Grzegorz Turnau: Pan od muzyki misternie tkanej

turnau_7_widokw

Nie było żadnego pójścia na łatwiznę, dopuszczenia do tego, by orkiestra wypełniła każdą sekundę każdej piosenki. Unisono i kameralności nie zabrakło. Czasem odbywaliśmy podróż w czasie, w muzykę z minionych wieków, a czasem akcenty przesuwały się w stronę jazzu.

[more]

*

Tamta epoka

Świat pędzi jak oszalały do przodu, zewsząd atakowani jesteśmy bardziej lub – najczęściej – mniej istotnymi informacjami. Tzw. rynek muzyczny zachowuje się nie mniej agresywnie, napastując nasze oczy i uszy dźwiękami gwałtownymi, wyprodukowanymi, spreparowanymi w takich czy innych studiach nagraniowych, spakowanych i przeznaczonych do natychmiastowej, jednorazowej konsumpcji. Zwykle z niekonieczną jakąkolwiek refleksją.

Jak dobrze więc, że są wokół nas ludzie, których talent wykracza daleko poza miarę jednego sezonu, zaś ich temperament sprawia, iż słuchacz chętnie ulega i poddaje się zupełnie innemu odmierzaniu czasu. Zwalniamy – wbrew wszystkiemu wokół – i dobrze nam z tym.

Korzkiew jest wszędzie, wszystko jest Korzkiew

Grzegorz Turnau wygrał festiwal piosenki studenckiej jeszcze jako licealista. Z biegiem lat mógł przepaść bez wieści. Lub utknąć w niebezpiecznej szczelinie nurtu studencko-poetyckiego, stać się jeszcze jednym bardem  wykrzykującym do mikrofonu gniewne frazy albo cierpiącym za miliony. Mógł też podryfować w kierunku opolsko-sopockim, stać się artystą telewizyjnym, za to niekoniecznie sprzedającym swoje, z rzadka wydawane, przeciętne płyty i konfekcyjne koncerty adresowane do bliżej niesprecyzowanej publiczności.

Jego talent to jednak zupełnie inna skala. Od trzydziestu już lat tworzy rzeczy osobne, znaczące, wybitne, a za ich patrona, co wciąż powtarza, ma Marka Grechutę. Którego – to już moja opinia – jakiś czas temu przerósł.

Ledwie chwila, ledwie – krok

Przed ponad rokiem zachwycałem się ostatnią płytą GT – 7 widoków w drodze do Krakowa. Ten materiał, nagrany z udziałem Śląskiej Orkiestry Kameralnej pod dyrekcją Michała Nesterowicza, zrodził z kolei pomysł zorganizowania serii koncertów z udziałem właśnie takich orkiestr. Przedsięwzięcie to już inne, trudniejsze niż zebranie stałego, kilkuosobowego zespołu towarzyszącego i ruszenie w trasę po kraju. 

Miejsc, w których możliwe jest ustawienie kilkudziesięciu wykonawców na scenie, w Polsce nie brakuje – to banał. Ale są wśród nich zupełnie nowe, powstałe z wielkim rozmachem architektonicznym z jednej, a z dbałością o jak najlepszą akustykę z drugiej strony. Zamysł koncertu w dużej sali katowickiego NOSPR-u jest więc oczywisty.

To twoich palców ciepło wciąż na tych klawiszach

Jeśli ogląda się artystę w akcji któryś już raz, trudniej o odnalezienie w sobie emocji największych, tych, które zwykle towarzyszą odbiorowi pierwszego oglądanego występu, zwłaszcza gdy czekało się na niego długie lata. Co w niczym nie zmienia faktu, iż obecność, rozbrzmiewanie muzyki popularnej – tej najtrudniejszej, najszlachetniejszej, najbardziej wysublimowanej, ale popularnej – w takim miejscu jest nadal i pewnie długo jeszcze pozostanie czymś niecodziennym. Lecz jak najbardziej uzasadnionym – z racji zamysłu artystycznego, koncepcji całego ostatniego albumu oraz sposobu jego realizacji. I dostarczającym szczególnych wrażeń.

W sobotni wieczór, obok gwiazdy wieczoru, na scenie znaleźli się muzycy tyskiej orkiestry kameralnej Aukso Marka Mosia, no i oczywiście zespół towarzyszący: Dorota Miśkiewicz, Mariusz Pędziałek, Robert Kubiszyn, Cezary Konrad oraz Robert Majewski.

Bo to przecież nasz dom jest i opowieść o nas

Oboista M. Pędziałek to poniekąd sprawca całego tego zamieszania. Przystępując do remontu swojego krakowskiego mieszkania, odkrył na ścianach freski. Zachował się wobec tego odkrycia jak pokorny artysta i wrażliwy człowiek, a nie jak mieszczuch, który pewnie szybko by je zamalował i pozbył się kłopotu związanego z wizytami konserwatora zabytków. 

I w ten sposób na światło dzienne zostały wydobyte malowidła datowane na 1830-35 rok, stając się inspiracją do powstania całego cyklu pieśni. Turnau, jak sam opowiedział pomiędzy utworami, ubłagał Bronisława Maja o napisanie – przepięknych – tekstów. Tych tekstów, jak i muzyki mogliśmy posłuchać, a fotografie odrestaurowanych fresków oglądaliśmy na ekranie zawieszonym nad sceną. Okazało się także, że Pan Mariusz jest dzisiejszym jubilatem, obchodzi sześćdziesiąte urodziny. Nie obyło się więc bez dowcipnych, uroczych życzeń dla niego.

Bo życie krótkie, sztuka zaś długa

Koncert był dwuczęściowy. Nie przepadam za taką formułą, jestem zdania, iż rozbija ona dramaturgię koncertu. W tym konkretnym przypadku nietrudno jednak znaleźć wytłumaczenie takiej decyzji. Na część pierwszą złożyły się utwory z 7 widoków, zaś drugą stanowiły pieśni z wcześniejszych albumów. Ale bynajmniej nie był to zestaw największych przebojów – to byłoby zbyt łatwe, nie w stylu GT.

Orkiestra na żywo zabrzmiała mocniej, donośniej niż na płycie. Ale przepiękne miejsce koncertu aż prosiło się o to, by dźwięków allegro było więcej, by wypełnić muzyką przestrzeń sali. Tu jednak należy się kolejny wielki ukłon w stronę Pana Grzegorza i pozostałych grających. Nie było żadnego pójścia na łatwiznę, dopuszczenia do tego, by orkiestra wypełniła każdą sekundę każdej piosenki. Unisono i kameralności nie zabrakło – gdy miało być ciszej i liryczniej, oszczędnie w środkach wyrazu – tak było. Czasem odbywaliśmy podróż w czasie, w muzykę z minionych wieków, gdy na plan pierwszy wydobywał się obój wsparty pełnym brzmieniem smyków. A czasem akcenty przesuwały się w stronę jazzu – za sprawą trąbki Roberta Majewskiego i swingującej sekcji. Przy artystach tej miary, okazuje się, niepotrzebne są obawy o pomieszanie stylistyk, o karykaturalny efekt całości (jaki często dają koncerty kapel rockowych z orkiestrą symfoniczną). 

A nas – kto śni?

Jak widać, da się. Na początku dwudziestego pierwszego stulecia iść pod prąd chwilowym modom i proponować coś, co stanowi trwałą wartość, co jest z nami już długo i zostanie na kolejne lata. Co przeczy temu, że nie ma już dziś miejsca na melodię, na rozwiązania harmoniczne sprzed stuleci. Na mądry, literacki tekst – na wiersze Horacego i Maja, Sarbiewskiego i Herberta czy Baczyńskiego i Lipskiej. Na ukłony w stronę mistrzów polskiej piosenki dwudziestego wieku – Grechuty, Przybory i Wasowskiego. 

Może nie wszystko jeszcze stracone. Następcy co prawda nie widać, ale Grzegorz Turnau skończy w tym roku dopiero czterdzieści dziewięć lat. Więc – życzmy artyście i sobie – jeszcze dużo jego muzyki przed nami.

(Grzegorz Turnau, Orkiestra Aukso, NOSPR, Katowice, 20 lutego 2016)

W NaTemat: 21 lutego 2016]

Grzegorz Turnau w kolejnej drodze do Krakowa

gt_7

Skala talentu artysty zadziwia. Lata biegną, a jego umiejętność wymyślania fantastycznych piosenek wydaje się – niczym u McCartneya – bez granic. W ten sposób konsumujemy to ciastko – i ku swej radości wciąż możemy je mieć, a każdy kęs powoduje zachwyt nad szlachetnością nut i wykonania.

[more]

*

Muzyczny ród Miśkiewiczów stanowi łącznik między albumami, przy których w ostatnich dniach zatrzymałem się na dłużej. W trio Marcina Wasilewskiego na perkusji gra Michał Miśkiewicz, zaś jego siostra Dorota – nie pierwszy raz zresztą – pojawia się w nowych nagraniach Grzegorza Turnaua – kompozytora, aranżera i producenta całości, a także autora tekstu jednej z pieśni. 

Ale 7 widoków w drodze do Krakowa jest też, jak nigdy dotąd w takich rozmiarach, dziełem 

oboisty Mariusza Pędziałka. 

To on właśnie wraz ze swoją żoną odkrył  dziewiętnastowieczne dekoracyjne malowidła ścienne w czasie remontu jednej z krakowskich kamienic. Malowidła, które stały się inspiracją do powstania całego krążka. A na nim instrument Pędziałka, w kilku utworach wyeksponowany na tle orkiestry kameralnej, brzmi wyjątkowo.*

*

Jakieś dziesięć-dwanaście lat temu, kiedy moi synowie pobierali przez pewien czas lekcje muzyki – w rozmowie z ich młodym nauczycielem powiedziałem:- Z całego polskiego rocka najlepszy jest Grzegorz Turnau.

Pośmialiśmy się wtedy trochę, a dziś – słuchając nowej płyty Pana Grzegorza – mógłbym tylko to zdanie powtórzyć. Oczywiście, z rockiem GT ma niewiele wspólnego, co zupełnie nie przeszkadza wielu miłośnikom gitar elektrycznych wsłuchiwać się w jego kolejne propozycje. Zwłaszcza że ci o nieco bardziej zaawansowanych peselach począwszy od płyty Tutaj jestem wyraźnie mogą w jego twórczości dosłuchać się tropów z okolic tria Emerson, Lake & Palmer: uwodzicielsko głębokich wokali w stylu Grega Lake’a oraz harmonicznych i aranżacyjnych 

rozwiązań nieodległych od klasycznych,

a tymi chętnie posługiwał się w swych kompozycjach Keith Emerson.

Nowe utwory Turnaua znów mocniej budzą te skojarzenia, a to z racji zatrudnienia, obok stałego zespołu towarzyszącego liderowi, Śląskiej Orkiestry Kameralnej pod dyrekcją Michała Nesterowicza. Zrobiło się więc nobliwiej, wręcz filharmonicznie, chwilami pachnie Vivaldim i jego koncertami z obojem w roli głównej. Jednakże piosenki są krótkie lub bardzo krótkie – i ta czasowa kondensacja sprawia, że mniej chętnie nastawieni do takich dźwięków nie powinni czuć się osaczeni czy zmęczeni. Piękno w najczystszej postaci po prostu płynie ku nam w każdej sekundzie.

 

Skala talentu artysty zadziwia. Lata biegną, a jego umiejętność wymyślania fantastycznych piosenek wydaje się – niczym u McCartneya – bez granic. W ten sposób konsumujemy to ciastko – i ku swej radości wciąż możemy je mieć, a każdy kęs powoduje zachwyt nad szlachetnością nut i wykonania. Na nowej płycie 

jedziemy do Krakowa

i dojechać nie możemy, krążąc po Czernej, Tyńcu, Krzeszowicach czy Tenczynie. I w zasadzie gród Kraka tym razem możemy sobie darować, bo okolice, po których oprowadza nas Turnau, są niepospolitej zaiste urody.

Na koniec jeszcze jedno – wspominałem o tym już nieraz, ale powtórzę: krótkie płyty, zwłaszcza jeśli bardzo udane, mają tę dodatkową przewagę, że nie sposób się nimi nasycić. Czterdzieści sześć minut z 7 widokami upływa jak z bicza strzelił, głośniki milkną, a ja myślę sobie „To już, koniec?”. I natychmiast mam ochotę ponownie wcisnąć „play”.

(Grzegorz Turnau, 7 widoków w drodze do Krakowa, 2014)

_____

* Wszystko, co piękne pochodzi akurat z albumu To tu, to tam, za to  klip zgrabnie wpisuje się w klimat najnowszego dzieła.

[W NaTemat: 7 grudnia 2014]

Ubieranie choinki 2011, Republikanie i Turnaulandia

Cztery dni temu minęła dziesiąta rocznica śmierci Grzegorza Ciechowskiego. Wspominano wielokrotnie, jak Markowi Niedźwieckiemu przyszło na antenie Trójki podać tę okropną wiadomość. To był ogromny szok. Umieranie w wieku czterdziestu czterech lat jest zdecydowanie przedwczesne, a tu w dodatku chodziło o osobę ze świata kultury, powszechnie znaną, cenioną, o bardzo inteligentnego człowieka, niezwykle zdolnego kompozytora. I to tuż przed świętami.

[more]

W 2001 roku

zmarł mój ojciec, w marcu. Zmarł także Stanisław Zybowski, prywatnie mąż Urszuli. Świetny, niespełniony, niewykorzystany odpowiednio rockowy gitarzysta. Facet, o którym Ciechowski powiedział swego czasu, że był jedynym, który po wyjeździe z Polski „Samby” Otrębskiego (nagrywali razem Tak, tak) był w stanie w krótkim czasie wyuczyć się materiału, który grany był potem podczas trasy koncertowej. Byłem w 1988 roku, widziałem. Pełny „Spodek”, cały zespół w rewelacyjnej formie, Ciechowski u szczytu swych twórczych sił – miał wtedy trzydzieści jeden lat.

Nigdy nie byłem zwariowanym fanem Republiki, uważam, że miała lepsze i gorsze momenty, ale to wszystko są rozważania i oceny artystyczne dotyczące poziomu dla większości muzyków – i to nie tylko w granicach Polski – niedostępnego. Dlatego 22 grudnia miałem pretekst, by kupić wreszcie Nowe sytuacje na CD (muzyka i okładka wciąż robią wrażenie). I by tego dnia, przy ustawianiu choinki, wrzucić do szufladki odtwarzacza kilka płyt tej grupy.

*

A na odmianę, po secie Republiki, puściłem sobie świątecznego Turnaua. I przyszło mi do głowy, że gdyby Ciechowski żył – tych

dwóch Panów Grzegorzów,

dwóch pianistów i kompozytorów, może zeszłoby się ze sobą na scenie. Dwa światy (ale czy Robert Fripp, lider King Crimson, tak inspirujący dla G. C., i Keith Emerson, który mocno pobrzmiewa w wielu utworach G. T., są aż tak daleko od siebie?), dwie estetyki – to byłoby ciekawe. Nawet dwie dykcje – nienaganna Turnaua i kiepska Ciechowskiego – takie zderzenie to dla niejednego odbiorcy muzyki w Polsce byłoby coś. Niemożliwe?

Dziś taki kwartet: Grzegorz T. śpiewający kawałki Republiki, a razem z nim na scenie Krzywański, Biolik i Ciesielski – mógłby stworzyć jakość, która nam tu na ziemi i Obywatelowi G.C. w niebie chyba bardzo by się spodobała. Grzegorz Turnau bardzo twórczo podszedł już do piosenek Starszych Panów (znakomita Cafe Sułtan) i Marka Grechuty. Sądzę, że piosenki Ciechowskiego także potraktowałby, w odróżnieniu od kilku innych interpretatorów, w zupełnie nowy sposób.

I – mam wrażenie, że czterech inteligentnych facetów nie miałoby problemów z dogadaniem się. Tak więc – kawałki Republiki w aranżacjach Turnaua. Panowie, proszę do sali prób!

(pisane 26 grudnia 2011)



Sowie śpiewam a ludziom – Grzegorz Turnau, Teatr Rozrywki, Chorzów, 10 grudnia 2012

Po tym koncercie nie mam wątpliwości, że Grzegorz Turnau powinien nagrać jeszcze jedną płytę koncertową – unplugged. Właśnie taką, kameralną, z piosenkami rozpisanymi na głos, fortepian i akustyczną gitarę Jacka Królika. Uroda tych utworów jest tak wielka, że przy znakomitym warsztacie wykonawczym wystarczy ascetyczna – choć tylko z pozoru prosta – aranżacja.

[more]

Turnau w moim prywatnym rankingu już dobrych parę lat temu przebił Marka Grechutę – wieloletnią obecnością na scenie i kolejnymi płytami wciąż wysokiej próby. To naprawdę dane jest tylko najlepszym – Pan Grzegorz, bez względu, czy gra swoje, czy sięga po cudze kompozycje, czyni z nich

coś bardzo własnego.

Czasem, śmiem sądzić, lepszego od oryginału. (Pierwszy raz to wrażenie dopadło mnie kiedyś w czasie festiwalu piosenki w Opolu, gdy Stanisław Sojka wykonał Jana Serce Seweryna Krajewskiego – i z plastikowo zaaranżowanego kawałka wydobył całą jego urodę. Podobnie Turnau – gdy zaśpiewał Bynajmniej Wojciecha Młynarskiego, zrobił to, jak zawsze, stylowo i po stokroć lepiej wokalnie).

Koncert zaczął się od Herbertowskiej Czułości – i od razu zostaliśmy wprowadzeni w liryczny klimat całego występu. Usłyszeliśmy piosenki starsze i nowsze, a wszystkie zabrzmiały znakomicie. Parę ładnych lat temu w tym samym miejscu artysta ogrywał materiał z przygotowywanej do wydania płyty Tutaj jestem. Raz po raz spoglądaliśmy wtedy z bratem na siebie oczarowani i zdumieni. Ileż w tej muzyce klimatów Emersonowskich! Nie wiem, na ile świadoma to inspiracja, w sumie nie jest to istotne. Jednak, dodam od razu, inspiracja w najlepszym tego słowa rozumieniu. A że na dodatek, w dolnych rejestrach, głos lidera przypominał wokal Grega Lake’a, robiło się ciepło na sercu. I tak jest już do dzisiaj.

Prócz autorskiego materiału, Turnau sięgnął po Grechutę, w Historii pewnej podróży wspaniale parodiując swojego mistrza. To samo uczynił jeszcze na koniec, udatnie podrabiając Karpiela Bułeckę w Na plażach Zanzibaru.

Sięgnął też po

klasykę anglosaską

Jealous Guy Lennona, we fragmencie zaśpiewaną w oryginale, a w części w swym młodzieńczym „przekładzie”, z czego śmiał się sam wykonawca, a my razem z nim. Nieco później Bracka przeszła w Scarborough Fair Simona i Garfunkela, w którą artysta wplótł z kolei fragmencik piosenki z serialu „Stawiam na Tolka Banana” (Stare miał dżinsy, starą koszulę). Nie mogło też zabraknąć Starszych Panów (m.in. O Kutno!) i obok nich Billy’ego Joela (She’s Always The Woman będącego coverem piosenki Wasowskiego i Przybory – tak, tak! – Moja dziewuszka nie ma serduszka, też zresztą wykonanej). Na bis jeszcze raz Grechuta – Motorek – oraz, przedświątecznie, Wigilijna Święta Noc.

Sto minut wybornego grania okraszonego uroczą, lekką i dowcipną konferansjerką to naprawdę wspaniały pierwszy wieczór tygodnia. Żadnego taniego efekciarstwa, kunsztowna gra Jacka Królika i fortepianowe pasaże gwiazdy wieczoru służyły – jak zawsze – muzyce.

Koncert miał w nazwie

„piosenki sowie”,

co – jak wyjaśnił Pan Grzegorz – wzięło się kiedyś z banalnej literówki. Sowa, słusznie czy nie, jest symbolem mądrości. A piosenki, które ma w repertuarze artysta, zawsze skłaniały do refleksji i zadumy, bo są po prostu mądre. I bardzo szlachetnie wykonywane – tak na płytach, jak i na koncertach. Grzegorz Turnau gra i śpiewa nie sobie a muzom, lecz subtelnie, inteligentnie i z poczuciem humoru – czyli sowie. Gra nam, ludziom, tym wszystkim, którzy chcą go słuchać. A warto.