Urodziłem się, by grać na gitarze

guy_born

Jeśli dwudziestolatek oświadcza, że rythm & blues jest tym, co chce grać, że urodził się, by grać na gitarze, spotykają go albo pełne wyższości, ironiczne spojrzenia, albo dobrotliwe, ojcowskie uśmiechy kwitujące młodzieńcze deklaracje: „Pożyjemy, zobaczymy”. Jeśli podobne rzeczy mówi stary człowiek, który wiele już przeżył, a przede wszystkim o którym świadczą jego dokonania, kłaniamy się mu nisko, pełni szacunku i uznania.

[more]

Buddy Guy, wysoko ceniony przez branżę, przez gitarowych następców w osobach m.in. Hendriksa, Claptona czy Rolling Stones, długo czekał na należne mu, 

powszechne uznanie.

Doczekał go dopiero po pięćdziesiątce, w latach 90. (pewnie też dlatego zabrakło dla niego miejsca w pierwszym wydaniu „Rock Encyklopedii” Wiesława Weissa z 1991 roku). Już pod koniec lat 50. stosował na koncertach sprzężenia, ale Leonard Chess, szef Chess Records, nie godził się na nagrania studyjne z wykorzystaniem tego efektu. Jak wielki był to błąd, okazało się parę lat później, gdy podobną technikę zastosowali wspomniani Jimi Hendrix, dla którego Guy był wielkim mistrzem, i Eric Clapton w barwach The Cream.

W tamtym czasie, na przełomie lat 50. i 60., Guy zetknął się z największymi: Muddym Watersem, Williem Dixonem, Howlin’ Wolfem. Zwłaszcza ten pierwszy, pionier elektrycznego bluesa, wywarł na młodego muzyka olbrzymi wpływ. Dziś, po wielu latach, gdy nie ma już ani Watersa, ani Dixona czy Johna Lee Hookera, a w maju zmarł B.B. King (1925-2015) –

bluesowy tron

został zajęty przez dziadka Buddy’ego. Gitarzysta i wokalista 30 lipca skończył siedemdziesiąt dziewięć lat, więc przejęcie korony dokonało się po cichu, spokojnie i z pokorą oraz wielkim szacunkiem dla mistrzów. Krzepy i pomysłów mógłby mu pozazdrościć niejeden młodziak. Wciąż regularnie, co rok – dwa lata proponuje nowy materiał. W 2013 wydał znakomity Rythm & Blues, a w sierpniu bieżącego roku ukazał się nieustępujący mu Born To Play Guitar. (W nieskomplikowanym tytułowaniu kolejnych albumów jest sobie wierny od początku, weźmy ich tylko parę, tych sprzed lat: A Man And The Blues, Blues Today czy Play The Blues). Guy do nagrania płyty zaprosił kilku

dobrych znajomych,

na przykład z Van Morrissonem złożyli wspólnie hołd B.B. Kingowi w przepięknej, bodaj najlepszej na płycie piosence Flesh & Bone. Album kończy się jeszcze jednym wspomnieniem: Come Back Muddy. Muddy Waters zmarł w 1983 roku, ale – widać – wiekowy dziś Guy coraz częściej kieruje swe myśli ku wspaniałym poprzednikom, którzy przeszli już na drugą stronę. Tęsknie śpiewa:

Come back Muddy, the blues ain’t been the same.

Jednakże oprócz bluesów molowych, spokojniejszych, BG – jak na prekursora sprzężeń zwrotnych przystało – raz po raz dosypuje do pieca. Czyni to albo wespół z innym kumplem, Billym Gibbonsem (ZZ Top) w numerze Wear You Out, albo w „podstawowym” składzie na tym krążku – choćby w Whiskey, Beer & Wine czy wyjątkowo mi podchodzącym, stylowym 

Turn Me Wild.

Wiele razy już zdradzałem wielką słabość do mocnych, gitarowych pieśni utrzymanych w średnim tempie – mają takie w repertuarze na przykład Rolling Stones czy Pearl Jam. Ma też nasz Dżem – i jak się wsłuchać w Turn Me Wild, to trudno nie dostrzec… podobieństw do Detoksu. Równie znakomicie brzmi inny energetyczny numer – Smarter Than I Was. Przypuszczam, że refleksja typu „Ile mi jeszcze zostało?” u osoby dobiegającej osiemdziesiątki pojawia się nieco częściej niż u dwudziestolatka. Witalność Buddy’ego Guya i, co nie mniej istotne, dyspozycja artystyczna godne są najwyższego uznania. Król wciąż jest w bardzo wysokiej formie. A w otwierającym płytę, tytułowym utworze śpiewa:

I’m gonna keep on playing And on my dying day

A polka-dot guitar will be resting on my grave.

[W Natemat: 13 października 2915]

Patrząc wstecz i tęskniąc za Jenny

mayall_jenny

Wiele lat temu w Trójkowym „Bielszym odcieniu bluesa” panowie Mann i Chojnacki kończąc prezentację nagrań Johna Mayalla, zaproponowali słuchaczom stworzenie listy dziesięciu najlepszych utworów artysty. Ku chyba nie tylko ich zaskoczeniu na samym szczycie zestawienia pojawiła się „Jenny”.

[more]

Na krążku Looking Back (1969), siódmym w dorobku Mayalla, ojca i mistrza brytyjskiego bluesa, zebrała się cała plejada znakomitych muzyków, w sporej mierze jego wychowanków: między innymi Eric Clapton i Jack Bruce (obaj Cream), Mick Taylor (Rolling Stones), bębniący z wieloma bardzo i trochę mniej znaczącymi Aynsley Dunbar, basista John McVie, perkusista Mick Fleetwood i Peter Green. Trzej ostatni wymienieni to podpory pierwszego, nie tylko dla mnie najlepszego wcielenia Fleetwood Mac.

O wielkiej urodzie ballady, której autorem jest sam Mayall, w olbrzymiej mierze decyduje – obok zrezygnowania z perkusji – jeden z gigantów bluesowej i rockowej gitary, Peter Green – dobywający ze swojego instrumentu dźwięki wyjątkowe i pełne szlachetnej delikatności. Ktoś, kto z pewnością wytyczył nowy szlak gitarowego elektrycznego grania. Wielu do dziś podąża jego tropem, a do absurdu i całkowitego spospolitowania (śmiem twierdzić) doprowadził ten sposób obsługi sześciostrunowego instrumentu Gary Moore. Green to jednak zupełnie inna bajka…

[W NaTemat: 15 marca 2015]

Dylan In The Night

dylan_shadows

Bob Dylan, kompozytor niezliczonej ilości genialnych pieśni wykonywanych przez niezliczone rzesze śpiewaków na całym świecie – uczynił z cudzych kompozycji coś bardzo charakterystycznego dla siebie, niepowtarzalnego.

[more]

Moskwę i Lizbonę dzieli chyba wszystko: wiele granic, klimat, kultura, historia. Łączy te miasta właściwie jedynie przynależność do jednego kontynentu, Europy. Z Nowego Jorku do Los Angeles jest niemal taka sama odległość jak ze stolicy Rosji do stolicy Portugalii, a przecież wszystko, co pomiędzy nimi, to – jakkolwiek bardzo złożona – jedna Ameryka, jedno państwo. I, co bodaj najistotniejsze, wspólny język. Z tej hybrydy, z tego patchworku, z bezustannego przenikania się wszelakich zjawisk rodziły się i rodzą wciąż rzeczy wyjątkowe.

*

Piosenki są jak marzenia senne,

które człowiek stara się urzeczywistnić. Jak nieznane kraje, które pragnie odwiedzić. Piosenkę można napisać wszędzie, w przedziale kolejowym, na jachcie, w siodle – bycie w ruchu pomaga. Czasami nawet ludzie wielkiego talentu nie tworzą piosenek, bo nie są w ruchu. Ja też nie byłem w ruchu, przynajmniej fizycznie. Ale pisało mi się tak, jakbym był. Czasami inspiruje cię to, co widzisz i słyszysz„.*

*

Rokendrol ze wszystkimi swoimi przyległościami rósł i dojrzewał w kulturowej, obyczajowej i jakiej tam jeszcze opozycji wobec zastanego w połowie lat 50. i – zdecydowanie bardziej – w latach 60. porządku świata. Dziś sam od dawna jest częścią historii. Jego najwybitniejsi i, po prostu, najstarsi żyjący przedstawiciele niczego nie muszą już udowadniać, zapisali się na kartach nie tylko popkultury ostatniego półwiecza. Ze swych katedr, monumentów i gwiazdorskich galaktyk, z pozycji rockowych mentorów mogą już – bynajmniej nie tylko z powagą starożytnych mędrców – otwarcie przyznawać się do tego, że ich talenty nie rozkwitły na bezludnych, dalekich wyspach wśród jeszcze odleglejszych mórz, ale że dorastali i dojrzewali w wielokulturowych i, najoczywiściej, 

wielopokoleniowych tyglach.

Tworzyli coś nowego, odrębnego, ale jednocześnie wciąż poddani byli takim czy innym wpływom. Mając – jak na genialnych muzyków przystało – uszy szeroko otwarte, chcąc nie chcąc wchłaniali różne rzeczy, muzykę, którą zastali z chwilą pojawienia się na świecie, której słuchali ich rodzice, która dominowała w stacjach radiowych, muzykę wcześniejszych pokoleń.

Dziś ci mędrcy niczego nikomu nie muszą już udowadniać. Z dobrotliwym uśmiechem, z dystansem wobec siebie i świata przynależnym ludziom w okolicach siódmego krzyżyka spokojnie mogą przyznać się światu, że słuchali i słuchają, że w głowach mają i że kochają także takie nuty, do których za żadne skarby nie przyznaliby się pół wieku temu.

 

Paul McCartney, Eric Clapton i teraz Bob Dylan. Shadows In The Night – dziesięć piosenek, trzydzieści parę minut. Łączy je to, że wszystkie powstały w czasach „przedrokendrolowych”, wszystkie pojawiały się na Broadwayu i w Hollywood, wszystkie miał też w swym repertuarze

Frank Sinatra.

To Ameryka w blasku świateł: mieniąca się złotem, ale i blichtrowata, Ameryka oszałamiających damskich kreacji oraz świetnie skrojonych fraków i smokingów, ale i pełna tandety. Wymuskana, olśniewająco gładka, lecz także mdła od nadmiaru kiczu.

Kontrakt z tą wytwórnią był zwieńczeniem ciągu nieoczekiwanych wydarzeń, nigdy nie nastawiałem się na współpracę z dużą firmą płytową. Gdyby ktoś mi powiedział, że będę nagrywać dla Columbii, jednej z największych wytwórni w kraju, mającej w swoich szeregach gwiazdy głównego nurtu, takie jak Johny Mathis, Tony Bennett czy Mitch Miller, nie uwierzyłbym„.*

*

Konteksty z biegiem lat nieuchronnie odchodzą w niepamięć, pozostaje natomiast sztuka, w tym przypadku – piosenki: znakomite i, jak widać na załączonym przykładzie, wciąż będące wdzięcznym materiałem do obróbki. Jeśli Rod Stewart, ubrany w białą koszulę i czarny garnitur, idealnie wpisał się w główny nurt,  by odzyskać trochę dawnej popularności i zasilić konto świeżą gotówką – dał zliftingowaną, ale po staremu lukrowaną wersję 

American Songbook, 

to artysta innej – najwyższej – miary zrobił z tych utworów coś bardzo swojego: wieloosobową orkiestrę zamienił na kilkuosobowy, kameralny skład, gwałtowne instrumenty dęte zamienił na delikatnie znaczone dźwięki gitary. Samemu sobie pozostawił tylko… głos. Od Sinatry różniący się wszystkim. Dylan od lat już bardziej chrypi, niż śpiewa, bardziej skrzeczy, niż idealnie trzyma linię melodyczną, a przecież wciąż pozostaje mistrzem nad mistrze, z cudzych piosenek – on, kompozytor niezliczonej ilości genialnych pieśni śpiewanych przez niezliczone rzesze śpiewaków na całym świecie – uczynił coś tak bardzo charakterystycznego dla siebie, niepowtarzalnego. Tak, jak to tylko on potrafi. 

*

Wielkie sceny amerykańskich teatrów, blask rewii czy papierosowy dym ekskluzywnych kasyn zamieniamy na coś niewymuszonego, kameralnego, pozostającego w półmroku. Zamiast ociekającej dolarami produkcji otrzymujemy nagrania zrobione na setkę w jednym lub dwóch podejściach. Stary folkowiec, bluesman z paroma kumplami podśpiewuje równie stare amerykańskie hity. Jest pięknie. Play it again, Bob.

(Na talerzu lub w szufladce: Bob Dylan, Shadows In The Night, 2015)

[W NaTemat: 22 lutego 2015]

_________________________________

* Bob Dylan, Kroniki, tom I, Wyd. Czarne 2014.

The One and Only – Mr. Joe Cocker

cocker_live

„Please, give a very warm welcome: to the One… and Only – Mr. Joe Cocker!” – tak 5 października 1989 roku w Memorial Auditorium w Lowell w stanie Massachusetts konferansjer wywołał na scenę gwiazdę wieczoru.

[more]

Album zawierający trzynaście utworów zarejestrowanych podczas tego koncertu oraz dwie premierowe piosenki ukazał się w maju następnego roku i szybko został zaprezentowany w Polskim Radiu.

Zwariowałem – materiał mnie zachwycił. Drugi raz zwariowałem, gdy zorientowałem się, że podczas nagrywania mój magnetofon kasetowy odmówił posłuszeństwa. Wysiadł, jeśli dobrze pamiętam, wałek napędu, co powodowało raz po raz wolniejszy od przewidzianego przesuw taśmy. Wściekły, obiecałem sobie wtedy, że gdy odtwarzacz płyt kompaktowych pojawi się w domu, jednym z pierwszych zakupów CD będzie właśnie ten krążek.

Stało się to pół roku później. Pierwszym kompaktem była Pearl Janis Joplin, zaś drugim – właśnie album Live JC. Kilka miesięcy potem napisałem kilka zdań, zaś kartkę z nimi wsunąłem do książeczki:

*

Joe Cocker należy do bardzo rzadkiego w przyrodzie, a dziś prawie wymarłego gatunku śpiewaków o białym kolorze skóry, czarnym głosie i rock’n’rollowym sercu. Słychać to przede wszystkim w jego nagraniach koncertowych, kiedy, wraz z towarzyszącymi muzykami, daje z siebie absolutnie wszystko. Cocker powala siłą i autentyzmem swego głosu.

Jak to dobrze, że ktoś taki odnalazł się, wrócił, znów nagrywa i koncertuje ku radości milionów. Jak wspaniale, że ukazuje sie takie cacko jak album Live, który sumuje dokonania artysty od chwili powrotu, a jednocześnie wprost przenosi nas w złote lata rocka za sprawą With A Little Help From My Friends – czy trzeba dodawać, że w porywającej wersji?

Właśnie, Cocker mało komponuje, śpiewa zwykle utwory cudze, bywa że znane z innych, wielkich wykonań (jak wspomniany wyżej). Sądzę jednak, że nawet gdyby wziął na tapetę jakąś arię Verdiego, to byłby to bardziej Joe niż Giuseppe.

Na deser mamy na płycie dwa nowe, studyjne utwory. Też dobre, ale jakże skromnie brzmiące w porównaniu z „wykopującą’ resztą. Oto Cocker właśnie.

*

Wtedy, przed laty, na gorąco, moimi faworytami były dynamiczne Shelter Me, When The Night Comes oraz rewelacyjne wykonanie With A Little Help From My Friends. Dziś wskazywałbym, obok – bezdyskusyjnie – klasyka Lennona i McCartneya może raczej takie numery jak Hitchcock Railway czy High Time We Went, pod którym podpisany jest – rzadkość! – sam Cocker wraz ze swoim wiernym kompanem Chrisem Staintonem (nb. tą pieśnią w ostatnim okresie kończy swe występy Eric Clapton). Może po latach płyta nie wyzwala we mnie emocji największych, ale dowodzi wielkiej formy mistrza i całego zespołu.

*

Joe Cocker zmarł dwa dni przed Wigilią 2014 roku, w wieku siedemdziesięciu lat. Nie wejdzie już do studia, by nagrać kolejnych kilka czy kilkanaście piosenek, nie zagra koncertu. Nie zobaczymy go, jak w bardzo charakterystyczny sposób – rokendrolowo, a trochę dragowo i delirycznie – kiwa się przed mikrofonem. I znów zrobiło się smutniej, znów tak bardzo żal…

[W NaTemat: 14 stycznia 2015]

Jack Bruce nie żyje

cream1

Do historii rocka przeszedł i pozostanie w niej na zawsze przede wszystkim jako kompozytor, basista, harmonijkarz, pianista oraz wykonawca lwiej części partii wokalnych w zespole Cream. Zespole, który pozostawił po sobie dorobek najwyższej próby.

[more]

*

Pięciuset 

pocztówek,

o których mowa w Autobiografii Perfectu, w moim domu nie było. Było ich wielokrotnie mniej – i tym bardziej ostatniej z nich nigdy nie zapomnę: była w kolorze brudnego różu, z piosenką nr 2 zespołu Herman’s Hermits. Ale zakupiona została dlatego, że utworem otwierającym był Badge Cream.

Z tych moich lat szczenięcych, bardzo skromnej, gdy chodzi o ilość, inicjacji muzycznej dokonanej za sprawą starszych braci, z tego okresu pocztówkowego właśnie, z czasów, kiedy moja głowa ledwie wystawała ponad stół, zostały mi w głowie trzy świętości: The Beatles (obecni w utworach Lady Madonna i Hey Jude), Rolling Stones (Country Tonk opisane błędnie jako Honky Tonk Women i Let It Bleed) oraz Cream właśnie.

Gdzieś to wszystko, tę muzykę i te nazwy, odłożyłem na całe lata daleko na bok, ale też – jak się okazało – głęboko w sercu. I przebijając się już sam, począwszy od 1977 roku, przez rockowy ocean, właściwie dość szybko powróciłem do tych zespołów. By dziś, jako ten, co młodość dawno ma za sobą, stwierdzić tyleż trywialnie, co z miłością fana od dziesiątków lat – że we wszystkich tych przypadkach to po prostu muzyka największa.

*

25 października 2014, w wieku siedemdziesięciu jeden lat zmarł Jack Bruce. 

Muzyk legenda,

facet przez lata pojawiający się w wielkiej ilości przeróżnych składów. Człowiek, który długo zmagał się z uzależnieniem od narkotyków oraz problemami z niewydolnością wątroby, która ostatecznie stała się bezpośrednią przyczyną śmierci.

Szkot John Symon Asher Bruce urodził się 14 maja 1943 roku. W 1960 roku zdobył stypendium Royal Scottish Academy of Music na wydziałach kompozycji oraz gry na wiolonczeli, ale szybko porzucił studia. Od 1962 roku występował jako basista z największymi – Alexisem Kornerem oraz Johnem Mayallem, a także z zespołami Grahama Bonda i Manfreda Manna.

Po rozpadzie Cream wspólpracował z wieloma, często najwybitniejszymi w historii rocka muzykami: Dickiem Heckstallem-Smithem i Jonem Hisemanem (obaj z Colosseum), w formacji Lifetime zetknął się z Johnem McLaughlinem. W 1972, wespół z byłymi członkami Mountain – grupy założonej przez producenta nagrań Cream, Feliksa Pappalardiego – Lesliem Westem i Corkym Laingiem, utworzył trio wzorowane na Cream, jednakże poziomem artystycznym mocno od tego ostatniego odbiegającym.

Później zetknął się ze znakomitym jazzowym perkusistą Billym Cobhamem, nawiązał współpracę z Soft Machine, występował jako wiolonczelista w orkiestrze Charliego Wattsa, perkusisty Rolling Stones. Z Bakerem i Garym Moore’em utworzył trio BBM. Wziął też m. in. udział w nagraniach takich wykonawców, jak Lou Reed (Berlin), Frank Zappa (Apostrophe), Bill Ward – bębniarz Black Sabbath – czy Carla Bley. Co pewien czas, choć coraz rzadziej, wydawał swoje autorskie płyty, z których ostatnia, nagrana w studiach Abbey Road, ukazała się w marcu bieżącego roku.

Nie podlega jednak dyskusji, że do historii rocka przeszedł i pozostanie w niej na zawsze jako kompozytor, basista, harmonijkarz, pianista oraz wykonawca lwiej części partii wokalnych w zespole Cream. Zespole, który pozostawił po sobie dorobek najwyższej próby.

*

Rokendrol dojrzewał błyskawicznie, w połowie lat 60. coraz więcej młodych ludzi władało instrumentami w stopniu znacznie lepszym niż poprawny. Pojawili się też 

pierwsi mistrzowie.

W podobnym czasie ukonstytuowały się dwa tria: w USA The Jimi Hendrix Experience, a w Wielkiej Brytanii – Cream. Warsztat i tu, i tu był tak doskonały, że granice rokendrola w ciągu kilku, kilkunastu miesięcy przesunęły się w wymiar iście kosmiczny. Najbardziej zadziwiające jest jednak to, że po blisko półwieczu widać, iż na styku bluesa i rocka niemożliwe okazało się pójście dalej, że ustalone zostały raz na zawsze kanony takiego grania. Że na przykład fenomenalne skądinąd koncertowe wersje Dazed And Confused Led Zeppelin są swoistymi mutacjami Creamowskiego opracowania Spoonful W. Dixona.

Zespół powstał w czerwcu 1966 roku. Najstarszy z trójki, jazzowy właściwie perkusista Ginger Baker, miał wtedy niespełna dwadzieścia siedem lat, Bruce dwadzieścia trzy, zaś Eric Clapton zaledwie dwadzieścia jeden. Mimo młodego wieku za każdym z nich stał już taki dorobek, każdy z nich prezentował taki poziom wykonawczy, że Cream natychmiast ochrzczono mianem supergrupy, a stało się to pierwszy raz w historii.

Choć pierwsze deklaracje mówiły o tym, że chcą grać materiał pop i rzeczywiście takie były pierwsze nagrania – na przykład Wrapping Paper czy I Feel Free – szybko okazało się, że ich 

wyobraźnia muzyczna

oraz nadążające za nią umiejętności zaprowadziły trzech muzyków w rejony, w których nikt przed nimi nie przebywał. Ewolucja była wyraźna już w nagraniach studyjnych, ale prawdziwe odloty dokonywały się w czasie koncertów, gdy każdy z instrumentalistów miał pełne pole do popisów. W partiach improwizowanych potrafili odejść bardzo daleko od bazowych, prostych bluesowych tematów, z jednej strony zbliżając się do solówek niemal jazzowych, a z drugiej atakując uszy słuchaczy ścianą potężnych, gęstych dźwięków gitar i perkusji (to także efekt korzystania z fuzz-boksa). W utworach takich jak na przykład Born Under A Bad Sign czy Politician Bruce zastosował natomiast wyrazisty riff gitary basowej – tyleż prosty, co wzorcowy: tę zasadę przejęły po Cream całe zastępy kapel hardrockowych.

Zmęczenie materiału nastąpiło bardzo szybko, bo w listopadzie 1968 roku. Panowie stwierdzili, że są wypaleni, kręcą się w kółko, że niczego nowego nie są w stanie powiedzieć. Cóż, z pewnością na ich decyzję wpłynęła ówczesna intensywność życia rockmanów, bezustanne trasy koncertowe oraz nadmiar używek.

W maju 2005 roku reaktywowany okazjonalnie zespół zagrał cztery koncerty w londyńskiej Royal Albert Hall. Tej samej, w której w 1968 roku odbył się pożegnalny występ.

*

Do historii przechodzi się na wiele sposobów. W przypadku Claptona będzie to na pewno całokształt dokonań, choć ze szczególnym naciskiem położonym na dorobek zespołów Cream, Blind Faith i Derek & The Dominos. W przypadku Jacka Bruce’a – nade wszystko Cream. Cztery kanoniczne albumy, w tym Wheels of Fire – jeden z pierwszych w historii rokendrola albumów dwupłytowych. Mało? Daj, Panie Boże, każdemu.

[W NaTemat: 1 listopada 2014]

W rocznicę śmierci JJ Cale’a

the_breeze

W jaki sposób przyjaciele i kumple zmarłego muzyka mogą go uhonorować, wspomnieć? Na przykład nagrać płytę z jego piosenkami. Nic w tym złego, przecież zrobili to, co robią całe życie, to, co potrafią robić najlepiej. Zanim jednak komuś przyjdzie do głowy wzruszyć ramionami nad zwykłością tego faktu, warto raz jeszcze uświadomić sobie parę rzeczy.

[more]

JJ Cale zmarł 26 lipca ubiegłego roku. Był i pozostanie jednym z 

gigantów bluesa.

To bezdyskusyjne, choć uwzględniwszy biały kolor skóry Amerykanina, wciąż nie całkiem oczywiste. Fenomen zjawiska nie tkwi w technice, bo szczególną biegłością palców JJ się nie odznaczał. Jeśli mimo to jest zaliczany do grona najwybitniejszych gitarzystów, wynika to raczej z prostoty, niezwykle oszczędnego sposobu grania, wydobywania z instrumentu tylko niezbędnych dźwięków.  Z porażającej lekkością americany – połączenia bluesa z klimatami country i folk.

Towarzystwo, jakie zebrał Eric Clapton, zacne jest wielce i nie od wczoraj znane miłośnikom muzyki: Christine Lakeland (prywatnie: żona Cale’a), Willie Nelson, Mark Knopfler, Tom Petty, Don White, John Mayer, Albert Lee, Nathan East, Jim Keltner, Doyle Bramhall II – by wymienić tylko niektórych – a więc arcymistrzowie i mistrzowie grający dla arcymistrza. 

W związku z tym nie ma tu 

żadnej napinki,

nikt niczego i nikomu nie musi udowadniać. Świat pędzi do przodu, w muzyce kolejne pokolenia próbują dorzucić swoje co nieco do góry znaczących osiągnięć, a coraz starsza gwardia uzupełniana tu i ówdzie młodziakami trzyma się mocno i – najwyraźniej – coraz chętniej razem. Lata lecą, kto nie przepadł we mgle czasu – nie zapił się, nie zaćpał, nie zginął w wypadku samochodu, motocykla, samolotu czy helikoptera, opiera się chorobom, ten coraz częściej podpisuje listę obecności w swojej grupie, bo okres sygnalizowania odrębności, wyjątkowości, budowania własnej pozycji na rynku ma już za sobą, a ile jeszcze pozostało okazji do wspólnego grania, tego nie wie nikt. 

Niby jest tak, że album,

szesnaście piosenek,

pięćdziesiąt jeden i pół minuty, nie powala – ani za pierwszym, ani za trzecim razem. Nie ma na nim nic, czego byśmy nie znali, niczym nie zaskakuje. A jednak wielka uroda piosenek, ich wspaniałe wykonania są jak narkotyk – wciągają, sącząc się niespiesznie do ucha, proponując podążanie za sobą każdemu, kto z bluesem choć trochę miał do czynienia. JJ Cale pewnie nie raz uśmiechnął się po tamtej stronie, słysząc, co robią w studiu jego znajomi, jak brzmią jego kompozycje. Nie majstrując zbytnio przy oryginalnych wersjach, zagrano te pieśni w sposób znamionujący najwyższą klasę.

Przy większości dzieł, także płyt, w chwili ich objawienia się światu mało kto klęka. Ale istnieją wśród nich takie, które są już długo z nami bądź – jeśli dopiero co ujrzały światło dzienne – pozostaną z nami przez lata. Nie mam wątpliwości, że ten krążek jest jednym z nich.

(Eric Clapton & Friends – The Breeze. An Appreciation of JJ Cale, 2014)

[W NaTemat: 8 sierpnia 2014]

Rok 2013 z oklaskami

Od razu obiecuję, że nie będzie tu żadnych list, zestawień czy rankingów. Tych znajdziecie od groma i trochę w innych miejscach. Mnie od dawna już nie bawią – ale nie chcę, by zabrzmiało to z wyższością. Mam najzwyczajniej poczucie, że to, z czym dane było mi zetknąć się w minionym roku, jest zaledwie maleńką wyspą na muzycznym oceanie.

[more]

Koncerty zawsze będą najbardziej spektakularnym kawałkiem tortu. Bo, w odróżnieniu od słuchania płyt, dostarczają niepowtarzalnych i przez to szczególnie silnych emocji. Zwłaszcza gdy mowa o występach artystów najukochańszych, najważniejszych, na których zobaczenie czekałem wiele, wiele lat. 

I w tym roku spełniło się coś wyjątkowego dla mnie – usłyszałem

piosenki The Beatles

w wykonaniu Bitlesa. Stało się. Przyjechał, zagrał. Wszyscy mówili, że jest w świetnej formie. I był. Do pełni szczęścia zabrakło „tylko” dobrej akustyki na Stadionie Narodowym. Lecz i tak występ Paula McCartneya pozostanie dla mnie jednym z największych muzycznych wzruszeń nie tylko ostatnich dwunastu miesięcy, ale całego życia.

Kilkanaście dni wcześniej w Łodzi zagrał 

Eric Clapton. 

Drugi, którego wyssałem jeśli nie z mlekiem matki, to z plastikowej masy, z której produkowano kiedyś w naszym kraju pocztówki dźwiękowe. Człowiek, który nie wyszedł na scenę w 1979 roku, by zagrać swój czwarty polski koncert. Było to w katowickim Spodku, a ja siedziałem wtedy na widowni. Długo nie mogłem mu tego, jako bardzo zawiedziony młody fan, wybaczyć. W Atlas Arenie spełniło się więc inne moje marzenie. I wracając nocą do domu, byłem szczęśliwy, że wreszcie dane mi było usłyszeć na żywo klasyczne numery   E. C.

Nie sposób zapomnieć też o lutowym, chorzowskim występie 

Beth Hart

z zespołem. Było to stare, bluesowo-rockowe granie w najlepszym stylu, ekspresja z okolic Janis Joplin. Bilety na jej koncert w tym samym miejscu w marcu 2014 już zostały zakupione.

Z polskich wykonawców obejrzanych na żywo wciąż wielkie wrażenie wywołują 

Lech Janerka, Dżem i SBB. 

I niczego nie zmienia tu fakt,  że nie były to jakieś szczególne jeśli chodzi o okoliczności występy. Stara gwardia trzyma się mocno, choć może nie wpływa już w tak znaczący sposób na odbiorców jak dawniej. 

Z młodych, walczących dopiero o swoje miejsce w sercach słuchaczy, ujęły mnie szczególnie Milcz Serce (bardzo szlachetna propozycja gitarowa, mimo iż to middle of the road), Ms. No One i Holly Blue (w obu przypadkach ciekawe 

damskie wokale i sporo dobrze podanych ładnych melodii), Vladimirska (zupełnie niekonfekcyjne połączenie folkloru z elementami jazzu i rockową energią) i Tape Reels (powrót do klasycznego łojenia z końca lat 60.). Ciekaw jestem, gdzie ci ludzie będą za pięć lat. Obyśmy nie stracili ich z pola widzenia. 

Po jazzowej stronie 

największe wrażenie zrobił na mnie koncert Johna Scofielda – kameralny i znakomity, z pogranicza jazzu, funky, bluesa i rocka. W ciepłej pamięci zostaną też minuty spędzone przy słuchaniu panów Możdżera, Danielssona i Fresco, Jana Garbarka z Hilliard Ensemble, międzynarodowej Arify. Za każdym razem były to wyprawy do najpiękniejszych miejsc: tu zostawiam Wam wybór – albo we wszechświecie, albo tych, które każdy z nas nosi w sobie, choć niekoniecznie chętnie odkrywa przed innymi. I wreszcie Tie Break – ważny za sprawą sentymentalnej podróży w czasie, powrotu do okresu studiów i FAMY 1983.

Z rzeczy, które mnie ominęły, żałuję przede wszystkim koncertów Queens of The Stone Age i Nicka Cave’a na Open’erze oraz Portishead w Krakowie. Zapowiedzi dotyczące kolejnych dwunastu miesięcy też są bardzo interesujące. Na niektóre koncerty biletów już dawno nie ma. Jako katowiczanin ubolewam nad marazmem związanym ze stojącą w martwym punkcie przebudową Stadionu Śląskiego oraz iście peerelowskimi porządkami w Spodku. Ale to temat do oddzielnych rozważań.

***

A u progu nowego roku życzymy Wam spokoju – ale takiego, który nie usypia, oraz wzruszeń – niech raz po raz dowodzą, że nie tylko z wątroby, kwasów i żółci jesteśmy ulepieni. I dobrej muzyki.

(W NaTemat: 1 stycznia 2014)

Spencer Davis Group: Gimme Some Lovin i I’m A Man

sdg

Czasem buty spadają z nóg – i to oba naraz. Za każdym razem gdy słucham któregoś z dwóch wymienionych w tytule tekstu kawałków, mój analogowy organizm sprawia wrażenie, jakby pobierał skądś prąd.

[more]

1966 i 1967 rok. Wciąż jeszcze mnóstwo, nawet w wykonaniu najważniejszych grup w historii rokendrola, grania przynależnego do pierwszego okresu tej muzyki. Ale tu i ówdzie wybuchały już takie petardy, jak You Really Got Me Kinks, My Generation Who, Gloria Them albo pierwsze nagrania Cream. Jak posłuchać utworów SDG, trudno się dziwić, że tylko trochę później przecięły się drogi Winwooda z Hendriksem (na Electric Ladyland) i Claptonem (w Blind Faith).

To, co istotne w historii Spencer Davis Group, wydarzyło się między 1963 rokiem, kiedy zespół się zawiązał, a 1967, gdy odszedł – do Traffic – Winwood.

Steve Winwood, genialny młodzian brytyjskiego rocka, urodził się w 1948 roku. Łatwo więc policzyć, że był piętnastolatkiem w chwili formowania się kapeli, a gdy śpiewał i grał na organach w rzeczonych piosenkach, miał lat – odpowiednio – osiemnaście i dziewiętnaście. Rany boskie, ależ to fenomenalny, dojrzały, czarny głos – i jak cały kwartet gra piekielnie nowocześnie! Fantastyczne, stanowiące podstawę obu kawałków linie basu należą do starszego brata Steve’a – Muffa Winwooda, późniejszego producenta pierwszej płyty Dire Straits.

Warto jeszcze wspomnieć, że bliską oryginału, także porywającą wersję I’m A Man przedstawiła niedługo potem grupa Chicago.

[W NaTemat: 19 grudnia 2013]

E.C. is here

crossroads

Kiedy wiosną sięgałem do portfela, by cząstkę jego zawartości zamienić na „Starą skarpetę”, jeszcze tego nie mogłem przewidzieć. Także nie wtedy, gdy przed występem Erica Claptona w Łodzi częściej niż zwykle jego płyty lądowały w domowym odtwarzaczu.

[more]

Nawet jeśli jest w tym – moich tegorocznych zakupach płyt z jego udziałem –

niemało przypadku,

to w sumie, stwierdzam w ostatnich dniach roku, bardzo przyjemnego. Najpierw zremasterowane wydanie jedynego albumu Derek and The Dominos, trochę później Old Sock, w czerwcu zaliczyłem bardzo dobry koncert, na który czekałem jak na żaden inny, w dwóch podejściach – w odstępie, bagatela, trzydziestu czterech lat. Po śmierci JJ Cale’a wyszperałem w regałach katowickiego MM The Road To Escondido i zakochałem się od pierwszego słuchania.

Wciąż zaglądając do przegródki z napisem „Cream” w tym samym MM lub S, w końcu złapałem w ręce dwupłytowy, zremasterowany Gold. Za kwotę tak śmiesznie niską, że grzechem byłoby ten album – mimo że nie katalogowy, nie kanoniczny – z rąk wypuścić. I teraz, w grudniu, jeszcze raz E.C. – Crossroads. Eric Clapton Guitar Festival.

Dwa kompakty

dawka muzyki równa czterem analogom. Czuję coraz wyraźniej, jak po latach znów mocniej skręcam w stronę bluesa, a jeszcze bardziej rocka nasączonego potężną dawką bluesa. Na dodatek to bardzo przyjemne uczucie, gdy każde kolejne odsłuchanie albumu sprawia więcej radości, gdy ta muzyka mości sobie miejsce w głowie, łapie za serce. Kołysze jak żadna inna.I nie chcę innej. Nic tak mi nie smakuje, nic tak cudownie nie rozpływa się po podniebieniu, jak gitary, bas i perkusja. Pod jednym wszakże warunkiem: musi być w tym swing.

Łojenie Cream, zwłaszcza na żywo, to jeden z kilku pokrewnych

wzorców z Sevres 

ostrego grania (razem z Hendriksem i Led Zeppelin), szalonych improwizacji, jazdy bez trzymanki. I, oczywiście, z bluesem we krwi  każdego muzyka. Dwaj slowhandzi – Cale i Clapton – to druga strona tego samego medalu. Luz, lekkość, oddech, prostota – ale z tych przynależnych mistrzom. I, oczywiście, puls, swing.

I to wszystko jest na Crossroads, rejestracji wybranych fragmentów czwartej już edycji Guitar Festival. W dwa kwietniowe wieczory w Madison Square Garden na scenie pojawiło się tylu znakomitych muzyków, że można by nimi obdzielić nie jedną, a co najmniej kilka znaczących imprez. Obok gospodarza koncertów – Booker T., Robert Cray, John Mayer, Gary Clark Jr., Buddy Guy, Allman Brothers Band, Taj Mahal, Jeff Beck, Warren Haynes, Keith Richards, Andy Fairweather Low i wielu innych.

W showbiznesie dziś dzieje się nieprawdopodobnie dużo. Ukazuje się tak 

nieprzyzwoicie dużo płyt,

że wciąż trzeba robić ze trzy kroki wstecz, by – mając głowę nabitą dźwiękami – nie zwariować i nie zbankrutować. Pisałem o tym już parę razy, ale powtórzę (obiecuję, że ostatni raz w tym roku): coraz mniej uwiera mnie świadomość, że szczególnie sobie upodobałem te mniej więcej dwadzieścia lat między 1955 a 1975 rokiem, kiedy wydarzyło się właściwie wszystko, co w rokendrolu istotne. Coraz mniej, bo mocno trzymają się ci, co tworzyli i wciąż tworzą takie właśnie nuty, bo na ich koncertach wiwatują tłumy, a nie dinozaurowate niedobitki, bo kolejne płyty znajdują tysiące, miliony nabywców. Nie jestem więc sam ze swoimi upodobaniami, co – nie ukrywam – bardzo mnie uspokaja. 

Wracając na koniec do 

Crossroads

to wydawnictwo dla tych, których muzyczne radary ustawione są na przełom lat 60. i 70. Prawie sto sześćdziesiąt minut bluesowej uczty. Trudno je ogarnąć w krótkim tekście. Ale chyba nie ma szczególnej potrzeby, po co przynudzać pisaniną. Szybko tylko wymienię, co wprawia mnie w największy zachwyt: She’s Alright – Doyle Bramhall II i Gary Clark Jr., Queen of California – John Mayer, Next Door Neighbor Blues oraz When My Train Pulls In – Gary Clark Jr., Congo Square – Sonny Landreth i Derek Trucks, Change It – John Mayer i Doyle Bramhall II, The Neddle and The Damage Done oraz Midnight Rider – Allman, Haynes i Trucks, Got To Get Better In A Little While – Eric Clapton. Czyli chyba połowa całego materiału. Ale sprawdźcie lepiej sami.

(Crossroads. Eric Clapton Guitar Festival, 2013)

[15 grudnia 2013]

Z wolnej ręki – Eric Clapton w Oświęcimiu

LF_2014

Ostatni dzień piątej edycji Life Festivalu w Oświęcimiu zwieńczył występ jednej z największych legend rokendrola – Erica Claptona.

[more]

Zanim jednak mistrz gitary pojawił się na scenie, gościła na niej wciąż uznawana za czołową polska artystka. Tymczasem w moim odczuciu Edyta Bartosiewicz to od dawna jedno – trudno nawet mówić, że wielkie –

rozczarowanie.

Lata przerwy niczego u niej nie zmieniły. Tak jak niedbale, z okropnym frazowaniem śpiewa na płycie, tak, albo jeszcze gorzej, na żywo. W ten sposób można wydawać z gardła dźwięki przy ognisku albo w wersjach demo nagrań, ale nie dla paru tysięcy ludzi. Lekcje śpiewu i dykcji potrzebne od zaraz, ale co z materiałem muzycznym? Ani krztyny w tym finezji, odrobiny gry palcami na gitarze, wszystko zlewa się w popkonfekcyjną miazgę – nawet cover Joy Division Love With Tear Us Apart. I chyba nic tu już nie pomoże. Ta świetna kiedyś wokalistka i – wydawało się – zdolna kompozytorka jest dziś, jak sądzę, nie do odratowania. 

*

Czego spodziewaliśmy się po wczorajszym występie E.C.? Czego ja się spodziewałem, a co otrzymałem? Clapton nieuchronnie zbliża się do siódmego krzyżyka. Jako muzyk koncertujący wciąż jest niesłychanie aktywny, wciąż w wybornej formie jako instrumentalista i nie gorszej jako wokalista, a tym ostatnim wybitnym nigdy przecież nie był. Czy mamy czuć się zawiedzeni, że to było

tylko półtorej godziny?

Najwyższa pora oswoić się z myślą, że występy festiwalowe rządzą się swoimi prawami, nawet te ostatnie danego dnia. Jeśli doceniamy, że zaczynają się bardzo punktualnie, to uszanujmy też zakontraktowaną – najwyraźniej – ich długość. A ta najczęściej oscylować będzie wokół dziewięćdziesięciu minut.

Czy poza tak określonym dystansem coś było nie tak? Jeśli większość widzów miała niedosyt, to tylko dlatego, że ze sceny płynęły wspaniałe dźwięki. I chciałoby się jeszcze, bo wiadomo, że mistrz ma w czym wybierać.

Ośmioosobowy skład, którego poza liderem ozdobą byli Andy Fairweather Low na drugiej gitarze i Paul Carrack na organach, obaj znakomicie śpiewający, no i te dwie smaczne „czekoladki” (po filmie „O krok od sławy” chyba już zawsze będę inaczej, znacznie cieplej i z większą uwagą, popatrywał na chórki) – to absolutne

zawodowstwo.

I chyba nie ma większego znaczenia, ile świeżości mogą wydobyć z siebie niemłodzi muzycy, odgrywający te same numery po raz nie wiadomo który, od wielu, wielu lat. A jednak wciąż najwyraźniej odzywają się w nich dusze rasowych bluesmanów, którzy z radością kładą palce na instrumentach, by wydobyć z nich wielkiej urody dźwięki. I’m just a swinger – chciałoby się sparafrazować tytuł pewnej piosenki. Ten puls, ten swing w ich sercach powoduje, że wciąż czerpią siłę z grania, wciąż w jazzowy sposób podchodzą do większości utworów, w których znajduje się miejsce na solówki dwóch gitar, fortepianu i organów.

Repertuar był trochę krótszą mutacją ubiegłorocznego występu w Łodzi. Wyraźnie zarysowane były

trzy części:

pierwsza elektryczna – z m.in. Key To The Highway i Tell The Truth z jedynego albumu formacji Derek And The Dominos oraz klasyka Hoochie Coochie Man W. Dixona, druga, akustyczna, z Laylą, Tears In Heaven i cudnej urody numerem JJ Cale’a Crazy Mama. W trzeciej, znów elektrycznej, mieliśmy wokalne popisy Carracka w How Long i Fairweathera Lowa w Gin House oraz żelazne pozycje w postaci Crossroads i Cocaine. Na bis zespól zagrał High Time We Went Cockera i Staintona.

Było pięknie, stylowo, z wielkim kunsztem, więc taki koncert mógłby jeszcze trwać i trwać. Ale cieszmy się tym, co otrzymaliśmy. Czas biegnie nieubłaganie – mistrzowie rokendrola są coraz starsi i nie wiadomo, jak długo jeszcze będą nam opowiadali swe muzyczne bajki. Oby jak najdłużej, bo wciąż na ich koncertach pełno nie tylko siwych i łysiejących głów, ale i bardzo młodych ludzi.