
Raz po raz popatrywałem, co czynią jego lewa i prawa ręka, a głowa ciągle uciekała w stronę nielubianych przeze mnie szybkobiegaczy sześciostrunowych. Jak to jest, że ten meksykański ekwilibrysta i wyborny technik wyzwala zupełnie inne emocje?
[more]
*
Niełatwo jest pisać o drugim zobaczonym koncercie tego samego wykonawcy, zwłaszcza gdy wrażenia są bardzo podobne. Trudno uwierzyć, że to już prawie trzy lata mijają od chwili, gdy w nadmorskiej Dolinie Charlotty Carlosa Santanę widzieliśmy z żoną pierwszy raz w akcji. Dziś mogę tylko powtórzyć niektóre
frazesy:
że nieoczywiste jest oglądanie siedemdziesięcioletniego artysty wciąż w znakomitej formie (bo niewiele jest takich przypadków), że równie nieoczywiste jest to, że po trzech latach byliśmy świadkami kolejnego jego rewelacyjnego występu. Wątpliwości co do tego mogliśmy mieć bardzo krótko. Koncert oświęcimski w ramach Tauron Life Festivalu rozpoczynał dwumiesięczne tournée zespołu po Europie i mogliśmy się spodziewać, że w związku z tym, czyli wymogami takiej imprezy, będzie krótszy niż zwykle. Dziwny też, choć zupełnie bez konsekwencji, był swoisty falstart, gdy lider po już kilku wydobytych ze swojego instrumentu dźwiękach zamilkł, by zmienić gitarę.
Energetyczność występów bandu Santany wynosi – nie mam żadnych wątpliwości – sto procent. Rytmy latynosko-karaibsko-rokendrolowe to ze swej istoty najczęściej gra forte, bezustanna jazda do przodu. I fantastyczne jest to, że wysokie napięcie stworzone na scenie udaje się od samego początku przenieść na widownię – i utrzymać do samego końca. Przez dwie godziny, bo tyle bez mała trwał występ, powietrze wokół stadionu MOSiR-u bezustannie
iskrzyło, drgało i pulsowało
raz po raz takimi czy innymi smaczkami pieszcząc nasze uszy.
Santana, co oczywiste, pozostaje wierny temu wszystkiemu, co kiedyś wyniosło go na sam szczyt: na plecach jego marynarki ujrzeliśmy wizerunek Jimiego Hendriksa, z ekranów telebimu raz po raz pojawiały się obrazki z Woodstocku z 1969 roku, zaś jego miłość do jazzu znalazła wyraz w Coltraine’owskim [i]A Love Supreme[/i] ([i]It’s up to me, it’s up to you[/i] – jak śpiewali wokaliści). Nieco nowszy, choć nienowy, zwłaszcza dla fanów czy czytelników jego biografii, jest nieco kaznodziejski ton, wołanie o wolność, pokój i miłość dla całego świata, który tylko w ten sposób znaleźć się może bliżej nieba.
Gdy raz po raz popatrywałem, co czynią jego lewa i prawa ręka, głowa ciągle uciekała w stronę nielubianych przeze mnie szybkobiegaczy sześciostrunowych. Jak to jest, że ten meksykański ekwilibrysta i wyborny technik wyzwala zupełnie inne emocje? Gra Santany nigdy nie służyła efekciarstwu, narcystycznym popisom – lecz muzyce. Tej przez największe M, a tworzonej w każdej kolejnej sekundzie granego akurat utworu. Jego wirtuozeria nie była i nie jest wartością samą w sobie, lecz służy przekazowi tworzonemu przez wszystkich muzyków – wczoraj było ich dziewięciu. Santana nie epatuje dźwiękiem swoich gitar, daje pograć każdemu, pozostawiając miejsce zarówno na solówki, jak i tę przestrzeń w każdej chwili grania, do której wszyscy dokładają swoje co-nieco.
Zespół, jakby świadom nieco ciaśniejszych, festiwalowych ram czasowych, nie dał słuchaczom właściwie ani chwili wytchnienia: kolejne utwory układały się albo w koronkowe medleye, albo przerwy między nimi były ledwie kilkusekundowe. Bo szkoda czasu – zdaje się mówić CS –
najważniejsza jest muzyka,
z nią przecież przyjechaliśmy do was, by dać to, co mamy najlepszego, by dać wam radość.
Kilkudziesięcioletni dorobek Santany jest imponujący, jest z czego wybierać. Wiadomo jednak, że nie może zabraknąć pewnych evergreenów z pierwszych płyt[, jak i znakomitych piosenek z okresu Supernatural. Jak zwykle też – maestro nie udawał, że jest najważniejszą wyspą muzyczną na świecie – i bawił krótszymi lub dłuższymi cytatami z klasyków: oczywiście ze wspomnianego już Jimiego H., z Miss You i Satisfaction Stonesów czy żartobliwie, parodystycznie wykonanego fragmentu Roxanne Police z Tommym Anthonym na wokalu. W trakcie bisów na kilka minut oddano też scenę we władanie żonie mistrza – bardzo niebylejakiej perkusistce Cindy Blackman.
Dostałem wszystko, czego pragnąłem. Nie interesują mnie bowiem pirotechniczne cuda i inne fajerwerki przeznaczone dla zmysłu wzroku, dopieszczone mają być przede wszystkim uszy. I były – dzięki świetnej formie całego zespołu oraz bardzo dobremu nagłośnieniu. I tak oto w Oświęcimiu, na festiwalu wymyślonym przez Dariusza Maciborka, dane mi było – po występach Petera Gabriela, Soundgarden, Erica Claptona i Eltona Johna – być uczestnikiem kolejnego znaczącego koncertu.
(Carlos Santana, Tauron Life Festival Oświęcim, 15 czerwca)












