Z wolnej ręki – Eric Clapton w Oświęcimiu

LF_2014

Ostatni dzień piątej edycji Life Festivalu w Oświęcimiu zwieńczył występ jednej z największych legend rokendrola – Erica Claptona.

[more]

Zanim jednak mistrz gitary pojawił się na scenie, gościła na niej wciąż uznawana za czołową polska artystka. Tymczasem w moim odczuciu Edyta Bartosiewicz to od dawna jedno – trudno nawet mówić, że wielkie –

rozczarowanie.

Lata przerwy niczego u niej nie zmieniły. Tak jak niedbale, z okropnym frazowaniem śpiewa na płycie, tak, albo jeszcze gorzej, na żywo. W ten sposób można wydawać z gardła dźwięki przy ognisku albo w wersjach demo nagrań, ale nie dla paru tysięcy ludzi. Lekcje śpiewu i dykcji potrzebne od zaraz, ale co z materiałem muzycznym? Ani krztyny w tym finezji, odrobiny gry palcami na gitarze, wszystko zlewa się w popkonfekcyjną miazgę – nawet cover Joy Division Love With Tear Us Apart. I chyba nic tu już nie pomoże. Ta świetna kiedyś wokalistka i – wydawało się – zdolna kompozytorka jest dziś, jak sądzę, nie do odratowania. 

*

Czego spodziewaliśmy się po wczorajszym występie E.C.? Czego ja się spodziewałem, a co otrzymałem? Clapton nieuchronnie zbliża się do siódmego krzyżyka. Jako muzyk koncertujący wciąż jest niesłychanie aktywny, wciąż w wybornej formie jako instrumentalista i nie gorszej jako wokalista, a tym ostatnim wybitnym nigdy przecież nie był. Czy mamy czuć się zawiedzeni, że to było

tylko półtorej godziny?

Najwyższa pora oswoić się z myślą, że występy festiwalowe rządzą się swoimi prawami, nawet te ostatnie danego dnia. Jeśli doceniamy, że zaczynają się bardzo punktualnie, to uszanujmy też zakontraktowaną – najwyraźniej – ich długość. A ta najczęściej oscylować będzie wokół dziewięćdziesięciu minut.

Czy poza tak określonym dystansem coś było nie tak? Jeśli większość widzów miała niedosyt, to tylko dlatego, że ze sceny płynęły wspaniałe dźwięki. I chciałoby się jeszcze, bo wiadomo, że mistrz ma w czym wybierać.

Ośmioosobowy skład, którego poza liderem ozdobą byli Andy Fairweather Low na drugiej gitarze i Paul Carrack na organach, obaj znakomicie śpiewający, no i te dwie smaczne „czekoladki” (po filmie „O krok od sławy” chyba już zawsze będę inaczej, znacznie cieplej i z większą uwagą, popatrywał na chórki) – to absolutne

zawodowstwo.

I chyba nie ma większego znaczenia, ile świeżości mogą wydobyć z siebie niemłodzi muzycy, odgrywający te same numery po raz nie wiadomo który, od wielu, wielu lat. A jednak wciąż najwyraźniej odzywają się w nich dusze rasowych bluesmanów, którzy z radością kładą palce na instrumentach, by wydobyć z nich wielkiej urody dźwięki. I’m just a swinger – chciałoby się sparafrazować tytuł pewnej piosenki. Ten puls, ten swing w ich sercach powoduje, że wciąż czerpią siłę z grania, wciąż w jazzowy sposób podchodzą do większości utworów, w których znajduje się miejsce na solówki dwóch gitar, fortepianu i organów.

Repertuar był trochę krótszą mutacją ubiegłorocznego występu w Łodzi. Wyraźnie zarysowane były

trzy części:

pierwsza elektryczna – z m.in. Key To The Highway i Tell The Truth z jedynego albumu formacji Derek And The Dominos oraz klasyka Hoochie Coochie Man W. Dixona, druga, akustyczna, z Laylą, Tears In Heaven i cudnej urody numerem JJ Cale’a Crazy Mama. W trzeciej, znów elektrycznej, mieliśmy wokalne popisy Carracka w How Long i Fairweathera Lowa w Gin House oraz żelazne pozycje w postaci Crossroads i Cocaine. Na bis zespól zagrał High Time We Went Cockera i Staintona.

Było pięknie, stylowo, z wielkim kunsztem, więc taki koncert mógłby jeszcze trwać i trwać. Ale cieszmy się tym, co otrzymaliśmy. Czas biegnie nieubłaganie – mistrzowie rokendrola są coraz starsi i nie wiadomo, jak długo jeszcze będą nam opowiadali swe muzyczne bajki. Oby jak najdłużej, bo wciąż na ich koncertach pełno nie tylko siwych i łysiejących głów, ale i bardzo młodych ludzi.

Mój sen przeraża mnie – o Love i innych płytach Edyty Bartosiewicz

Z niejakim przerażeniem skonstatowałem właśnie, że od wydania ostatniej płyty Edyty Bartosiewicz mija już piętnaście lat. Jest takie powiedzenie: jak spaść, to z wysokiego konia. Tylko jak ma się ono do delikatnej materii, jaką jest twórcza działalność człowieka? A jeśli tak – w 1998 roku mieliśmy do czynienia z zaledwie kucykiem.

[more]

Bartosiewicz była

artystką gotową,

gdy pojawiła się na naszym rynku muzycznym. Jeśli ktoś kiedyś ten rynek rozsadził, to ona była jedną z takich osób. Pamiętam, jak wielkie wrażenie zrobiły na mnie pierwsze nagrania Holloee Poloy (Bartosiewicz, Derentowicz, Siegel, Kunikowski, Grzelak, Poliński, Walter), które trafiły na antenę Trójki. To był jeden z tych momentów, w których doganialiśmy muzyczny świat. Pamiętam też, jak wokalistka skarżyła się, że nikt nie jest zainteresowany wydaniem ich muzyki. Ostatecznie płytę opublikowały w 1990 roku Polskie Nagrania.

Ubolewałem nad rozpadem HP, ale krążek Love (1992) robił wielkie wrażenie. A w 1994 przyszła pora na debiut po polsku. Sen okazał się największym sukcesem artystki, śpiewanie w Polsce po polsku wciąż ma sens największy. Do tego zwrot w stronę porządnego, gitarowego rocka – to wtedy między Odrą a Bugiem mogło liczyć na szczególny odbiór. Cośmy się nasłuchali tej płyty w domu, z trzyletnimi wówczas synami bliźniakami!

Dziś widać, że ta wolta była początkiem końca. Równią zdecydowanie pochyłą. Z dotychczasowego rozmachu i finezji nie za wiele zostało, choć dobre kompozycje sprawiły, że całość trzymała poziom, album świetnie się sprzedawał  i przyniósł

Fryderyki.

Szok’n’show (1995) był próbą powtórzenia patentów poprzedniczki, ale wyraźnie mniej udaną. Kolejny krążek w tej stylistyce, Dziecko (1997), dowodził poważnego kryzysu. Wodospady (1998) wydały mi się tak słabe, że nie zdecydowałem się na zakup tej płyty. Ani wtedy, ani wiele lat później, gdy mogłem ją nabyć za bodaj dziesięć złotych. Tylko po co, jeśli wiedziałem, że być może nie włożę jej drugi raz do szufladki. Coraz bardziej drażniące, niedbałe śpiewanie w stylu Gawlińskiego, słabe, nijakie kompozycje. Więc nie dziwię się, że wykonawczyni – po świetnym początku kariery i późniejszej wyraźnej zapaści – zamilkła. Ale na bardzo, bardzo długo. Czy ma jeszcze coś istotnego do powiedzenia?

*

Pierwsza solowa płyta,

choć jest znakiem swoich czasów, pewnych modnych wtedy rozwiązań brzmieniowych, aranżacyjnych – bardzo dobrze broni się po latach. Krążek dopracowany jest w najdrobniejszych szczegółach. Nie wiem, w jakiej mierze jest to zasługą samej artystki, a na ile współpracowników. Faktem jest jednak, że na żadnej z późniejszych płyt takiej dbałości o każdy fragment piosenki już nie było.

Love to bardzo szlachetne połączenie popu i rocka. Smakowitość studyjnej roboty przywodzi na myśl trochę wcześniejsze solowe dokonania Grzegorza Ciechowskiego. Nad wszystkim czuwał Rafał Paczkowski, który też zagrał na instrumentach klawiszowych, a liderkę wspomagali byli koledzy z zespołu – Paweł Derentowicz i Krzysztof Poliński, a ponadto Jan Borysewicz, Krzysztof Ścierański i Wojciech Kowalewski. I to po prostu słychać.

Bartosiewicz w świetnej formie – kompozytorskiej i wokalnej. Była wyraźnie w natarciu, gotowa podbić świat (choć wyprawa do Londynu akurat udana nie była), a z pewnością potwierdzająca

obecność w ścisłej czołówce

rodzimego grania. Czterdzieści sześć minut z kawałkiem, dziesięć znakomitych i bardzo dobrych piosenek. Wielki, wielki talent, nadzieja na wiele lat obecności na scenie, wiele świetnych płyt – przecież to był dopiero początek drogi.

Wciąż trudno uwierzyć, że trzy pierwsze płyty wyczerpały potencjał twórczy Pani Edyty. Dziś jest – nie wypominając – osobą dawno po czterdziestce, lecz jak dowodzi wiele innych przykładów w historii rocka, jeszcze sporo może zdziałać. Oczywiście, lepiej milczeć, niż nagrać słabą płytę. Jednak starzy fani (a do nich się zaliczam, mimo iż kręcę nosem) nie chcą przyjąć do wiadomości, że Bartosiewicz jest już tylko eunuchem w spódnicy, co to wie jak, ale nie potrafi.

Ostatnio napisała na fejsbuku: „To moment dla mnie wyjątkowy. Mogę w końcu podzielić się z Wami czymś dla mnie naprawdę ważnym. Siedzę w domu i słucham tego, co wydarzyło się w studiu. Trzynaście zgranych numerów.

Cała płyta. Najpiękniejsza,

jaką kiedykolwiek nagrałam. Czuję wzruszenie i coś, czego nie umiem jeszcze nazwać… Dziękuję Wam za wszystko, za to, że nigdy we mnie nie zwątpiliście, tak jak ja nie zwątpiłam nigdy w siebie”.

Nowy album ma się ukazać po wakacjach, singiel jeszcze przed. Oby słowa wokalistki nie były jedynie zaklinaniem rzeczywistości – mocnym pragnieniem, by wrócić w wielkim stylu, ze świetnym materiałem.

Jego Wysokość – Hey, Do rycerzy, do szlachty, doo mieszczan, 2012

„Zanim mnie połkniesz, skosztuj” – słyszę głos z królewskich żup Wieliczki, utworu otwierającego album. No właśnie, pisanie muzycznego bloga wytwarza we mnie wewnętrzny imperatyw, by w miarę szybko reagować przynajmniej na największe wydarzenia, a do nich zaliczyć należy pojawienie się w sprzedaży nowej płyty Heya. To nieproste: połykanie na szybko zamiast powolnego smakowania, wsłuchiwania się w poszczególne utwory. Nie lubię tego, ale spróbuję. Zastrzegając sobie prawo do przesunięcia akcentów gdzieś w przyszłości.

[more]

Czy moja miłość do zespołu jest bezwarunkowa, tego nie wiem, chyba nie, trochę za wiele wiosen już za mną. Ale póki co jest tak, że zarówno Miłość! Uwaga! Ratunku! Pomocy!, jak i teraz jej młodsza siostra Do rycerzy… wchodzi mi do głowy od pierwszego słuchania. Dziś jest już łatwiej, już nie ma zaskoczenia, że w tej muzyce jest znacznie mniej niż kiedyś gitar. Jednak

wartość artystyczna nowych piosenek

wydaje się bezdyskusyjna.

Otrzymaliśmy krążek stworzony przez ludzi absolutnie pewnych tego, co i jak chcą robić – i jest to pewność dobrze pojęta z racji wieku, stażu na scenie oraz, przede wszystkim, skali talentu. Hey od wielu już lat jawi mi się jako zespół w historii polskiego rocka najwybitniejszy: tyle lat działalności, po drodze istotna zmiana personalna, teraz znaczna przemiana stylistyczna, a ciągle mamy do czynienia z muzyką przez duże „M”. To wcześniej nikomu się nie udało. Fenomen ten jest jeszcze bardziej zadziwiający, gdy uświadomimy sobie, że dotyczy grupy, która zaczęła pisać swoją historię dopiero w ponad trzydzieści lat od początków szarpidructwa nad Wisłą.

Oczywiście, w parę dni od premiery, po dość intensywnym wsłuchiwaniu się w te piosenki mam swoje pierwsze typy. Mam też nieodparte wrażenie, że kiedyś, w nie bardzo odległej przyszłości, dane nam będzie usłyszeć je w gitarowych, i to ostro gitarowych, wykonaniach. Wersje studyjne są mocno nasączone elektroniką, ale – co najistotniejsze – to ciągle rokendrol. Jest w tej muzyce puls i swing. Są – chciałoby się powiedzieć, że jak zwykle – świetne teksty.

Nie mam żadnych wątpliwości,

kto jest pierwszą damą

w rodzimym szołbiznesie. Panią Marylę zostawmy w spokoju, z konkurentek myślę o Martynie Jakubowicz i Edycie Bartosiewicz. Pierwsza od lat konsekwentnie robi swoje, ale to jednak nieco inna miara, druga wystartowała z takiego pułapu, że potem nie była w stanie się na nim utrzymać – i dziś chyba woli milczeć niż wydać kolejną taką sobie płytę. A Nosowska jest jak wino – im starsza, tym lepsza. Jej udział w tworzeniu materiału na nowy album jest zdecydowanie największy – jest współtwórczynią wszystkich kompozycji i autorką niemal wszystkich tekstów (dziesięciu spośród jedenastu).

Niemal, bo na koniec płyty mamy Z przyczyn technicznych, świetny kawałek skomponowany i zaśpiewany do spółki z Gabą Kulką. Duety Nosowskiej to też coś, co należy odnotować, co kiedyś może zebrane będzie na oddzielnej płycie. Ich lista robi się coraz dłuższa, z tych damsko-damskich pamiętamy Moją i twoją nadzieję ze wspomnianą już Bartosiewicz, potem była m.in. znakomita Kochana z Renatą Przemyk czy na Unplugged wspólny występ z Agnieszką Chylińską.

Tak na świeżo, jeśli wskazywać miałbym utwory szczególnie zwracające moją uwagę, odnotowuję walczyk …że się Kupidyn tobą interesuje, Podobno i Wilk vs. kot (klawisze trochę jak w Jump Van Halen) – znakomite numery w starym Heyowym stylu. Tu urywam, będąc przekonany, że

piszę o najlepszej płycie rockowej,

a bez stylistycznych podziałów z pewnością o jednej z najlepszych płyt 2012 roku.

Warto wspomnieć o ślicznym pudełku, w jakie zapakowana jest płyta. Widać na nim członków zespołu (tym razem aż w sekstecie) uwiecznionych na „klasowym” zdjęciu w sali gimnastycznej, a po zajrzeniu do środka odkrywamy jeszcze pomoc szkolną w postaci ołówka z nadrukowaną nazwą grupy.

Na koniec nuta niepokoju. Bardzo jestem ciekaw koncertowego oblicza Heya. Bo w tym przypadku życzyłbym sobie, by było inaczej niż po poprzednim albumie, kiedy stare kawałki zostały tak dobrane i – często – przearanżowane – by klawiszowiec też miał co robić. Wolałbym, aby na żywo znane od lat utwory pojawiły się w klasycznych, gitarowych aranżacjach. Ale, coś mi się zdaje, że będzie inaczej, że to jeszcze nie ten moment. Zobaczymy.