niż to, co dziś jest ich udziałem.

[more]

*

Takie momenty w słuchaniu muzyki lubię szczególnie (ze świadomością, iż nie przynosi mi chwały, że nie wiem nic o wykonawcy nie całkiem przecież nieznanym, obecnym na rynku już jakiś czas, mającym na koncie dwie płyty i kontrakt z Kayaksem). Lubię te momenty, gdy zasiadam na widowni bez jakichkolwiek danych, bez uprzedzeń i nastawień – i ze sceny płyną ku mnie dźwięki z każdą minutą sprawiające coraz większą przyjemność.

Jesień i łyżka

Przyjemność przede wszystkim muzyczną, to już naprawdę byłoby wystarczające. A tymczasem do tego jeszcze całkiem spory bonus w postaci inteligentnego przekazu w przerwach między piosenkami. Jak zauważyła szefowa Rialta, patrzenie na takich czterech młodych mężczyzn budzi w nas rodzicielską tkliwość i czułość. Dlatego że są w wieku naszych synów. Dlatego że są dowcipni i zdystansowani wobec siebie. I że patrząc na nich można odpędzić odwieczne myśli zgredów, że czasy to były, ale dawniej, że dzisiejsza młodzież to… 

Opuściłem Rialto w sobotni wieczór z radosnym przeświadczeniem, że nie wszystko jeszcze stracone, że nadzieja właśnie w ludziach tego kroju. W Piotrze Madeju, w takim – albo i nie – Piotrusiu Panu, mózgu całego przedsięwzięcia, autorze, wokaliście, pianiście i gitarzyście, w Kubie Dudzie, bez problemu przesiadającym się z gitary na gitarę basową i z powrotem (przy okazji pozdrawiam serdecznie całą Vladimirską), w Wawrzyńcu Topie, co to da radę i gitarze basowej, i kontrabasowi, i klawiszom, a jeszcze w czasie tego wszystkiego – jak zażartował lider – kontroluje, co dzieje się na fb, i w Adamie Stępniowskim, który obsługuje bębny, zdradzając wyraźne jazzowe inklinacje.

Może czerwone

Początek otwierał we mnie szufladkę z napisem „lider – śpiewający pianista z zespołem rockowym”. Elton John, Billy Joel, może Gary Brooker. Ale nie za bardzo mi się to zgadzało. Zbyt było powściągliwe w operowaniu dźwiękiem, za mało mainstreamowe, zbyt niepokojące. Gdy Madej zamienił klawiaturę na gitarę, gdy zaśpiewał wreszcie po polsku, punkty odniesienia stały się zdecydowanie bardziej wyraźne, bardziej oczywiste – i nie napiszę w tym miejscu nic, co już ustalono przede mną. Co w niczym też, dodam od razu, nie umniejsza walorów muzyki Patrick The Pan. Stare, gitarowe Myslovitz, wokal do pomylenia z Arturem Rojkiem (Bozia lub natura czasem tak się bawi, na to nikt nie ma wpływu), a nostalgia, trochę schizofrenii i psychodelii przywodzi nieodparcie na myśl wczesny Radiohead i somnambuliczność Thoma Yorke’a. Połamane faktury większości piosenek, pomieszanie gitar i elektroniki pozwalają na dorzucenie jeszcze Rojka z Walusiem Mietallem i kumplami ze Ścianki, czyli Lenny Valentino. A więc, zbierając to do kupy, ostatnie ćwierć wieku na Starym Kontynencie.

Witam państwa!

Dużo dzieje się w tej muzyce, zaskakująco dużo. Gdy – nie tak przecież często – zdarza się słuchać piosenek pozornie prostych, melodyjnych, niebanalnie zaaranżowanych i ze smakiem wykonanych – dla mnie, przedstawiciela wczesnych roczników sześćdziesiątych, skojarzenie, z zachowaniem proporcji, może być tylko jedno: Paul McCartney.

Patrick The Pan zasługują na znacznie więcej niż to, co dziś jest ich udziałem. Przebojowość proponowanego materiału jest bezdyskusyjna, szlachetność aranżacji i strony wykonawczej – również. Namawiałbym wręcz zespół do większej odwagi, dobrze pojętej bezczelności (w tę stronę poszli np. Myslovitz na koncertach po „Miłości w czasach popkultury”): wyciśnięcia na żywo całego soku z poszczególnych numerów, rozwinięcia strony instrumentalnej (panowie potrafią tyle, że na pewno sobie poradzą), rozbudowania przynajmniej kilku finałów, psychodelicznego dowalenia do pieca, dania słuchającym po uszach, a co tam – niech scena odleci, a widownia razem z nią.

*

Słuchając Patrick The Pan znów ze smutkiem konstatuję, że – z rozgłośni radiowych – jeśli nie Trójka, to kto? Że zdolnych ludzi w Polsce, w tym przypadku w Krakowie, jest znacznie więcej, niż potrafi pomieścić skromny rodzimy rynek. I co musi się stać, by zespół w pełni artystycznie na to gotowy – mógł odnieść prawdziwy sukces?

(Patrick The Pan, Katowice, Rialto, 27 lutego)

_____________________

Śródtytuły pochodzą z uroczo opowiedzianych przez Piotra Madeja „szkolnych” dowcipów:

– Co łączy jesień i łyżkę? Je się nią.

– Co mówi nauczycielka geografii w sklepie obuwniczym? – Może czerwone?

– A co – ta sama pani od geografii – mówi, wchodząc do sali z mapami? – Witam państwa!

[W NaTemat: 29 lutego 2016]

ARe you lonesome tonight?

rojek_skladam

Zmaterializował się solowy debiut Artura Rojka. W dwa lata po rozstaniu z Myslowitz, w rok po wydaniu przez zespół pierwszej płyty w nowym składzie.

[more]

Czy jest jakiś laryngolog, który odpowie, jakimi ścieżkami podąża ludzkie ucho?

Lato 76/

Całe życie było przed/Wracają pijani chłopcy/pamiętam ich cień. Powłóczyste nuty, męskie mormorando. O, k***a – zacytuję lidera z drugiej na płycie piosenki. – Waters and his Pink Floyd? The Final Cut, Włochy, Anzio 1944? Eric Fletcher, który nie wrócił z wojny, nigdy nie zobaczył małego Rogera? A w znanej już wcześniej Beksie dziecięcy, na odmianę, chórek – niczym w Another Brick In The Wall?

Litości, czy po iluś tam latach słuchania muzyki 

wszystko musi się kojarzyć 

i coś przypominać? Watersa, nieznośnie napuszonego, operowego i z wiekiem coraz bardziej pozbawionego rokendrolowych jaj nie cierpię, od dawna (ściślej: właśnie od 1983 roku) nie umiem w ogóle słuchać. Ale na przywołanie go w tym miejscu znajduję usprawiedliwienie już w samym tytule płyty Pana Artura. Zaś zarówno nazwisko Watersa, jak i kilku wymienionych niżej polskich twórców jest tutaj o tyle zasadne, że wszyscy oni – tak jak Rojek – byli lub są liderami bądź sztandarowymi postaciami macierzystych formacji, a ponadto pracowali albo nadal pracują na własne konto.

Rojek otwiera swój nowy rozdział. I z wielką ulgą starego fana stwierdzam, że jest O.K. Nie po to rozstał się z gitarowym zespołem, by solo robić dokładnie te same rzeczy. Ocalił jednak to, co najistotniejsze: umiejętne balansowanie

między popem i rockiem. 

Bo, udowadnia to kolejny raz, jest artystą – inteligentnym, utalentowanym, piszącym ładne piosenki i dobre teksty. Robota studyjna wyraźna, ale nienachalna. Aż prosi się o pytanie, kiedy wspólny projekt Rojka i Nosowskiej?

Składam się z ciągłych powtórzeń to krótka, trzydziestopięciominutowa płyta. Czerpiąca z muzycznych dokonań ostatnich lat, przetrawionych już nowinek brzmieniowych i realizacyjnych, bogata w klawisze i komputery. Niecofajaca się przed bardzo ryzykownymi nawiązaniami – niemal do techno, jak w Czasie który pozostał, czy też do muzyki tanecznej, na przykład w To co będzie. Rojek od razu jednak zdaje się wytrącać nam argumenty z ręki – na jednym oddechu, bez przecinka śpiewa: 

Trzymam dystans boję się

i dalej: To co będzie/powiem wprost/chcę i nie chcę/no i co/to chyba wszystko/a może nic/jestem głupi/miło mi.

Tak na gorąco – nie sądzę, że to wybitny album, a już na pewno pomyślany jest inaczej niż Obywatel G. C. Ciechowskiego. Może bardziej jak Puk Puk wspomnianej Nosowskiej, z którym osobiście nie radziłem sobie w chwili pojawienia się na rynku, a dziś uwielbiam. Rojek jest świadomy swych artystycznych sił. Bez zadęcia, 

z pewnością starego mistrza

ma odwagę pójść w stronę – pozornie – lekkich i łatwych piosenek (trochę jak Janerka na Plagiatach). I dziś wydaje mi się, że ma rację, że do tej muzyki będziemy z przyjemnością wracać także za parę lat. Płyta jest zwartym zbiorem mądrych piosenek, a to naprawdę niemało. 

(Artur Rojek, Składam się z ciągłych powtórzeń, 2014)

[W NaTemat: 7 kwietnia 2014]

Po koncercie: czy „Myslovitz bez Rojka to już nie to” ?

W życiu pewne są tylko zmiany. To, że z różnych powodów zmieniają się składy grup rockowych, nie jest więc niczym szczególnym.

[more]

Jeśli spojrzeć wstecz, najbardziej za nic wszelkie okoliczności miał Robert Fripp, który wciąż dobierał sobie nowych współpracowników, łącznie z tymi szczególnie istotnymi – wokalistami, tymczasem Karmazynowy Król nagrywał kolejne świetne płyty. Wielcy mogą sobie na wiele pozwolić. 

Łagodny przebieg

miała wymiana Teda Turnera na Lauriego Wisefielda w Wishbone Ash. AC/DC po śmierci Bona Scotta błyskawicznie dokooptowali nowego wokalistę, Briana Johnsona, i nagrali z nim swoją najlepszą płytę. W Van Halen po odejściu Davida Lee Rotha zameldował się Sammy Hagar, zupełnie inny, ale też świetny frontman. Wychodzi na to, że poziom artystyczny tłumaczy jeśli nie wszystko, to bardzo wiele. Poziom i – trzeba dodać – chęć powiedzenia czegoś jeszcze ponad to, co już zostało powiedziane. Bo na przykład obecność nawet takiego głosu jak Paul Rodgers nie wydaje mi się dostatecznym usprawiedliwieniem kolejnych tras koncertowych pod szyldem Queen.

A w Polsce? Przed laty, gdy stan zdrowia nie pozwolił Krzysztofowi Jaryczewskiemu kontynuować współpracy z Oddziałem Zamkniętym, zespół uzupełnił Jarosław Wajk. Ale cóż z tego, jeśli wyraźnie zaczynało brakować pomysłów, a kolejne zmiany wokalistów tylko pogrążały formację. Podobny los spotkał Mafię po odejściu Andrzeja Piasecznego.Nieuchronnie zmierzam w stronę przypadku najsmutniejszego i najbardziej spektakularnego zarazem. 

„Dżem bez Riedla to już nie to”

– słychać było zewsząd. Kiedyś o tym pisałem, ale powtórzę: pamiętając o wcześniejszych śląskich przypadkach – SBB i Krzaka – gdy po rozpadzie grup muzycy, łącznie z Józefem Skrzekiem, niczego szczególnego już nie stworzyli, jako wielki fan tyszan prawie modliłem się, by grali dalej. Jacek Dewódzki nie zachwycał, nie za dobrze wpisywał się w bluesrockowy klimat nagrań kapeli, ale siła instrumentalistów była zbyt wielka, by całość zaczęła kuleć. Natomiast zatrudnienie w 2001 roku Macieja Balcara okazało się strzałem w dziesiątkę – Dżem wciąż jest po prostu wielki i miękko wylądował nawet po kolejnej tragedii – śmierci klawiszowca Pawła Bergera.

I jeszcze jeden przykład: Hey. Paradoksalnie, od odejścia pierwszego lidera, Piotra Banacha, gdy – wydawało się – dalsze losy zespołu stanęły pod wielkim znakiem zapytania, istotniejsza okazała się wolta stylistyczna, która dokonała się kilka lat później. Z rasowego, gdzieś na początku zanurzonego w grunge’u gitarowego zespołu Hey przeistoczył się w formację bardzo mocno opartą na brzmieniach elektronicznych. Ryzykując odwrócenie się fanów i utratę dotychczasowej pozycji.

Dżem, Hey i Myslovitz:

trzy wyjątkowo ważne w dziejach polskiego rocka zespoły. Pierwszy będzie niebawem świętował swoje trzydziestopięciolecie, dwa pozostałe mają już ponaddwudziestoletnią historię. Sporo bardzo ważnych dokonań – płyt i poszczególnych nagrań, które mocno zapisały się w głowach i sercach miłośników gitarowego grania między Odrą a Bugiem. Najwyższa półka na rodzimej scenie – tym trudniejsze więc i bardziej brzemienne w skutki decyzje, tym większe emocje fanów związane ze zmianami personalnymi czy – gdy mówimy o Heyu – stylistycznymi.

Myslovitz bez Rojka, Rojek bez Myslovitz – to stało się faktem dwa lata temu. Atmosfera w kapeli wyraźnie się oczyściła, bo jej duszna gęstość w ostatnim okresie funkcjonowania w poprzednim składzie była aż nadto odczuwalna. W 2013 roku światło ujrzała nowa płyta – [i]1.577[/i], a teraz Artur Rojek sygnalizuje swój powrót na scenę.

Myslovitz wystąpił wczoraj, 

półakustycznie, w Rialcie. 

W Katowicach, a więc właściwie na swoich śmieciach. Zespół dał długi, prawie dwuipółgodzinny koncert. W pierwszej godzinie zaprezentował materiał z albumu Korova Milky Bar, w drugiej części odegrał zawartość nowej płyty. Na długi bis złożyło się pięć piosenek z Miłości w czasach popkultury oraz Scenariusz dla moich sąsiadów. I?

Gdy słyszymy stare piosenki w nowych wykonaniach, porównania są nieuchronne, zderzenie tego, co pamiętamy, z tym, co słyszymy, odbywa się bezustannie, z utworu na utwór, z jednego wyśpiewywanego słowa na drugie. Rojek na żywo nigdy mnie nie zachwycał. Głos ma osobliwy, z pewnością nie taki, o którym powiedzielibyśmy: mocny, twardy, męski. Z trzymaniem linii melodycznej też miewał problemy. Ale – zwłaszcza dziś, po obejrzeniu w akcji nowego frontmana – nie mam wątpliwości, że był (jest) osobowością. Postacią wziętą z filmów Wernera Herzoga, takim

Nosferatu wampirem. 

Mimo niewielkiego wzrostu – demonicznym, charyzmatycznym, oszczędnym w komunikowaniu się z publicznością, ale potrafiącym skupić na sobie uwagę. Trzy występy starego Myslovitz, które dane mi było obejrzeć – w 2002 roku w Spodku, znakomity w 2005 roku na zakończenie pierwszego dnia festiwalu „Ku przestrodze” i bodaj w 2008 roku na Polach Marsowych pod Stadionem Śląskim miały w sobie sporo z tego, co zwykliśmy określać jako magię.

Wczoraj tej magii nie było. Ostrożny byłbym z mówieniem, że zespół bez Pana Artura to już tylko chłopcy z Mysłowic. Ale nie lubię takiego kumplowania się z widownią, nadmiaru wypowiedzianych, częstokroć zupełnie nieistotnych zdań. Jeśli koncert ma mieć coś z misterium, to tego rodzaju wypełniacze pomiędzy piosenkami zdecydowanie taki odbiór uniemożliwiają. 

Muzyka się jednak broni.

Świetne w wielu przypadkach utwory takimi przecież pozostają, a jest ich sporo zarówno Na Korovej, jak i na 1.577. Michał Kowalonek wyraźnie lepiej wpisywał się w nowy materiał. Czy tylko dlatego, że moje – i pewnie nie tylko moje – ucho było wolne od porównań? 

Ale nie przekonał mnie, że jest właściwym człowiekiem na właściwym miejscu. Czy nie jest nazbyt popowy, wręcz, jak powiedziała moja żona, boysbandowy? Na pewno, przynajmniej póki co, brak mu charyzmy – umiejętności bycia frotmanem z prawdziwego zdarzenia, który potrafi porwać słuchaczy, unieść w powietrze, zabrać ze sobą w podróż. Kowalonek jest bardzo młody, wiele jeszcze przed nim, może kiedyś tak się stanie. 

Pytanie tylko, czy zespół to udźwignie: czy jest w stanie ocalić zainteresowanie fanów przez kolejne lata. Czy bez Rojka, nawet proponując ciągle dobry, chwilami bardzo dobry materiał muzyczny, nadal będzie w stanie władać sercami i, co nie mniej ważne, portfelami słuchaczy? Wczoraj mogące pomieścić około czterysta osób Rialto było pełne. Więc?

(Myslovitz, Katowice, Rialto, 21 marca 2014)

Kołysanki dla dorosłych – Muchy, Chcecicospowiedziec, 2012

Ach, te trzecie płyty! Jak mówi stara anegdota, na pierwszą trafiają najlepsze kompozycje z całego, czasem wieloletniego dorobku grupy. Na drugą – to, co nie zmieściło się na pierwszej oraz parę szybko napisanych kawałków. I… Albo talentu starcza, by komponować i nagrywać dalej, albo talent rozkwita, albo chowamy instrumenty do pokrowców i idziemy szukać innej roboty.

[more]

Poznańskie Muchy, w pięć lat po swym debiucie fonograficznym, serwują trzecią płytę. Jedna z największych nadziei polskiego rocka ostatnich lat udowadnia, że warto na nią stawiać. Zespół rozwija się znakomicie, co potwierdza

nową porcją świetnej muzyki,

a jednocześnie sygnalizuje, że wciąż poszukuje i że najlepsze jeszcze przed nim. Oby, z całego serca życzę chłopakom, by poszli w ślady Heya czy Myslowitz. Bo gdy czytam o zmianach personalnych, to nic w nich szczególnie dziwnego, są immanentną cechą wszelkiej działalności ludzkiej, a nie tylko funkcjonowania kapeli rockowej. Natomiast przykro jest dowiadywać się, że

zespół tak dobrze rockujący i rokujący

miał dwanaście miesięcy temu problemy ze znalezieniem wydawcy.

Muchy swoim graniem dodają też otuchy tym, którzy – jak ja czasami – zaczynają wątpić, że bliski mainstreamu, lżejszy, gitarowy rock  jest jeszcze w stanie coś światu zaproponować. Bądźmy ostrożni z mówieniem o czymś nowym, naprawdę wystarczy, jeśli powieje dobrą energią i świeżością.

Korzeni muzyki poznaniaków upatrywać należy w latach 80. Brzmieniowo skojarzenia mamy z The Smiths i gitarą Johny’ego Marra (choć znacznie mocniejsze na wcześniejszych albumach), natomiast za sprawą niebanalnych tekstów, głosu Michała Wiraszki, pomysłów aranżacyjnych – kłania się Republika, a klawisze na tym krążku mogą kojarzyć się ze Smashing Pumpkins czy wspomnianym już Heyem (dzięki producenckim dłoniom Marcina Borsa). Ale dość szukania tropów, bo kompozycje kapeli nie pozwalają się jednoznacznie zdefiniować, są zdecydowanie autonomiczną propozycją.

To nie jest granie, które wpada w ucho od pierwszego słuchania. Ono domaga się oderwania od innych czynności dnia codziennego, poświęcenia uwagi zarówno tekstom, jak i warstwie muzycznej.

Trudno zakochać się od pierwszego wejrzenia,

za to jeśli coś za piątym – siódmym razem wejdzie mocno do głowy, już z niej nie wyjdzie. Zapewniam, że warto dać tym piosenkom szansę – Muchy to jedno z najciekawszych zjawisk na rodzimej scenie rockowej.

Płyta wciąż jest dla mnie zbyt nowa, bym bez ryzyka miał  wskazywać na niej faworytów. Z radia znamy świetne Zamarzam i Nieprzeszkadzajmibotańczę. Dziś zwracają moją uwagę Poznań i Anisłowa (przejmujące wersy: ani słowa o miłości i o tego typu sprawach w kołysankach dla dorosłych). I jeszcze… Płyta trwa niespełna trzydzieści osiem minut, ale nie ma na niej słabych momentów.

O dojrzewaniu talentów

W trójkowej Historii pewnej płyty była dziś mowa o pierwszym LP Myslovitz. Na koniec padły znamienne słowa. Krążek sprzedał się w nakładzie dwunastu-trzynastu tysięcy egzemplarzy, co w przełożeniu na dzisiejsze warunki daje jakieś pięćset-siedemset sztuk. Poniesione nakłady nie zwróciły się. Obecnie oznaczałoby to koniec – żaden wydawca nie zaryzykowałby wydania drugiej, nie mówiąc o kolejnych, płyty.

[more]

Nie byłoby więc Miłości w czasach popkultury – jednego z najważniejszych albumów w historii polskiego rocka. Muzycy zawiesiliby instrumenty na kołkach i zajęli się pracą zawodową – w kopalni, szkole, na uczelni. Talenty zostałyby – najpewniej – bezpowrotnie zakopane. Ilu jest teraz takich wykonawców, którzy wiele lat czekają na swoją kolejną szansę, ilu takich, którzy zrezygnowali z czekania?

A przecież twórczość – to najczęściej dojrzewanie, rozwój, powolne dochodzenie, odkrywanie siebie, rozpoznawanie tego, co skrywają, banalnie rzecz ujmując, serce i głowa. Ilu artystów było od razu w pełni ukształtowanych, gotowych? Garstka zaledwie. Dziś książka, film, obraz, płyta – są takim samym towarem jak żywność, ciuch, telewizor, samochód. Mają przyciągać wzrok, rozbudzać chęć posiadania. Coś, co się nie sprzedaje dość dobrze, nie zwraca kosztów, nie przynosi zysków – niewarte jest ryzyka kolejnych nakładów. Okrutne.

Z twórczością i mecenatem (tak czy inaczej rozumianym) jest jak z łowieniem bursztynów albo poszukiwaniem złota. Trzeba strawić wiele czasu, poświęcić sporo sił, wydać nieraz dużo pieniędzy, by osiągnąć pożądany efekt. Czyli z masy produkcji, wielu rzeczy zbędnych, takich sobie, wyprodukowanych w studiu – wyłowić perły, ochronić je, dać spokój – czas i trochę pieniędzy – by mogły rosnąć, rozwijać się. I owocami swego talentu cieszyć wielu, bardzo wielu ludzi. W szczególnych przypadkach, talentów największych – przez długie lata.

Po Gomułce zostało tylko niezbyt dobre wspomnienie. Po Niemenie, Grechucie, Skaldach czy Nalepie – nie tylko Wspomnienie, ale mnóstwo znakomitej, nadal aktualnej muzyki. Która wciąż pyta zupełnie niepotrzebnie Czy mnie jeszcze pamiętasz?, bo kolejne pokolenia mają świadomość, że należy ją Ocalić od zapomnienia. Bo jest tego warta i, co najważniejsze, słuchana. A przecież z wymienionych tylko Grechuta objawił się od razu jako artysta gotowy.

29 kwietnia 2012

 

Myslovitz bez Rojka

Z obozu Myslovitz już dawno dobiegały niepokojące wieści. Dla mnie, miłośnika muzyki ze Śląska, tym bardziej przykre. Wciąż mam w pamięci przypadek SBB, kiedy po rozwiązaniu zespołu nastąpił wieloletni regres.

[more]

Lakis gdzieś przepadł, Piotrowski, o zgrozo, pojawił się w Kombi – na szczęście zaraz potem w najlepszym składzie Dudka, a następnie w Dżemie. Skrzek co prawda szybko wydał kilka płyt: „Ojca chrzestnego Dominika” (choć to realizacja równoległa do „Mementa z banalnym tryptykiem”), „Józefinę”, „Ambitus Extended” razem z Tomaszem Szukalskim – i do tego momentu było całkiem nieźle. Ale zaraz potem koszmarna, nudna „Podróż w krainę wyobraźni” (już sam tytuł kiczowaty). W świadomości, nawet radiowego, „trójkowego” konsumenta muzyki, czyli takiego, który o nowościach płytowych dowiaduje się raczej z radia niż z internetu, przestali właściwie istnieć.

To samo z Krzakiem. Już rozstanie Windera z Błędowskim było artystycznym nieszczęściem, potem pozostało tylko plątanie się po klubach typu ‘Leśniczówka’ w Chorzowie.

I – dla przeciwwagi – Dżem. Zespół, którego życie potraktowało najdotkliwiej. Najpierw śmierć Ryszarda Riedla, charyzmatycznego wokalisty, po jedenastu latach wypadek samochodowy i odejście Pawła Bergera. Dwa momenty zwrotne, w których kariera grupy mogła się załamać.

Pojawienie się Jacka Dewódzkiego dla ortodoksów było nie do przyjęcia. Jeśli Dżem, to tylko z Riedlem. Odmawianie innym ludziom prawa do robienia w życiu tego, co potrafią najlepiej, czyli do grania, choćby w  innym składzie. A ja jestem przekonany, że ani bracia Otrębowie, mimo iż Beno dostarcza na kolejne płyty najwięcej kompozycji, ani tym bardziej Jerzy Styczyński, nie mówiąc o reszcie, nie poradziliby sobie w odmiennych konfiguracjach personalnych. Siła tkwi w tym, że są razem, że każdy coś od siebie dorzuca. Dla mnie to jest magia – wirtuozeria instrumentalistów i mnóstwo znakomitych utworów. Tę magię czułem np. na koncercie w Bielsku Białej pod szpitalem, bodaj w 1998 roku, kiedy po raz pierwszy na Dżemie byłem ze swoimi, wówczas siedmioletnimi, synami bliźniakami, tę magię czuję do dziś. Tym bardziej, że zmiana Dewódzkiego na Balcara była, z całą sympatią dla tego pierwszego – potężnym jakościowo krokiem naprzód. Balcar zawsze jawił mi się jako stylowy wokalista (pamiętam, jak znakomicie zaśpiewał przed laty w Opolu „‘Dziwny jest ten świat”), do tego bardzo świadomy, gdy chodzi o materiał, na którym pracuje, czyli język – bardzo dobra dykcja, która nigdy nie pozwoliła mu zaśpiewać „włanczam silnik”, co zdarzało się Riedlowi. Nigdy nie użył też ze sceny przekleństwa (Sebastianowi Riedlowi, w którym wielu upatrywało następcę Ryszarda, to się zdarza, występ na piętnastolecie Cree zaczął nawet od słów: „Wzmacniacz nam się spier…”).

Bałem się, że Myslovitz się rozpadnie, a w zamian nie dostaniemy nic choćby zbliżonego poziomem do dokonań grupy. Myślałem sobie: „Wadzą się, nie lubią? Cóż, niech nie niszczą instytucji, jaką stał się zespół”. No i grali. Nagrali przecież w ubiegłym roku bardzo dobrą płytę. „I tak trzymać!”.

Ostatecznie jednak stało się inaczej. Ale też, na szczęście (wierzę w to mocno, że na szczęście!) inaczej, niż myśleliśmy. Zespół pozostał, odszedł Artur Rojek. Ufam, że siły artystycznej w braciach Kuderskich, Powadze i Myszorze jest dostatecznie wiele, by sobie poradzić (przykład Heya po odejściu pierwszego lidera, Piotra Banacha, jest bardzo budujący). Nowy wokalista, Michał Kowalonek, na ile jestem w stanie to na gorąco ocenić, ma sporo z barwy Rojka, a jednocześnie, po prostu, znacznie mocniejszy i do tego lekko chropowaty głos. Powinno być więc – od strony brzmieniowej – bardzo dobrze. Kompozytorsko – czas pokaże. Wierzę w to, że chłopakom się uda.

A co do Artura Rojka – też mam nadzieję, że będzie się realizował nie tylko jako dyrektor OFF Festivalu, ale dostaniemy czasem od niego, jego nowych kolegów, także porcję wielkiej muzyki. Takiej jak Lenny Valentino.

I wtedy naprawdę będzie pięknie. Bo chodzi przecież o muzykę, o nowe nagrania. O koncerty. O dawanie wzruszeń słuchaczom.

A ortodoksów nie lubię, bo są nieprzejednani w swych poglądach. I uparci, czasami głupio uparci. A wtedy – niebezpieczni. Pink Floyd bez Barretta, Rolling Stones bez Jonesa – to chyba dwa najlepsze przykłady.

3 maja 2012