Hey – zespół potrzebny ludziom

pobrane18

Z zastępów debiutujących po 1989 roku wykonawców jeden Hey tak naprawdę ostał się, mając na sobie cały czas skupioną uwagę ogromnej rzeszy fanów oraz tzw. branży.

[more]

*

Ćwierć wieku działalności, trudno nie dostrzec pewnej analogii, że Hey ma historię niemal równie długą jak polska transformacja. I oprzeć się refleksji, że z zastępów debiutujących po 1989 roku wykonawców on jeden tak naprawdę ostał się, mając na sobie cały czas skupioną uwagę ogromnej rzeszy fanów oraz tzw. branży. Że swoimi dokonaniami wpisał się do ekstraklasy historii rodzimego rocka, a w jeden sposób z całą pewnością pozostawia w tyle całą stawkę, z Niemenem i SBB, z Republiką i Maanamem na czele: przez dwadzieścia pięć lat ciągłej działalności cały czas tworzył rzeczy istotne, znaczące artystycznie. (Może i jest jeszcze jedna podobna kapela w Polsce, tyle że jej członkowie przez ponad trzydzieści lat nie nauczyli się grać, co w moich uszach dyskredytuje ją od przynajmniej dwóch dekad).

To, czego byłem świadkiem wczoraj 

w katowickim Spodku, 

wzruszyło mnie wielokrotnie i to bardzo, ożywiając przy tym wspomnienia związane ze szczególnymi chwilami spędzonymi w tej hali. Pominąwszy wszelkie „spędy”, imprezy, w których brało udział wielu wykonawców, pozostawiając na moment z boku zespół pod specjalnym nadzorem, jakim jest dla mnie Dżem, jego sety wieńczące Rawy Blues w latach 80. i występ z okazji trzydziestolecia, przywołuję dwa takie wieczory: powracającego pod koniec lat 80. Perfectu z Hołdysem oraz szalony koncert Obywatela G.C. po wydaniu Tak, tak. Ale i tym razem rozum nakazuje mi uznać wyższość tego, czego doświadczyłem wczoraj, a to z tego mianowicie powodu, iż tamci mieli wtedy za sobą parę, nawet nie dziesięć, lat aktywności, a tutaj jest tego cała „ćwiartka”.

Pełniuteńki Spodek, a na scenie nasi rodacy niczym nieustępujący gwiazdom zachodnim – to rzadki obrazek. Tę magię w sporej mierze tworzył w piątkowy wieczór jeden szczególnie istotny element: powrót do starszego, a nawet najstarszego materiału w jego oryginalnym, oczyszczająco bezkompromisowym, gitarowym brzmieniu. Bo choć byłem jednym z wielu, którzy pozostali przy Heyu po jego stylistycznej wolcie, to oczywiste jest, że – też tak jak wielu – pokochałem zespół za mocne dźwięki, za najlepszy przeszczep grunge’u na polskiej ziemi, za twórcze jego przetworzenie i pójście dalej swoją własną, oryginalną drogą.

 

Tym, co również stanowi o wyjątkowości szczecińskiej kapeli – wciąż mając na myśli naszych najlepszych – jest obecność w jej składzie 

kobiety

(i nie zapominam w tym miejscu o Korze, o której można powiedzieć różne rzeczy, ale nie to, że charakteryzuje ją rockowa barwa głosu). Talent i osobowość Katarzyny Nosowskiej rozkwitały z biegiem lat, a jej przynależność do grona autorów najważniejszych i najlepszych tekstów piosenek nie podlega dziś dyskusji. Moja do niej słabość, razem z jej introwertycznością i – chyba – neurotycznością – wynika ze ściśle merytorycznych względów, a nasiliła się (słabość) ponad półtora roku temu, gdy w katowickim Rialcie formacja promowała krążek Błysk, zaś Nosowska, oprócz znanego od zawsze skromnego i wycofanego „No, dziękujemy”, prowadziła regularną i dowcipną konferansjerkę. 

Ale wczoraj przeszła chyba samą siebie. Pal licho od zawsze niską samoocenę, co jest aż trudne do uwierzenia w przypadku kogoś tak niepospolitego. Wiele jej wypowiedzi skrzyło się od humoru rodem z najlepszych kabaretów – pani Kasia objawiła się wczoraj jako damski porte-parole Grzegorza Halamy. Nie żałowała też anegdot. Kto był albo widział transmisję koncertu w Youtubie, ten wie, kto nie – niech żałuje. Przytoczę tylko jedną: męska część zespołu od lat ma swojego zaufanego mechanika samochodowego. I on niedawno stwierdził: „Byliśmy z żoną w tym internecie, ale tam nic nie ma”.

Przede wszystkim jednak – była w świetnej formie wokalnej, bez problemów dając sobie radę w ostrych kawałkach, co nie zawsze udawało się jej w przeszłości, a w spokojniejszych potwierdzając ogólnie znane walory. I, co pewnie odnotowała większość obecnych na widowni pań, wyglądała zdecydowanie ładniej niż ostatnimi czasy, znów kobieco.

Jedyną kwestią, co do której pozwoliłbym się z nią nie zgodzić, były peany na cześć 

gości,

ściślej – dwóch wokalistów płci męskiej. Mietall Waluś (Negatyw) nigdy wybitnym śpiewakiem nie był, ale wczoraj spalił także wejście w swym ukochanym – jak powiedział – numerze Heya, [sic!]. To i tak nic w porównaniu z Igorem Herbutem (LemON). Pani Katarzyna zapowiedziała go jako przybysza z innej wokalnej planety (choć trochę później wspomniała, że znała go wcześniej z telewizji). Zgadza się – aczkolwiek planeta to mocno powiedziane, raczej satelita – czyli mała hala przy Rondzie – w porównaniu ze Spodkiem,  talentszoły przy przekazie prawdziwie artystycznym. Herbut pozostał do dziś w blokach startowych pewnego programu, w dodatku prezentując się jak większość jego uczestników: w ciągu paru minut trzeba pokazać wszystko, co Bozia dała. Cóż, Igor H. zupełnie nie rozumie, o czym jest śpiewana przez niego piosenka – położył na łopatki coś tak pięknego, jak List.

To tyle krytyki – dotyczącej kilku minut w występie trwającym w sumie prawie dwie i pół godziny. Wszystko inne: palce lizać. Świetna była Brodka – w duecie z Nosowską w Nic więcej… oraz w solowym, kanonicznym odśpiewaniu Zazdrości.

Najważniejszym gościem był jednak, co oczywiste – pierwszy lider zespołu, 

Piotr Banach. 

Czy nie przeszedł go dreszcz, gdy popatrzył na pełną halę, czy nie poczuł podobnego ukłucia, jak – podejrzewam – Mick Taylor patrzący ze sceny na bezkresne tłumy na koncercie Rolling Stones w Hyde Parku parę lat temu? Paweł Krawczyk ustąpił Banachowi miejsca, a zespół zagrał najostrzejszy fragment koncertu, z One of Them, Schisophrenic Family i Misiami. Oj, zadrżałem wtedy cały, bo nie oczekiwałem aż takiego dosypania do pieca. Kapela w ten sposób wróciła przecież do swoich początków. Musiałem potem chwilę przestawiać swoje uszne potencjometry, by wejść w Historie i dalszą część koncertu, wciąż gitarowego, ale bardziej melodyjnego.

Zdecydowanie wybaczam Nosowskiej dwie łzy, które zawisły jej u rzęs w czasie Heledore. To nie Geppert płacząca w minutę po wyjściu na scenę i rozdarciu trzewi w Kocham cię, życie. To adrenalina, emocje związane z pożegnalną trasą i trwającym właśnie koncertem.

Zakończenia

były trzy. Część zasadniczą zamykała Moja i twoja nadzieja, a potem wszystko było już poddaniem się żywiołowi sceny: Teksański, Mimo wszystko i Luli lali, a gdy niektórzy widzowie zaczęli  zmierzać ku wyjściu, bez Jacka Chrzanowskiego, Hey odegrał jeszcze dwa numery: Ja sowa oraz Chyba.

Brakło może wspólnego ukłonu na koniec, ale… Ufam, że jest w tym palec Opatrzności (nie opaczności): że w działaniu członków zespołu jest tyleż przemyślenia, co spontaniczności. Że to jeszcze nie koniec. Bo zagrali fantastycznie – Marcin Żabiełowicz potwierdził swoje superkwalifikacje jako gitarzysta solowy, niski bas Chrzanowskiego sprawił parę razy, że poczułem ciarki na plecach, Paweł Krawczyk, Robert Ligiewicz i Marcin Macuk pięknie dopełnili całości – radością było patrzeć na muzyków zawodowców i zawodowo zrealizowany od strony wizualnej koncert.

I chciałoby się zawołać: jak można, będąc w tak świetnej formie, zawieszać na nie wiadomo jak długo, może na zawsze, działalność?! Odbijam się od ściany po lewej do tej po prawej, od „Trzeba wiedzieć, kiedy ze sceny zejść niepokonanym” do pięknego stwierdzenia pani Kasi, że tak ważne w życiu jest, by czuć się potrzebnym innym ludziom. Właśnie, moje serce fana krzyczy: „Hej, Hey, jesteście potrzebni ludziom!…”.

P.S. Setlista: https://www.setlist.fm/setlist/hey/2017/spodek-katowice-poland-73e052d5.html

(Hey, Fayrant, 8 grudnia, Spodek, Katowice)

[W NaTemat: 9 grudnia 2017]

cdn – czas do namysłu?

pobrane16

Nie lubię coverów, nowych wersji starych piosenek. Ale w tym przypadku jest inaczej. Zupełnie inaczej.

[more]

*

Nigdy nie przyszło mi do głowy, że trwanie – nielicznych – kapel przez długie lata, przez kilka dekad, to przebywanie 

w strefie komfortu.

Żeby użyć najcięższych dział: na przykład Jagger i Richards, mimo wielu nieporozumień i niedomówień, a nawet nie tak dawnych zapowiedzi rychłego końca, nie przenieśli póki co nazwy The Rolling Stones do historii. I ani mi w głowie podejrzewać, że wynika to między innymi z faktu, że ich solowe płyty nie zbliżyły się popularnością do krążków macierzystej formacji. Nawet jeśli dobra, bardzo dobra nazwa to maszynka do zarabiania pieniędzy, trzeba było czasu, by tak się stało. Nie widzę nic złego w tym, że dyskontuje się – choćby i przez długie lata –  dochodzenie do wysokiego poziomu, pracowanie na to, by zdobyć łaskę słuchaczy. Dyskontowanie postrzegam również w ten sposób, że trzyma się poziom, czyli ciągle walczy o coś, co jest znacznie trudniejsze: by łaski słuchaczy nie utracić. Wielokrotnie udowadniając, że ta maszyna funkcjonuje więcej niż należycie.

A jednak Katarzyna Nosowska mówi o wyjściu ze strefy komfortu, że trzeba przestać podpierać się nazwą Hey i sprawdzić się 

w innych kontekstach.

Można z przekąsem, ironicznie pokiwać głową: łatwo jej mówić, bo ona, będąc frontmanką, ma prostsze zadanie. W dodatku od lat równolegle do działań grupy zajmuje się własną karierą. Ba! Wypracowała już swoją markę, zdobyła wiele nagród, a wręcz doprowadziła do tego, że ostatnie dokonania zespołu, bądź co bądź gitarowego w swych korzeniach, stały się bliźniaczo podobne do jej solowych projektów. Czy jednak tzw. ogół równie dobrze radzi – i poradzi – sobie z nazwiskami Marcina Żabiełowicza, Jacka Chrzanowskiego, Roberta Ligiewicza, Pawła Krawczyka czy Marcina Macuka? Czy, po prostu, osobno są oni w stanie zbliżyć się do poziomu wspólnych nagrań? Zdobyć choć w przybliżeniu podobną popularność, która przełoży się na sprzedaż płyt albo koncertów? Oby moje wątpliwości rozwiał czas.

Póki co – ubolewam nad decyzją o zawieszeniu działalności, odliczając czas do katowickiego koncertu w grudniu w ramach pożegnalnej trasy – „Fajrantu”. Żałuję, bo Hey jest jedyną polską kapelą, która działając nieprzerwanie przez ćwierć wieku, wciąż budzi we mnie żywe i bardzo ciepłe emocje, która – inaczej niż na przykład Kult czy Dżem – nadstawiała ciągle ucha i sprawdzała, co dzieje się w świecie muzyki, zmieniając się i ewoluując.

*

Piotr Metz kilkanaście dni temu poprowadził w Trójce bardzo piękną i bardzo osobistą audycję poświęconą Heyowi i jego ostatniemu, dwupłytowemu wydawnictwu – cdn. Wśród wielu  bliskich mi opinii wygłosił i taką (powtarzam z pamięci): „Muszę się do czegoś przyznać. 

Nie lubię coverów,

nowych wersji starych piosenek. Ale w tym przypadku jest inaczej”. Natomiast ja muszę się przyznać do tego, że bez entuzjazmu przyjąłem informację o albumie złożonym ze starych piosenek w nowych aranżacjach. I nie kupiłem go od razu. Dopiero ta audycja i prezentowany w niej materiał muzyczny sprawiły, że wracając do domu, poczułem nieprzepartą potrzebę zahaczenia o sklep na literę „S”.

Czekałem na to bardzo długo, padły przecież nawet jakieś zapowiedzi – by usłyszeć  zespół taki, jaki pokochałem przed laty – gitarowy. Paradoks cdn polega bowiem na tym, że gitary zrobiły przeciąg w elektronicznym graniu dominującym w ostatnim okresie, że brzmią po prostu oczyszczająco i świeżo.

Od razu trzeba jednak powiedzieć: to dlatego, że niczego po drodze nie spieprzono. Nie próbowano niczego udziwniać ani na siłę zmieniać. Raz jeszcze kapela – razem z producentami całości: CD1 Leszkiem Kamińskim i CD2 Marcinem Borsem i Szymonem Orchowskim – pokazuje swoją wielką klasę. Nawet jeśli w niektórych momentach głos Nosowskiej wydaje się za mało liryczny, a nadmiernie znaczony nikotyną (jeszcze jedna opinia ze wspomnianego programu, tym razem znajomego pana redaktora P.M.: „Wtedy te piosenki śpiewała Kasia, teraz – Katarzyna”).

Nie ma chyba sensu dyskutować nad dokonanym wyborem

dwudziestu sześciu utworów,

zrobili to sami muzycy na etapie przygotowań do pracy nad albumem. Osobiście cieszy mnie całość, choć oczywiście mam swoje typy: szczególną radość sprawiają mi nowe odsłony Teksańskiego (czego zupełnie bym się nie spodziewał), Misiów czy uwielbianego od zawsze Listu, a zachwycają Ja sowa, Eksperyment, 4 pory, Że, Katasza  i – już z racji samej obecności – Moja i twoja nadzieja.

Co zrobi Nosowska w przyszłości – tego nie wie nikt. Być może pochyli się, gdy pośmiertny szum nieco ucichnie, nad swoją N/M, czyli wyszuka nie całkiem oczywiste piosenki Wojciecha Młynarskiego i oświetli je z zupełnie innej strony.  Co zrobią panowie – jeszcze trudniej przewidzieć. Czy będą niczym Krzywański, Ciesielski i Biolik – jak te sieroty bez swojego republikańskiego lidera?

Póki co, choć to przecież jeszcze ciągle przed fajrantem, sam czuję się jak sierota po Heyu, mimo iż członkowie zespołu są młodsi ode mnie. Lecz jeśli zdecydujecie się, proszę pani Kasi i panów, kiedyś powrócić ze wspólnym repertuarem, starym albo i nowym – zagrajcie nam to pięknie.

Świetny materiał muzyczny ukryto w kartonowym pudełku. Do jego środka próbowałem dostać się dwukrotnie: w sklepie (co czynię zawsze, by sprawdzić zawartość) oraz w domu. Bez dodatkowych narzędzi jest to niemożliwe. Szatański koncept, chyba że ma to być dobieranie się do puszki Pandory. Co tam? Co jest w środku? Fanów – moja i twoja nadzieja na ciąg dalszy?

(Hey, cdn, 2017)

[W NaTemat: 19 listopada 2017]

WykopaLISKA PRZEBOJÓW 2016

Nigdy dotąd nie bawiłem się w jakiekolwiek rankingi. Skoro jednak uległem i dałem się namówić kolegom blogerom, by sporządzić osobistą listę płyt 2016 roku, nie będę tego faktu ukrywał, a wręcz czuję wewnętrzny imperatyw, by się ze swoich wyborów choć trochę wytłumaczyć.

[more]

Takie zestawienia to bardzo trudna sprawa. Nagle próbujemy zaprząc statystykę i matematykę do dziedziny niechętnie poddającej się takim zabiegom, niewymiernej. I w ten sposób odbijamy się od  

boków trójkąta 

niekoniecznie równobocznego: boku pierwszego, czyli tego, co spodobało nam (mi) się szczególnie; drugiego, czyli tego, co uznajemy za ważne, choć niekoniecznie mocno nas (mnie) ujęło; trzeciego wreszcie, czyli tego co – wydaje się – że wypada odnotować. I wpadamy w pułapkę, kręcąc się jak mucha w zamkniętym słoiku. Nie pozostaje więc nic innego, jak mrugnąć okiem, uśmiechnąć się, raz jeszcze podkreślić, że to tylko zabawa – i, też nie pierwszy raz, z uporem starego ramola stwierdzić, że dopiero czas pokaże, co było przez te dwanaście miesięcy najbardziej istotne, co przetrwa(ło) próbę dni i lat. 

*

Tak przy okazji, tytułem pierwszej dygresji – ciekaw jestem, czy za parę lat odkryję – na swój osobisty użytek – jakiegoś wykonawcę, który pojawił się właśnie teraz – bo to są bardzo miłe, czasem po wielu latach, zaskoczenia.
I druga dygresja – chyba równie ciekawa byłaby osobista lista typu The Best of 2016 sporządzona w odniesieniu do płyt zakupionych w tym właśnie roku (pod warunkiem, że gdzieś takie nabytki się odnotowuje). W tym miejscu trzeba by przyznać się nie tylko do wcześniejszego nieposiadania, ale wręcz nieznajomości tego czy innego krążka. 
Nie powiem nic odkrywczego – ani dla siebie, ani dla tych, którzy jakoś tam obserwują tego bloga – jeśli nazwę siebie archeologiem albo raczej 

pospolitym dinozaurem,

coraz bardziej uparcie wyszukującym płyty stare i bardzo stare, ze szczególnym uwzględnieniem tych, których wcześniej nie dane mi było poznać (chodzi jednak najczęściej o wykonawców, których nazwiska lub nazwy nie są nieznane). W ten sposób odwalam robotę Syzyfa, próbując zasypać dół nie do zasypania albo skonsumować ocean łyżeczką do kawy. A ocean rozlewa się wciąż bardziej, bo nawet jeśli po przekroczeniu pięćdziesiątki coraz trudniej zachwycić się nową płytą, książką czy filmem, to – na szczęście – nadal wychodzą na świat dzieła większe i mniejsze, które powodują szybsze bicie serca. Dzięki którym człowiek nadal potrafi się wzruszyć. A to pozwala z kolei z pewną ulgą odnotować, że wciąż jeszcze się żyje.

*

1. Mając problem z miejscami na podium i zupełnie nie radząc sobie z ustaleniem dalszej kolejności, jednego jestem absolutnie pewien: moją płytą ubiegłego roku jest

Post Pop Depression  Iggy’ego Popa 

i Josha Homme’a. I nie mam też wątpliwości, że to zasługa przede wszystkim drugiego z wymienionych. Homme, lider Queens of The Stone Age, stał się dla mnie ukochanym artystą rockowym XXI wieku. Nie doszło do tego nagle, ale płyta …Like Clockwork (2013) znokautowała mnie zupełnie. A ta nowsza, podpisana przez Popa, Homme’a, Fertitę i Heldersa, utwierdza mnie tylko w przekonaniu o wybornej formie JH. Ale Popa także, oddajmy cesarzowi co cesarskie. IP dobrał sobie dużo młodszych od siebie współpracowników i bez wątpienia nagrał jedną z najlepszych płyt w swoim dorobku.

2. Nie sądziłem, że ten krążek kiedykolwiek się ukaże. Gdy zobaczyłem go na redakcyjnym stole, w trakcie podsumowania roku w „Tygodniku Kulturalnym”, serce zabiło mi mocniej. Moja żona – który to już raz? – stanęła na wysokości zadania, co zaowocowało prezentem od moich synów: zupełnie zaskoczony, w Wigilię odpakowałem winyla

Śmierci Klinicznej pt. Nienormalny świat

Album zdecydowanie zasługuje na odrębny tekst, tu powiem tylko, że gliwicki zespół mógł – powinien! – stać się jedną z najważniejszych grup nie tylko punkrockowych w Polsce lat 80. Jestem przekonany, że mocno popchnąłby rodzimego rocka do przodu, stając w jednym szeregu z Klausem Mitffochem i potem Lechem Janerką. Stało się inaczej, bardzo wielka to szkoda. Lecz wspaniale, mimo że po z górą trzydziestu latach, iż ten materiał wreszcie ukazał się na płycie. Teksty Dariusza Duszy wciąż są o czymś, a muzycznie… – ba! Jak wiele można było wycisnąć z pomieszania stylistyki punka, reggae i klasycznego rokendrola, gdy umiało się grać!

3. Trzecie miejsce to pierwsze moje rozterki. Przyznaję je albumowi

Blackstar Davida Bowiego

– za przejmujący, ostatni głos umierającego bardzo ważnego artysty.

 

Reszty raczej nie odważę się klasyfikować, wymienię więc tylko:

– Rolling Stones: Blue & Lonesome – za bezpretensjonalny – i zupełnie niespodziewany! – powrót do źródeł. Za wciąż wyborną formę. Jagger wokalnie i jako harmonijkarz przechodzi sam siebie.

– Bob Dylan: Fallen Angels – za kolejną przepiękną płytę z piosenkami z amerykańskiego kanonu. No i za Nobla i tzw. w ogóle.

– Paul Simon: Stranger To Stranger – Simon wytęskniony, bo nagrywający bardzo rzadko – wciąż w wysokiej formie, wciąż tworzący w klimatach z okolic Graceland i innych solowych albumów – wierny sobie.

– Van Morrison: Keep Me Singing – za kolejną porcję fantastycznych piosenek.

– Jack White: Acoustic Recordings – za jego other kind of, za prostotę i powrót do akustycznych korzeni.

– Pixies: Head Carrier – za zdrowy łomot, za ładne piosenki i konsekwencję.

– Radiohead: A Moon Shaped Pool – za oniryczność znów wysokiej próby, za (moim skromnym zdaniem) powrót może nie do wielkiej, ale bardzo dobrej formy.

– Nick Cave and The Bad Seeds: Skeleton Tree – za niepokój, dojmujący smutek i piękną muzykę ledwie znaczoną brzmieniem instrumentów.

– Hey: Błysk – za – jak oni to robią?! – ocalenie swingu pośród elektroniki. I za teksty, to już oczywiste.

Próbując ułożyć to zestawienie, miałem też w rękach płyty Erica Claptona i Santany, Martyny Jakubowicz i SBB, a nawet Joego Bonamassy i Blackberry Smoke. I pewnie co najmniej paru nie miałem – bo nie mam ich (jeszcze?) na półkach, a może powinienem mieć.

[W NaTemat: 15 stycznia 2017]

Przedpremierowy błysk Heya

hey_przedbysk

Katarzyna Nosowska była trudna do poznania. Przed trzecim w programie utworem, „Ku słońcu”, powiedziała więcej zdań niż na wszystkich wcześniejszych koncertach Heya, które miałem okazję oglądać. Żartowała, opowiadała anegdoty, raz po raz rozbawiając publiczność. Jak by tego nie było dość – uwaga – pląsała na scenie!

[more]

*

O ileż trudniej jest zachwycić się czymś po latach, po całym ćwierćwieczu mniej lub bardziej intensywnego, ale bezustannego  konsumowania muzyki, niż gdzieś na początku. O ileż trudniej uwierzyć młodszym od siebie niż tym, którzy mogliby być naszymi rodzicami lub przynajmniej starszym rodzeństwem. A jednak gwałtowność pierwszych piosenek śpiewanych przez Katarzynę Nosowską, hałas robiony przez czterech młodych facetów był pierwszym muzycznym doznaniem, który przedostał się przez zapory utworzone z płaczu i pieluch na pupach moich synów bliźniaków.

Z ostrożności kupiona kaseta Fire szybko została zamieniona na CD, do którego dołączały potem wszystkie kolejne. Moje uczucie do zespołu rozkwitło w okolicach Heledore i ?, kiedy niektórzy zastanawiali się, co będzie dalej z kapelą i czy nadal ma

pomysł na siebie

– tymczasem ja zachwyciłem się Listem czy Wczesną jesienią. I te silne emocje towarzyszą mi do dzisiaj, mimo przeżywanych niepokojów fana związanych z odejściem Piotra Banacha czy wyraźną woltą stylistyczną, gdy gitary zrobiły bardzo dużo miejsca elektronice. Nawet jeśli na koncertach brakowało mi dawnej energii, soczystych solówek Marcina Żabiełowicza, to płyty, choć inne niż dawniej, nadal sprawiały wielką radość.

Mimo dominacji klawiatur i komputerów, wciąż jest w graniu Heya to coś najistotniejszego, coś, co – wydawało mi się – w takiej instrumentacji nie jest możliwe: swing, puls. Jest – ta muzyka wciąż płynie, żyje, a nie jest tylko zimnym, wykalkulowanym wytworem studiów nagraniowych, efektem klikania w klawiatury bezdusznych komputerów. Chciałoby się, by czasem, jak dawniej, zespół dosypał do pieca, przypomniał, skąd się wziął, wrócił na parę minut do korzeni, ale skoro chce inaczej, to nadstawiam ucha, by poznać jego

argumenty.

Bo je po prostu ma – i to bardzo mocne. Żadna inna spośród polskich kapel, ani z tych zaczynających w latach 60., ani tych młodszych, nie zaskarbiła sobie tak bardzo moich względów. Żadna z tych, które – jak Hey – poszukiwały, popychały polskiego rocka do przodu, ani, poza Dżemem tylko, które szły wcześniej wytyczonym szlakiem. Żadna z tych nielicznych, które przez kilka dekad są aktywne i ciągle nagrywają nowe płyty.

Tak mam – i tak, najwyraźniej, zostanie. Hey rozpoczął wczoraj swoją trasę koncertową po kraju anonsującą wydanie nowego albumu, Błysku. Występ przy komplecie publiczności w katowickim Rialcie (bilety rozeszły się błyskawicznie) upewnił mnie, że Nosowska i jej pięciu kolegów są nadal w świetnej formie.

Premierowy, po raz pierwszy słyszany materiał – co zawsze obarczone jest dodatkową trudnością w odbiorze – zabrzmiał momentami wręcz znakomicie.

Nasza Kasia kochana

była trudna do poznania. Przed trzecim w programie utworem, Ku słońcu, powiedziała więcej zdań niż na wszystkich wcześniejszych koncertach Heya, które miałem okazję oglądać. Niezmiennie skromna i stremowana, opowiadała o niepokojach związanych z nowymi piosenkami, z graniem ich na żywo jeszcze przed wydaniem płyty. Żartowała, sypała anegdotami, raz po raz rozbawiając publiczność. Jak by tego nie było dość – uwaga – pląsała na scenie! Tak, tańczyła, czego nigdy wcześniej nie było dane mi zobaczyć, co wydawało się w jej przypadku niemożliwe. Z fryzurą jak Mała Mi z Muminków, tyle że – w odróżnieniu od postaci literackiej – pełna ciepła i życzliwości, rozśmieszyła nas na przykład zdaniem, że wybrać się na koncert grupy Hey to jak pójść do muzeum.

Koncert z bisami trwał półtorej godziny, trzy pierwsze kwadranse zajęła prezentacja

nowych piosenek,

z których znana jest tylko [i]Prędko, prędzej[/i]. Trudno oczywiście stwierdzić, na ile wersje koncertowe podobne są do tych przygotowanych na album, który ukaże się jeszcze w tym miesiącu. Było na pewno mocniej niż na dwóch poprzednich krążkach studyjnych.

Frontmenka tryskała energią, ale też, co nie mniej ważne, była w dobrej dyspozycji głosowej. Teksty może nie zawsze dostatecznie czytelne, przebijające się przez instrumenty, ale już po takim pierwszym razie wiadomo, że i z tej strony czekają nas dobre doznania. Nosowska jest dziś niedościgłą mistrzynią w opisywaniu uczuć. W kończących premierowy set Historiach (tu sięgam do setlisty), tak jak przed laty w Romansie petitem, znów w obezwładniająco prosty, piękny sposób opisała to, jak bardzo nie obchodzi jej świat i to w nim, na co nie ma wpływu, a jak ważna jest miłość: Z tobą wszędzie mi po drodze.

Druga część to już dobrze znane utwory

z wcześniejszych płyt,

choć z pewnym żalem odnotowuję, że zespół nie sięgnął w tym wyborze głębiej niż do [sic!], czyli pierwszej płyty nagranej z udziałem Pawła Krawczyka. Było Do rycerzy…, Kto tam? Kto jest w środku?, była Cudzoziemka w raju kobiet i Muka!. Trochę niespodziewanie w tym zestawie pojawił się mocno gitarowy Luli lali. Na bis usłyszeliśmy To tu, Stygnę, [sic!] i na koniec, już bardzo kameralnie, gdy z instrumentalistów pozostał na scenie tylko Marcin Macuk, przepiękne Nie więcej.

Więcej – już niebawem, bo Błysk ukazuje się 22 kwietnia. Sam skorzystałem z okazji i dokonałem przed koncertem przedpłaty, dzięki której krążek ma być do mnie wysłany sześć dni wcześniej. Taką sposobność ma każdy z posiadaczy biletów na występy zespołu w trwającej właśnie trasie. Już się cieszę na słuchanie. Bardzo.

(Hey: Przedbłysk, Katowice, Rialto, 31 marca 2016)

[W NaTemat; 2 kwietnia 2016]

No, Hey

hey_w_f

Hey to grupa, która od dawna już nie widzi powodu, by za tym czy owym nadążać, robi swoje, osobne, dyktuje własne warunki, nie wdzięcząc się do publiczności.

[more]

*

Ostatnio ukazały się koncertowe wydawnictwa dwóch legendarnych już formacji w naszym kraju, Heya i Dżemu. Zespołów, które wymieniłbym zaraz na początku, zapytany o ukochanych rodzimych wykonawców. Zacznę od albumu tego pierwszego, bo ujrzał światło dzienne odrobinę wcześniej i także cztery dni szybciej znalazł się w mojej szufladce.

*

Katowice doczekały się imponującej siedziby NOSPR, zaprojektowanej w studiu Tomasza Koniora, Szczecin natomiast równie fantastycznego obiektu Filharmonii Szczecińskiej. Obie budowle prezentują się na wskroś nowocześnie, choć pierwsza z zewnątrz przykuwa uwagę klasyczną bryłą prostopadłościanu z cegły i szkła, druga natomiast obłędną bielą i zwielokrotnioną strzelistością formy. Budynek filharmonii otrzymał niedawno prestiżowe wyróżnienie Unii Europejskiej – nagrodę imienia Miesa van der Rohe. Projekt powstał w barcelońskiej pracowni Alberta Veigi i Fabrizzia Barozziego. Z jednej strony XXI wiek, a z drugiej duch A. Gaudiego – co stwierdzam po niedawnej wizycie w stolicy Katalonii – jest tu bardzo widoczny. Fotografie umieszczone wewnątrz pięknie wydanej książeczki – okładki płyty zdecydowanie zachęcają do bliższego zapoznania się z nową siedzibą FS.

*

Hey w ostatnich latach budzi moje ambiwaletne uczucia. Nadal zachwyca na płytach, mimo iż dokonało się radykalne odejście od mocnych brzmień gitarowych, natomiast zupełnie nie potrafię odnaleźć równie wielkich emocji w odbiorze tej muzyki na żywo. Ustawianie programu koncertu niejako pod woltę stylistyczną, pod „klawiaturowe” przearanżowanie starych, bardzo nielicznych zresztą w setliście numerów, budzi moje watpliwości. 

Zawsze nieufnie podchodziłem do podobnych zmian, gdy rasowy zespół rokendrolowy uciekał w elektronikę: Queen na początku lat 80. czy dekadę później U2; zastanawiało mnie, jak godzą się na to tacy gitarzyści jak Brian May. Śmiem twierdzić, że Hey – powtórzę: na płytach – radzi sobie znacznie lepiej od słynnych wyspiarzy, ale trudno mi pojąć, dlaczego starsze kawałki na koncertach pozbawia się mocy gitar Żabiełowicza i Chrzanowskiego. Albo: po prostu nie odnajduję tych wielkich emocji, jakie towarzyszyły mi podczas występów grupy przed laty. Tej decybelowej adrenaliny nie udało się zastąpić komputerami.

*

Patrzę w książeczkę, zerkam na daty i kolejny raz myślę sobie, że dożyliśmy wspaniałych czasów. W niewiele ponad dwa miesiące od występów na żywo ukazuje się przepięknie wydana ich rejestracja. To coś, o czym kiedyś mogliśmy tylko pomarzyć, bo cykle produkcyjne ciągnęły się i rwały jak guma do majtek krajowej produkcji. Zazdrośnie popatrywaliśmy wtedy na Zachód, gdzie wszystko miało tempo, gdzie anonsowano dzień ukazania się danej płyty. 

Mamy to już od lat także i w Polsce: odpowiedniej klasy sprzęt nagrywający, edytorstwo na poziomie nieodbiegającym od światowego ani na milimetr (można by się czepiać jedynie korekty, bo trafiają się literówki czy – czasem, o zgrozo – błędy ortograficzne). Jest więc pięknie.

Hey w filharmonii. Szczecin Unplugged.

Sześćdziesiąt siedem minut muzyki nagranej przez sekstet Hey z mniejszym niż w przypadku MTV Unplugged (2007), dziewięcioosobowym, ze szczególnym uwzględnieniem dęciaków, składem muzyków filharmonii. A jednocześnie – swego rodzaju odwrócenie biegunów, ponieważ zawartość krążka to przede wszystkim utwory z ostatnich dwóch płyt i tym razem elektroniczne aranże studyjne zamienione zostały na brzmienia analogowych instrumentów. 

Całość może nie porywa, zwłaszcza przy pierwszym słuchaniu, ale warto pochylić się nad tym materiałem, wsłuchać w niego na spokojnie i – być może – rozsmakować. Palcem szczególnie uparcie wskazuję na dawne rzeczy, r.e.r.e (coś tu z ducha słynnych Fiołków i róż Ewy Demarczyk) i Wczesną jesień ze znakomitego „Pytajnika”, których odmienne brzmienie to szczególnie nowa jakość na płycie. Jestem przekonany, że tego typu podejście do materii muzycznej sprawia, iż płyty równie dobrze będzie się słuchać za lat pięć czy dziesięć.

*

Od 1992 roku grupa cały czas prezentuje poziom, o którym większość może tylko marzyć. Hey to jedna z nielicznych na rodzimym rynku instytucji – formacja, która od dawna już nie widzi powodu, by za tym czy owym nadążać, robi swoje, osobne, dyktuje własne warunki, nie wdzięcząc się do publiczności. Fakt, że jest to dziś muzyka ludzi po czterdziestce, już nie tak gniewna jak kiedyś, lecz wyciszona, w żadnym wypadku nie powinien być argumentem na „nie”. Wciąż jest w niej bowiem to, co najistotniejsze: świetne teksty i dobre, bardzo dobre kompozycje, jest puls i swing. Jako fan kapeli mogę tylko powiedzieć, parafrazując frontmankę: „No, dziękuję bardzo!”.

Ciesząc ucho znanymi już nagraniami w odmiennych aranżacjach, czekam z niecierpliwością na zapowiedziany na listopad nowy studyjny krążek grupy. Podobno ma być zaskoczeniem. Jazzu Hey raczej grać nie będzie, bardzo więc jestem ciekaw, co zaproponuje teraz – jakie rockowe drzwi otworzy, którą uchyli szufladę.

(Hey, Hey w filharmonii. Szczecin unplugged, 2015)

[W NaTemat: 18 czerwca 2016]

Marcin Wasilewski Trio – żar uczuć i delikatność brzmienia

mwt_spark

Ponad siedemdziesiąt minut muzyki rozpisanej, jak zwykle w przypadku MWT, na fortepian, kontrabas i perkusję – w kilku numerach wzbogaconych o saksofon Joakima Mildera. Właściwie nic, co miałoby w porównaniu z wcześniejszymi dokonaniami formacji zaskoczyć, ale przecież album znów dostarcza sporej dawki muzyki pełnej łagodności i ukojenia.

[more]

*

O występie Marka Bałaty w pachnącym nowością gmachu NOSPR w Katowicach pewnie bym się nie zająknął, bo przyjemniej jest się zachwycać, chwalić – niż kręcić nosem z niezadowoleniem czy wręcz niesmakiem. Pewnie bym się nie zająknął, gdyby nie nowy album tria Marcina Wasilewskiego, który właśnie pojawił się w sprzedaży. 

Pewien redaktor nazwał 

premierowy materiał

MWT  „muzyką do windy”. Skłamałbym, mówiąc, że zupełnie tego nie rozumiem, ale w windzie, jeśli już coś ma mi grać, niech będą to raczej Wasilewski z Kurkiewiczem i Miśkiewiczem albo Dire Straits. Jeśli MWT to tylko stan lekkopółśredni (choć mam świadomość, że nad stanem ludzkich emocji, jakie wyzwolić może muzyka, dyskutować nie sposób), to co powiedzieć o Marku Bałacie?!

Być może gdybym systematycznie i od lat penetrował jazz, miałbym inne spojrzenie, inną wrażliwość i może w ogóle byłbym innym człowiekiem. Być może. Wychowałem się jednak na rokendrolu i pewnie przy nim już zostanę do końca swoich dni. Co nie uniemożliwia mi od czasu do czasu podróży w stronę jazzu właśnie lub muzyki poważnej, odchodzenia od ostrych gitar elektrycznych w krainę łagodnych dźwięków gitary akustycznej albo fortepianu.

Spark of Life

to ponad siedemdziesiąt minut muzyki rozpisanej, jak zwykle w przypadku MWT, na fortepian, kontrabas i perkusję – w kilku numerach wzbogaconych o saksofon Joakima Mildera. Właściwie nic, co miałoby w porównaniu z wcześniejszymi dokonaniami formacji zaskoczyć, ale przecież album znów dostarcza sporej dawki muzyki pełnej 

łagodności i ukojenia.

Obok autorskiego materiału znalazły się na krążku covery. Żadne to dziś odkrycie, że jazzmani popatrują na rockowe poletko. Mamy więc opracowania Do rycerzy, do szlachty, do mieszczan Heya oraz Message In The Bottle Police, co jakoś kojarzyć się może na przykład ze Smells Like Teen Spirit w wersji Możdżera, Danielssona i Fresco. Ponadto Actual Proof Herbiego Hancocka i – zawsze obarczona pewnym ryzykiem – próba zmierzenia się z klasykiem Sleep Safe And Warm Komedy, czyli słynną Rosemary’s Lullaby z filmu Romana Polańskiego (próba zresztą kolejna tego zespołu, bo wcześniejsza miała miejsce jeszcze pod szyldem Simple Acoustic Trio). Wreszcie wycieczka w klimaty poważne, czyli Largo Grażyny Bacewicz.

I mimo iż tych „obcych” kompozycji jest całkiem sporo – duch tria, dobrze już znany klimat wciąż niespiesznie i pewny swych atutów roztacza się nad całą płytą. Na dodatek Joakim Milder, szwedzki saksofonista, wprowadza w ten porządek pewną 

wartość dodaną.

Instrument, na którym gra, tak chętnie anektowany przez rock i pop music, ma przez to chyba szczególnie trudne zadanie, by uciec od zgranych przez lata dźwięków. Wrażliwość Mildera bliska jest jednak temu, co robi polska formacja (stąd przecież wziął się pomysł współpracy) – gra oszczędnie, bez gwałtowności.

Wracam do pojawiających się tu i ówdzie zarzutów: jeśli muzyka często towarzyszy nam w czynnościach dnia codziennego, trudno potępiać Marcina Wasilewskiego i kolegów, że tworzą tło smakowite i wyjatkowej urody. Natomiast jeśli już dane nam jest uwolnić się od krzątaniny i poświęcić tylko słuchaniu – utwory MWT z płyt czy na żywo brzmią jeszcze szlachetniej. A że po dwóch dekadach istnienia składu trudno mówić o efekcie nowości czy zaskoczenia, to jasne. Z trzymaniem poziomu przez starych wyjadaczy bywa różnie (ostatni przykład: U2), więc cieszy mnie niepomiernie, iż bez niepokoju mogę wkładać kolejne krążki tria do odtwarzacza.

Zresztą kogo i o czym chcę tu przekonywać – w końcu o jakiej półce muzycznej mowa? Ci trzej panowie nagrywają dla wytwórni ECM, a chce ich słuchać publiczność pod wszelkimi szerokościami geograficznymi – ostatnio byli w Argentynie i Chile. Czyżbyśmy postępowali trochę w myśl Jachowiczowskiego „Cudze chwalicie, swego nie znacie, sami nie wiecie, co posiadacie” – ?

(Marcin Wasilewski Trio w/ Joakim Milder, Spark of Life, 2014)

[W NaTemat: 30 listopada 2014]

Po koncercie: czy „Myslovitz bez Rojka to już nie to” ?

W życiu pewne są tylko zmiany. To, że z różnych powodów zmieniają się składy grup rockowych, nie jest więc niczym szczególnym.

[more]

Jeśli spojrzeć wstecz, najbardziej za nic wszelkie okoliczności miał Robert Fripp, który wciąż dobierał sobie nowych współpracowników, łącznie z tymi szczególnie istotnymi – wokalistami, tymczasem Karmazynowy Król nagrywał kolejne świetne płyty. Wielcy mogą sobie na wiele pozwolić. 

Łagodny przebieg

miała wymiana Teda Turnera na Lauriego Wisefielda w Wishbone Ash. AC/DC po śmierci Bona Scotta błyskawicznie dokooptowali nowego wokalistę, Briana Johnsona, i nagrali z nim swoją najlepszą płytę. W Van Halen po odejściu Davida Lee Rotha zameldował się Sammy Hagar, zupełnie inny, ale też świetny frontman. Wychodzi na to, że poziom artystyczny tłumaczy jeśli nie wszystko, to bardzo wiele. Poziom i – trzeba dodać – chęć powiedzenia czegoś jeszcze ponad to, co już zostało powiedziane. Bo na przykład obecność nawet takiego głosu jak Paul Rodgers nie wydaje mi się dostatecznym usprawiedliwieniem kolejnych tras koncertowych pod szyldem Queen.

A w Polsce? Przed laty, gdy stan zdrowia nie pozwolił Krzysztofowi Jaryczewskiemu kontynuować współpracy z Oddziałem Zamkniętym, zespół uzupełnił Jarosław Wajk. Ale cóż z tego, jeśli wyraźnie zaczynało brakować pomysłów, a kolejne zmiany wokalistów tylko pogrążały formację. Podobny los spotkał Mafię po odejściu Andrzeja Piasecznego.Nieuchronnie zmierzam w stronę przypadku najsmutniejszego i najbardziej spektakularnego zarazem. 

„Dżem bez Riedla to już nie to”

– słychać było zewsząd. Kiedyś o tym pisałem, ale powtórzę: pamiętając o wcześniejszych śląskich przypadkach – SBB i Krzaka – gdy po rozpadzie grup muzycy, łącznie z Józefem Skrzekiem, niczego szczególnego już nie stworzyli, jako wielki fan tyszan prawie modliłem się, by grali dalej. Jacek Dewódzki nie zachwycał, nie za dobrze wpisywał się w bluesrockowy klimat nagrań kapeli, ale siła instrumentalistów była zbyt wielka, by całość zaczęła kuleć. Natomiast zatrudnienie w 2001 roku Macieja Balcara okazało się strzałem w dziesiątkę – Dżem wciąż jest po prostu wielki i miękko wylądował nawet po kolejnej tragedii – śmierci klawiszowca Pawła Bergera.

I jeszcze jeden przykład: Hey. Paradoksalnie, od odejścia pierwszego lidera, Piotra Banacha, gdy – wydawało się – dalsze losy zespołu stanęły pod wielkim znakiem zapytania, istotniejsza okazała się wolta stylistyczna, która dokonała się kilka lat później. Z rasowego, gdzieś na początku zanurzonego w grunge’u gitarowego zespołu Hey przeistoczył się w formację bardzo mocno opartą na brzmieniach elektronicznych. Ryzykując odwrócenie się fanów i utratę dotychczasowej pozycji.

Dżem, Hey i Myslovitz:

trzy wyjątkowo ważne w dziejach polskiego rocka zespoły. Pierwszy będzie niebawem świętował swoje trzydziestopięciolecie, dwa pozostałe mają już ponaddwudziestoletnią historię. Sporo bardzo ważnych dokonań – płyt i poszczególnych nagrań, które mocno zapisały się w głowach i sercach miłośników gitarowego grania między Odrą a Bugiem. Najwyższa półka na rodzimej scenie – tym trudniejsze więc i bardziej brzemienne w skutki decyzje, tym większe emocje fanów związane ze zmianami personalnymi czy – gdy mówimy o Heyu – stylistycznymi.

Myslovitz bez Rojka, Rojek bez Myslovitz – to stało się faktem dwa lata temu. Atmosfera w kapeli wyraźnie się oczyściła, bo jej duszna gęstość w ostatnim okresie funkcjonowania w poprzednim składzie była aż nadto odczuwalna. W 2013 roku światło ujrzała nowa płyta – [i]1.577[/i], a teraz Artur Rojek sygnalizuje swój powrót na scenę.

Myslovitz wystąpił wczoraj, 

półakustycznie, w Rialcie. 

W Katowicach, a więc właściwie na swoich śmieciach. Zespół dał długi, prawie dwuipółgodzinny koncert. W pierwszej godzinie zaprezentował materiał z albumu Korova Milky Bar, w drugiej części odegrał zawartość nowej płyty. Na długi bis złożyło się pięć piosenek z Miłości w czasach popkultury oraz Scenariusz dla moich sąsiadów. I?

Gdy słyszymy stare piosenki w nowych wykonaniach, porównania są nieuchronne, zderzenie tego, co pamiętamy, z tym, co słyszymy, odbywa się bezustannie, z utworu na utwór, z jednego wyśpiewywanego słowa na drugie. Rojek na żywo nigdy mnie nie zachwycał. Głos ma osobliwy, z pewnością nie taki, o którym powiedzielibyśmy: mocny, twardy, męski. Z trzymaniem linii melodycznej też miewał problemy. Ale – zwłaszcza dziś, po obejrzeniu w akcji nowego frontmana – nie mam wątpliwości, że był (jest) osobowością. Postacią wziętą z filmów Wernera Herzoga, takim

Nosferatu wampirem. 

Mimo niewielkiego wzrostu – demonicznym, charyzmatycznym, oszczędnym w komunikowaniu się z publicznością, ale potrafiącym skupić na sobie uwagę. Trzy występy starego Myslovitz, które dane mi było obejrzeć – w 2002 roku w Spodku, znakomity w 2005 roku na zakończenie pierwszego dnia festiwalu „Ku przestrodze” i bodaj w 2008 roku na Polach Marsowych pod Stadionem Śląskim miały w sobie sporo z tego, co zwykliśmy określać jako magię.

Wczoraj tej magii nie było. Ostrożny byłbym z mówieniem, że zespół bez Pana Artura to już tylko chłopcy z Mysłowic. Ale nie lubię takiego kumplowania się z widownią, nadmiaru wypowiedzianych, częstokroć zupełnie nieistotnych zdań. Jeśli koncert ma mieć coś z misterium, to tego rodzaju wypełniacze pomiędzy piosenkami zdecydowanie taki odbiór uniemożliwiają. 

Muzyka się jednak broni.

Świetne w wielu przypadkach utwory takimi przecież pozostają, a jest ich sporo zarówno Na Korovej, jak i na 1.577. Michał Kowalonek wyraźnie lepiej wpisywał się w nowy materiał. Czy tylko dlatego, że moje – i pewnie nie tylko moje – ucho było wolne od porównań? 

Ale nie przekonał mnie, że jest właściwym człowiekiem na właściwym miejscu. Czy nie jest nazbyt popowy, wręcz, jak powiedziała moja żona, boysbandowy? Na pewno, przynajmniej póki co, brak mu charyzmy – umiejętności bycia frotmanem z prawdziwego zdarzenia, który potrafi porwać słuchaczy, unieść w powietrze, zabrać ze sobą w podróż. Kowalonek jest bardzo młody, wiele jeszcze przed nim, może kiedyś tak się stanie. 

Pytanie tylko, czy zespół to udźwignie: czy jest w stanie ocalić zainteresowanie fanów przez kolejne lata. Czy bez Rojka, nawet proponując ciągle dobry, chwilami bardzo dobry materiał muzyczny, nadal będzie w stanie władać sercami i, co nie mniej ważne, portfelami słuchaczy? Wczoraj mogące pomieścić około czterysta osób Rialto było pełne. Więc?

(Myslovitz, Katowice, Rialto, 21 marca 2014)

Męskie Granie, Panowie i Panie!

Media kreują dziś wydarzenia. Próbują nam, raz po raz, to i owo, wmówić. Jak w “Familiadzie”, istotne jest nie to, co istotne, ale to, co się komu zdaje. Lubię Trójkę, lubię Piotra Stelmacha, bo to pasjonat znający się na rzeczy. Ale po zaliczeniu w sobotę pierwszy raz „Męskiego Grania” dobrze się zastanowię, zanim wybiorę się znowu.

[more]

Bo niby jest tak, że za siedemdziesiąt złotych można w jednym miejscu zobaczyć wielu wykonawców, w pięknych okolicznościach przyrody, z ceną za bilety powodującą, że lumperii wszelkiej maści nie uświadczysz, piwo dostaniesz w ładnej – mimo że plastikowej – szklance, zjesz coś jadalnego za niemasakryczne pieniądze. A jednak nie jest aż tak pięknie, jak nam opowiadają na antenie radiowej.

Może dlatego – teraz będę już mówił w swoim imieniu, tak zawsze bezpieczniej, że wielu tych wykonawców widziałem już wcześniej na żywo, że to, czego nie znałem – poza Tworzywem – zupełnie mnie nie przekonało, z dyrektorem Adamem Ostrowskim na czele. Może w tym szaleństwie jest metoda, by zderzyć ze sobą rocka i rap, elektronikę i muzykę fortepianową. Może stanowi to wartość dla tych, którzy na koncertach bywają od wielkiego święta. Dla mnie dawka siedmiogodzinna okazała się trudna do strawienia. Ale po kolei.

Zalefa, czyli Krzysztofa Zalewskiego, nie zobaczyłem. Kończył swój set, kiedy ja dopiero wchodziłem na teren Sztygarki.

Ballady i Romanse,

oglądane przed dziesięcioma miesiącami z elektroniczną perkusją, nie zrobiły na mnie dobrego wrażenia. W sobotę było zdecydowanie lepiej – sekcja jest bardzo mocną częścią zespołu. Wciąż jednak nie prowokuje mnie to do sięgnięcia po płyty sióstr Wrońskich.

Tworzywo,

czyli juniorzy Waglewscy, Fisz i Emade, wspomagani przez swojego kumpla z zespołu Kim Novak, Michała Sobolewskiego, i DJ Eproma, dali bardzo dobry koncert. Ładunek rockowej energii, świetne, inteligentne teksty – to zdecydowanie się broni.

Très b.

z Misią Furtak na „motylkowym” basie i wokalu to jeden z moich faworytów. Gitarowe granie z okolic najlepiej pojmowanego poprocka, bez fajerwerków, za to z solidnym warsztatem, zwykle dobrze sobie radzi z upływem czasu. Chcę wierzyć, że decyzja członków zespołu, by to właśnie w Polsce osiąść i tworzyć, okaże się słuszna. Wiele urody zaklętej jest w tych surowych zwykle dźwiękach i intrygującym głosie.

Maria Peszek

była pierwszą, która sprawiła, iż widownia pod sceną wyraźnie zgęstniała. Ostro, energetycznie, ze znakomicie słyszalnym wokalem – co ważne, bo teksty są tu zdecydowanie o czymś. Czyli jak zimą w katowickim Rialcie, tyle że za drugim razem nie zrobiło to na mnie aż takiego wrażenia. Doceniam, ale lubię umiarkowanie.

Kolejny set to pierwsze pomieszanie z poplątaniem. Zaczął

Leszek Możdżer.

Solo, na fortepianie – i było w tym wiele niewymuszonego, a bardzo kunsztownego piękna. Niestety, klimaty spod znaku Keitha Emersona lepiej sprawdzają się w sali koncertowej. Lutosławski i Rachmaninow dla wielu stanowili tło do przerwy na pogaduszki. A potem wyszedł

O.S.T.R.

I zrobiła się miazga.

Rozumiem, że osiemnasto- czy dwudziestoletni raper ma potrzebę publicznego wylania żalu do ojca, matki, szkoły czy całego świata i wykrzykuje ten sprzeciw w sposób niekoniecznie dobry literacko. Gdy jednak w podobną egzaltację wpada facet po trzydziestce, z wyższym wykształceniem muzycznym, i zaczyna opowiadać, że jego żona jest w ciąży, a on znów zapomniał paska i spodnie mu spadają (w tej kolejności, a logicznie byłoby na odwrót) to… Wszystko, a w każdym razie wiele wybaczę człowiekowi na scenie, jeśli strona artystyczna do mnie przemawia. Ostrowski może podoba się młodym ludziom, do mnie nie trafia zupełnie. Dziwnie się czuję, gdy ktoś ze sceny wpada w prorocze tony, a balansuje zaledwie na granicy grafomanii. To znaczy: dziwnie czułem się kiedyś, dziś już tylko uśmiecham z zażenowaniem.

O.S.T.R. przeszkadzał Możdżerowi oraz dwóm panom (bas i bębny) w graniu jazzu. Momentami całkiem już bez sensu, bo większości zgromadzonych słyszących jazz chyba nie trzeba mówić, że to jazz.

Smacznie zrobiło się potem, bo na scenie zainstalował się

Stanisław Sojka

z zespołem. Sposób śpiewania (na swój użytek nazwałem to artykulacją hiperpoprawną) Pana S. od około dwudziestu lat jest dla mnie nieznośny. No ale warsztatu, jeśli się go kiedyś posiadło, raczej się nie gubi. Bardzo to było stylowe, swingujące – najpierw własne, a później kompozycje Czesława Niemena, zagrane z gościnnym udziałem Tomasza Jaśkiewicza, gitarzysty Akwareli i Enigmatic. Dziwny jest ten świat, Jednego serca, Stoję w oknie oraz zaśpiewany wspólnie z Katarzyną Nosowską Sen o Warszawie sprawiły, że zrobiło się bardzo szlachetnie i nostalgicznie.

Wreszcie na scenie – nb. imponujących rozmiarów – pojawił się

Hey.

Po cichu liczyłem, że skoro następnego dnia w Jarocinie ma odegrać w całości debiutancką płytę, dosypie do pieca także tego wieczoru. Stało się jednak inaczej – czyli tak, jak zespół gra od kilku lat: bardziej miękko, z mocnymi klawiszami. Odmianę stanowiła sekcja dęta. Tyle że nie w stylu najlepszych Blood, Sweet and Tears czy Chicago, a raczej wzmacniająca linię melodyczną utworów. Głównie z dwóch ostatnich płyt, co oczywiste.

Niby wszystko O.K., ale w rocku – i w Heyu – najbardziej ukochałem gitary. I tęsknię za tym, by zobaczyć tę kapelę grającą jak za dawnych lat. Mocno elektroniczne brzmienia na płytach akceptuję, ale na żywo chciałbym usłyszeć też stare rzeczy w wersjach bliskich pierwowzoru, a tego Pani Kasia z kolegami od paru ładnych już lat nam skąpi.

Było już po 22.00 – i mogłem spokojnie iść do domu. Ale nie zwykłem opuszczać koncertów przed ich zakończeniem. I żałuję, bo muzycznie nie dostałem później nic, co by mnie poruszyło – więc tym bardziej poczułem się skatowany tym, co usłyszałem.

O.S.T.R.

kontynuował swoje przemyślenia o życiu. Raz po raz krzyczał też: „Podnieście w górę ręce!”. W pewnym momencie dodał nawet: „Pokażcie, ile macie palcy!”. Mam palcy dziesięciu, ale – dobrze wychowany – nie pokazałem mu nawet jednego, środkowego.

Trochę, mimo wszystko, szkoda – bo muzycznie nie było źle, obok scratchów mieliśmy naturalny bas i perkusję. Prawdziwe instrumenty bardziej do mnie przemawiają. Ale też nie są w stanie uratować całości. Cóż, Panie O.S.T.R., rzeczywistość skreczy.

Nawet gdy na scenie staje – jako gość – gwiazda sprzed lat,

Grażyna Łobaszewska,

śpiewając swój pierwszy wielki przebój, Gdybyś (wciąż robiący wrażenie), oraz jedną piosenkę z nowego albumu. Mimo wielkiej sympatii dla dokonań piosenkarki sprzed lat, trudno mi uwierzyć, że ta próba powrotu zakończy się sukcesem. Już na pewno nie z Ostrowskim biegającym dookoła niej z mikrofonem i wdzięczącym się jak pensjonarka.

Estetyka

2 Cresky,

kapeli reaktywowanej po latach specjalnie na Męskie Granie, jest mi z gruntu obca. Mocne, industrialne rytmy dobywane z komputerów, utwory, zamiast zwartej trzy – czterominutowej konstrukcji, trwały dwa razy dłużej, nużąc i męcząc. I niewiele pomogła dobra gitara.

Całkiem na koniec, tuż przed północą, wystąpili Państwo Dyrektorostwo, a ściślej skład powołany specjalnie na MG, a dowodzony przez

Andrzeja Smolika.

Więc znów rytmy niespecjalnie mi bliskie, jakiś cover Kraftwerku, po tylu godzinach grania dostać kolejną porcję elektroniki było ponad moje siły. Jutro jest dziś zabrzmiało, gdy opuszczałem już chorzowską Sztygarkę.

Ktoś powie, że to nie dla mnie takie spędy. Może i tak. Ale nastolatków wcale nie było za wiele, wśród publiczności dominowali raczej trzydziestolatkowie. Być może to sprawiło, że jakiejś szczególnie gorącej atmosfery nie było. Może także nie bez znaczenia był fakt, iż impreza, choć bardzo sprawnie przebiegająca, trwała jednak wiele godzin i siły powoli opuszczały nie tylko ludzi po pięćdziesiątce.

Powiem jeszcze, że trudniej jest zaskoczyć i zadowolić wytrwałych i aktywnych konsumentów muzyki, a do tych chyba mogę się zaliczyć. Na dawkę w rozmiarze XXL prędko się jednak nie zdecyduję. Bo to trochę jak bieganie w wielkim, szacownym muzeum od jednego obrazu do drugiego. Na coś należy się zdecydować, z czegoś zrezygnować, by – w ten sposób – zabrać ze sobą do domu więcej. I by starczyło na dłużej. Ostatecznie postąpiłem jednak według zasady: lepiej zgrzeszyć – zostać do końca – i żałować, niż żałować, że się nie zgrzeszyło – czyli wyszło przed końcem i coś istotnego przegapiło.

Jego Wysokość – Hey, Do rycerzy, do szlachty, doo mieszczan, 2012

„Zanim mnie połkniesz, skosztuj” – słyszę głos z królewskich żup Wieliczki, utworu otwierającego album. No właśnie, pisanie muzycznego bloga wytwarza we mnie wewnętrzny imperatyw, by w miarę szybko reagować przynajmniej na największe wydarzenia, a do nich zaliczyć należy pojawienie się w sprzedaży nowej płyty Heya. To nieproste: połykanie na szybko zamiast powolnego smakowania, wsłuchiwania się w poszczególne utwory. Nie lubię tego, ale spróbuję. Zastrzegając sobie prawo do przesunięcia akcentów gdzieś w przyszłości.

[more]

Czy moja miłość do zespołu jest bezwarunkowa, tego nie wiem, chyba nie, trochę za wiele wiosen już za mną. Ale póki co jest tak, że zarówno Miłość! Uwaga! Ratunku! Pomocy!, jak i teraz jej młodsza siostra Do rycerzy… wchodzi mi do głowy od pierwszego słuchania. Dziś jest już łatwiej, już nie ma zaskoczenia, że w tej muzyce jest znacznie mniej niż kiedyś gitar. Jednak

wartość artystyczna nowych piosenek

wydaje się bezdyskusyjna.

Otrzymaliśmy krążek stworzony przez ludzi absolutnie pewnych tego, co i jak chcą robić – i jest to pewność dobrze pojęta z racji wieku, stażu na scenie oraz, przede wszystkim, skali talentu. Hey od wielu już lat jawi mi się jako zespół w historii polskiego rocka najwybitniejszy: tyle lat działalności, po drodze istotna zmiana personalna, teraz znaczna przemiana stylistyczna, a ciągle mamy do czynienia z muzyką przez duże „M”. To wcześniej nikomu się nie udało. Fenomen ten jest jeszcze bardziej zadziwiający, gdy uświadomimy sobie, że dotyczy grupy, która zaczęła pisać swoją historię dopiero w ponad trzydzieści lat od początków szarpidructwa nad Wisłą.

Oczywiście, w parę dni od premiery, po dość intensywnym wsłuchiwaniu się w te piosenki mam swoje pierwsze typy. Mam też nieodparte wrażenie, że kiedyś, w nie bardzo odległej przyszłości, dane nam będzie usłyszeć je w gitarowych, i to ostro gitarowych, wykonaniach. Wersje studyjne są mocno nasączone elektroniką, ale – co najistotniejsze – to ciągle rokendrol. Jest w tej muzyce puls i swing. Są – chciałoby się powiedzieć, że jak zwykle – świetne teksty.

Nie mam żadnych wątpliwości,

kto jest pierwszą damą

w rodzimym szołbiznesie. Panią Marylę zostawmy w spokoju, z konkurentek myślę o Martynie Jakubowicz i Edycie Bartosiewicz. Pierwsza od lat konsekwentnie robi swoje, ale to jednak nieco inna miara, druga wystartowała z takiego pułapu, że potem nie była w stanie się na nim utrzymać – i dziś chyba woli milczeć niż wydać kolejną taką sobie płytę. A Nosowska jest jak wino – im starsza, tym lepsza. Jej udział w tworzeniu materiału na nowy album jest zdecydowanie największy – jest współtwórczynią wszystkich kompozycji i autorką niemal wszystkich tekstów (dziesięciu spośród jedenastu).

Niemal, bo na koniec płyty mamy Z przyczyn technicznych, świetny kawałek skomponowany i zaśpiewany do spółki z Gabą Kulką. Duety Nosowskiej to też coś, co należy odnotować, co kiedyś może zebrane będzie na oddzielnej płycie. Ich lista robi się coraz dłuższa, z tych damsko-damskich pamiętamy Moją i twoją nadzieję ze wspomnianą już Bartosiewicz, potem była m.in. znakomita Kochana z Renatą Przemyk czy na Unplugged wspólny występ z Agnieszką Chylińską.

Tak na świeżo, jeśli wskazywać miałbym utwory szczególnie zwracające moją uwagę, odnotowuję walczyk …że się Kupidyn tobą interesuje, Podobno i Wilk vs. kot (klawisze trochę jak w Jump Van Halen) – znakomite numery w starym Heyowym stylu. Tu urywam, będąc przekonany, że

piszę o najlepszej płycie rockowej,

a bez stylistycznych podziałów z pewnością o jednej z najlepszych płyt 2012 roku.

Warto wspomnieć o ślicznym pudełku, w jakie zapakowana jest płyta. Widać na nim członków zespołu (tym razem aż w sekstecie) uwiecznionych na „klasowym” zdjęciu w sali gimnastycznej, a po zajrzeniu do środka odkrywamy jeszcze pomoc szkolną w postaci ołówka z nadrukowaną nazwą grupy.

Na koniec nuta niepokoju. Bardzo jestem ciekaw koncertowego oblicza Heya. Bo w tym przypadku życzyłbym sobie, by było inaczej niż po poprzednim albumie, kiedy stare kawałki zostały tak dobrane i – często – przearanżowane – by klawiszowiec też miał co robić. Wolałbym, aby na żywo znane od lat utwory pojawiły się w klasycznych, gitarowych aranżacjach. Ale, coś mi się zdaje, że będzie inaczej, że to jeszcze nie ten moment. Zobaczymy.


Kołysanki dla dorosłych – Muchy, Chcecicospowiedziec, 2012

Ach, te trzecie płyty! Jak mówi stara anegdota, na pierwszą trafiają najlepsze kompozycje z całego, czasem wieloletniego dorobku grupy. Na drugą – to, co nie zmieściło się na pierwszej oraz parę szybko napisanych kawałków. I… Albo talentu starcza, by komponować i nagrywać dalej, albo talent rozkwita, albo chowamy instrumenty do pokrowców i idziemy szukać innej roboty.

[more]

Poznańskie Muchy, w pięć lat po swym debiucie fonograficznym, serwują trzecią płytę. Jedna z największych nadziei polskiego rocka ostatnich lat udowadnia, że warto na nią stawiać. Zespół rozwija się znakomicie, co potwierdza

nową porcją świetnej muzyki,

a jednocześnie sygnalizuje, że wciąż poszukuje i że najlepsze jeszcze przed nim. Oby, z całego serca życzę chłopakom, by poszli w ślady Heya czy Myslowitz. Bo gdy czytam o zmianach personalnych, to nic w nich szczególnie dziwnego, są immanentną cechą wszelkiej działalności ludzkiej, a nie tylko funkcjonowania kapeli rockowej. Natomiast przykro jest dowiadywać się, że

zespół tak dobrze rockujący i rokujący

miał dwanaście miesięcy temu problemy ze znalezieniem wydawcy.

Muchy swoim graniem dodają też otuchy tym, którzy – jak ja czasami – zaczynają wątpić, że bliski mainstreamu, lżejszy, gitarowy rock  jest jeszcze w stanie coś światu zaproponować. Bądźmy ostrożni z mówieniem o czymś nowym, naprawdę wystarczy, jeśli powieje dobrą energią i świeżością.

Korzeni muzyki poznaniaków upatrywać należy w latach 80. Brzmieniowo skojarzenia mamy z The Smiths i gitarą Johny’ego Marra (choć znacznie mocniejsze na wcześniejszych albumach), natomiast za sprawą niebanalnych tekstów, głosu Michała Wiraszki, pomysłów aranżacyjnych – kłania się Republika, a klawisze na tym krążku mogą kojarzyć się ze Smashing Pumpkins czy wspomnianym już Heyem (dzięki producenckim dłoniom Marcina Borsa). Ale dość szukania tropów, bo kompozycje kapeli nie pozwalają się jednoznacznie zdefiniować, są zdecydowanie autonomiczną propozycją.

To nie jest granie, które wpada w ucho od pierwszego słuchania. Ono domaga się oderwania od innych czynności dnia codziennego, poświęcenia uwagi zarówno tekstom, jak i warstwie muzycznej.

Trudno zakochać się od pierwszego wejrzenia,

za to jeśli coś za piątym – siódmym razem wejdzie mocno do głowy, już z niej nie wyjdzie. Zapewniam, że warto dać tym piosenkom szansę – Muchy to jedno z najciekawszych zjawisk na rodzimej scenie rockowej.

Płyta wciąż jest dla mnie zbyt nowa, bym bez ryzyka miał  wskazywać na niej faworytów. Z radia znamy świetne Zamarzam i Nieprzeszkadzajmibotańczę. Dziś zwracają moją uwagę Poznań i Anisłowa (przejmujące wersy: ani słowa o miłości i o tego typu sprawach w kołysankach dla dorosłych). I jeszcze… Płyta trwa niespełna trzydzieści osiem minut, ale nie ma na niej słabych momentów.