Hats off to – Led Zeppelin, Celebration Day, 2012

Re-we-la-cja. Tylko – czy to takie oczywiste, takie jasne i proste, że trzech oryginalnych członków zespołu wraz z synem czwartego wyjdzie po latach na scenę – i zmiecie z firmamentu wszystkie inne latające obiekty? Myślę, że wcale nie. I tym wspanialsze są w życiu chwile, gdy – zdaje się – czas staje i to w dodatku w jednym z najpiękniejszych możliwych miejsc.

[more]

Zastanawiam się, czy należy ubolewać nad ciągłym brakiem mocy sprawczej, by tego rockowego giganta wskrzesić na dłużej, czy może magia takich chwil zaklęta jest właśnie w ich wyjątkowości. I jak bardzo ta magia jest rozciągliwa – na jedną trasę koncertową, na tydzień, miesiąc, pół roku? A jednocześnie nie sposób z niepokojem nie odnotować faktu, że od tego występu mija już pięć lat i jeśli „LZ reaktywacja”, krótsza lub dłuższa, miałaby stać się faktem, to czasu na to robi się wciąż mniej i mniej. Jimmy Page ma dziś już sześćdziesiąt osiem lat, Plant i Jones niewiele mniej…

Ostatni pokaz specjalny filmu

będącego rejestracją ostatniego póki co występu kwartetu, który miał miejsce w O2 Arena w Londynie 10 grudnia 2007 roku, odbył się w zabrzańskim Multikinie na dwanaście dni przed rynkową premierą wydawnictw DVD i CD. Warto było się wybrać – nawet najlepszy i największy domowy ekran nie jest w stanie konkurować z kinowym, nie mówiąc o pilocie pod ręką i funkcji „pauza” albo „stop” i przerwie na kawę lub siusiu. Do kina idziemy z żoną wyłącznie po to, by patrzeć na film, w jednym kawałku, od początku do końca.

Scenę mieli panowie niemałych rozmiarów, ale – mimo różnych niedomówień w przeszłości – chemia między nimi była taka, że stali na kilku metrach kwadratowych, wciąż uśmiechając się do siebie nawzajem. Nie dziwię się – gęba rozpromieniła mi się od pierwszych dźwięków Good Times Bad Times, którym rozpoczęli występ, i pozostałem w zachwycie do samego końca. A oni przenieśli się w czasie do najlepszych momentów swoich muzycznych karier, przez dwie godziny robili to, co kochają w życiu najbardziej – grali swoją muzykę w wypełnionej do ostatniego miejsca sali. I to tę muzykę, która stanowi szczyt artystycznych dokonań zarówno ich, jak i jeden z najwyższych szczytów całej historii rocka. Nietrudno tych facetów zrozumieć: znów jesteśmy razem, stare nuty znów unoszą nas nad ziemię, a ludzie wiwatują. Rozpiera nas duma i radość.

Z mojej rockowej trójcy przenajświętszej: Beatles, Rolling Stones i Led Zeppelin – ci ostatni wyzwalają adrenalinę największą. Nie dziwota, bo

łojenie to potężne,

kryjące w sobie wielką moc i – jeśli o mnie chodzi – nie do pobicia przez nikogo. Wszystko w tym świetnie sfilmowanym koncercie było najwyższej próby – głos Roberta Planta rozgrzany od pierwszej minuty, a momentami szybujący w tak wysokie rejestry jak czterdzieści lat temu. Page, po którym najbardziej było widać, ile wysiłku kosztuje takie wiosłowanie, grał jak za starych czasów, fenomenalnie. Znakomicie zakonserwowany John Paul Jones znów udowadniał, że jest mistrzem drugiego planu – jego bas brzmiał przepięknie, zaś gdy przesiadał się do klawiatury, równie pięknie obsługiwał stopami basowy syntezator. Jason Bonham odwalał, tak jak ojciec, kawał ciężkiej roboty przy bębnach, a w Misty Mountain Hop nawet wspomógł wokalnie Planta. W ogóle, wyraźnie budził w pozostałych panach ojcowskie uczucia.

Dyskutowanie nad programem koncertu – co zespół zagrał, a – zwłaszcza – czego nie – nie ma sensu. Tym bardziej, że jeśli utarło się wyznaczać w wydawnictwach płytowych grupy cezurę między pierwszymi czterema albumami i resztą, to wczoraj uświadomiłem sobie, iż w wersji na żywo jest to podział bezsensowny. Jakże znakomicie zabrzmiały The Song Remains The Same, In My Time Of Dying czy Nobody’s Fault But Mine!

Jakaż to

lekcja rokendrola

dla wszystkich – starych i młodych fanów, dla muzyków – kamery tak często pokazują palce gitarzystów, że można nieźle podpatrzeć, skąd te dźwięki się biorą. Psychodelii też nie zabrakło, kiedy Page w Dazed And Confused zamienił kostkę na smyczek, a i później w No Quarter. Potęga tego grania jest wielka i absolutnie ponadczasowa.

Na deser dwa bisy, wpierw Whole Lotta Love (jeszcze raz sajkedelik), a na sam koniec, nomen omen, Rock And Roll. Panowie kłaniają się ostatni raz i definitywnie schodzą ze sceny. Tłum szaleje, a moje serce woła: „Jeszcze, jeszcze!”.

Na zakończenie powiem tylko tyle – dla każdego rockfana Celebration Day to pozycja obowiązkowa na półce. Zaraz w listopadzie albo najpóźniej pod choinkę.


Muzyczne odloty

Led Zeppelin BBC Sessions. Po prostu zestaw genialnych utworów genialnego zespołu. Po Creamach i Cepach nikt już nie zrobił w składzie gitara – bas – bębny nic więcej na scenie (i w studiu też). Ale tym razem chciałem zahaczyć o co innego.

[more]

Nie jest to szczególnie odkrywcza myśl, ale wśród wielu znakomitych numerów LedZep – swoistym opus magnum na koncertach jest Dazed And Confused. Ciągle na świeżo w głowie mam koncert SBB w Rialcie i Odlot – i nie mogę oprzeć się wrażeniu, że bardzo wiele te utwory łączy. W obu przypadkach mamy do czynienia z artystycznym odlotem właśnie, wyzwoleniem, przekroczeniem wszelkich granic, z totalną improwizacją, na którą mogą sobie pozwolić tylko najwybitniejsi instrumentaliści.

Takich długich wersji Dazed And Confused znamy – jeśli dobrze liczę – w sumie trzy, Odlot, przynajmniej w domowych zbiorach, mam w dwóch wersjach z 1974 roku. Nie wiem, czy Polacy widzieli na żywo Led Zeppelin, na pewno nie mogli znać wersji z The Song Remains The Same, bo ta – choć zarejestrowana w 1973, na krążku pojawiła się w 1976 roku. To tak a propos inspiracji.

Ktoś pewnie kręci nosem, że śmiem porównywać SBB do jednej z najlepszych kapel w historii rocka. Otóż śmiem, a ponieważ już parokrotnie pisałem, dlaczego – powtarzać się nie będę.

(14 kwietnia 2012)


Zeppeliny na niebie

Moja droga do dokonań Led Zeppelin była zawiła i kręta. Co prawda wśród pocztówek dźwiękowych moich braci znalazło się miejsce na Immigrant Song, ale potem zrobiło się jakoś ciasno i nieprzystępnie. Dla praktycznie całego ostrego, gitarowego grania. Starsza brać zachłysnęła się dokonaniami Emerson, Lake & Palmer, Yes, Pink Floyd i resztą drużyn z ligi rocka symfonicznego. Wtedy wydawało im się, że to muzyczny uniwersytet, zaś szarpidruty to w najlepszym razie szkoła średnia.

[more]

I tak sobie teraz myślę, że jednak mnie tą opinią w pewien sposób zarazili, choć – na szczęście – nie na całe życie. Do dziś nie mam szczególnej atencji do twórczości Deep Purple czy Black Sabbath, choć oczywiście jestem świadomy znaczenia tych kapel w historii rock’n’rolla, doceniam klasę In Rock, Fireball czy Sabbath Bloody Sabbath.

Ale, kurczę blade, co innego Led Zeppelin. Gdy gdzieś w 1978 roku rejestrowałem fragmenty Presence, jeden z braci zapytał: Co, LZ nagrywasz? Nie szkoda ci miejsca na taśmie?

Po latach śmialiśmy się na wspomnienie tego bluźnierstwa. Ale Cepów odkrywałem samotnie, tak naprawdę, w pełni, dopiero po śmierci Johna Bonhama. W 1981 roku w czwartym, stereofonicznym programie PR za wielką prezentację ich dyskografii zabrał się Jerzy Janiszewski. Jak zawsze – fachowo, z potężną dawką informacji. Tyle że – co wielu słuchaczy denerwowało – zaczął od prezentacji nagrań bodaj The Yardbirds. Gdy wreszcie doszedł do pierwszego albumu LedZep i zdążył odtworzyć pierwszą stronę – wybuchł stan wojenny.

Po kilkumiesięcznej przerwie emisyjnej, po wznowieniu nadawania, już w programie drugim – ruszyły niektóre dawne pozycje ramówki. I – w końcu też prezentacja wszystkich płyt zespołu. W miarę posiadanych taśm, o które nie było w tamtym okresie łatwo, nagrywałem kolejne albumy. Wtedy już nie miałem wątpliwości. Miłość do Floydów umierała, ich miejsce w moim sercu zajmowali Zeppelini. I są w nim do dzisiaj.

To, co tylko z rzadka słyszę u Parpli czy Sabatów – jest istotą magii LZ. Chodzi o zupełnie inną głębokość korzeni – o blues. Cały ten olśniewający, zdumiewający na przełomie lat 60. i 70. gitarowy hałas kwartetu wywodzi się z bluesa właśnie. To dlatego jest w nim swing i feeling, wielki czar muzyki bezzębnych Murzynów zaaranżowany na głos Roberta Planta, gitarę Jimmy’ego Page’a i sekcję w osobach Johna Paula Jonesa i Johna Bonhama. Geniusz autorski i wirtuozeria wykonawcza dały fantastyczny efekt w postaci czterech pierwszych albumów zespołu, z których każdy należy do najważniejszych w dziejach muzyki rockowej. Potem może było nieco słabiej, ale należy pamiętać o tym, że „słabiej” w odniesieniu do kapeli tej miary oznacza i tak poziom dla większości najzwyczajniej niedostępny.

Wszystko skończyło się nagle w 1980 roku po tragicznej śmierci perkusisty. Pozostała trójka jakoś nie wyobrażała sobie dalszego grania bez Bonza. Plant zaczął nagrywać swoje płyty, zrobił z pewnością jako solista największą karierę. Page nie dokonał sam niczego szczególnego, Jones tak naprawdę pojawił się dopiero w 2010 roku w superskładzie Them Crooked Vultures.

Przyjaźń liderów – panów P – chyba nigdy nie wygasła, parokrotnie schodzili się, nagrali razem dwa albumy. Ten z premierowym materiałem – Walking Into Clarksdale (1998) – brzmi dziś lepiej niż w chwili wydania i z powodzeniem mógłby być sygnowany nazwą Led Zeppelin. Podobnie jak krążek Page’a nagrany z Davidem Coverdale’em w 1993 roku, a którego realizację gitarzysta proponował pierwotnie swojemu dawnemu kumplowi. Ten jednak nie potrafił się zdecydować i ostatecznie odmówił. Odmówił również – tym razem Page’owi, Jonesowi i Jasonowi Bonhamowi (synowi Johna) na przełomie 2007 i 2008 roku, kiedy – po znakomicie przyjętym koncercie w Londynie okazjonalnie wskrzeszonego zespołu – trwałe reaktywowanie LZ stało się bardzo realnym pomysłem. Plant wydał jednak właśnie świetny i świetnie się sprzedający album nagrany wspólnie z Alison Krauss i nie wyraził zainteresowania ani trasą koncertową, ani nową płytą.

Myślę, że szkoda. Bo byłem w Spodku w 1998 roku na koncercie w ramach trasy promującej Walking Into Clarksdale. Dwaj już wtedy niemłodzi panowie zaprezentowali się rewelacyjnie. Gdy ruszyli z kawałkami LedZep, łzy wzruszenia pociekły mi po policzkach. Ostatnie ocierałem już po zakończeniu występu, po ponad dwóch godzinach wybornego grania. Te emocje na scenie i widowni, jestem przekonany, są w dalszym ciągu do powtórzenia. Bo w tej muzyce jest magia.

Mijające dziesięciolecia przemawiają zdecydowanie na korzyść Led Zeppelin, podobnie jak to jest z The Beatles czy Rolling Stones. To wielka sztuka, która wywarła i nadal wywiera ogromny wpływ na kolejne pokolenia – zarówno tych, którzy grają, jak i tych, co słuchają. Skala dokonań kwartetu należy do bezdyskusyjnie największych. W stylowym, rokendrolowym łojeniu nikt już nie wymyślił nic lepszego.

AC/DC, Back In Black, 1980

Australia musi leżeć bardzo daleko, skoro teraz gra się tam taką muzykę – powiedział Piotr Kaczkowski po zaprezentowaniu, bodaj wiosną 1978 roku, po raz pierwszy w polskim radiu, w programie W tonacji Trójki, grupy AC/DC. Była to porywająca, koncertowa wersja Whole Lotta Rosie z albumu Let There Be Rock (1977), jednej z najznakomitszych piosenek w dorobku zespołu.

[more]

Popularność AC/DC w Polsce, podobnie jak na całym świecie, rosła w szalonym jak gra Angusa Younga tempie. W 1979 roku ukazał się najlepszy z dotychczasowych albumów, Highway To Hell, ze znakomitymi kawałkami na początku i końcu krążka – tytułowym oraz Night Prowler.

W lutym następnego roku wokalista Bon Scott w wieku trzydziestu czterech lat zapił się na śmierć. Pozostali muzycy rozważali nawet  rozwiązanie zespołu, ale ze swoistą odsieczą przyszli… fani, proponując następcę zmarłego frontmana w osobie Briana Johnsona.

To niesamowite, ale pod koniec lipca na rynku pojawiła się nowa płyta. W jakim, tym razem artystycznym, gazie wspartym adrenaliną wewnątrzzespołowych wydarzeń musieli być ci ludzie, by w tak krótkim czasie wysmażyć nową porcję muzyki?!

A tę, tym razem w Minimaksie, znów zaprezentował Pan Piotr. Pamiętam, jak zastanawiał się na koniec, czy to, co właśnie wybrzmiało, było czymś na miarę czwartego albumu Led Zeppelin. Redaktor miał wtedy wątpliwości, na gorąco miał prawo je mieć, podobnie jak nadzieję, że AC/DC są w stanie zrobić jeszcze jeden krok naprzód.

Nie zrobili, nie byli w stanie. Ale też po latach widać, jak cholernie trudne było to zadanie. Bo Back In Black to po prostu rock’n’rollowe arcydzieło. Wariacka jazda bez trzymanki – jak puszczenie się na krechę czarną trasą narciarską. Dziesięć kawałków, wśród których połowa to perły w najczystszej postaci: Hells Bells, Let Me Put My Love Into You, Back In Black (jedyny kończący się wyciszeniem), You Shook Me All Night Long i mój najukochańszy kawałek kapeli – Rock And Roll Ain’t Noise Pollution.

Zespół, który w moim odczuciu jakby ciągle grał jeden utwór – tutaj sięgnął szczytów swych artystycznych możliwości. Poszczególne numery są wyjątkowo łatwo rozróżnialne, kipiące najlepszymi z najlepszych zagrywek gitarowych. Mijają trzydzieści dwa lata (rany boskie!), a ta muzyka wciąż brzmi świeżo i znakomicie. Prąd, energia i ciary na plecach ciągle towarzyszą mi przy jej słuchaniu. Najwyraźniej nie jestem w swych wrażeniach odosobniony, bo krążek do dziś sprzedał się w nakładzie prawie pięćdziesięciu milionów, co sytuuje go na podium najlepiej sprzedających się albumów wszechczasów.

Potem nigdy już nie było tak pięknie. For Those About To Rock, choć momentami trzymał poziom swego poprzednika, w całości był słabszy. Johnson jeszcze długo sypał żyletkami prosto z gardła, Young wciąż biegał po scenie w krótkich spodenkach i z tornistrem na plecach, ale w studiu nie urodziło się już nic na miarę albumu z 1980 roku.

Ale też trzeba powiedzieć, że – może poza najmłodszymi melomanami – mało kto nie słyszał o zespole o nazwie „a-ce-piorun-de-ce”, mało kto nie słyszał ich nagrań. I mało kto, już po paru sekundach, nie byłby w stanie ich rozpoznać. Własny styl – to coś, co udało się wypracować tylko wielkim. W przypadku Australijczyków – prosty do bólu, żywcem z lat 50. – akordowy atawizm w czystej postaci: hałas, krzyk, szaleńcza pogoń będąca jednocześnie ucieczką. Tak właśnie bawią się chłopcy, czasem już  bardzo duzi.

Bo na tym, w najlepszym wydaniu, to polega: jedni chcą grać, a drudzy chcą ich słuchać.



Gienek Loska Band, Bielsko-Biała, 18 sierpnia

Gienek Loska wygrał program X Factor w 2011 roku. Wygrał tyleż zasłużenie, co niespodziewanie. Jest bowiem białoruskim naturszczykiem odpornym na wszelkie wpływy programowo-medialne, facetem, który za cholerę nie da się przerobić ani jeśli chodzi o gusta muzyczne, ani o swoją hipisowską proweniencję.

[more]

Nagrodą na wygranie Factora było przede wszystkim nagranie płyty. Już w tym momencie można było być pełnym obaw. Bo od lat polskie stacje telewizyjne serwują nam podobne programy, kreując gwiazdy świecące pełnym blaskiem, tyle że do ostatniego odcinka tego czy innego wyścigu. A muzyka to nie wyścig, a już na pewno nie bieg na sto metrów. To raczej dystans wielokilometrowy, wielosezonowy. Pod jednym wszakże warunkiem – że ma się światu do zaoferowania nie tylko głos dany od Boga, ale i talent, który pozwoli przekroczyć próg dla większości nieprzekraczalny – czyli najlepiej nawet zaśpiewanych, ale tylko coverów.

Gdzież są dziś ci, którzy zwyciężali w pierwszych Idolach? Ala Janosz usilnie walczy o możliwość, de facto, „powtórnego” debiutu. Szymon Wydra bije się z reaktywowaną Irą o mistrzostwo Radomia i okolic, obdarzona fenomenalnym rockowym głosem Ewelina Flinta po popelinowych dokonaniach przepadła bez wieści. Inaczej rzecz ma się z Anią Dąbrowską czy Moniką Brodką, które – po prostu – mają coś od siebie do zaproponowania i próbują ostać się dłużej na wątłym polskim rynku muzycznym. Moje rockowe serce rosło, słysząc głos Gienka Loski. Skojarzenia, jeśli mówimy o polskich wokalistach, są jednoznaczne. Zwłaszcza że chodził w Grodnie do tego samego liceum, co parę dekad wcześniej Czesław Wydrzycki, czyli Niemen. Drugi trop – to Ryszard Riedel.

Płyta mnie rozczarowała. Sam wokalista użył wczoraj określenia „Już nie Karpiel Bułecka, jeszcze nie Dżem” – i jest w tym sporo prawdy. Klimaty muzyczne są równie ewidentne jak tropy wokalne. Jesteśmy na przełomie lat 60. i 70. Jeśli w Factorze Loska śpiewał kawałki soulowe i rhytmandbluesowe, to teraz jesteśmy już na miedzy dzielącej bluesa i rocka. Lynard Skynard (wielokrotne pogwizdywanie à la Ronnie van Zant), wczesny Cocker i tym podobne. W rodzimym wydaniu – oczywiście Dżem i Cree. No właśnie, początki Cree zdawały się sygnalizować, że Dżemowi rośnie wielka konkurencja, ale później nie było już tak dobrze. Debiutowi płytowemu zespołu Gienka dość daleko do poziomu pierwszej płyty Cree. Dlaczego? W zasadzie trudno przyczepić się do materiału, bo to solidne, mainstreamowe kawałki sprzed lat. Rzecz w ich wykonaniu.

I dokładnie te same odczucia miałem podczas koncertu. To, gdy chodzi o czterech instrumentalistów, rzemieślnicy, całkiem nieźli i mający szansę stać się artystami, ale póki co rzemieślnicy. Słowa najbardziej krytyczne kieruję pod adresem najważniejszego obok Loski na scenie – Andrzeja „Makara” Makarewicza, gitarzysty, całkiem zresztą przyzwoitego, ale… Zbyt on, na moje ucho, metalowy albo co najmniej hardrockowy, za mało bluesowy. Jeszcze te palce nie dość finezyjnie przemieszczają się po gryfie, za ostro, za płasko, za szybko. Jeszcze trzeba się wsłuchać w Jerzego Styczyńskiego, podpatrzeć, jak on to robi. I może być naprawdę całkiem nieźle, wręcz bardzo dobrze. Oby! Życzę tego liderowi i zespołowi z całego serca.

Bo wydaje się, że pomysłów nie zabraknie – wczoraj zagrali dwa nowe kawałki. Ochoty do gry było aż nadto. Dość przypadkowa, jak to zwykle na darmowych koncertach bywa, publiczność umiarkowanie głośno domagała się bisów. Tymczasem, po półtoragodzinnym secie złożonym głównie z materiału z debiutanckiej płyty oraz coverów utworów Niemena (Płonąca stodoła, Jednego serca i Ciuciubabka), zespół nie dał się długo prosić i wyszedł na scenę, by zagrać jeszcze zeppelinowskie Thank You, a gdy już zrobiło się prawie pusto – dla najbardziej wytrwałych rozbrzmiały takty Whole Lotta Love z brawurowo weń wplecionym Break On Through (To The Other Side) Doorsów. W sumie godzina pięćdziesiąt – imponujący rezultat jak na tego typu występy.

Losce i jego kolegom bardzo się chce. Widać, że kochają to, co robią. Niezmanierowani, kipiący energią, świeżością – czują, że to jest ich pięć minut, że tej szansy nie wolno zmarnować. By przekuć na przykład wczorajszą ciepłą reakcję widowni na sprzedaż biletowanych już koncertów – gdzieś w przyszłości – oraz na kolejne płyty, które chcieliby nagrywać i znaleźć na nie nabywców. I niech tak się stanie. Bo słuchanie Gienkowego wokalu przenosi mnie w najukochańsze klimaty muzyczne. Bo to głos, stwierdzam bez zbędnego patosu, z tych absolutnie największych. I źle by się stało, gdyby został zmarnowany. Przez samego Loskę, przez nas, przez kulejący rynek. Przez parszywe okoliczności.

19 sierpnia


Moje From The Begining. Część druga

Dziś na odmianę lampka wina – i słuchamy dalej.
5. Country Tonk, mylnie opisane na pocztówce jako Honky Tonk Women. The Rolling Stones – co tu można napisać? Przecież to największa rock’n’rollowa kapela na świecie.

[more]

6. Kolejna oczywistość w tym zestawie. Myślałem, żeby Beatlesów sobie odpuścić, ale po prostu nie wypada. To największy zespół w historii. Pytanie tylko, czy – z tych pocztówek – ma to być Hey Jude, czy Lady Madonna. Wybieram, przekornie, ten drugi numer.

7. Bob Dylan, Mr Tamburine Man. Znów coś przewidywalnego, największy artysta amerykański. Choć płyta – najsłynniejsze przeboje z lat 60. wydane przez, no właśnie, czechosłowacki Supraphon, oczywista nie była. Za to droga – 120,- zł przy cenach 65,- lub 80,- zł polskich płyt. Rarytas.

8. Cream, Badge. Ostatnia pocztówka. To wejście Claptona w środku utworu wciąż zapiera dech w piersiach! Jakaż rozrzutność – dziś taki riff zostałby co najmniej trzykrotnie wykorzystany w każdym kawałku. Zresztą, sam Clapton zagrał ten utwór dziesięć lat temu na koncertowym One More Car, One More Rider i też nie odmówił sobie wydłużenia pierwotnej wersji.

9. Filmowe More to początki Pink Floyd, 1969 rok. Mniej tu psychodelii, więcej ballady i rock’n’rolla. Płyta po latach, w odróżnieniu od bardzo ilustracyjnej Obscured By Clouds, zdecydowanie się broni. Mój wybór to The Nile Song, nie tak częsty u Floydów porządny łomot. Który wtedy mi, paroletniemu brzdącowi, bardzo przypadł do gustu.

10. Led Zeppelin. To jasne, geniusze rock’n’rolla. Jedni z tych, którzy przeprowadzili muzykę rockową przez morze klezmerskiego i zaledwie przyzwoitego technicznie grania, jakiego pełno było w latach 60., na nowy ląd – absolutnej wirtuozerii wykonawczej. Imigrant Song, nawet nie trzy minuty takiej jazdy do przodu, że daj, Panie Boże, zdrowie. Kończą tam, gdzie Metallica dopiero wychodzi z intro w  swoich kawałkach. Sto kilkadziesiąt sekund porażająco prostej, rozsadzającej energią jazdy bez trzymanki.

11. Love Like A Man Ten Years After. Jeden z najsłynniejszych, przynajmniej dla pewnego pokolenia, riffów gitarowych. Genialny Alvin Lee, najszybszy gitarzysta świata, jak się wówczas, na początku lat 70., o nim mówiło.

12. Wishbone Ash – nie może tej grupy zabraknąć w takim zestawie. Na szpuli były nagrane pierwsze strony pierwszej i drugiej płyty. Gdy wreszcie nabyłem ich debiut na CD, odnalazłem te cudowne emocje z początku lat 70. Nuty tak dobrze zapisane w głowie. Wybieram Queen of Torture.

 

Joe Bonamassa Akustycznie,  Dom Muzyki i Tańca, Zabrze, 5 lipca

Z rock’n’rollem jest jak z pokerem. Ściśle określona liczba kart, do matematycznego wyliczenia ilość możliwych kombinacji. A jednak ciągle jest tak, że jedni z biedą, od wielkiego święta, trafiają dwie pary, a wybrani, jak Joe Bonamassa, nie schodzą poniżej streeta.

[more]

Bo niby, gdy nadstawić ucha, wszystko już było, w 2012 roku w takim graniu trudno o coś nowego: mamy riffy z Led Zeppelin, Cream, Free, Hendriksa, a nawet Police, a przecież tym, co stanowi o wartości nagrań (i wykonań!) tego gitarzysty, jest ich porywająca świeżość i lekkość.

Bonamassa podąża muzyczną ścieżką wytyczoną na przełomie lat 60. i 70. przez, przede wszystkim, Page’a i Claptona. Przyznaję, że szczególnie przeze mnie ukochaną. To rock’n’roll mocno osadzony w bluesie, do tego wirtuozowskie operowanie instrumentem, swing – biegłość obu rąk służąca muzyce, a nie – jak w przypadku Satrianiego czy Vai – popisom rodem raczej ze sceny cyrkowej.

Pierwszy set unplugged, tyle że z premierowym materiałem, był dziełem Led Zeppelin na ich trzeciej  płycie z 1970 roku. Bonamassa poszedł tropem mistrzów. Ruszył z akustycznymi wersjami swoich utworów w trasę, na której znalazło się miejsce na jedyny w Polsce, zabrzański koncert. Zabrał ze sobą Irlandczyka Gerry’ego O’Connora grającego na banjo, skrzypcach i mandolinie, Szweda Matsa Westera na harfie klawiszowej, Portorykańczyka Lenny’ego Castro na przeróżnych przeszkadzajkach i Amerykanina Arlana Schierbauma na saloonowym pianinie, akordeonie czy fisharmonii. Ruszył z wersjami utworów, co warto podkreślić, starannie przygotowanymi – w tym graniu nie było miejsca na niedopracowane dźwięki.

Precyzyjny w każdym elemencie lider (począwszy od ram czasowych koncertu: początek punktualnie o 20.00, koniec 21.30 i kwadrans na dwa bisy) nic nie pozostawił przypadkowi, absolutnie nie tracąc przy tym lekkości i finezji. Grał porywająco, korzystając z bardzo bogatego zestawu gitar ustawionych półkoliście za nim, skupiony, z rzadka zagadując do słuchaczy. Oprawa wizualna koncertu bez szaleństw, ale nie o to przecież chodzi. Publiczność zgromadzona w hali dobrze wiedziała, po co tam przyszła: dla muzyki – starych, nieśmiertelnych – mam nadzieję – dźwięków, które za sprawą jednego z najwybitniejszych dziś gitarzystów bluesowych i rockowych, urodzonego w 1977 roku Amerykanina rozbrzmiały w całej swej okazałości. Z przyjemnością skonstatowałem, że wśród tych, którzy posiadali bilet na wczorajszy koncert, było niewiele mniej pań niż panów. I wiem skądinąd, że też bardzo im się podobało.

Zastanawiające natomiast jest to, że – z jednej strony – na parkingu widać było samochody z rejestracjami z odległych województw, a jednocześnie widownia w około dwudziestu procentach świeciła pustkami. Popularność Bonamassy w Polsce chyba ciągle mierzona jest miarą radiowej „Trójki”, trudno bowiem wyobrazić sobie, by jego kawałki prezentowały stacje komercyjne. Ale ta popularność ciągle rośnie, bo jak inaczej wytłumaczyć fakt, że artysta regularnie odwiedza Polskę. Kiedy przyjedzie więc z elektrycznym składem, zrobię wszystko, by podpisać listę obecności.