Jedyny taki Band

band_1

To była szkoła życia – z pieniędzmi bywało różnie, czasem chodzili głodni, ale jako objazdowa trupa musieli nauczyć się grać właściwie wszystko, aby sprostać oczekiwaniom słuchaczy. A z tym bywało różnie, czasem groźnie – w takim na przykład Teksasie to niejeden klient miał i mocno w czubie, i spluwę w kieszeni.

[more]

*

Magia miejsca. Czy to był tylko przypadek, że wielki festiwal rockowy chciano zorganizować w miejscu, gdzie osiadł jeden z gigantów pop music, Bob Dylan – czyli w Woodstock? Że gdy ostatecznie impreza przeniosła się do Bethel, czterdzieści mil obok, nazwa pozostała?

Magia miejsca. Powracający do zdrowia po poważnym wypadku motocyklowym, wyciszony Dylan tworzy z przyjaciółmi z The Band w swej posiadłości studio nagraniowe, w którym powstają utwory oraz dwie płyty wybitne i zupełnie inne od „obowiązujących” wtedy w rocku trendów – John Wesley Harding i trochę później Music From Big Pink.

Big Pink 

– tak właśnie nazywała się farma uwieczniona na rewersie okładki pierwszej płyty kapeli (i wiele lat potem, w 1993, na awersie Jericho). Zaś ostateczna nazwa zespołu wzięła się stąd, że wszyscy okoliczni mieszkańcy nie mówili inaczej o sąsiadach muzykach niż „The Band” po prostu.

*

W filmie opowiadającym o powstawaniu pierwszego albumu formacji, wyemitowanym w TVP Kultura w znakomitej serii „Classic Albums”, jeden z muzyków powiedział coś takiego: „Kiedy byliśmy młodzi, chcieliśmy podbijać świat. Dziś wiemy, że najważniejsze to pomagać sąsiadom”. 

Tylko jeden członek zespołu wywodził się z wielkiego miasta, z Toronto – Jaime Robbie Robertson. Najpierw był inżynierem dźwięku w zespole, ale zaraz potem gitarzystą, zresztą jednym z najwybitniejszych w historii rocka – Dylan nazwał go „matematycznym geniuszem gitary”. Był półkrwi Indianinem, półsierotą i dorastając, niemal cały wolny czas poświęcał doskonaleniu gry. Pozostali urodzili się w miejscach dalekich od zgiełku świata. Wyrastali blisko natury – i muzyki. Szybko opuścili swe rodzinne domy, pomocnik rzeźnika, późniejszy basista Rick Danko nawet tak szybko, że zapomniał zabrać ze sobą płaszcz. 

Zdecydowanie więc mówimy o 

naturszczykach, 

a nie ludziach kształconych w fachu. Parę lat nauki w szkole muzycznej miał za sobą tylko pianista Richard Manuel, zaś Garth Hudson pogrywał na organach wykonanych domowym sposobem przez swojego ojca, a później dorabiał, grając na kościelnych organach w firmie pogrzebowej prowadzonej przez wujka.

Komponowali własne bądź opracowywali cudze piosenki zupełnie pod prąd czasowi, jakby za nic mając ówczesny rokendrolowy ferment i zachłyśnięcie się decybelami. Mistrzowie? Najwyraźniej tak, muzyka kapeli – w ten sposób zagrana, zaaranżowana i wykonana – bez wątpienia mogłaby powstać w każdym późniejszym czasie.  Jeśli szukalibyśmy najkrótszej definicji americany, byłby nią właśnie The Band.

Formacja jak żadna inna przeniosła rocka poza wszelkie rozumiane wówczas, pod koniec lat 60., formuły. Jako jedyni tak konsekwentnie robili swoje, tak bardzo wyrwali się ze swojej epoki. Co ciekawe i rzadko spotykane – ku uwielbieniu publiczności, krytyków i innych muzyków. Dla tych ostatnich stanowili 

wielką inspirację:

połączenie w składzie fortepianu i organów przejęli od nich Procol Harum, ucha nadstawiał m.in. Eric Clapton, po wielu utworach widać wyraźnie, że zafascynowani brzmieniem The Band byli nawet skręcający w stronę jazzu Donald Fagen i Walter Becker, liderzy Steely Dan. Organowe intro w Chest Fever niewątpliwie dobrze było znane Jonowi Lordowi. Rozmiary wzajemnego – z Dylanem – oddziaływania na siebie przez lata współpracy trudno ocenić. I pewnie także przecenić.

*

Wszystko zaczęło się w 1960 roku. Pochodzący z Arkansas 

Ronnie Hawkins

prawdziwą gwiazdą rokendrola stał się właśnie w Kanadzie. Razem z nim trafił tam perkusista Levon Helm, zaś resztę składu akompaniującego pod nazwą The Hawks stanowili wspomniani Kanadyjczycy. Wspólne trzy lata z Hawkinsem to była szkoła życia – z pieniędzmi bywało różnie, czasem chodzili głodni, ale jako objazdowa trupa musieli nauczyć się grać właściwie wszystko, aby sprostać oczekiwaniom słuchaczy. A z tym bywało różnie, czasem groźnie – w takim na przykład Teksasie to niejeden klient miał i mocno w czubie, i spluwę w kieszeni.

Potem za mikrofonem stanął Helm, do bębnów natomiast coraz częściej z konieczności zasiadał Manuel. W ogóle, różnorodność wykonywanego repertuaru spowodowała, iż każdy z członków grupy opanował grę na kilku instrumentach. To czas kształtowania się stylu, który w naturalny sposób bardzo mocno osadzony był w tradycji amerykańskiej muzyki ludowej. Jego charakterystyczny wyróżnik stanowi wspomniane współbrzmienie organów i pianina, mające źródło w gospel. Nie sposób nie dostrzec też wokali – śpiewali wszyscy, a ich chórki są wyjątkowej urody.

Przełomem okazało się

spotkanie z Dylanem

w 1965 roku. Było to cudowne zrządzenie losu tak dla obu stron, jak i fanów muzyki drugiej połowy XX wieku. Jeśli ich współny występ w Hollywood Bowl (1965) walnie przyczynił się do powstania psychodelic, o tyle wymienione na wstępie albumy – z końca 1967 oraz 1968 – stanowiły całkowite jego zaprzeczenie, pójście odmienną, własną drogą.

*

Debiut płytowy odniósł niebywały sukces. Potwierdził wszystko to, co stanowiło siłę kapeli akompaniującej Dylanowi. Bajecznie kolorowa okładka, kojarząca się z malarstwem końca XIX i początku XX wieku, na przykład z Gauguinem albo Matisse’em, wyszła spod pędzla samego Dylana. Jego autorstwa były też piosenki otwierające i zamykające krążek, ale to, co znalazło się pomiędzy nimi, ukazywało 

piekielnie zdolnych

muzyków i kompozytorów.

Wytwórnia uszczęśliwiona wynikami finansowymi pierwszego krążka postanowiła umieścić zespół w luksusowej willi i tam stworzyć mu studio i warunki do nagrywania nowego materiału. Rezultat kolejny raz był zachwycający. Album, którego okładkę stanowiło tym razem proste, czarno-białe zdjęcie członków zespołu (bliźniaczo podobne do tego z John Wesley Harding), ukazał się równo z Abbey Road The Beatles, a przez pierwsze dwa tygodnie sprzedawał się zdecydowanie lepiej. Popularność ugruntowała też zapewne obecność jednej z najsłynniejszych piosenek grupy, The Weight, pochodzącej z pierwszej płyty, w nie mniej słynnym filmie Easy Rider (1969).

W Capitolu albo zafałszowali bilans kosztów, albo rzeczywiście realizacja płyty w tak komfortowych warunkach okazała się bardzo droga. Dość, że zupełnie nie wpłynęła na poprawę stanu kont bankowych muzyków. Następna pozycja w dyskografii, Stage Fright, musiała na tym ucierpieć: skromne tym razem warunki realizacji nagrań zdecydowały o słabszym efekcie finalnym i mniej entuzjastycznym odbiorze słuchaczy.

Późniejsze lata, koncerty i płyty zdecydowanie jednak umocniły pozycję The Band. Ale to może zostawię już sobie na inną opowieść.  W tym miejscu wypada jednak wspomnieć, że w 1976 roku doszło do

oficjalnego pożegnania

najstarszego wtedy na świecie grającego nieprzerwanie zespołu. Wielki koncert, z kolacją dla pięciu tysięcy widzów, odbył się z udziałem mnóstwa gwiazd – Joni Mitchell, Muddy’ego Watersa, Boba Dylana, Ronniego Hawkinsa, Emmylou Harris, Vana Morrisona, Erica Claptona, Neila Younga, Neila Diamonda, Ringo Starra i innych –  i został wydany jako trzypłytowy album The Last Waltz (1978). Pod tym samym tytułem pojawił sie też film w reżyserii Martina Scorsesego.

Rozstając się, członkowie grupy nie wykluczali wspólnych występów w przyszłości. I w 1983 roku doszło do wznowienia działalności, a po upływie kolejnej dekady także nowych nagrań płytowych. Tyle że już w innych, zmieniających się składach – bez Robertsona, który poświęcił się karierze solowej, a od 1986 roku bez Manuela, który popełnił samobójstwo (jeszcze jeden przypadek problemów związanych z uzależnieniem narkotykowym). 

Kresem aktywności zespołu okazała się śmierć Richarda Danko w grudniu 1999 roku. Danko zmarł we śnie, w swoim domu w Marbletown, niedaleko Woodstock. W 2007 zmarł Richard Bell, członek zespołu w latach 90. (a wcześniej pianista w zespole Janis Joplin), natomiast w 2012 Levon Helm.
*

W Polsce

trudno mówić o szczególnej popularności The Band – zarówno przed laty, jak i tym bardziej teraz, gdy zespół już nie istnieje. Kiedyś audycji muzycznych w ramówkach było niewiele, więc i możliwości mocno ograniczone. Może pamięć mi nie dopisuje, ale nasączona amerykańskimi patentami muzyka nie znalazła szczególnego wyznawcy wśród ówczesnych dziennikarzy radiowych. 

Sam pamiętam, że gdy jako nieopierzony nie tylko muzycznie szesnastolatek w grudniu 1978 roku pochłaniałem książkę Rock. Od Presleya do Santany, najmniej rozumiałem z rozdziału zatytułowanego „Najlepsza banda świata”. Wtedy zresztą aby mnie coś porywało, musiało mieć albo syntezatory na pierwszym planie, albo mocne gitary. Lata jednak płyną, człowiek się zmienia – i dostrzega oraz docenia zupełnie inne niejednokrotnie rzeczy niż dawniej.

Obiema rękami podpisuję się pod opinią Marka Garzteckiego, autora wymienionej wyżej pozycji: „Muzyka The Band może wydawać się bardzo prosta, ale jest to ten najtrudniejszy rodzaj prostoty, który wynika ze świadomej selekcji wszelkich elementów zbędnych”. To z kanadyjsko-amerykańską kapelą łączy innego giganta, JJ Cale’a.

Dwa pierwsze albumy zespołu są dzisiaj do złowienia w ogólnie znanych sklepach za śmieszne pieniądze. Są oczywiście zremasterowane, zaopatrzone w obszerne książeczki oraz zawierają pokaźny zestaw dodatkowych nagrań. Wielka uczta dla oka i, co najistotniejsze, dla ucha.

[W NaTemat:31 sierpnia 2014]

Na początku był Chuck Berry

Keith Richards: „Jak powiedziałem, kiedy wprowadzałem go do Hall of Fame [1986], ukradłem każdy riff, który kiedykolwiek zagrał”.

Marek Garztecki: „Szczupły, przystojny „chłopiec z gitarą” stworzył nowy typ młodzieżowego bohatera i uznany został za jedną z najbardziej fascynujących osobowości estradowych naszych czasów. Był pierwszym murzyńskim wokalistą, który stał się idolem białej młodzieży amerykańskiej. On też jako pierwszy zrobił decydujący krok od czarnego rythm and bluesa do nowego multikolorowego tworu zwanego rock and rollem”.

[more]

W 1978 roku zbiegły się w moim życiu dwa bardzo istotne muzyczne epizody: w swojej „Tonacji Trójki” Dariusz Michalski prezentował

mistrzów rock and rolla.

To wtedy pierwszy raz w dużej dawce zetknąłem się z piosenkami Berry’ego – i zwariowałem. A pod choinką parę miesięcy później znalazłem prezent od brata – książkę Marka Garzteckiego Rock. Od Presleya do Santany, a w niej krótki, ale cały rozdział poświęcony temu gitarzyście, wokaliście i kompozytorowi. I od tamtej pory wiem, że od tego faceta wszystko się zaczęło. Skończyły się rokendrolowe wprawki, zaczęło bezkompromisowe łojenie.

Urodził się w 1926 roku, był jednym z sześciorga rodzeństwa, jednak nigdy nie zaznał biedy. W 1944 roku został zatrzymany pod zarzutem kradzieży i spędził trzy lata w poprawczaku. Potem wahał się, czy zostać fryzjerem, czy muzykiem. Zwyciężyła miłość do muzyki, z którą – jak każdy Murzyn – zetknął się jako dziecko w kościele. W 1952 roku miał już swoje stałe trio. Grupa była jedną z pierwszych profesjonalnych wykonujących R&B.

Berry chciał trafić do Chicago, miasta tętniącego wtedy graniem. Dobił się do sławnego już Muddy’ego Watersa, został wysłuchany i parę dni później obaj znaleźli się w wytwórni

Chess Records.

Zespół nagrał trzy utwory, a wśród nich Maybellene. Jeden z braci Chessów zasugerował zmianę aranżacji, dodanie mocnego beatu i… bomba poszła w górę. To był maj 1955 roku, utwór szybko stał się numerem jeden list przebojów w całych Stanach.

Berry koncertował w największych salach, bijąc rekordy popularności. Jeszcze w tym samym 1955 wylansował następny przebój – Roll Over Beethoven, a w kolejnych trzech latach School Day, Rock And Roll Music, Sweet Little SixteenJohny B. Goode.

Jak pisze wspomniany już M. Garztecki, stał się

pierwszym poetą rokendrolla,

śpiewał o świecie widzianym oczami nastolatka, ucznia, o pierwszych miłościach i rodzicielskich nakazach. Pojawiają się nawet wątki związane z ubóstwem i segregacją rasową, w mocno zawoalowanej formie, ale były to przecież lata pięćdziesiąte.

U szczytu sławy, w 1959 roku został powtórnie aresztowany, tym razem pod zarzutem uwiedzenia nieletniej. Okazało się, że dziewczyna była znacznie starsza, trudniła się prostytucją i nikt do niczego jej siłą nie zmuszał. Sędzia jednak ciągle zwracał się do niego „ty czarnuchu” i Berry ostatecznie poszedł siedzieć – tym razem na blisko dwa lata.

I wszystko się zmieniło – przede wszystkim on: stał się odludkiem, żona zażądała rozwodu, starzy przyjaciele odwrócili się od niego. Zmieniał się też rock. Berry musiał zaczynać niemal od początku.

I tak naprawdę

już nigdy się nie podniósł.

W 1972 roku co prawda powrócił na szczyty list przebojów kawałkiem My Ding-A-Ling, znów mógł grać w wielkich salach koncertowych, ale dawnej popularności na dłużej nie odzyskał. W 1979 roku wymiar sprawiedliwości raz jeszcze upomniał się o niego – odsiedział cztery miesiące za fałszerstwa podatkowe.

Najbardziej interesuje nas jednak dzieło, a nie sam człowiek. Dziesięć pierwszych lat, bo okres 1955-1964 jest tym najważniejszym, tym, kiedy powstały wszystkie istotne utwory Berry’ego. Piosenki, bez których nie sposób mówić o początkach rokendrola, o jego kamieniach milowych. Rola artysty, jego

wpływ na następne pokolenie twórców

– przede wszystkim brytyjskich – z Beatlesami i Stonesami na czele, jest nie do przecenienia. Ten zadziorny facet nieźle narozrabiał w dziejach popkultury.

Od bodaj kilkunastu miesięcy są dostępne w Polsce znakomite dwupłytowe kompilacje Universalu w serii Gold. Wśród nich zremasterowany wybór piosenek Chucka Berry’ego – definitive collection, ponad dwie godziny grania. Pięćdziesiąt piosenek, które ukazują wszystko, co najistotniejsze w dorobku mistrza. Oprócz wyżej wymienionych jeszcze Wee Wee HoursCarol, Little Quennie, Memphis, Tennessee czy Nadine, by wymienić tylko niektóre z najsłynniejszych. Rewelacja – za jedyne 22,99 zł.

 

 

Weather Report

W niedzielę, mam nadzieję, Paul McCartney i Flaming Pie.

Słynny jęzor na jeszcze jednej okładce – The Rolling Stones, Grrr!, 2012

Na stare lata emocje zwykle – nieco lub bardzo – przygasają. Moja żona nigdy nie protestowała, gdy wydatki trochę mocniej skręcały w stronę muzyki. Teraz, wychodzi na to, wymyśliłem sobie najlepszą z możliwych tarczę: bloga. Ola nie dość, że z oddaniem pełni rolę „kochanej pani administrator”, to jeszcze bardziej niż kiedyś zanurzona jest w płytach i gitarowym graniu. Najwyraźniej nie mamy zamiaru schodzić z tej karuzeli, która kręci się najczęściej w rytmie rokendrola.

[more]

I tak oto wśród prezentów pod tegoroczną choinką znalazłem ostatnie wydawnictwo Glimmer Twins i spółki. Niby ileż można – wydawać wszelkiej maści składaków, debestofów, ileż można takich płyt mieć w domu. A jednak…

Z tymi starszymi chłopcami czterema

jest tak, że This could be the last time. Że teraz zajmą się już wyłącznie wydawaniem pieniędzy nie do wydania, że dali nam na otarcie łez jeszcze dwa nowe kawałki i cześć pieśni.

A jednak… W dodatku dostałem edycję trzypłytową, tę z pięćdziesięcioma utworami na pięćdziesięciolecie, sprowadzoną w ciągu kilku dni zza Kanału La Manche (jakich pięknych dożyliśmy czasów!). 

Pierwsza płyta, od Come On do We Love You, eksplozja rocka na Wyspach. Druga, od Jumpin’ Jack Flash do Fool To Cry, najwspanialsza. To ten okres, za który Stonesów kochamy i kochać będziemy najmocniej. Wtedy przeszli do historii. Trzecia płyta, zaczynająca się od Miss You, obejmuje ponad trzydzieści lat działalności grupy. Znacznie mniej istotnych niż te wcześniejsze, ale chyba dopiero teraz dociera do mnie wyraźnie, że to nie tylko był czas, kiedy w kolejnych trasach koncertowych nabijali konta, odgrywając stare hiciory, ale wciąż dorzucali – zgoda, znacznie rzadziej niż przed laty – utwory ważne i bardzo dobre. Jakoś tak teraz, wciąż nie dowierzając, że oto definitywnie ma się zamknąć ten absolutnie wyjątkowy rozdział rokendrola, moje serce jeszcze mocniej wzruszone, uszy – bardziej doceniają te piosenki wyłowione (też już nie pierwszy raz) z oryginalnych wydawnictw.

Stonesi, te pieprzone skurczybyki, mieli rację.

Mieli rację,

gdy coraz bardziej pod prąd nowym trendom grali swoje proste do bólu nuty, mieli rację, gdy po swojemu podchodzili do nowych brzmień na Some Girls. Mieli rację, bo muzyka gitarowa zatoczyła wielkie koło, już od wielu lat pochylając się z czułością nad rytmami wyjętymi prosto z lat 60. I coś, co zdawało się już być poza czasem, okazywało się bardzo na czasie. Time Is On My Side, śpiewał Jagger dawno temu. I dziś, choć nieco przyprószony, wysuszony, ma prawo śmiało powtórzyć te słowa. A dwa bardzo udane nowe kawałki być może stanowić będą najlepszą z możliwych pointę tej pięknej bajki.

W 1978 roku Marek Garztecki zatytułował rozdział swej książki poświęcony TRS Toczący się kamień mchem nie porasta. Komu z czytających wtedy te słowa przemknęła przez głowę myśl, że za trzydzieści cztery lata ta muzyka nie tylko nie będzie neolityczną skamieliną, muzealnym eksponatem, ale czymś tak bardzo żywym i wciąż poruszającym miliony?



Na pięćdziesięciolecie największego rock’n’rollowego zespołu świata

W znakomitym filmie Martina Scorsesego Shine A Light (W blasku świateł) mamy przede wszystkim zapis porywającego koncertu The Rolling Stones w nowojorskim Beacon Theater jesienią 2006 roku. Ale są też niezwykle starannie wyselekcjonowane fragmenty dokumentów poświęconych słynnym muzykom, ich szczególnie celne wypowiedzi.

[more]

– Długo już występujecie? – dziennikarz pyta młodziutkiego Micka Jaggera.
– Dwa lata.
– Jak długo jeszcze planujesz to robić?
– Nie wiem. Nie sądziłem, że będę to robił aż dwa lata. Na początku nie uważaliśmy, że wyjdzie z tego coś dużego. Nagrywamy piosenki już dwa lata i wciąż uchodzimy za nową grupę. Naprawdę nie wiem. Myślę, że damy sobie radę jeszcze co najmniej przez rok.

 *

Sierpień 1972.

– Wyobrażasz sobie, że mając sześćdziesiąt lat nadal robisz to samo? – pytanie do frontmana Stonesów.
– Bez trudu.
– Naprawdę?
– Oczywiście.

  *

– Kto jest lepszym gitarzystą, ty czy Keith? –  pytanie skierowane do Rona Wooda.
– On wie, że ja – pada po chwili odpowiedź.

Cięcie.

– Jak ty byś na to odpowiedział? – to z kolei do Richardsa.
– Nikt nie chce być najlepszy.
– On powiedział, że jest najlepszy.
– Wiedziałem, że tak powie – zaśmiał się Richards. – Ale prawdę znam ja. Obaj jesteśmy marni, ale razem jesteśmy lepsi niż dziesięciu innych.

 *

W 1978 roku, w bardzo dobrej na tamte czasy książce Rock. Od Presleya do Santany, Marek Garztecki rozdział poświęcony Stonesom – Toczący się kamień mchem nie porasta  – kończył następująco:

„Czy jednak owa dawka świeżej krwi (mowa o nowym gitarzyście, Ronniem Woodzie, który zastąpił Micka Taylora, oraz o kontrakcie z nową wytwórnią płytową) wystarczy, aby przedłużyć istnienie grupy o dalszych parę lat? Tego prawdopodobnie nie wiedzą nawet sami jej członkowie. Niełatwo bowiem sprostać wymaganiom legendy, która dawno już przerosła swych twórców.

Czas upływa. Na grobie Briana Jonesa wyrosła już gęsta trawa i chyba nawet najwierniejsi jego wielbiciele zapomnieli już o swym dawnym bożyszczu. Jakie będą losy reszty członków zespołu – tego oczywiście nikt nie jest w stanie przewidzieć. Amerykańscy krytycy muzyczni prowadzą osobliwą ankietę zatytułowaną: Kto będzie następną ofiarą śmiertelną spośród muzyków rockowych. Dwa pierwsze miejsca zajmują na niej Keith Richards i Mick Jagger”.

*

Niedługo po opublikowaniu tej książki, pod koniec lat 70. i na początku 80., za sprawą używek rozstali się z życiem m.in. Keith Moon, bębniarz The Who, Bon Scott, wokalista AC/DC i John Bonham, perkusista Led Zeppelin. Członkowie Rolling Stones żyją do dziś i dorobili się zawrotnych fortun. Ale, co najważniejsze, ciągle grają i najwyraźniej nadal sprawia im to olbrzymią przyjemność. Kilku pokoleniom fanów również, o czym świadczą pełne widownie podczas kolejnych tras koncertowych zespołu.

A wracając do filmu – jak patrzę na te sterane przez czas, ale roześmiane jak u niesfornych chłopców gęby, na tę bezustanną balangę na scenie i na widowni, to myślę sobie, że moja miłość fana do Stonesów jest bezwarunkowa. Od czasów, gdy niewiele wystawałem ponad stół.