Trzysta tysięcy gitar, Ojciec Redaktor i kustosz

pobrane28

Jeśli nie Dariusz Michalski – to kto miałby targnąć się na takie tomiszcze? Właśnie on, miłośnik rokendrola, naoczny świadek i aktywny uczestnik lwiej części tamtych czasów, badacz zjawiska, a także – jako dziennikarz – postać opiniotwórcza i wywierająca wpływ na losy tej muzyki w Polsce.

[more]

*

Pisać o książce w cztery lata po jej wydaniu jest czynnością cokolwiek spóźnioną. Przyznać się do dopiero co ukończonej lektury, mimo iż wydawnictwo niemal zaraz po ukazaniu się znalazło miejsce w domowych zbiorach – trochę wstyd.

Pan Dariusz i diariusz

Ale też zabrać się do opasłego, liczącego ponad osiemset stron tomu wymaga niemałej mobilizacji. Czymże jednak jest ona, tak samo jak czytelnicze kręcenie nosem w pewnych momentach, wobec monumentalności opisywanego dzieła? Dariusz Michalski, przez lata dziennikarz muzyczny radiowy i prasowy, autor „Metronomu” na łamach „Sztandaru Młodych” oraz wtorkowej „Muzycznej poczty UKF” i „Interradia” w radiowej Trójce, nie od wczoraj znany jest jako niestrudzony archeolog, encyklopedysta i kronikarz mocnego grania w Polsce. Trzeci tom „Historii polskiej muzyki rozrywkowej”, obejmujący lata 1958-1973, a więc opisujący początki i pełen zakrętów rozwój big beatu, a potem rocka między Bałtykiem a Tatrami, jest jednak dziełem wyjątkowym dla niejednego fana tej muzyki.

Gdy przed laty czytałem reportaż o Władysławie Kopalińskim, zadziwiła mnie informacja, iż ten wybitny leksykograf do końca pracował nad swoimi słownikami, posługując się fiszkami, nie zaś komputerem. Mogę tylko domyślać się, iż dom redaktora Michalskiego wygląda podobnie, stanowiąc jedno wielkie „analogowe” archiwum – tworzone przez tony książek, czasopism, teczek i segregatorów z wycinkami prasowymi oraz korespondencją z ludźmi z tzw. branży (o źródłach wspomina autor na końcu książki), no i oczywiście tysiącami płyt wszelkiej maści. Do których komputer, internet i cyfrowe zdobycze ostatnich lat stanowią niezbędny już, ale tylko dodatek. Jeśli nie ten człowiek – to kto miałby targnąć się na takie tomiszcze? Właśnie on, miłośnik rokendrola, naoczny świadek i aktywny uczestnik lwiej części tamtych czasów, badacz zjawiska, a także – jako dziennikarz – postać opiniotwórcza i wywierająca wpływ na losy tej muzyki w Polsce. Choć kustoszem nazywa Walickiego, akurat to określenie – ten tytuł – zarezerwowałbym dla Pana Dariusza.

„Trzysta tysięcy gitar nam gra” to 

kopalnia wiedzy. 

Bezmiar nazwisk, nazw zespołów, klubów i miast – mrówcza praca, której efektem jest fascynujący zapis pierwszych lat rodzimego szarpidructwa, wszelkich zmagań o to, by zaistnieć: z niechętnymi „czynnikami” partyjnymi na zmianę z brakami sprzętowymi (przez wiele lat nie było nic: ani instrumentów, ani sprzętu nagłaśniającego, ani możliwości przyzwoitego rejestrowania nagrań w studiach). Wymieniane są zarówno nazwy i nazwiska świetnie znane – zwłaszcza tym obecnie już niemłodym – miłośnikom mocnego uderzenia, jak i te nieco lub kompletnie zapomniane. Nie brakuje frapujących anegdot, ale i całych artykułów – zwłaszcza gdy mowa o legendach, którym nie dane było nagrać choćby jednej długogrającej płyty (a czasem nawet singla albo tzw. czwórki), jak wrocławskim Romualdowi & Romanowi czy krakowskiemu Zdrojowi Jana.

*

Fragment wspomnień F. Walickiego dotyczący pewnego koncertu  we wrześniu 1959 roku:

Mieliśmy już za sobą kilkanaście występów w największych halach Polski […] ale tu, na Śląsku, reakcje były silniejsze niż gdzie indziej. Katowicki Torkat, wypełniony po brzegi sympatykami rock and rolla, przypominał nieckę olbrzymiego stadionu w chwili strzelenia przez gospodarzy decydującej bramki.
[Tymczasem nazajutrz, na dziewiątą rano, zostaliśmy wezwani do Komitetu Wojewódzkiego]. Staliśmy na dywaniku. Przywitał nas wysoki, silnie zbudowany mężczyzna. Po latach, gdy stał się Bardzo Ważną Osobistością, jego zdjęcie oglądaliśmy w prasie niemal codziennie. Tego dnia zobaczyłem go po raz pierwszy. Nie prosząc o zajęcie miejsc, dając do zrozumienia, że i tak poświęca nam zbyt wiele czasu, wygłosił następujący monolog:
– Jesteście na Śląsku. Nasza młodzież uczy się i pracuje. Raz w tygodniu chciałaby kulturalnie wypocząć, nabrać sił do dalszej nauki i pracy. Nie interesują nas wynaturzone mody, nie chcemy rozwydrzenia i rozpasania. Przyjmijcie zatem do wiadomości, że wasz wczorajszy koncert (słowo „koncert” wymówił z wyraźną ironią) był ostatnim występem waszego zespołu.
Audiencja była skończona. Trwała najwyżej minutę. Ale wystarczająco długo, aby przekonać nas, że ze[/i] Stu lat, [i]jakie wieczorem poprzedniego dnia śpiewała na cześć gdańskiego Rhytm & Bluesa publiczność katowickiego Torkatu, została zaledwie chwila.

*

Ojciec Redaktor i reaktor

Historia zaczyna się od Trójmiasta, redaktora Franciszka Walickiego (o którym od dawna nie mówi się inaczej, niż jako ojcu mocnego uderzenia w naszym kraju) i Rhythm & Bluesa. Później wkraczamy m.in. w muzyczne środowiska stolicy, Łodzi, Krakowa, Wrocławia, Poznania i kilku innych miast, by podróż w tym tomie zakończyć na początkach śląskiego SBB i mocno umownej oraz wielokrotnie z konieczności naruszanej cezurze w postaci roku 1973. Całość zamyka – jakże by inaczej? – rozdział poświęcony Ojcu Redaktorowi, który szczęśliwie doczekał tej publikacji (zmarł w 2015 roku w wieku dziewięćdziesięciu czterech lat). Na kartach książki wymienieni są wszyscy, na których wychowywali się  tacy konsumenci muzyki jak ja. 

Mogę tylko domyślać się, ile wysiłku kosztowało Dariusza Michalskiego pogodzenie chęci bycia niemal akademickim encyklopedystą z dziennikarską pasją oceniania i wartościowania, a w tym drugim przypadku oddzielenie tego, co obiektywne i ogólnie przyjęte, czemu z racji zasług przynależne jest odpowiednio dużo miejsca w publikacji, od osobistych ocen związanych z własnym gustem i upodobaniami – dawnymi i obecnymi. To, co w tym miejscu wytknąłbym autorowi, to zupełnie niepotrzebne kąśliwe uwagi na temat tych, których temat dzieła wprost nie dotyczy, np. Ani Rusowicz (jako córki Ady i Wojciecha Kordy) albo Piaska (przy okazji ostatnich akapitów o Sewerynie Krajewskim).

„Trzysta tysięcy gitar nam gra” jest księgą, która zawsze już stanowić będzie nieocenione źródło i punkt odniesienia – jako imponujący, najobszerniejszy z dotychczasowych (a pewnie takim już pozostanie) zapis dokumentujący pierwszy okres rocka nad Wisłą i Odrą. Czekając na czwartą część „Historii polskiej muzyki rozrywkowej” polecam gorąco tę trzecią, zwłaszcza że wciąż jest do zdobycia i to za nieprzystojnie małe dziś pieniądze. A nie próbując nawet ścigać się z Ojcem Redaktorem F. Walickim na epitety i pochwały dla D. Michalskiego, na koniec zacytuję raz jeszcze jego słowa – te, którymi zakończył „Przedmowę”:

„To książka niezwykła, jak niezwykły jest jej autor – nieustanny poszukiwacz, wróg banału, mistrz dokładności i precyzji.[i]Trzysta tysięcy gitar nam gra[/i] to obowiązkowa lektura każdego, kogo trafił kiedyś grom rock and rolla”.

[Dariusz Michalski, Trzysta tysięcy gitar nam gra. Historia polskiej muzyki rozrywkowej (lata 1958-1973) z przedmową Franciszka Walickiego. Wyd. Iskry 2014]

[W NaTemat: 17 marca 2018]

(The) Who Are You

who_odds

Jak to się stało, że kwartet nigdy nie zaistniał w szerszej świadomości rockfanów nad Wisłą? The Who przecież byli tam, gdzie działy się wielkie rzeczy – w 1967 roku na Monterey Pop Festival, dwa lata później wystąpili w Woodstock. Wystawili także dwie znaczące rockopery.

[more]

*

Przez całe dziesięciolecia muzyka przedostawała się

z Zachodu nad Wisłę

w bardzo skromnym wymiarze. Poza wybrańcami losu mającymi z tych czy innych względów dostęp do wydawnictw zza żelaznej kurtyny, gardło to bardzo długo było wąskie jak Program III Polskiego Radia, jego ramówka reglamentująca audycje muzyczne – i w końcu upodobania redaktorów je prowadzących.

Co mi, rocznikowi 1962, zostało w pamięci? „Muzyczne Poczty UKF” – Witolda Pogranicznego z muzyką polską („Co mam zrobić, jeśli Państwo ciągle proszą o Czerwone Gitary, Marylę Rodowicz i Czesława Niemena?”), Dariusza Michalskiego z graniem z demoludów i, jak przyszło co do czego, nowymi nagraniami SBB, Marka Gaszyńskiego z ostrzejszą odmianą rocka, ale zbyt często gitarową popeliną w stylu Sweet, Slade czy Suzi Quatro. 

Długo okrętami flagowymi rozgłośni były środowe „Poczty” i „Tonacje” oraz zmieniający swoje miejsce – raz we wtorki, raz w czwartki – „Minimax” Piotra Kaczkowskiego. Był oczywiście jeszcze „Bielszy odcień bluesa” Wojciecha Manna i Jana Chojnackiego, ale skupiony, jak podpowiada sama nazwa, na bluesie, był Janusz Kosiński z „Odkurzonymi przebojami” (bajko ty moja, w 1978 na przykład odkurzał Cream albo Free, czyli utwory okołodziesięcioletnie zaledwie), trochę później pojawił się Marek Wiernik serwujący nowe gitarowe brzmienia. Był – niestety sporadycznie – Jerzy Janiszewski. Zmierzam do tego, że nieuchronne filtrowanie i tak niewielkiej rzeczki zamiast oceanu muzyki przez gusta kilku – kilkunastu radiowców powodowało, że pewne nazwy – nawet z tych największych – nie były darzone szczególną atencją, a ich nagrania stanowczo zbyt rzadko pojawiały się na antenie.

Z pierwszego pokolenia brytyjskich rokendrolowców – nawet jeśli weźmiemy poprawkę na, generalnie, tendencję spadkową w latach 70. – nie dano polskim fanom zapomnieć o Stonesach. Beatles, choć prawdziwy renesans zaczęli przeżywać dopiero od następnej dekady, zawsze mogli liczyć na łaskawość i przychylność. Ale, przejdę do konkretów, The Kinks czy The Who już niekoniecznie.

*

W 1986 roku wraz z rodzicami, na pokładzie FSO 1500 (już nie Fiata 125p, bo zirytowani jakością produktu Włosi odebrali nam licencję) udawałem się na dwa tygodnie do Grecji. Tuż po przekroczeniu granicy w Cieszynie, w jego czeskiej części namierzyłem sklep z płytami, a na wystawie The Best of The Who, wydany przez Supraphon na licencji Polydoru. Wtedy takie wydawnictwa były rzadkością i

rozpalały wyobraźnię…

Wracaliśmy tą samą drogą (ja z pieczołowicie chronioną L.A. Woman Doorsów), zatrzymaliśmy się tuż przed przekroczeniem ostatniej granicy. Uprosiłem tatę, by odpalił mi odpowiednią ilość koron. Wszedłem do sklepu. I zupełnie nie pamiętałem w tym momencie, że płyta to po czesku deska.- The Who…- Dehu? – zażywna, trzymająca skrupulatnie knedlikową dietę pani za ladą bez cienia uśmiechu wyraziła swe niezrozumienie tematu. – Jaku dehu?! – No, The Who… – Dehu? – spytała raz jeszcze, nie kryjąc niechęci. Nie umiejąc się porozumieć, wskazałem odpowiednią okładkę z witryny. – Aaa, Dehuvku…

*

W 2010 roku rzuciłem się na zremasterowane wersje płyt The Beatles, w tym samym czasie w domowym zbiorze pojawiły się upragnione Get Yer Ya Ya’s Out i Let It Bleed Rolling Stones (dziś można już upolować większość płyt The Glimmer Twins z lat 60.). I chyba wtedy też zakupiłem My Generation – The Very Best of – w końcu coś The Who na CD.

Ale dopiero w ostatnich kilku miesiącach nabyłem wreszcie – bo wreszcie dostępnych w Polsce – osiem katalogowych płyt zespołu. Co nie bez znaczenia – w cenie 19,99 zł za sztukę. I właśnie teraz mam taki okres, że domięśniowo i dożylnie aplikuję sobie, bez jakiegokolwiek znieczulenia, nagrania kwartetu. Wspaniałe są takie korepetycje – jeśli nie dane mi było poznać tych płyt wcześniej (poza Who’s Next), tym świeższym uchem docierają one do mnie teraz.

Jest bosko. Genialność Who’s Next doceniłem już dawniej. Live At Leeds powala swoją mocą, żywiołowością wykonań na żywo. Sell Out to klasyka – ten wyjątkowy 1967 rok! Odds & Sods to potężna, blisko osiemdziesięciominutowa w wersji kompaktowej dawka rarytasów. By Numbers zadziwiająco pięknie nawiązuje do brzmień z poprzedniej dekady, a i na Who Are You, wydanej tuż przed śmiercią bębniarza, Keitha Moona, jest wiele dobrych momentów.

*

The Who zaczynali jako naśladowcy Beatlesów i Stonesów, by błyskawicznie stać się w

trzecią siłą brytyjskiego rocka.

I wciąż czerpiąc z pionierskich lat rokendrola, przeistoczyli się w rasowy i nowoczesny band gitarowy w końcu lat 60. Rozwalali instrumenty na zakończenie swych występów, ale – co bez porównania istotniejsze, tak jak Rolling Stones – mieli uszy i oczy otwarte na wszystko to, co działo się u schyłku dekady. Psychodelia czy hard rock spod znaku Cream i Led Zeppelin – to wszystko umiejętnie przeszczepili na swój grunt. Nie atakując nadmiarem przystawek (co słychać w Live At Leeds), potrafili powalić mocą brzmienia. Nie mam pojęcia, jak to się stało, że kwartet nigdy nie zaistniał w szerszej świadomości rockfanów nad Wisłą. The Who przecież byli tam, gdzie działy się wielkie rzeczy – w 1967 roku na Monterey Pop Festival, dwa lata później wystąpili w Woodstock. Wystawili dwie znaczące rockopery: Tommy’ego w 1969 roku i Quadrophenię w 1973.

Po przedwczesnej śmierci Keitha Moona w 1978 roku Pete Townshend, Roger Daltrey i John Entwistle nie bardzo wiedzieli, co dalej ze sobą począć. Pierwszy z nich zastanawiał się, czy nie należałoby zatrudnić dwóch perkusistów, częściej jednak dominowała myśl o rozwiązaniu zespołu – jak w przypadku Led Zeppelin po śmierci Bonhama. Stało się to w 1982 roku, po nagraniu jeszcze dwóch albumów z Kenneyem Jonesem na perkusji. Jednak kolejne trzy lata później zameldowali się na Live Aid i ostatecznie dali spokój z deklaracjami o zawieszeniu instrumentów na kołkach – czyli występowali nadal. Nawet śmierć basisty Johna Entwistle’a w 2002 roku nie odwiodła ich od tego. Ich – już tylko dwóch oryginalnych członków bandu. 

W 2013 roku kolejny raz wystawili w Londynie Quadrophenię, a jej zapis można na różnych nośnikach nabyć także w polskich sklepach. W ubiegłym roku w sieci pojawił się nowy kawałek kapeli – Be Lucky. Wyraźnie dowodzi to, że Townshend i Daltrey, wbrew młodzieńczej deklaracji wokalisty w słynnym numerze My Generation z 1965 roku, że chciałby umrzeć, nim się zestarzeje, mają zamiar grać póki sił im starczy.

Ufam, że przyjdzie niebawem pora, by zatrzymać się na dłużej przy jednym czy drugim albumie The Who.

[W NaTemat:25 stycznia 2015]

Na początku był Chuck Berry

Keith Richards: „Jak powiedziałem, kiedy wprowadzałem go do Hall of Fame [1986], ukradłem każdy riff, który kiedykolwiek zagrał”.

Marek Garztecki: „Szczupły, przystojny „chłopiec z gitarą” stworzył nowy typ młodzieżowego bohatera i uznany został za jedną z najbardziej fascynujących osobowości estradowych naszych czasów. Był pierwszym murzyńskim wokalistą, który stał się idolem białej młodzieży amerykańskiej. On też jako pierwszy zrobił decydujący krok od czarnego rythm and bluesa do nowego multikolorowego tworu zwanego rock and rollem”.

[more]

W 1978 roku zbiegły się w moim życiu dwa bardzo istotne muzyczne epizody: w swojej „Tonacji Trójki” Dariusz Michalski prezentował

mistrzów rock and rolla.

To wtedy pierwszy raz w dużej dawce zetknąłem się z piosenkami Berry’ego – i zwariowałem. A pod choinką parę miesięcy później znalazłem prezent od brata – książkę Marka Garzteckiego Rock. Od Presleya do Santany, a w niej krótki, ale cały rozdział poświęcony temu gitarzyście, wokaliście i kompozytorowi. I od tamtej pory wiem, że od tego faceta wszystko się zaczęło. Skończyły się rokendrolowe wprawki, zaczęło bezkompromisowe łojenie.

Urodził się w 1926 roku, był jednym z sześciorga rodzeństwa, jednak nigdy nie zaznał biedy. W 1944 roku został zatrzymany pod zarzutem kradzieży i spędził trzy lata w poprawczaku. Potem wahał się, czy zostać fryzjerem, czy muzykiem. Zwyciężyła miłość do muzyki, z którą – jak każdy Murzyn – zetknął się jako dziecko w kościele. W 1952 roku miał już swoje stałe trio. Grupa była jedną z pierwszych profesjonalnych wykonujących R&B.

Berry chciał trafić do Chicago, miasta tętniącego wtedy graniem. Dobił się do sławnego już Muddy’ego Watersa, został wysłuchany i parę dni później obaj znaleźli się w wytwórni

Chess Records.

Zespół nagrał trzy utwory, a wśród nich Maybellene. Jeden z braci Chessów zasugerował zmianę aranżacji, dodanie mocnego beatu i… bomba poszła w górę. To był maj 1955 roku, utwór szybko stał się numerem jeden list przebojów w całych Stanach.

Berry koncertował w największych salach, bijąc rekordy popularności. Jeszcze w tym samym 1955 wylansował następny przebój – Roll Over Beethoven, a w kolejnych trzech latach School Day, Rock And Roll Music, Sweet Little SixteenJohny B. Goode.

Jak pisze wspomniany już M. Garztecki, stał się

pierwszym poetą rokendrolla,

śpiewał o świecie widzianym oczami nastolatka, ucznia, o pierwszych miłościach i rodzicielskich nakazach. Pojawiają się nawet wątki związane z ubóstwem i segregacją rasową, w mocno zawoalowanej formie, ale były to przecież lata pięćdziesiąte.

U szczytu sławy, w 1959 roku został powtórnie aresztowany, tym razem pod zarzutem uwiedzenia nieletniej. Okazało się, że dziewczyna była znacznie starsza, trudniła się prostytucją i nikt do niczego jej siłą nie zmuszał. Sędzia jednak ciągle zwracał się do niego „ty czarnuchu” i Berry ostatecznie poszedł siedzieć – tym razem na blisko dwa lata.

I wszystko się zmieniło – przede wszystkim on: stał się odludkiem, żona zażądała rozwodu, starzy przyjaciele odwrócili się od niego. Zmieniał się też rock. Berry musiał zaczynać niemal od początku.

I tak naprawdę

już nigdy się nie podniósł.

W 1972 roku co prawda powrócił na szczyty list przebojów kawałkiem My Ding-A-Ling, znów mógł grać w wielkich salach koncertowych, ale dawnej popularności na dłużej nie odzyskał. W 1979 roku wymiar sprawiedliwości raz jeszcze upomniał się o niego – odsiedział cztery miesiące za fałszerstwa podatkowe.

Najbardziej interesuje nas jednak dzieło, a nie sam człowiek. Dziesięć pierwszych lat, bo okres 1955-1964 jest tym najważniejszym, tym, kiedy powstały wszystkie istotne utwory Berry’ego. Piosenki, bez których nie sposób mówić o początkach rokendrola, o jego kamieniach milowych. Rola artysty, jego

wpływ na następne pokolenie twórców

– przede wszystkim brytyjskich – z Beatlesami i Stonesami na czele, jest nie do przecenienia. Ten zadziorny facet nieźle narozrabiał w dziejach popkultury.

Od bodaj kilkunastu miesięcy są dostępne w Polsce znakomite dwupłytowe kompilacje Universalu w serii Gold. Wśród nich zremasterowany wybór piosenek Chucka Berry’ego – definitive collection, ponad dwie godziny grania. Pięćdziesiąt piosenek, które ukazują wszystko, co najistotniejsze w dorobku mistrza. Oprócz wyżej wymienionych jeszcze Wee Wee HoursCarol, Little Quennie, Memphis, Tennessee czy Nadine, by wymienić tylko niektóre z najsłynniejszych. Rewelacja – za jedyne 22,99 zł.

 

 

Weather Report

W niedzielę, mam nadzieję, Paul McCartney i Flaming Pie.

SBB, Welcome, 1979

Album Welcome został nagrany w październiku 1978 roku w studiu Polskiego Radia w Opolu. Pink Floyd rok wcześniej wydali Animals, a The Wall miał się ukazać pod koniec 1979 roku. We wrześniu 1978 roku wyszedł krążek Tormato Yes, kolejny – Drama – w 1980. Emerson, Lake and Palmer dogorywali po słabiutkiej Love Beach (listopad 1978), Genesis właśnie wkroczyli na popową drogę, wydając …and Then There Were Three…. Intensywnie funkcjonuje w tamtym czasie jedynie formacja U.K., która na przestrzeni dwóch lat wydaje trzy albumy. Zarówno na tym tle, jak i całkiem obiektywnie rzecz biorąc, płyta SBB opublikowana w 1979 roku jest po prostu rewelacyjna.

[more]

Gdy zimą 1979 roku Dariusz Michalski zaprezentował w Muzycznej Poczcie UKF jeszcze ciepły materiał przygotowany na drugą RFN-owską płytę zespołu, jako miłośnik takich dźwięków poczułem się znokautowany, a jako Polak i Ślązak – spuchłem z dumy.

Skrzek jako kompozytor uciekał ciągle w stronę długich, rozbudowanych form muzycznych. Na tym albumie natomiast mamy pierwotnie siedem utworów (w wersji CD doszedł jeszcze odrzucony wcześniej Rain). Otrzymaliśmy więc utwory krótsze, w których skondensowane zostało wszystko co najlepsze spod znaku SBB. Welcome to, nie waham się użyć tego określenia, arcydzieło, jedna z najwybitniejszych płyt w historii polskiego rocka, ale także płyta, której nie powstydziłaby się żadna z progrockowych kapel zachodnich.

Zaczyna się znakomicie: instrumentalny Walking Around The Stormy Bay to najlepszy utwór z całego dorobku grupy, porywające połączenie klimatów progressive i hard rocka. Co może się jeszcze wydarzyć po takim początku? Bez obaw, zespół znajduje się w szczytowej formie. Raz jest spokojniej, lirycznie – jak w piosence tytułowej – a czasem bardzo dynamicznie (Rain), zwykle jednak te nastroje bezustannie się mieszają, by doprowadzić nas do fantastycznej solówki Lakisa w finale kończącej płytę minisuity Last Man At The Station.

To, w jakie rejony zawędrowali Skrzek, Anthimos i Piotrowski, do dziś budzi najwyższe uznanie. Trzech wirtuozów stworzyło taki materiał muzyczny, że nawet kiepska angielszczyzna lidera jest zdecydowanie do zaakceptowania – tym bardziej, że siły głosowi Skrzeka bynajmniej nie brakuje. Tym albumem bezdyskusyjnie udowodnili, że należą do światowej czołówki, co nie raz w tamtym czasie sygnalizowali dziennikarze zachodni, którzy mieli okazję usłyszeć polskie trio.

Niestety, wkrótce potem okazało się, że muzycy nie dają rady żyć i pracować w tym tempie. Walka o pozycję na europejskich rynkach, wielomiesięczne trasy koncertowe, problemy Lakisa powodujące, że wielokrotnie Skrzek i Piotrowski musieli grać tylko w dwójkę – to wszystko sprawiło, że w listopadzie 1980 roku powiedzieli „Dość, jesteśmy zmęczeni, musimy odpocząć”.

Dla fanów była to straszna wiadomość, „pośmiertnie” wydane w 1981 roku Memento z banalnym tryptykiem było kolejnym znakomitym krążkiem i raz jeszcze dowodziło wielkiego potencjału twórczego i wykonawczego, ale rozpad zespołu stał się faktem. Miało to miejsce w bardzo znaczącym dla całego rocka symfonicznego czasie, jakim był przełom lat 70. i 80. (piszę o tym w majowym tekście 1980: koniec SBB i rocka progresywnego).

Wiem skądinąd, że nawet dla moich rówieśników – wielbicieli art rocka z lat 70. – twórczość SBB jest często ziemią nieznaną. Zespół zbyt uciekał, zwłaszcza na koncertach, w stronę jazz rocka? Trzy pierwsze albumy były zbyt surowe? Tak trudno było niektórym uwierzyć, że u nas, w Polsce, ktoś może grać na światowym poziomie? Cudze chwalicie, swego nie znacie?

Jeśli miałbym kogoś dziś skłonić do pierwszej próby kontaktu z muzyką SBB – zdecydowanie proponuję Welcome. Obiektywnie, powtarzam, płyty znakomitej. Zaś dla mnie osobiście, w mojej trwającej nieustannie przygodzie z muzyką – zajmującej absolutnie wyjątkowe miejsce.

Ewa Winnicka, Cezary Łazarewicz, Zapraszamy do Trójki, 2012. Dwugłos w rzeczonej sprawie. Głos pierwszy: Mariusz

Każdy ma swoją Trójkę. Myśl, byśmy oboje z żoną podzielili się swoimi refleksjami po lekturze książki, zrodziła się spontanicznie. Dlatego też zaniechaliśmy domowej wymiany spostrzeżeń, by w żaden sposób nie wpływać wzajemnie na swoje teksty. Żona spojrzała na temat szerzej, ja skupiłem się na muzyce.

[more]

Nie wiem, czy o to chodziło autorom książki, ale po jej przeczytaniu zacząłem się zastanawiać nad tym, jakim jestem słuchaczem. Nie będziesz miał rozgłośni cudzych przede mną – to oczywiste. Jako rówieśnik Trójki muszę uczciwie powiedzieć, że przydarzyły mi się tylko dwa skoki w bok: w latach 70. jedynkowe Lato z radiem (czas Abby) i w latach 90., okresie pierwszej zapaści Programu Trzeciego PR, Metzowy RMF.

 *

Nie powiem nic szczególnie odkrywczego, stwierdzając, że najsilniejsze doznania to czas młodości. Powolnego, jak się wtedy zdaje, wkraczania w dorosłość. Muzycznie ukształtowała mnie – za pośrednictwem starszych braci – Trójka i tylko Trójka. Świadomym konsumentem płyt stałem się w 1976 roku, dwa lata później zaczęła się moja systematyczna podróż przez muzyczne krainy.

Gdybym miał wymienić jedno nazwisko – byłby to oczywiście Piotr Kaczkowski. Pamiętam jego jeszcze dwudziestominutowe Minimaksy. Gdzieś na starej szpuli, na samym jej końcu, tzw. zapowiedź wsteczna: W Minimaksie zadebiutowała grupa Babe Ruth, B-a-b-e R-u-t-h, z wokalistką Janitą Haan, H-a-a-n. I szybko jeszcze podane utwory z pierwszej strony płyty. Pamiętam środowe Muzyczne poczty UKF, zaczynające się po wiadomościach, o 17.05. Załapałem się akurat na dyskografię Genesis. Pamiętam południowe W tonacji Trójki.

Ale skłamałbym, gdybym wspomniał tylko Pana Piotra. Poza nim – Dariusz Michalski,  który we wtorki prezentował muzykę z demoludów (kupę świetnego grania z Węgier: Omega, Locomotiv GT, Scorpio, Piramis, Fonograf, Czechosłowacji: Collegium Musicum, Jugosławii: Bijelo Dugme, Atomsko Sklonište), a ponadto W tonacji miał pod koniec lat 70. wspaniały cykl o pierwszych rokendrolowcach. To z tych programów dowiedziałem się o istnieniu Haleya, Perkinsa i wielu innych, ale przede wszystkim o Chucku Berrym i Jerrym Lee Lewisie.

Bielszy odcień bluesa Wojciecha Manna i Jana Chojnackiego, Odkurzone przeboje Janusza Kosińskiego (dziś niewyobrażalne, by przeboje sprzed sześciu – dziesięciu lat trzeba było już odkurzać). Pamiętam Studio nagrań Wojciecha Kordowicza, choć nigdy nie zasmakowałem w elektronice. Pamiętam audycje Marka Wiernika, które wpuszczały tyle świeżego powietrza, że czasami, najzwyczajniej, nie nadążałem. Słuchałem też country’owych programów Korneliusza Pacudy, choć country było i jest mi obojętne. Słuchałem programów Romana Waschki. Słuchałem też, oczywiście, Witolda Pogranicznego i Marka Gaszyńskiego, ale ich propozycje jawiły mi się jako co najwyżej szkoła średnia przy uniwersytecie Kaczkowskiego.

Pamiętam Muzykę Młodej Generacji Piotra Nagłowskiego, pamiętam Jerzego Janiszewskiego (obok P. Kaczkowskiego – najbliższego mi jeśli chodzi o gust muzyczny). Wspominam też Wojciecha Zamorskiego.

Potem był stan wojenny i wszystko się zmieniło. Jeszcze muszę wspomnieć Tomasza Beksińskiego (mniejsza o natchnione wypowiedzi, ale on sprawił, że pokochałem U2), jednak kojarzy mi się bardziej ze stereofoniczną Dwójką niż potem z trójkowym adresem. A także Pawła Kostrzewę za mnóstwo znakomitej muzyki pod koniec lat 90.

Dziś, na ile czas pozwala, nadstawiam ucha przy programach Wojciecha Manna i Piotrów: Metza, Barona i Stelmacha. Podsłuchuję Grzegorza Hoffmanna, Artura Orzecha  i Magiel Wagli.

 *

Jestem wierny Trójce, ale jednocześnie, co uświadomiła mi książka, radio dozuję sobie od lat bardzo oszczędnie, zwłaszcza wieczorami. Do czytania znacznie lepsze jako podkład są płyty niż mówione audycje. A jeśli chodzi o wcześniejsze godziny – pracę mam taką, iż nie pozwala mi ona słuchać radia, chyba że znajduję się akurat w samochodzie.

 *

Książka nie rzuciła mnie na kolana. Ale co musiałaby zawierać, by tak się stało? Szczerze mówiąc, nie wiem. Każdy nieco starszy wiekiem słuchacz ma chyba swoją Trójkę, swoje ulubione audycje i ulubionych prezenterów.

Dobrym pomysłem wydaje mi się opisanie historii rozgłośni wykorzystujące, poza samymi początkami, wspomnienia ludzi z radiem związanych. Słabe natomiast są marginalia, zapiski z dyżurów telefonicznych, w większości mało śmieszne i zupełnie pozbawione cech anegdoty. Czy te wspaniałe, rozbawiające czasem do łez historie emitowane przy okazji jubileuszu zachowano dla potrzeb jakiejś innej  publikacji? 

Ale dobrze, że książka powstała. Trójce się to należy. Wielu możnych tego świata, dawniej i całkiem niedawno, próbowało uczynić z tej stacji jeszcze jeden serek homogenizowany. Szerzący wątpliwe racje polityczne i zupełnie niestrawny muzycznie. Dziś znów jest normalnie – i niech tak już będzie. Zostawcie Trójkę w spokoju, bo ona sama świetnie da sobie radę.