Carlos Santana z małżonką z wizytą w Oświęcimiu

pobrane21

Raz po raz popatrywałem, co czynią jego lewa i prawa ręka, a głowa ciągle uciekała w stronę nielubianych przeze mnie szybkobiegaczy sześciostrunowych. Jak to jest, że ten meksykański ekwilibrysta i wyborny technik wyzwala zupełnie inne emocje?

[more]

*

Niełatwo jest pisać o drugim zobaczonym koncercie tego samego wykonawcy, zwłaszcza gdy wrażenia są bardzo podobne. Trudno uwierzyć, że to już prawie trzy lata mijają od chwili, gdy w nadmorskiej Dolinie Charlotty Carlosa Santanę widzieliśmy z żoną  pierwszy raz w akcji. Dziś mogę tylko powtórzyć niektóre 

frazesy:

że nieoczywiste jest oglądanie siedemdziesięcioletniego artysty wciąż w znakomitej formie (bo niewiele jest takich przypadków), że równie nieoczywiste jest to, że po  trzech latach byliśmy świadkami kolejnego jego rewelacyjnego występu. Wątpliwości co do tego mogliśmy mieć bardzo krótko. Koncert oświęcimski w ramach Tauron Life Festivalu rozpoczynał dwumiesięczne tournée zespołu po Europie i mogliśmy się spodziewać, że w związku z tym, czyli wymogami takiej imprezy, będzie krótszy niż zwykle. Dziwny też, choć zupełnie bez konsekwencji, był swoisty falstart, gdy lider po już kilku wydobytych ze swojego instrumentu dźwiękach zamilkł, by zmienić gitarę. 

Energetyczność występów bandu Santany wynosi – nie mam żadnych wątpliwości – sto procent. Rytmy latynosko-karaibsko-rokendrolowe to ze swej istoty najczęściej gra forte, bezustanna jazda do przodu. I fantastyczne jest to, że wysokie napięcie stworzone na scenie udaje się od samego początku przenieść na widownię – i utrzymać do samego końca. Przez dwie godziny, bo tyle bez mała trwał występ, powietrze wokół stadionu MOSiR-u bezustannie 

iskrzyło, drgało i pulsowało 

raz po raz takimi czy innymi smaczkami pieszcząc nasze uszy.

Santana, co oczywiste, pozostaje wierny temu wszystkiemu, co kiedyś wyniosło go na sam szczyt: na plecach jego marynarki ujrzeliśmy wizerunek Jimiego Hendriksa, z ekranów telebimu raz po raz pojawiały się obrazki z Woodstocku z 1969 roku, zaś jego miłość do jazzu znalazła wyraz w Coltraine’owskim [i]A Love Supreme[/i] ([i]It’s up to me, it’s up to you[/i] – jak śpiewali wokaliści). Nieco nowszy, choć nienowy, zwłaszcza dla fanów czy czytelników jego biografii, jest nieco kaznodziejski ton, wołanie o wolność, pokój i miłość dla całego świata, który tylko w ten sposób znaleźć się może bliżej nieba.

Gdy raz po raz popatrywałem, co czynią jego lewa i prawa ręka, głowa ciągle uciekała w stronę nielubianych przeze mnie szybkobiegaczy sześciostrunowych. Jak to jest, że ten meksykański ekwilibrysta i wyborny technik wyzwala zupełnie inne emocje? Gra Santany nigdy nie służyła efekciarstwu, narcystycznym popisom – lecz muzyce. Tej przez największe M, a tworzonej w każdej kolejnej  sekundzie granego akurat utworu. Jego wirtuozeria nie była i nie jest wartością samą w sobie, lecz służy przekazowi tworzonemu przez wszystkich muzyków – wczoraj było ich dziewięciu. Santana nie epatuje dźwiękiem swoich gitar, daje pograć każdemu, pozostawiając miejsce zarówno na solówki, jak i tę przestrzeń w każdej chwili grania, do której wszyscy dokładają swoje co-nieco.

Zespół, jakby świadom nieco ciaśniejszych, festiwalowych ram czasowych, nie dał słuchaczom właściwie ani chwili wytchnienia: kolejne utwory układały się albo w koronkowe medleye, albo przerwy między nimi były ledwie kilkusekundowe. Bo szkoda czasu – zdaje się mówić CS – 

najważniejsza jest muzyka,

z nią przecież przyjechaliśmy do was, by dać to, co mamy najlepszego, by dać wam radość.

Kilkudziesięcioletni dorobek Santany jest imponujący, jest z czego wybierać. Wiadomo jednak, że nie może zabraknąć pewnych evergreenów z pierwszych płyt[, jak i znakomitych piosenek z okresu Supernatural. Jak zwykle też – maestro nie udawał, że jest najważniejszą wyspą muzyczną na świecie – i bawił krótszymi lub dłuższymi cytatami z klasyków: oczywiście ze wspomnianego już Jimiego H., z Miss You i Satisfaction Stonesów czy żartobliwie, parodystycznie wykonanego fragmentu Roxanne Police z Tommym Anthonym na wokalu. W trakcie bisów na kilka minut oddano też scenę we władanie żonie mistrza – bardzo niebylejakiej perkusistce Cindy Blackman.

Dostałem wszystko, czego pragnąłem. Nie interesują mnie bowiem pirotechniczne cuda i inne fajerwerki przeznaczone dla zmysłu wzroku, dopieszczone mają być przede wszystkim uszy. I były – dzięki świetnej formie całego zespołu oraz bardzo dobremu nagłośnieniu. I tak oto w Oświęcimiu, na festiwalu wymyślonym przez Dariusza Maciborka,  dane mi było – po występach Petera Gabriela, Soundgarden, Erica Claptona i Eltona Johna – być uczestnikiem kolejnego znaczącego koncertu.

(Carlos Santana, Tauron Life Festival Oświęcim, 15 czerwca)

Włodek Pawlik Trio – liryzm i ekspresja

pawliktrioregio

Trudno sobie dziś w Polsce wyobrazić muzyka, którego koncert w ramach szóstej już edycji festiwalu RegioFun byłby bardziej à propos. Włodzimierz Pawlik to jedna z najważniejszych postaci polskiego jazzu ostatnich lat, a od momentu nominacji i potem przyznania nagrody Grammy za album „Night In Calisia” (nagrany przez trio wespół z Randym Breckerem i Filharmonią Kaliską) chyba najbardziej pożądana. Jego nazwisko na afiszu jest dziś wielkim magnesem przyciągającym wielu chętnych, by zobaczyć artystę na żywo.

[more]

Jeśli mowa o pianistach jazzowych tworzących 

muzykę filmową,

pamięć od razu przywołuje Krzysztofa Komedę. Tamta, wspaniale zapowiadająca się światowa kariera, została przedwcześnie przerwana na cztery dni przed trzydziestymi ósmymi urodzinami – 23 kwietnia 1969 roku. Dwaj ludzie z szafą, Do widzenia, do jutra i, przede wszystkim, Dziecko Rosemary Romana Polańskiego ze słynną Kołysanką to tylko trzy z długiej listy filmów zilustrowanych muzycznie przez Komedę. Lista Pawlika (rocznik 1958) także jest  imponująca – i są na niej obrazy znajdujące się wśród tych najważniejszych w dwóch pierwszych dekadach XXI wieku, mające szanse wejść do kanonu filmu polskiego: Pora umierać Doroty Kędzierzawskiej czy Rewers Borysa Lankosza. Nie wolno zapomnieć także o muzyce do Straży nocnej Petera Greenawaya.

Kiedy pochylić się nad 

składami trzyosobowymi,

nie sposób nie zestawiać propozycji Pawlika z innymi uznanymi rodzimymi formacjami – triem Marcina Wasilewskiego i RGG. I choć w każdym z przypadków tropy wiodą tyleż do ojczyzny jazzu, co do Skandynawii, to jednak ekspresja WPT jest zupełnie inna. MWT i RGG to raczej asceza, powściągliwość przechodząca czasem w dostojny chłód, natomiast u Pawlika – obok podobnych klimatów – nie brak też grania forte – mocnej, acz bardzo smakowitej, jazdy do przodu. Mimo to moje skojarzenia i tak pozostają po drugiej stronie Bałtyku – i muzyki tria E.S.T. nieodżałowanej pamięci Esbjörna Svenssona. Pawlik otwarcie przyznaje się do fascynacji bluesem, rock and rollem, muzyką Jimiego Hendriksa – trudno więc dziwić się, że echa tego są tak wyraźnie słyszalne w jego muzyce.

Na półtoragodzinny występ zespołu – obok lidera: na kontrabasie Paweł Pańta, a na bębnach Adam Zagórski (na płycie gra Cezary Konrad) – w katowickim Rialcie złożył się przede wszystkim materiał z ostatniego krążka – 

America.

Nowego, zawierającego niepublikowane wcześniej utwory, ale jednocześnie podsumowującego trzydzieści lat działalności artysty na scenie.

Zaczęło się od znakomitego tytułowego numeru, który chyba wszystkich wybudził  z jesiennego półsnu. A zaraz potem zrobiło się lirycznie, gdy zabrzmiał temat z Rewersu. Tych filmowych konotacji – jakże mogło być inaczej? – było więcej. Usłyszeliśmy także fragment muzyki z Wron, które były kinematograficzną inicjacją Pana Włodzimierza.

Z uroczej, z lekka „odjechanej”, ale zupełnie bez śladów mistrzowskiego zadęcia konferansjerki lidera dowiedzieliśmy się też między innymi, iż uwielbia on polskie kino z lat 50. i 60. – stąd obecność w zestawie (zarówno płyty, jak i koncertu) Blue Munk oraz Zezowatego tanga.
Wśród 

muzycznych fascynacji,

do których przyznaje się pianista, nie zabrakło Chopina (Mazurek f-moll) i Paderewskiego (Nokturn B-dur). Usłyszeliśmy także opracowanie On Green Dolphin Street Bronisława Kapera, polskiego kompozytora, który skomponował muzykę do wielu filmów hollywoodzkich, laureata Oscara. Pawlik pochylił się też nad poezją, prezentując w Prego… Grazie… muzyczną ilustrację wiersza Jarosława Iwaszkiewicza.

Na zmianę z delikatniejszymi fragmentami mieliśmy zdecydowane podkręcanie tempa. Pawlik zresztą skomentował to przy okazji utworu Speed Limited – opowiedział, jak zdarza się, w trasie koncertowej i częstym niedoczasie, łamać ograniczenia prędkości – i potem toczyć rozmowy z drogówką. Całość, już na bis, zespół zakończył bardzo energetycznym wykonaniem tytułowej kompozycji z Night In Calisia. 

Wielka to była frajda dla uszu – dziewięćdziesiąt minut bardzo smakowitego grania. A komu było mało, mógł nabyć po koncercie któryś z albumów artysty i zdobyć autograf. Ludzie bowiem nie zdążyli jeszcze opuścić sali, a Włodzimierz Pawlik już zameldował się przy stoliku i z uśmiechem podpisywał płyty.

(Włodek Pawlik Trio, Katowice, Rialto, 23 października 2015)

[W NaTemat: 25 października 2015]

Urodziłem się, by grać na gitarze

guy_born

Jeśli dwudziestolatek oświadcza, że rythm & blues jest tym, co chce grać, że urodził się, by grać na gitarze, spotykają go albo pełne wyższości, ironiczne spojrzenia, albo dobrotliwe, ojcowskie uśmiechy kwitujące młodzieńcze deklaracje: „Pożyjemy, zobaczymy”. Jeśli podobne rzeczy mówi stary człowiek, który wiele już przeżył, a przede wszystkim o którym świadczą jego dokonania, kłaniamy się mu nisko, pełni szacunku i uznania.

[more]

Buddy Guy, wysoko ceniony przez branżę, przez gitarowych następców w osobach m.in. Hendriksa, Claptona czy Rolling Stones, długo czekał na należne mu, 

powszechne uznanie.

Doczekał go dopiero po pięćdziesiątce, w latach 90. (pewnie też dlatego zabrakło dla niego miejsca w pierwszym wydaniu „Rock Encyklopedii” Wiesława Weissa z 1991 roku). Już pod koniec lat 50. stosował na koncertach sprzężenia, ale Leonard Chess, szef Chess Records, nie godził się na nagrania studyjne z wykorzystaniem tego efektu. Jak wielki był to błąd, okazało się parę lat później, gdy podobną technikę zastosowali wspomniani Jimi Hendrix, dla którego Guy był wielkim mistrzem, i Eric Clapton w barwach The Cream.

W tamtym czasie, na przełomie lat 50. i 60., Guy zetknął się z największymi: Muddym Watersem, Williem Dixonem, Howlin’ Wolfem. Zwłaszcza ten pierwszy, pionier elektrycznego bluesa, wywarł na młodego muzyka olbrzymi wpływ. Dziś, po wielu latach, gdy nie ma już ani Watersa, ani Dixona czy Johna Lee Hookera, a w maju zmarł B.B. King (1925-2015) –

bluesowy tron

został zajęty przez dziadka Buddy’ego. Gitarzysta i wokalista 30 lipca skończył siedemdziesiąt dziewięć lat, więc przejęcie korony dokonało się po cichu, spokojnie i z pokorą oraz wielkim szacunkiem dla mistrzów. Krzepy i pomysłów mógłby mu pozazdrościć niejeden młodziak. Wciąż regularnie, co rok – dwa lata proponuje nowy materiał. W 2013 wydał znakomity Rythm & Blues, a w sierpniu bieżącego roku ukazał się nieustępujący mu Born To Play Guitar. (W nieskomplikowanym tytułowaniu kolejnych albumów jest sobie wierny od początku, weźmy ich tylko parę, tych sprzed lat: A Man And The Blues, Blues Today czy Play The Blues). Guy do nagrania płyty zaprosił kilku

dobrych znajomych,

na przykład z Van Morrissonem złożyli wspólnie hołd B.B. Kingowi w przepięknej, bodaj najlepszej na płycie piosence Flesh & Bone. Album kończy się jeszcze jednym wspomnieniem: Come Back Muddy. Muddy Waters zmarł w 1983 roku, ale – widać – wiekowy dziś Guy coraz częściej kieruje swe myśli ku wspaniałym poprzednikom, którzy przeszli już na drugą stronę. Tęsknie śpiewa:

Come back Muddy, the blues ain’t been the same.

Jednakże oprócz bluesów molowych, spokojniejszych, BG – jak na prekursora sprzężeń zwrotnych przystało – raz po raz dosypuje do pieca. Czyni to albo wespół z innym kumplem, Billym Gibbonsem (ZZ Top) w numerze Wear You Out, albo w „podstawowym” składzie na tym krążku – choćby w Whiskey, Beer & Wine czy wyjątkowo mi podchodzącym, stylowym 

Turn Me Wild.

Wiele razy już zdradzałem wielką słabość do mocnych, gitarowych pieśni utrzymanych w średnim tempie – mają takie w repertuarze na przykład Rolling Stones czy Pearl Jam. Ma też nasz Dżem – i jak się wsłuchać w Turn Me Wild, to trudno nie dostrzec… podobieństw do Detoksu. Równie znakomicie brzmi inny energetyczny numer – Smarter Than I Was. Przypuszczam, że refleksja typu „Ile mi jeszcze zostało?” u osoby dobiegającej osiemdziesiątki pojawia się nieco częściej niż u dwudziestolatka. Witalność Buddy’ego Guya i, co nie mniej istotne, dyspozycja artystyczna godne są najwyższego uznania. Król wciąż jest w bardzo wysokiej formie. A w otwierającym płytę, tytułowym utworze śpiewa:

I’m gonna keep on playing And on my dying day

A polka-dot guitar will be resting on my grave.

[W Natemat: 13 października 2915]

Jack Bruce nie żyje

cream1

Do historii rocka przeszedł i pozostanie w niej na zawsze przede wszystkim jako kompozytor, basista, harmonijkarz, pianista oraz wykonawca lwiej części partii wokalnych w zespole Cream. Zespole, który pozostawił po sobie dorobek najwyższej próby.

[more]

*

Pięciuset 

pocztówek,

o których mowa w Autobiografii Perfectu, w moim domu nie było. Było ich wielokrotnie mniej – i tym bardziej ostatniej z nich nigdy nie zapomnę: była w kolorze brudnego różu, z piosenką nr 2 zespołu Herman’s Hermits. Ale zakupiona została dlatego, że utworem otwierającym był Badge Cream.

Z tych moich lat szczenięcych, bardzo skromnej, gdy chodzi o ilość, inicjacji muzycznej dokonanej za sprawą starszych braci, z tego okresu pocztówkowego właśnie, z czasów, kiedy moja głowa ledwie wystawała ponad stół, zostały mi w głowie trzy świętości: The Beatles (obecni w utworach Lady Madonna i Hey Jude), Rolling Stones (Country Tonk opisane błędnie jako Honky Tonk Women i Let It Bleed) oraz Cream właśnie.

Gdzieś to wszystko, tę muzykę i te nazwy, odłożyłem na całe lata daleko na bok, ale też – jak się okazało – głęboko w sercu. I przebijając się już sam, począwszy od 1977 roku, przez rockowy ocean, właściwie dość szybko powróciłem do tych zespołów. By dziś, jako ten, co młodość dawno ma za sobą, stwierdzić tyleż trywialnie, co z miłością fana od dziesiątków lat – że we wszystkich tych przypadkach to po prostu muzyka największa.

*

25 października 2014, w wieku siedemdziesięciu jeden lat zmarł Jack Bruce. 

Muzyk legenda,

facet przez lata pojawiający się w wielkiej ilości przeróżnych składów. Człowiek, który długo zmagał się z uzależnieniem od narkotyków oraz problemami z niewydolnością wątroby, która ostatecznie stała się bezpośrednią przyczyną śmierci.

Szkot John Symon Asher Bruce urodził się 14 maja 1943 roku. W 1960 roku zdobył stypendium Royal Scottish Academy of Music na wydziałach kompozycji oraz gry na wiolonczeli, ale szybko porzucił studia. Od 1962 roku występował jako basista z największymi – Alexisem Kornerem oraz Johnem Mayallem, a także z zespołami Grahama Bonda i Manfreda Manna.

Po rozpadzie Cream wspólpracował z wieloma, często najwybitniejszymi w historii rocka muzykami: Dickiem Heckstallem-Smithem i Jonem Hisemanem (obaj z Colosseum), w formacji Lifetime zetknął się z Johnem McLaughlinem. W 1972, wespół z byłymi członkami Mountain – grupy założonej przez producenta nagrań Cream, Feliksa Pappalardiego – Lesliem Westem i Corkym Laingiem, utworzył trio wzorowane na Cream, jednakże poziomem artystycznym mocno od tego ostatniego odbiegającym.

Później zetknął się ze znakomitym jazzowym perkusistą Billym Cobhamem, nawiązał współpracę z Soft Machine, występował jako wiolonczelista w orkiestrze Charliego Wattsa, perkusisty Rolling Stones. Z Bakerem i Garym Moore’em utworzył trio BBM. Wziął też m. in. udział w nagraniach takich wykonawców, jak Lou Reed (Berlin), Frank Zappa (Apostrophe), Bill Ward – bębniarz Black Sabbath – czy Carla Bley. Co pewien czas, choć coraz rzadziej, wydawał swoje autorskie płyty, z których ostatnia, nagrana w studiach Abbey Road, ukazała się w marcu bieżącego roku.

Nie podlega jednak dyskusji, że do historii rocka przeszedł i pozostanie w niej na zawsze jako kompozytor, basista, harmonijkarz, pianista oraz wykonawca lwiej części partii wokalnych w zespole Cream. Zespole, który pozostawił po sobie dorobek najwyższej próby.

*

Rokendrol dojrzewał błyskawicznie, w połowie lat 60. coraz więcej młodych ludzi władało instrumentami w stopniu znacznie lepszym niż poprawny. Pojawili się też 

pierwsi mistrzowie.

W podobnym czasie ukonstytuowały się dwa tria: w USA The Jimi Hendrix Experience, a w Wielkiej Brytanii – Cream. Warsztat i tu, i tu był tak doskonały, że granice rokendrola w ciągu kilku, kilkunastu miesięcy przesunęły się w wymiar iście kosmiczny. Najbardziej zadziwiające jest jednak to, że po blisko półwieczu widać, iż na styku bluesa i rocka niemożliwe okazało się pójście dalej, że ustalone zostały raz na zawsze kanony takiego grania. Że na przykład fenomenalne skądinąd koncertowe wersje Dazed And Confused Led Zeppelin są swoistymi mutacjami Creamowskiego opracowania Spoonful W. Dixona.

Zespół powstał w czerwcu 1966 roku. Najstarszy z trójki, jazzowy właściwie perkusista Ginger Baker, miał wtedy niespełna dwadzieścia siedem lat, Bruce dwadzieścia trzy, zaś Eric Clapton zaledwie dwadzieścia jeden. Mimo młodego wieku za każdym z nich stał już taki dorobek, każdy z nich prezentował taki poziom wykonawczy, że Cream natychmiast ochrzczono mianem supergrupy, a stało się to pierwszy raz w historii.

Choć pierwsze deklaracje mówiły o tym, że chcą grać materiał pop i rzeczywiście takie były pierwsze nagrania – na przykład Wrapping Paper czy I Feel Free – szybko okazało się, że ich 

wyobraźnia muzyczna

oraz nadążające za nią umiejętności zaprowadziły trzech muzyków w rejony, w których nikt przed nimi nie przebywał. Ewolucja była wyraźna już w nagraniach studyjnych, ale prawdziwe odloty dokonywały się w czasie koncertów, gdy każdy z instrumentalistów miał pełne pole do popisów. W partiach improwizowanych potrafili odejść bardzo daleko od bazowych, prostych bluesowych tematów, z jednej strony zbliżając się do solówek niemal jazzowych, a z drugiej atakując uszy słuchaczy ścianą potężnych, gęstych dźwięków gitar i perkusji (to także efekt korzystania z fuzz-boksa). W utworach takich jak na przykład Born Under A Bad Sign czy Politician Bruce zastosował natomiast wyrazisty riff gitary basowej – tyleż prosty, co wzorcowy: tę zasadę przejęły po Cream całe zastępy kapel hardrockowych.

Zmęczenie materiału nastąpiło bardzo szybko, bo w listopadzie 1968 roku. Panowie stwierdzili, że są wypaleni, kręcą się w kółko, że niczego nowego nie są w stanie powiedzieć. Cóż, z pewnością na ich decyzję wpłynęła ówczesna intensywność życia rockmanów, bezustanne trasy koncertowe oraz nadmiar używek.

W maju 2005 roku reaktywowany okazjonalnie zespół zagrał cztery koncerty w londyńskiej Royal Albert Hall. Tej samej, w której w 1968 roku odbył się pożegnalny występ.

*

Do historii przechodzi się na wiele sposobów. W przypadku Claptona będzie to na pewno całokształt dokonań, choć ze szczególnym naciskiem położonym na dorobek zespołów Cream, Blind Faith i Derek & The Dominos. W przypadku Jacka Bruce’a – nade wszystko Cream. Cztery kanoniczne albumy, w tym Wheels of Fire – jeden z pierwszych w historii rokendrola albumów dwupłytowych. Mało? Daj, Panie Boże, każdemu.

[W NaTemat: 1 listopada 2014]

Błazen i złodziej na wieży strażniczej

jwh1

Pod pozycją numer cztery na pierwszej stronie płyty znalazł się jeden z najsłynniejszych utworów w historii muzyki rockowej – „All Along The Watchtower”, w 2004 roku sklasyfikowany przez magazyn „Rolling Stone” na czterdziestym ósmym miejscu.

[more]

*

W maju 1966 roku ukazuje się podwójny album Boba Dylana Blonde On Blonde, zawierający takie utwory jak I Want You czy Just Like A Woman. Dwa miesiące później muzyk ulega bardzo poważnemu wypadkowi motocyklowemu i milknie na długie wtedy półtora roku. 

Psychodelia

opanowuje świat, do boju ruszają Jefferson Airplane, Grateful Dead, The Doors, Velvet Underground i Pink Floyd, The Beatles nagrywają Sierżanta Pieprza, tymczasem Dylan najpierw przez długie tygodnie walczy o życie i zdrowie, a potem zamyka się w swej posiadłości w znanej skądinąd miejscowości Woodstock pod Nowym Jorkiem. Nie udziela wywiadów, unika ludzi, za to intensywnie oddaje się lekturze Biblii i Tory. Z kumplami z The Band tworzy prywatne studio nagraniowe, w którym wciąż nagrywa nowe piosenki.

Wreszcie, w ostatnich dniach 1967 roku, do sklepów trafia krążek

John Wesley Harding.

Chyba najbardziej oczekiwany – i zaskakujący – w tamtym okresie. Krytycy kolejny raz porównują artystę do proroka. W pełnym rozkwicie flower power oraz psychodelii Dylan przedstawia niezwykle oszczędnie zaaranżowany materiał rozpisany na głos i obsługiwane przez siebie gitarę akustyczną, harmonijkę oraz pianino, a ponadto gitarę basową, gitarę hawajską i bębny: dwanaście piosenek nagranych w trzy- lub czteroosobowym składzie, bliższe wiejskiej Ameryce niż czemukolwiek innemu. Pod prąd kolorowym czasom jest też czarno-biała okładka płyty, a na niej zdjęcie przypominające fotografie pionierów albo band rabusiów. 

W tym zestawie pod pozycją numer cztery na pierwszej stronie znalazł się

jeden z najsłynniejszych utworów w historii 

muzyki rockowej – All Along The Watchtower, w 2004 roku sklasyfikowany przez magazyn „Rolling Stone” na czterdziestym ósmym miejscu. Stąd musi być jakieś wyjście – mówi błazen do złodzieja. A ten drugi powiada: Między nami wielu jest takich, co sądzą, że życie to tylko żart. Lecz ty i ja mamy to już za sobą. Dość udawania, robi się późno. Album Dylana jest ostatnim z grona najistotniejszych wydawnictw w zachwycającym muzycznie 1967 roku.

Piosenka doczekała się olbrzymiej liczby coverów, ale bezdyskusyjnie najważniejszym z nich jest ten pierwszy. Ten, w którym dominującym instrumentem jest gitara elektryczna, a jej przecież nie było w pierwowzorze. Wersja pojawiła się dziesięć miesięcy później, w pażdzierniku 1968, na ostatnim albumie grupy

The Jimi Hendrix Experience

Electric Ladyland.

Bardzo wielu znaczących artystów znajduje się na liście interpretatorów tego utworu: niedawno zmarły Bobby Womack, Grateful Dead, Jan Akkerman (gitarzysta Focusa), Taj Mahal, Neil Young (sam i z Pearl Jam), U2, Dave Matthews Band, Brian Ferry, Lisa Gerrard, są nawet polskie interpretacje – Brygady Kryzys i Martyny Jakubowicz. Żadna jednak – choć nie brak wśród nich porywających – nie wniosła nic ponad te dwa pierwsze, kanoniczne, genialne wykonania.

[W NaTemat: 18 sierpnia 2014]

Spencer Davis Group: Gimme Some Lovin i I’m A Man

sdg

Czasem buty spadają z nóg – i to oba naraz. Za każdym razem gdy słucham któregoś z dwóch wymienionych w tytule tekstu kawałków, mój analogowy organizm sprawia wrażenie, jakby pobierał skądś prąd.

[more]

1966 i 1967 rok. Wciąż jeszcze mnóstwo, nawet w wykonaniu najważniejszych grup w historii rokendrola, grania przynależnego do pierwszego okresu tej muzyki. Ale tu i ówdzie wybuchały już takie petardy, jak You Really Got Me Kinks, My Generation Who, Gloria Them albo pierwsze nagrania Cream. Jak posłuchać utworów SDG, trudno się dziwić, że tylko trochę później przecięły się drogi Winwooda z Hendriksem (na Electric Ladyland) i Claptonem (w Blind Faith).

To, co istotne w historii Spencer Davis Group, wydarzyło się między 1963 rokiem, kiedy zespół się zawiązał, a 1967, gdy odszedł – do Traffic – Winwood.

Steve Winwood, genialny młodzian brytyjskiego rocka, urodził się w 1948 roku. Łatwo więc policzyć, że był piętnastolatkiem w chwili formowania się kapeli, a gdy śpiewał i grał na organach w rzeczonych piosenkach, miał lat – odpowiednio – osiemnaście i dziewiętnaście. Rany boskie, ależ to fenomenalny, dojrzały, czarny głos – i jak cały kwartet gra piekielnie nowocześnie! Fantastyczne, stanowiące podstawę obu kawałków linie basu należą do starszego brata Steve’a – Muffa Winwooda, późniejszego producenta pierwszej płyty Dire Straits.

Warto jeszcze wspomnieć, że bliską oryginału, także porywającą wersję I’m A Man przedstawiła niedługo potem grupa Chicago.

[W NaTemat: 19 grudnia 2013]

Crème de la crème – zmarł Jarosław Śmietana

To, że „biorą z każdej półki”, uświadamiamy sobie mniej więcej, gdy jesteśmy nastolatkami. Sześćdziesiąt dwa lata to śmierć przedwczesna, nie z powodu starości i jej rozlicznych niedomagań, a – w tym przypadku – okrutnego nowotworu.

[more]

Nie będę udawał znawcy jazzu ani szczególnego miłośnika talentu Pana Jarosława, lecz przecież dorastałem i starzałem się, wciąż mając świadomość Jego obecności i bardzo ważnego miejsca w polskim jazzie.

W rodzimym środowisku ten krakowianin z urodzenia i absolwent katowickiej PWSM zagrał chyba ze wszystkimi, zdążył dokonać nagrań ze Zbigniewem Seifertem, znakomitym skrzypkiem, którego w wieku niespełna trzydziestu trzech lat, w 1979 roku, także pokonał rak. Stał na czele Extra Ball (1974-84) i kilku innych formacji. Nagrywał i koncertował z tuzami – Johnem Abercrombiem, Artem Farmerem czy Didierem Lockwoodem.

Nie stronił od innej muzyki, sięgał do bluesa i rocka. W 2008 roku z Wojciechem Karolakiem, Pawłem Mąciwodą (tym od Scorpions) i Krzysztofem Dziedzicem, z gościnnym udziałem m.in. Nigela Kennedy’ego,  nagrał album Psychedelic. Music of Jimi Hendrix, na którym także… śpiewał.

W 1998 roku otrzymał Fryderyka za krążek Songs and Other Ballads. Był także nauczycielem akademickim w Krakowskiej Szkole Jazzu i Muzyki Rozrywkowej.

 

Blues molowy o „Klubie 27”

Klub powstał dawno temu, ma otwartą formułę i doczekał się nawet własnego artykułu w Wikipedii. Kilkoro jego członków wywarło wielki wpływ na muzykę rockową. Wpływ zdecydowanie artystyczny, aczkolwiek niehigieniczny tryb życia i przedwczesna śmierć stanowią nierozerwalną część ich legendy.

[more]

Bezmyślność i okrucieństwo losu zawsze towarzyszyło ludzkiemu istnieniu. Zawsze też informacje o śmierci ludzi znanych, popularnych, lubianych rozpalały głowy i prowokowały do dyskusji. Chcesz stać się legendą? Umrzyj, najlepiej młodo.

Na jedyny taki w historii,

rokendrolowy ferment

– końca lat 60. i początku 70. – złożyło się parę czynników. Pokoleniowy – wejście w czas dorosłości ludzi niepamiętających drugiej wojny światowej. Polityczny – konflikt w Wietnamie, w który zaangażowane były USA i Wielka Brytania. W pierwszym przypadku skutkowało to tysięcznymi powołaniami do armii, wyjazdem na azjatycki front i, w stanowczo zbyt wielu przypadkach, powrotem do ojczyzny w trumnie lub na wózku inwalidzkim.

Kulturowy, artystyczny – rokendrol osiągnął dojrzałość. Do lamusa odchodziły dwuipółminutowe piosenki o miłości chłopca do dziewczyny zilustrowane dość nieporadnym, amatorskim potraktowaniem instrumentów. Wokół tej niewiarygodnie szybko dojrzewającej muzyki skupiło się mnóstwo zjawisk. Rock stał się

sposobem na życie.

Dla wybranych na scenie, dla większości – wokół niej. Dla wszystkich – sposobem na ucieczkę. Od nudy, norm społecznych, zastanego porządku. Sposobem na odreagowanie. Także – za sprawą używek. Najwyższe wzloty artystyczne przeplatały się więc z ludzkimi upadkami.

Aż wreszcie w sidła śmierci, co było nieuchronne, zaczęli wpadać ci najwięksi. Oklaskiwani przez miliony, kochani, uwielbiani. Tak się złożyło, że w ciągu trzydziestu dwóch dni 1970 roku pożegnało się z tym jedynym znanym nam światem trzech znakomitych wykonawców, rok z niewielkim okładem wcześniej zmarł członek jednej z najsłynniejszych grup nie tylko tamtych czasów, a w lipcu 1971 przez „drzwi percepcji” przeszedł kolejny z największych.

Alan „Blind Owl” Wilson, współzałożyciel Canned Heat, przedawkował 3 września, Jimi Hendrix – 18 września, Janis Joplin – 4 października 1970 roku. 4 lipca 1969 wyciągnięto z jego prywatnego basenu martwego Briana Jonesa, dopiero co wyrzuconego z The Rolling Stones. Niemal równo dwa lata później, 3 lipca 1971 w Paryżu, znaleziono w wannie nieżywego Jima Morrisona. Dwa lata, pięć trupów z najwyższej rokendrolowej półki. Wystarczy?

Bluesowo-rokendrolowy pokój w „Klubie 27”

otwarł jednak wiele lat wcześniej, bo w 1938 roku, uważany za pioniera współczesnego łojenia Robert Johnson. Genialny Murzyn, na którego wciąż powołują się najwięksi z największych gitarzystów.

„Klub 27” to umowne i bardzo pojemne hasło. Miejsce, do którego w ostatnim dwudziestoleciu wejściówki otrzymali Kurt Cobain i Amy Winehouse. Lecz przecież śmierć zagościła wśród rokendrolowców tak samo, jak w każdym innym środowisku. A właściwie zdecydowanie wyraźniej, bo ludzie związani z tą muzyką – jak to zwykle z niepokornymi artystami bywa – byli i są bardziej skłonni niż przeciętni śmiertelnicy smakować życie we wszelkich jego przejawach. Także takich, kiedy bezustanne balansowanie na cienkiej i kruchej granicy kończy się jego – życia – utratą.

Gitara i ja to jedno – Hendrix 70: Live At Woodstock

Madison Square Garden, 1 grudnia 2012 roku. Pierwszy weekend po siedemdziesiątych urodzinach najwspanialszego rockowego gitarzysty w historii. O tym koncercie mówiło się już od dawna. Jego program i listę gości zaczęto układać na ponad dwa lata przed planowaną datą. Szykowało się coś zupełnie nieprawdopodobnego, liczbą zgromadzonych w jednym miejscu gwiazd rocka przypominającego może Live Aid, a na pewno przerastającego na przykład koncert ku czci Freddiego Mercury’ego w 1992 roku.

[more]

Temperaturę znacznie podnosił fakt, że

mistrz ceremonii,

choć już w zaawansowanym wieku i z lekkim brzuszkiem, po dziewięciu latach milczenia, w 2004 roku wydał nową, znakomitą płytę, równie świetna była – ostatnia póki co – ta z 2009. Seria koncertów w 2010 i 2011 roku wyprzedała się na pniu, a Hendrix udowodnił, że nadal jest wielki.

Od nazwisk chętnych, by z nim zagrać w tym wyjątkowym dniu, mogło zakręcić się w głowie każdemu miłośnikowi mocnych brzmień. To jednak, co było tylko przedmiotem plotek i domysłów, podczas koncertu, a zwłaszcza na jego zakończenie, wprawiło w osłupienie wypełnioną do ostatniego miejsca halę.

W finale, w prawie

dwudziestopięciominutowym medleyu

stworzonym z Hey Joe, Voodoo Child oraz Come Together, Gimmy Shelter, Break On Through, Whole Lotta Love, Sunshine of Your Love i All Along The Watchtower, no i wieńczącym całość Gwiaździstym Sztandarze, na scenie pojawiło się dwadzieścia jeden osób.

Jeśli wcześniej zgromadzeni mogli zobaczyć m.in. Eddiego van Halena i Johna Frusciante, Briana Maya i Joego Bonamassę, Eddiego Veddera i Kurta Cobaina, Layne’a Staleya i Chrisa Cornella, to ranga artystów śpiewających i grających ostatni fragment zmusiły wszystkich widzów do pozostania przez blisko pół godziny w pozycji stojącej. Obok jubilata – w szarym garniturze, białej koszuli, ale ciągle ze słynną czerwoną przepaską we włosach – z gitarami przewieszonymi przez ramię pojawili się Jimmy Page, Eric Clapton, Keith Richards, Pete Townshend i Duane Allman. Na basie zagrali Billy Cox i Noel Redding. W chórkach, przy trzech statywach, stanęli Janis Joplin, Jim Morrison, Otis Redding, John Lennon, Bob Dylan, Mick Jagger, van Morrison i Robert Plant. Przy instrumentach klawiszowych zasiedli Steve Winwood i Paul McCartney. Potężny zestaw perkusyjny okładał „Mitch” Mitchell, a na innych bębnach zagrali John Bonham i Keith Moon.

Koncert trwał prawie dwie i pół godziny. Hendrix i goście, w zdecydowanej większości, w znakomitej formie. Niewiarygodny wieczór. Teraz pozostaje czekać na zapis występu na CD i DVD czy w jakich tam jeszcze technologiach.

*

Pijany sen naćpanego fana? Sen na pewno, choć całkiem trzeźwego faceta, który może tylko zastanawiać się, czy zdąży osiwieć, zanim wyłysieje.

Oczyszczony, zremasterowany zapis występu

Jimiego Hendriksa na festiwalu Woodstock 17 sierpnia 1969 roku robi potężne wrażenie. Lider zespołu jest wtedy młodym, niespełna dwudziestosiedmioletnim facetem. Za trzynaście miesięcy nie będzie go wśród żywych.

Gra niewiarygodnie, zrośnięty ze swoją gitarą. Wyczynia na niej takie rzeczy, gra takie dźwięki – jest, powtarzam, 1969 rok – które są zupełnie nokautujące. Nie można tego określić inaczej niż tylko w następujący sposób: rokendrol, całe gitarowe łojenie, gryfowa pogoń za rozpędzonymi myślami dzieli się na dwie epoki – przed i po Hendriksie. Po nim nie wymyślono w obsłudze gitary nic nowego, nic bardziej szalonego i kunsztownego. Nieliczni, jak Page, byli w stanie dorównać mu swingiem i techniką, inni szukali nowych jakości. Całego tego metalu, speed, black, death, trashu stających się niejednokrotnie bolesną karykaturą rokendrola.

Hendrix pozostaje bogiem

elektrycznej gitary i nie ma w tym stwierdzeniu ani grama przesady. Widzimy zagraconą scenę, pełną sprzętu, chyba z setkę ludzi tuż obok muzyków, ludzi, których nikt z tej sceny nie przeganiał. Wielusettysięczny tłum ciągnący się gdzieś hen, daleko. Czy ci młodzi ludzie tam, wtedy, pochodzący z wielkich miast i kowboje, mieli świadomość, jak wielkich rokendrolowych rzeczy są świadkami? Cholernie im tego doświadczenia zazdroszczę.

Naprawdę warto, stwierdzam po raz kolejny, usiąść przed wielkim kinowym ekranem. By – tym razem – dać się ogłuszyć od pierwszej minuty tej odjechanej i rozimpowizowanej, starej, a tak nowocześnie brzmiącej muzyce. By poobcować z geniuszem.

Po drugiej stronie bigbitu – Breakout, Na drugim brzegu tęczy, 1969

Blackout i potem Breakout – kolejne wspomnienie z dzieciństwa. Pocztówka z utworami Anna i Moje srebro to głos gitary, śpiewanymi jeszcze przez Stanisława Guzka, czyli Stana Borysa. A jakiś czas później w domu pojawia się w albumowej okładce Na drugim brzegu tęczy.

Kochałem tych polskich hipisów miłością kilkuletniego miłośnika muzyki. Ich kolorowe stroje, długie włosy i bardzo nowe wtedy w Polsce brzmienie. Moim szczególnym ulubieńcem był Michał Muzolf, basista, który nagrał z zespołem tylko tę jedną płytę, by potem stanąć na czele formacji Hard Road, którą nawet miałem okazję zobaczyć na żywo w Wiśle.

[more]

Oszaleliśmy wtedy na punkcie

Gdybyś kochał, hej.

Ilu zdawało sobie sprawę z tego, że jest to jeden wielki cytat (zostańmy przy tym terminie) z Hey Joe Hendriksa? Po Polanach, Skaldach i Niemenie był to kolejny wykonawca wyrastający ponad średnią krajową, intensywnie koncertujący nie tylko w Polsce, ale i Holandii, skąd członkowie zespołu poprzywozili sobie świetny na owe czasy sprzęt.

Głos Miry Kubasińskiej, nosowy i niezbyt duży, nie budził nigdy zachwytów, Nalepa wyczuwał od samego początku, że ten „instrument” niekoniecznie dobrze pasuje do całości. Dlatego kolejne płyty – w tym bardzo ważnego w dziejach polskiego rocka Bluesa – nagrał bez swojej ówczesnej żony. Ten debiut fonograficzny był jednak wyjątkowy. W składzie, zamiast planowanego pierwotnie drugiego gitarzysty, pojawił się Włodzimierz Nahorny, świetny muzyk jazzowy (kompozytor m.in. słynnego Jej portretu) i zagrał na saksofonie oraz flecie.

Płyta powaliła

ładunkiem energii i mocą gitar.

Józef Hajdasz niemiłosiernie okładał swoje bębny – o czym po latach mówił lider, że za gęsto i za głośno – ale nie on jeden wtedy tak grał. Jak posłuchać Gingera Bakera (Cream) czy Nebeskiego (Polanie), jest bardzo podobnie. I, przyznam, wcale mi to nie przeszkadza. Jeśli Polanie poruszali się w klimatach rhytmandbluesowych, Skaldowie bogatymi harmoniami przywodzili na myśl Beatlesów, to Nalepa z koleżeństwem wyraźnie wychwycił najnowsze trendy w zachodniej muzyce – początki hard rocka spod znaku Hendriksa i Led Zeppelin. Nahorny nie był pierwszy, bo saksofony albo flety, w rękach Wandera czy Polarka, pojawiały się już w rockowych składach, ale swoimi solówkami wyraźnie dodał smaku tej odkrywczej wtedy u nas muzyce.

Krążek stanowił

piękne zwieńczenie lat sześćdziesiątych.

I zbyt niepokorne zdaniem ówczesnych decydentów – muzyka była za głośna, włosy za długie, stroje za kolorowe. Wniosek? Breakout mają zniknąć z mediów, a już szczególnie z telewizji.

Longplay ten jest w dorobku grupy dziełem osobnym. Słychać bowiem na nim fascynacje wspomnianymi już czołowymi gitarami rockowymi, a  niedługo potem lider zespołu skłonił się ku klimatom Mayallowskim – kierując się w stronę czystego bluesa, czemu pozostał wierny do końca swej artystycznej drogi.

Choroby, okrutne i bezlitosne, przedwcześnie zabrały z tego świata zarówno Mirę Kubasińską, jak i Tadeusza Nalepę. Jednak ich dzieło znacznie lepiej znosiło i znosi próbę czasu niż polityczne i gospodarcze dokonania sekretarzy sprzed lat. I jest w tym, na szczęście, jakaś dziejowa sprawiedliwość.

Gorąco zachęcam do sięgnięcia po te nagrania. Dlatego, że należą one do najbardziej znaczących w pierwszych latach mocnego grania nad Wisłą. Dlatego, że przeprowadzają to granie przez rzekę dzielącą nieporadny jeszcze czasem bigbit od dojrzałego rocka. I wreszcie dlatego, że

Nalepa

jest jedynym konsekwentnym stylistycznie łącznikiem pomiędzy dawnymi i nowymi czasy w polskim gitarowym graniu. Przez kilka dekad należał do najważniejszych postaci na muzycznym rynku, a przez jego zespoły przewinęło się kilkudziesięciu znaczących instrumentalistów z Józefem Skrzekiem na czele. Poszłabym za tobąNa drugim brzegu tęczy albo Powiedzieliśmy już wszystko zasługują na naszą szczególną pamięć. Lecz przecież całej płyty słucha się z dużą przyjemnością.