Rockowe ucho w krainie czarów

jazz_scofield_

Czy John Scofield jest gitarzystą jazzowym, funkowym, bluesowym, czy też rockowym – nie wiem. Bo taka wiedza do niczego nie jest potrzebna. Jest gitarzystą znakomitym. Będąc wirtuozem swego instrumentu, porusza się w bardzo szeroko pojętej materii jazzowej, czerpiąc obficie ze wszystkich gatunków muzycznych, nie wyłączając reggae oraz elektroniki.

[more]

Gitara

nie jest moim ulubionym instrumentem jazzowym. Nie lubię George’a Bensona, mam bardzo niechętny stosunek do Pata Metheny’ego. Natomiast zachwycił mnie kiedyś Kenny Burrell. Podobnie jak John Scofield i piątkowy występ jego Überjam Band w katowickim Rialcie. 

Jazz to, przepraszam za tę odkrywczą myśl, muzyka improwizowana. JS w każdym utworze serwuje wielominutowe

solówki.

Jeśli przenieść to na grunt muzyki rockowej, mamy z jednej strony Hendriksa, Claptona, Page’a czy Knopflera, a z drugiej Satrianiego, Vai’a lub Malmsteena. Czyli – albo swing, puls i blues, albo gryf gitary potraktowany jak tor bobslejowy. Tylko to pierwsze powoduje szybszy obieg krwi w moich żyłach.

Scofield, tak jak Burrell, jest mi bardzo bliski. Bo jego olśniewająca biegłość w poruszaniu się wśród sześciu strun służy tylko i wyłącznie muzyce. Blues w równym stopniu stanowi źródło tak dla rocka, jak dla jazzu. I wczoraj mogliśmy tego doświadczyć. Ileż w grze mistrza było nawiązań do B.B. Kinga, Hendriksa czy Cream (finał jednego z utworów nieodparcie kojarzył się z White Room)! 

JS, który ma w swoim CV grę praktycznie z wszystkimi największymi w jazzie, sam od lat jest

bandliderem,

wokół którego pojawiają się następne pokolenia wybitnych instrumentalistów. W Rialcie fantastycznie zagrali Avi Bortnick na drugiej, najczęściej funkującej gitarze i keyboadzie, czarnoskóry Louis Cato na perkusji oraz szara eminencja tego składu – basista Andy Hess. Zespół zagrał m. in. kilka numerów z ostatniej płyty Überjam Deux – wskrzeszonego po jedenastu latach projektu Überjam – Al Green Song, Curtis Knew czy porywający Boogie Stupid. Lider uśmiechał się raz po raz, wyraźnie czerpiąc przyjemność z grania, zagadywał, a w fantastycznym bisie I Don’t Need No Doctor pochodzącym z albumu That’s What I Say, zawierającego interpretacje utworów Raya Charlesa, zachęcał publiczność do chóralnego śpiewu. Świetny wokal w tym kawałku należał do perkusisty, Louisa Cato.

Całość trwała dwie godziny. Przyznam, że dawno już czas koncertu nie upłynął mi tak szybko i, mimo pozycji stojącej, zupełnie bezboleśnie. Może dlatego, że bezustannie

kołysałem się i bujałem

w rytm muzyki. Zaś John Scofield po niespełna kwadransie, jaki upłynął od zakończenia występu, wyszedł raz jeszcze do nas, by podpisywać płyty. Znów uśmiechnięty, jakby zupełnie niezmęczony występem, a ma już przecież sześćdziesiąt dwa lata. Okazało się, że nikt nie wyposażył artysty w coś, czym mógłby składać swoje autografy. Podałem więc swój cienkopis, podsunąłem płytę i – odszedłem, nie śmiąc oczywiście wyrwać mu pisadła z ręki.

(John Scofield Überjam Band, Festiwal Muzyki Improwizowanej Jazz i okolice, Katowice, Rialto, 22 listopada 2013)

[24 listopada 2013]

Emergenza – długa kolejka do muzycznej sławy

emergenza

Moja żona znajdowała się kilkaset metrów dalej, w Rialcie na koncercie Lao Che, a ja dałem się skusić propozycji, by zobaczyć tych, którzy dopiero walczą o zaistnienie na rynku. Festiwal Emergenza to pomysł, by w drodze wieloetapowych eliminacji wyłonić – w regionie, województwie, kraju, Europie i świecie – ciekawych wykonawców. Okazuje się, że nie tylko młodych, bo takich nieco wyłysiałych bądź przyprószonych siwizną też nie brakuje.

[more]

Schody zaczynają się na poziomie kompozycji – ich oryginalności bądź wtórności, tekstów – przyzwoitych i grafomańskich, wreszcie frontmenów i frontmenek.W piątkowy wieczór zobaczyłem sześć zespołów. W tym miejscu chciałbym wspomnieć o trzech, które wydały mi się najciekawsze. 

Jako pierwsi wyszli na scenę

Colt Headed Dog.

Duży, sześcioosobowy skład (wokal, dwie gitary, bas, bębny, harmonijka ustna) miał problem pomieścić się na niewielkiej scenie. Jego muzyka okazała się jednak frapująca. Sporo bluesa, skojarzenia, także z racji tekstów śpiewanych w większości po polsku, z Tadeuszem Nalepą. Najbardziej natomiast ujął mnie neurotyczny, psychodeliczny The Light Blues przywodący na myśl The Doors i Jima Morrisona, w którego wyraźnie zapatrzony jest wokalista grupy. I choć grania nawiązującego do brzmień sprzed czterdziestu – czterdziestu pięciu lat jest dziś sporo, także w Polsce, propozycja tej kapeli wydaje mi się interesująca. I jeśli panowie będą się rozwijać, to mają spore szanse, by wypłynąć na szersze wody.

Kolejne pół godziny należało do 

NaSenNie.

Gitara, bas i perkusja, brzmiące bardzo mocno, dobrze, wręcz zawodowo – i nie całkiem przekonująca frontmenka. Z jednej strony to oczywisty problem miejsca występu, nagłośnienia oraz wielkiej chęci każdej występującej grupy, by pokazać, że potrafi dosypać do pieca, a z drugiej – moje od lat wątpliwości co do damskich głosów w rocku. Panowie naprawdę zdrowo łoją, trzeba by tu młodej Nosowskiej, Chylińskiej z czasów O.N.A. lub Flinty śpiewającej Joplin. Albo takiej jazdy gardłem wokalistki zespołu jak w numerze Slip. Co mnie pozytywnie zaskoczyło, w realizacjach studyjnych jej głos brzmi zdecydowanie lepiej.

Trzeci zespół, który zwrócił moją uwagę tego wieczoru, to znany już skądinąd

Tape Reels.

Moja słabość do poczynań tria to jednocześnie większa ciekawość i wyżej zawieszona poprzeczka oczekiwań. W odróżnieniu od występu w Chorzowskim Centrum Kultury, tutaj miałem młodych muzyków na wyciągnięcie ręki, a tym samym możliwość podpatrzenia, jak wygląda ich współpraca na scenie. I znów nie pozostaje mi nic innego, niż chwalić. Bo jeśli imponujący już warsztat nie wyróżnia ich jakoś wyjątkowo ponad innych wykonawców (dożyliśmy pięknych czasów, gdy aspiranci do profesjonalnego grania w większości są bardzo sprawni technicznie), to dobry repertuar w klimatach Cream i Hendriksa nakazuje z uwagą pochylić się nad muzyką zespołu.

Młodego grania jest w naszym kraju zatrzęsienie. Zupełnie jakby rynek był w stanie to wszystko wchłonąć oraz, co istotne, dać strawę muzykom – i to bynajmniej nie duchową. Utrzymać się z grania jest niezmiernie trudno. A wytrwać przez lata w branży, mając ciągle coś istotnego do powiedzenia – dostępne było, jest i będzie nielicznym. Kto następny, kogo będziemy słuchać za pięć i dziesięć lat? A kogo przez długie lata?

Emergenza, Katofonia, Katowice, 15 listopada 2013)

[21 listopada 2013]

 

Święta, co depczą nam po piętach

Nie zdążyliśmy zapalić zniczy na grobach bliskich, jeszcze był październik, a w jednej z sieci handlowych już zaczęto rozkładać choinki, bombki i oświetlenie w przeróżnych gamach i kolorach.

[more]

Do świąt ponad miesiąc, miasta dopiero zalśnią drzewkami i świecidełkami, każdy, nawet najmniejszy geszeft włoży coś stosownego do witryny. Media wykrzyczą nam na różne sposoby, że one – święta – idą, że już czas. Czy pomyślałeś o najbliższych, czy nie zapomniałeś o kimś, że przecież może jeszcze coś mógłbyś, coś powinieneś kupić. Za własne albo wziąć korzystny kredyt. By święta uczynić jeszcze bardziej świątecznymi, cudownymi i niezapomnianymi.

Kilkadziesiąt godzin, z czego część przeznaczona musi być na sen i trawienie czy – ściślej – niestrawność. Kupę czasu – z przewagą kupy - zajmie nakrywanie do stołu, zbieranie naczyń do posiłkach, ładowanie do zmywarek albo zmywanie analogowe. Miejsce dla pilota też się znajdzie przy stole, to jasne.

Żołądek, głowa, a może wręcz cały organizm zacznie krzyczeć: niech już się skończą, niech miną, niech przejdą, niech już będzie po! Niech się skończą wizyty i rewizyty, prezenty i rekwizyty. Niech już wszystko wróci do normy.

Niech już będzie po, bo zaczną się wreszcie wyprzedaże, wyjątkowe, jedyne, niepowtarzalne okazje, których nie wolno przegapić. Właściwie szkoda, że jeszcze nie znieśli drugiego dnia świąt (przecież tak stało się w wielu krajach), bo można by wsiąść w samochód, pokręcić się po centrach handlowych i szybko zamienić otrzymane koperty na coś konkretnego. Niech już będzie po, by móc znów wziąć kalendarz do ręki i spojrzeć, jak wypadają święta w następnym roku.

Ale o co chodzi? Ha, żebym to ja wiedział, to bym Wam powiedział. Pewnie 24 grudnia będzie tak, że zakręceni jak w termomiksie siądziemy do wigilijnej obiadokolacji, w tle zagra płyta z kolędami, a w telewizorze pojawi się czołowa postać życia publicznego.

   Anieli grają,                                    

   Króle witają,                                     

   Pasterze śpiewają,                                     

   Bydlęta klękają,                                     

   Politycy przemawiają.

Na samą myśl o tym cyrku już dziś próbuję zapaść w sen zimowy. Ale coś czuję, że nie będzie to sen sprawiedliwego.

P.S. Kilka lat temu, gdy 24 grudnia wypadał w niedzielę, pewna pani zapytała moją lepszą połowę: 

–  Kiedy robicie Wigilię?

Żona osłupiała. 

– Jak to kiedy? Wigilia to Wigilia. W niedzielę. 

– Bo my zrobimy sobie w sobotę i będziemy mieli trzy dni świąt.

[W Natemat: 19 listopada 2013]

Wolałbym, żeby mnie nie było – Lech Janerka

lech_janerka_spij

Poeta Lech Janerka? Sam zainteresowany bierze to w wielki cudzysłów. Jednakże wydany w tym roku tomik „Śpij aniele mój / Bez kolacji” był pretekstem, by artysta czwarty raz pojawił się w katowickim Rialcie – tym razem w ramach interdyscyplinarnego festiwalu Ars Cameralis. Wpierw w roli, jak sam siebie nazwał, autora tekstów. Raz mówił dowcipnie, raz – jak to bywa z tymi, którzy trochę już przeżyli – dominowała u niego nuta rozczarowania światem i ludźmi. Rozmowa nie trwała jednak długo, bo tak naprawdę wszyscy czekaliśmy na koncert.

[more]

Zaczęło się

akustycznie, 

od kilku utworów z ciągle ostatniego albumu Plagiaty. A potem muzycy przesiedli się do instrumentów elektrycznych i zrobiło się głośno. Nostalgicznie, bo popłynęły najstarsze przeboje – Klausa Mitffocha i z Historii podwodnej. Niezwykle energetycznie, bo kwartet na scenie – znów – powalił słuchaczy mocą i świeżością dobywanych dźwięków. Wzruszenie ogarnęło starych fanów artysty przy Śmielej czy Ogniowych strzelbach, znów ścisnęło w gardle przy Strzeż się tych miejsc. Zgniótł nas punkowy Muł pancerny. Znakomicie zabrzmiały Lola, Jest jak w niebie, Historia podwodna  i Ta zabawa nie jest dla dziewczynek.

Nostalgia

nostalgią, ale siła rażenia tych piosenek jest wciąż, mimo upływu lat, niesamowita. Bezkompromisowa jazda do przodu, ładunek energii, mocny jak dawniej głos lidera robiły wielkie wrażenie. Ta muzyka nadal wyrywa się z prostej przynależności do czasów jej powstawania. O jednej z piosenek Pan Lech powiedział: „Ma trzydzieści dwa lata, więc jest starsza ode mnie”. Lecz ani on, ani one, jego kompozycje, nie noszą żadnych cech dinozaurów.

Zadziwiający to

rokendrol.

W tym samym praktycznie czasie na polskiej scenie pojawiły się dwa zespoły – Republika i Klaus Mitffoch. W obu grali świetni gitarzyści – Krzywański i Pociecha – i w obu przypadkach liderzy programowo zrezygnowali z solówek. I co? Ano nic, fantastycznie. Dorobek Janerki – w odróżnieniu na przykład od jego rówieśnika Wojciecha Waglewskiego – nie zajmuje wiele miejsca na półkach: kilka albumów, kilkadziesiąt (a nie kilkaset) skomponowanych piosenek, napisanych tekstów. Ich jakość budzi jednak najwyższy szacunek. Uświadamiam sobie, że ze wszystkich moich „starych” ukochanych artystów LJ,  jako jeden z bardzo nielicznych, jest ciągle aktywny w sposób, który nakazuje mi nisko się pokłonić. Trzydzieści lat na scenie i wciąż bardzo ważny muzycznie i świetny literacko przekaz. Poza pojedynczymi, gdzieś na początku, śladami inspiracji punkiem czy King Crimson, nieporównywalny z nikim i niczym.

Wolałbym, żeby mnie nie było

– mówi Janerka. Z goryczą, że jego teksty, zamiast odejść do lamusa, wciąż znakomicie komentują rzeczywistość. Cóż, wypada tylko powtórzyć starą prawdę, że świat się zmienia, ale ludzie nie. A Panu Leszkowi – stwierdzającemu, że proces twórczy przebiega u niego odwrotnie niż kiedyś, że ma na nowy, długo oczekiwany album gotową całą muzykę, natomiast bardzo męczy się z pisaniem tekstów – życzyć, by przełamał opór słownej materii i dokończył pracę nad płytą. Bo choć można sobie próbować wyobrazić polską muzykę bez Janerki (tak jak rock bez The Beatles czy Led Zeppelin), to nie tylko tacy posunięci w latach fani jak ja są świadomi tego, że bylibyśmy ubożsi o coś bardzo ważnego i wciąż niesłychanie aktualnego.

(Lech Janerka, Ars Cameralis, Rialto, Katowice, 14 listopada 2013)

[16 listopada 2013]

Niebanalne surprise i Überraschung – Thayer Sarrano i Andrea Schroeder

ars_cameralis

Ten koncert był kolejnym dowodem na to, że czasem warto zaryzykować. Pójść w ciemno. Odwiedzić dobrze sobie znane miejsce i zobaczyć kompletnie nieznanych artystów. Można się oczywiście na takim koncepcie pośliznąć, ale jeśli na scenie dzieją się rzeczy zdecydowanie niebanalne, a czasem bardzo piękne – świeżość doznań jest wyjątkowo mocna.

[more]

Thayer Sarrano

Chyba każdy wyznawca mocnych brzmień, któremu zdarzyło się choć raz w życiu wziąć do ręki gitarę podpiętą do wzmacniacza i uderzyć w struny, poczuł to „coś” całym sobą. Prąd i moc, drżenie nie tylko serca, dreszcze przebiegające przez cały organizm.

Rokendrol. W odróżnieniu od akademii muzycznych miejsce, w którym odnajdą się zarówno znakomici instrumentaliści, jak i ci, dla których opór materii zawsze będzie wysoką przeszkodą do wzięcia. Ale ci drudzy nigdy nie stali na straconej pozycji. Bo ta muzyka raz po raz przypomina o swoich do bólu prostych i wspaniałych jednocześnie korzeniach. I dziś, tak samo jak dwadzieścia i czterdzieści lat temu, wciąż potrafi otoczyć czułą opieką tych, którzy mają coś do powiedzenia, niekoniecznie dysponując bardzo dobrym warsztatem. [

„My guitar is so far away from home”

– powiedziała w pewnym momencie swojego występu Thayer Sarrano, dostrajając swój instrument. Ta młodziutka amerykańska kompozytorka, wokalistka i gitarzystka, ujęła wczoraj chyba wszystkich zgromadzonych na widowni w katowickim kinoteatrze „Rialto”. Artystka ma już na swoim koncie dwie płyty, bardzo pochlebne opinie krytyków w USA i teraz pewnie czas na kontrakt z dużym koncernem płytowym. Kto wie, czy tak się stanie i czy to rzeczywiście jest jedyny i właściwy klucz do sukcesu. Rozstrzyganie tej kwestii nie do mnie na szczęście należy.

Głos góra dwunastolatki, biała, ażurowa sukienka do kolan, pozycja siedząca, mikrofon i gitara elektryczna w rękach. A obok dwóch młodych mężczyzn, z których jeden gra na klawiszach, a drugi na bębnach. Czyli – bez basu. Czasem jest mocniej, ostrzej – wtedy pojawiają się skojarzenia z P.J. Harvey albo Velvet Underground, ale zwykle delikatniej, miękko – i wpadamy w tę wielką przestrzeń pod nazwą indie rock.

Ale pal licho terminy i definicje. Nieco „przybrudzona”, czasem przesterowana, niestrojąca idealnie gitara oraz zdecydowanie większe umiejętności obu panów stanowiły bardzo interesującą mieszankę. Prymitywizm spod znaku VU czy punka na zmianę z ładnymi melodiami – wszystko już było. A jednak jest w Sarrano coś frapującego, przyciągającego uwagę. Coś, co nie pozwala przejść obojętnie obok jej propozycji.

Andrea Schroeder

Kwadrans na przemontowanie sceny i pojawia się na niej młoda postać z Berlina, autorka jednej póki co płyty – Blackbird. Głos porównywany z jednej strony do Marleny Dietrich, z drugiej do Nico. Do tego trzech facetów: gitara akustyczna (częściej, choć zwykle z przystawkami) lub elektryczna, gitara basowa, perkusja i harmonie w rękach frontmanki. Znakomite, oszczędne brzmienie, głos może nie potężny, ale niski i magnetyczny.

Znajdujemy się w klimatach Velvetów (znów), Lou Reeda, Nicka Cave’a czy też Davida Bowiego – zresztą mamy do czynienia w sporej części z coverami. Ale jakże smakowitymi! Miałem problem po rokendrolowym pierwszym secie wejść w te psychodeliczne, mroczne i precyzyjnie odmierzone utwory. Przy bodaj czwartym utworze dałem się jednak uwieść – świetnym instrumentalistom i mało niemieckiemu wdziękowi liderki. I pozostałem tak, oczarowany, do samego końca.

*

Prawie trzy godziny grania, ale ani trochę znużenia, zmęczenia. Dwie młode wokalistki i dwa różne podejścia do muzycznej materii. A jednak postawienie ich obok siebie na scenie było zdecydowanie uzasadnione. W obu jest pasja, świeżość i radość grania dla ludzi. Brawa należą się także organizatorom dwudziestego drugiego już festiwalu Ars Cameralis za umiejętność wyławiania takich bursztynów z bezmiaru najróżniejszych możliwości.

(Thayer Sarrano i Andrea Schroeder, Ars Cameralis Katowice, Rialto, 12 listopada 2013)

[14 listopada 2013]

Bigbitu wybicie się na niepodległość

1967 rok pozostanie w dziejach szarpidructwa elektrycznego rokiem wyjątkowym. Na świecie zabawa zdecydowanie się skończyła. Rokendrol przechodził w fazę dojrzałą artystycznie i zbuntowaną przeciw zastanemu porządkowi – politycznemu, społecznemu i kulturowemu. The Beatles nagrali „Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band”, Rolling Stones aż dwa krążki – „Between The Buttons” i „Their Satanic Majestics”, Bob Dylan „John Wesley Harding”

[more]

To także w tamtym, 1967 roku Stonesi wywrócili do góry nogami myślenie polskiej młodzieży, grając w samym sercu socjalistycznego organizmu – Sali Kongresowej Pałacu Kultury i Nauki. Ale nie był to pierwszy w Polsce kontakt na żywo z anglosaską kapelą. Dwa lata wcześniej odwiedzili nas The Animals. A ci zamieszali w kotle nie tylko polskich odbiorców nowej muzyki, ale także ich twórców. Razem z Anglikami jeździli po naszym kraju 

Polanie.

Pal diabli występy, ale to, co nie mniej istotne, rozgrywało się po nich, wieczorami i nocami w pokojach hotelowych. Mimo problemów językowych panowie Puławski, Wander, Nebeski i bracia Bernolakowie spędzili z Burdonem, Price’em i ich kumplami mnóstwo czasu i do reszty zwariowali na punkcie rythm and bluesa.

Gdy dwa lata później, po powrocie z wielomiesięcznego pobytu w RFN i Danii, weszli do studia, by nagrać swoją pierwszą płytę, byli zawodowcami. Nawet jeśli nie sposób nie zauważyć, że świat zrobił kolejny krok naprzód, że „tam” pojawili się tacy giganci ostrego grania jak Cream czy Hendrix, muzyka Polan robi potężne wrażenie. 

Jedyny, jak się miało wkrótce okazać, longplay zawierał tylko siedem piosenek po polsku. Druga strona składała się z coverów: The Animals, Raya Charlesa, The Kinks czy Lovin’ Spoonful. Jeśli dorzucimy jeszcze małą płytkę, wydaną nieco później, zawiarającą trzy kolejne interpretacje, tym razem utworów Charlesa i The Artwoods (zespołu Arta Wooda, w którym zaczynał Jon Lord, późniejszy założyciel Deep Purple), to mamy wyraźnie określone muzyczne credo polskiego kwintetu.

Całkiem niedawno Andrzej Nebeski opowiadał, że zespół rozpadł się przez… kobiety. Cóż, nie pierwszy i nie ostatni to taki przypadek. Osobiście nie mogę tego odżałować – ci faceci grali tak, że do dziś z przyjemnością w każdej sekundzie każdej piosenki można posłuchać dowolnego instrumentu. A mocny wokal Piotra Puławskiego w niczym nie ustępował głosom frontmanów wielu kapel anglosaskich.

Od połowy lat 60. działał w Rzeszowie zespół

Blackout,

na czele którego stał Tadeusz Nalepa. Śpiewał w nim Stanisław Guzek, lepiej znany potem jako Stan Borys. W 1967 roku nagrana została jedyna duża płyta kapeli. Może najmniej znacząca z czterech tutaj wymienianych, ale sygnalizująca coś, co miało się wydarzyć, w zmienionym składzie i pod nową nazwą, kilkanaście miesięcy później. Gitara lidera już wtedy zwracała uwagę, a wielkim przebojem stała się Anna. Pamiętać należy także o prostest songu Te bomby lecą na nasz dom. Osobiście mam wyjątkową słabość do pocztówkowego wspomnienia z dzieciństwa, prostego wyznania artysty rockowego – piosenki Moje srebro to głos gitary.

W 1967 roku ukazała się także debiutancka płyta

Skaldów.

Tutaj mamy do czynienia z innymi inspiracjami – głównie chodzi o The Beatles i to wcale nie o te rokendrolowe numery. Jeśli uwzględnimy fakt, że czwórka z Liverpoolu, choć mająca już za sobą nagranie Revolvera (1966), sama też dopiero wchodziła w swój najlepszy, dojrzały okres twórczy, dzieło braci Zielińskich robi jeszcze większe wrażenie. Zespół równie mocno jak z Wysp Brytyjskich czerpał z folkloru. A co stanowiło kolejny potężny atut – stronę tekstową powierzył poetom, najlepszym, co widać z perspektywy czasu, autorom, którzy zechcieli pisać dla twórców rockowych: Leszkowi Aleksandrowi Moczulskiemu, Agnieszce Osieckiej i Wojciechowi Młynarskiemu.

I wreszcie album, którego tytułowa piosenka jak żadna inna wzbudziła ogólnonarodową dyskusję i międzypokoleniowy spór. Co to za sposób przekazu, jak można tak nie tyle śpiewać, a drzeć się na całe gardło?

Czesław Niemen

nie był już debiutantem, ale Dziwny jest ten świat stanowił pierwszą w całości propozycję jego i jego zespołu, Akwareli. Propozycję bardzo dojrzałą. Tu inspiracje sięgały za ocean, do muzyki czarnych, przede wszystkim Otisa Reddinga oraz Raya Charlesa. Krążek, jako pierwszy w historii polskiej fonografii, otrzymał status „Złotej Płyty”.

Bigbit, ugrzeczniony jak jego nazwa (wymyślona przez Franciszka Walickiego), strawna – w odróżnieniu od imperialistycznego rock and rolla – dla ówczesnych czynników, powoli odchodził w przeszłość. Rola Niebiesko- i Czerwono-Czarnych z Adą Rusowicz, Wojciechem Kordą, Katarzyną Sobczyk czy Karin Stanek nieuchronnie się marginalizowała. Coraz większa część młodzieży chciała już czegoś więcej niż tylko  nieskomplikowanej muzyki. Śmiała się z wielu banalnych piosenek Czerwonych Gitar, cepeliady No To Co czy kiczowatości Trubadurów. Nic dziwnego. Za chwilę do drzwi studiów nagraniowych nad Wisłą mieli zapukać Breakout i Klan. Oraz Marek Grechuta, którego utwory były może nie rockową, ale z pewnością kolejną propozycją dla wymagającego odbiorcy.

[W NaTemat: 11 listopada 2013]

Wciąż ten sam – Paul McCartney, New, 2013

mcca_new

Niedawno stacje telewizyjne pokazywały dość szczególny obrazek: na pierwszym planie książę Walii Karol, a tuż za nim jego ekskluzywna świta, wśród której nie sposób było nie dostrzec uśmiechających się Paula McCartneya (trzymającego śliczną gitarę z wymalowaną flagą brytyjską) oraz Eltona Johna. Jeśli wieczny pretendent do angielskiego tronu ma wyraźne powody do frustracji, o tyle ci dwaj panowie znów – który to już raz? – wydając swoje nowe płyty, znaleźli się na ustach świata. A ten, w zdecydowanej większości, mówi o ich ostatnich dokonaniach ciepło i z uznaniem.

[more]

Słuchając nowych piosenek Paula McCartneya, nie mogę oprzeć się wrażeniu, że

nuty wciąż wysypują mu się z rękawa 

– i to nie jednego. Były bitles to Mr. Music – bezdyskusyjnie. Jako wielki fan czwórki z Liverpoolu, z biegiem lat wciąż większy, nie mam szczególnych problemów ze zdrapywaniem producenckiej i znaczonej początkiem XXI stulecia skorupy z tych utworów – raz jest ona większa, raz mniejsza. Ale zdecydowanie najszczęśliwszy jestem w tych momentach, gdy tej skorupy nie ma wcale, gdy duch The Beatles staje się po prostu ciałem.

Nigdy nie byłem szalikowcem solowych dokonań Sir Paula. Przeszkadzało mi częstokroć nieodparte wrażenie, że odejście od rokendrolowego, gitarowego składu macierzystej formacji uruchomiło w nim popowe inklinacje. I mam tu na myśli nie tyle zapis nutowy, bo ten był i pozostał z gruntu bitlesowski, ale aranże. 

Podobno Macca najbardziej nie lubi pracy nad wykończeniem piosenki. Daleki jestem od przypuszczeń, iż miałby to być powód do machania przez niego ręką nad ostatnimi szlifami, w to nie uwierzę. A jednak te

popowe skłonności

sprawiły, że wiele piosenek z jego dorobku nie zalśniło pełnym blaskiem. Czasem choćby z powodu plastikowych klawiszy, czyniących utwór wręcz błahym, oczywistym, krotochwilnym. Owa nadmierna lekkość w traktowaniu materii muzycznej nieraz – jestem zdania – gubiła mistrza. Nie inaczej jest na nowym krążku. Przy słuchaniu pojawiają się w mojej głowie skojarzenia z Blunderbuss Jacka White’a, na której dostrzegam ten sam rodzaj „pośpiechu”. Krótkie, okołotrzyminutowe piosenki, przenoszące nas z jednej strony

wprost w lata 60.,

a z drugiej, również z racji niewielkich ram czasowych, zbyt rzadko dostarczające smakowitych kąsków mających związek z dopieszczoną aranżacją. Czyli tego, co tak obficie obecne jest na przykład na bardzo dobrym Flaming Pie (1997).

Paul McCartney jest nadal w dobrej, a chwilami w bardzo dobrej formie (w koncertowej, o czym miałem okazję się przekonać, wręcz znakomitej). Nie sposób nie docenić nowego materiału. Ale jednocześnie spora jego część trafia w moją, fana, przestrzeń mniej ulubioną: powtórzę, popową, a w niej znajduję znacznie mniej powodów, by zatrzymać się na dłużej przy jednej czy drugiej propozycji. 

Jednak parę razy

łza może zakręcić się w oku.

Numer tytułowy, choć brzmią w nim te trochę drażniące klawisze, jest napisany zdecydowanie w stylu Beatles, ma w sobie coś z All You Need Is Love, w I Can Bet gitara wyraźnie nawiązuje do Get Back. Najbardziej ujmujące są te momenty, gdy jestem blisko wspaniałych bitlesowskich ballad – w Early Days, nieco psychodelicznej Hosannie czy w bonusowym Scared. Wtedy niczego nie muszę się dosłuchiwać, zdrapywać jakiejś wartwy wierzchniej – mam to, za co cenię Sir Paula najbardziej. To, co sprawia, że pozostanie dla mnie największym kompozytorem w muzyce rozrywkowej. Jeśli do wielkiej góry McCartneyowskich klasyków i pereł muzyki drugiej połowy XX wieku dorzucamy kilka świetnych utworów z nowego krążka, to – należy oddać sprawiedliwość wielkiemu i od półwiecza obecnemu na scenie artyście – najwyraźniej mamy do czynienia z ważnym albumem.

[W NaTemat: 9 listopada 2013]

Neurotyk polski

neurotyk_2_fb

Działanie ma krótkie, chwilowe, doraźne bardzo. Ale jednak – ma. Nic tak nie działa kojąco na neurotyka, na jego stany lękowe, dołujące do dołu samego, czarnoświatowe i bezprzyszłościowe, jak pojawienie się w jego pobliżu innego neurotyka. Równie, a może nawet bardziej – trudno dociec – zdołowanego, pikującego gębą na dno bezdenne. Na pewno jednak – upodlonego inaczej.

[more]

Jakąż pociechę on niesie temu pierwszemu, całe sto pociech bez mała! Jeśli nawet jest to stan przejściowy, krótkotrwały, jest faktem niezaprzeczalnym, wręcz, by użyć słów klasyka, autentycznym. Świat na trochę choć otwiera swe podwoje, słońce okiem mruga, wprost żyć się zachciewa, powietrza całe pięć litrów w płuca nabrać, nachlać się nim ile wlezie. A nawet, wstyd przyznać, z radości – bo tak chyba ten stan zwą prostaczkowie – niemal krzyczeć.

Ale neurotyk zaraz potem w nową konfuzję wpada. Myśli bowiem tak: nic tak rodaka nie wprawia w dobry nastrój, jak świadomość, że drugiemu dzieje się gorzej. Że sąsiad stracił pracę. Sąsiadkę właśnie rzucił kochanek. Szwagier dziesiąty rok jeździ tym samym autem, a kumplowi z roboty pękł w mieszkaniu grzejnik i ma zalane świeżo wymienione panele podłogowe. 

A przecież ja – myśli dalej – nie jestem taki. Nie jestem taki jak wszyscy. Ci, co jedną są rodziną. Ja jestem lepszy, cierpię mocniej, dotkliwiej. Moje duchowe upodlenie niedostępne jest nikomu, żadnemu innemu szorowaczowi bruków rodzimych.

I znowu jest, jak mu Pan Bóg albo Belzebub przykazał, przykładnym całkiem lub prawie całkiem. Neurotykiem. A innym nic do tego, że, k***a, polskim.

[W NaTemat: 7 listopada 2013]

Perfect, Spać nie mogę ani jeść

perfect_geny

Czas pierwszego Perfectu to moja młodość – finisz szkoły średniej i początek studiów. Koniec epoki Gierka, Solidarność, strajki, puste sklepy, powiew wolności oraz stan wojenny. Klasyka polskiego rocka, muzyka i teksty, które idealnie trafiły w swój czas i przeszły do historii. Ale bez przesady – nie należę do tych, którzy wielbili Hołdysowe składy bezgranicznie i gotowi są stawiać kapliczki ku pamięci. Tak samo jak nie potępiam i nie wychwalam pod niebiosa dokonań reaktywowanego zespołu. Jednakże…

[more]

Album Geny ukazał się w 1997 roku, jako drugi już bez dawnego lidera. Kompozycja Niepokonani, która jako jedyna z tych późniejszych (no, może także Kołysanka dla nieznajomej z wydanego w 1994 roku krążka Jestem wdarła się do grona evergreenów kapeli, przyćmiła resztę materiału. Nie całkiem sprawiedliwie, bo jest tam jeszcze kilka naprawdę niezłych kawałków.

Pod numerem drugim przyczaił się Nie mogę spać ani jeść. Przyczaił się do tego stopnia, że przypomniałem sobie o nim parę dni temu, po kilkuletniej przerwie sięgając po płytę. Wybrzmiało te pięć minut z małym okładem i – natychmiast wróciłem do początku.

To jest rokendrol. Grzegorz Markowski, podpisany zresztą pod utworem jako kompozytor, śpiewa: „I sukienka jak z czarnej mgły, tak obcisła, że patrzeć wstyd”. Brzmienie zespołu znakomite, młodzi adepci mogą się tylko uczyć. Mistrz Ryszard Sygitowicz w drugiej części utworu odwala takie solo, że ciary biegają po plecach tam i z powrotem.

A po nagraniu albumu opuszcza zespół. Podobnie jak basista Andrzej Nowicki, twórca – wraz z Bogdanem Olewiczem – Niepokonanych, zmarły w 2000 roku w wieku zaledwie czterdziestu siedmiu lat.

[W NaTemat: 5 listopada 2013]

Jego Wybitność: Sir Elton John, The Diving Board, 2013

elton_john_diving

Czytając przed laty świeżo wydane „To” sędziwego już Czesława Miłosza, zastanawiałem się nad tym, że może trzeba w życiu zatoczyć wielkie koło, by gdzieś, przy nieuchronnie zbliżającym się końcu, operować tylko niezbędnymi, najprostszymi środkami wyrazu, by przemawiać wprost. I być w tej prostocie mędrcem.

[more]

Podobna – muzyczna tym razem – refleksja naszła mnie też wcześniej przy pierwszym, radiowym jeszcze, odsłuchiwaniu Innuendo (1991) Queenów. Czyli materiału pisanego przez przede wszystkim Freddiego Mercury’ego, który wiedział, że zostało mu bardzo niewiele życia. Że

nie pora na poszukiwania i eksperymenty,

że należy powrócić do najlepszych i jednocześnie sprawdzonych już patentów. 

I oto słucham teraz nowych piosenek Eltona Johna. Człowieka, który szczyt artystycznej formy osiągnął właściwie na starcie, a już na pewno na początku lat 70. Który potem raz czy drugi zbliżał się do tego poziomu, który chyba zawsze rewelacyjnie grał na żywo. Którego kariery nigdy ze szczególną uwagą nie śledziłem, ale jego koncert w 1984 roku w Katowicach pozostanie dla mnie – poprzez porażającą konfrontację mistrzostwa na scenie z polską mizerią lat 80. – najwspanialszym występem, jakiego byłem świadkiem.

Paradoksem niewątpliwego

sukcesu artystycznego nowego materiału

jest fakt, iż jest to jeden z nielicznych albumów, które Elton John nagrał bez swego stałego zespołu. W podróż do własnych źrodeł udał się więc sam, ale uczynił to w sposób niezwykły.

Otrzymaliśmy zbiór kameralnych, wyciszonych piosenek. Pięknych, w większości przypadków – nie waham się tego napisać – niczym nieustępujących największym przebojom artysty. To zresztą jedna z zadziwiająco wielu w ostatnich latach takich nostalgicznych propozycji, gdy dojrzały wykonawca daje sobie spokój ze ściganiem się – z innymi, z czasem, z listami przebojów – i robi głęboki ukłon w stronę starych fanów, dając im to, za co ci go pokochali lub przynajmniej polubili.

Jest w tym oczywiście jeden, za to istotny warunek do spełnienia: co najmniej dobra forma gdzieś tam, po okresach wzlotów i stanów średnich, 

dobra forma raz jeszcze

– po dziesiątkach lat uprawiania swojej artystycznej grządki. To, że jesteśmy świadkami wydawania tak wielu świetnych płyt niemłodych wykonawców, nie powinno nas zwieść. Nie wszyscy z tego grona są przecież aktywni, nie wszyscy po upływie wielu dekad od debiutu potrafią wznieść się na wyżyny. Okazuje się, że takich wybitnych postaci w muzyce rozrywkowej – na szczęście – nie brakuje, ale i tak jest to wierzchołek rockowej góry. A jak to z wierzchołkiem bywa, dostępny jest on tylko nielicznym.

Niezwykle trudno – mimo niezaprzeczalnych walorów – młodszym o czterdzieści lat utworom będzie wedrzeć się do 

Eltonowskiego kanonu,

do zestawu evergreenów. Piosenek zagranych tysiące razy na żywo, słyszanych setki razy w radiu, odtwarzanych z talerzy gramofonów i szufladek CD. Jednego jestem jednak pewien – że ta nowa – stara i bardzo dobra muzyka tak samo dobrze zabrzmi za pięć i piętnaście lat. Elton John zawiesił sobie poprzeczkę wyjątkowo wysoko i pokonał ją w imponującym stylu. Zwłaszcza że – nie wypominając – jest dziś sześćdziesięciosześcioletnim muzykiem, dla którego The Diving Board jest trzydziestym pierwszym albumem studyjnym w karierze.

[W NaTemat: 3 listopada 2013]