Dziwne mamy czasy. Na rynku muzycznym płyta goni płytę, właściwie nie ma czasu, by nacieszyć się jednym czy drugim wydawnictwem, bo oto już na światło dzienne pchają się następne. Rozmiary tego rynku są nie do ogarnięcia. A jak rynek, to i towar, produkt – znacznie częściej niż dzieło sztuki czy przynajmniej propozycja artystyczna.

[more]
I jak reaguje normalny człowiek? Jeśli
nie sposób to wszystko przetrawić,
ogarnąć choćby, co bliższe sercu, to objawy, jakie nas dopadają, mają coś na kształt niestrawności, mdłości, wymiotów albo biegunki. A przecież trzeba sobie z tym jakoś radzić, jeśli bez muzyki trudno wyobrazić sobie życie.
Kiedyś było tego mniej, znacznie mniej. W dodatku skuteczna zapora w postaci muru berlińskiego, podział świata na nas i onych powodowała, że owo źródełko biło bardzo nieśmiało. Docierało do nas niewiele z tego, co działo się w Stanach i na Wyspach. Programów radiowych z muzyką było niewiele, a jednak – sam nie wiem, czy to tylko nostalgia, czy prawda – wydaje mi się, że i redaktorzy, i my – słuchacze – razem z nimi mieliśmy więcej czasu, by pochylić się nad kolejnym albumem tego lub innego wykonawcy. Z większym namysłem zatrzymać się nad porcją nowych nagrań, przyswoić, pomlaskać lub pogrymasić.
A jednocześnie było tak, że działalność grupy czy solisty była bardzo intensywna:
bezustanne trasy i nagrywanie kolejnych płyt.
Bywało, że dwóch w ciągu roku, natomiast dwuletnia przerwa oznaczała de facto niebyt.
Od wielu lat jest tak, że – zwłaszcza ci najwięksi, już „zarobieni” i uznani – nagrywają rzadko. Co dwa lata prawie się nie zdarza, zbędny pośpiech.
Ktoś ostatni album wydał cztery lata temu i nikt dziś nie mówi, że zespół się rozpadł, przestał istnieć, że członkowie zespołu realizują jakieś swoje indywidualne projekty lub zajmują się nicnierobieniem. Celebruje się wydanie nowego albumu, media donoszą, że muzycy mają zamiar wejść do studia, że mają gotowy materiał, że właśnie nagrywają, miksują, że album już ukończony, że wyjdzie jesienią, że zespół ruszy w wielki światowy tour. Po Stanach i Europie, że zarobi kolejne grube miliony. Karuzela musi się kręcić, wędrowna trupa cyrkowa wyposażona w samoloty, kilkadziesiąt wielotonowych ciężarówek i dziesiątki ludzi rusza w trasę.
Darujcie ten przydługi wstęp, porcję dygresji. Dżemy (tyski i perłowy) należą do moich ulubionych elementów muzycznego stołu, w prywatnym rankingu Pearl Jam to
najlepszy zespół ostatniego dziesięciolecia XX wieku.
Zaliczyłem dwa jego koncerty, pierwszy, w Spodku, wspaniały, drugi na Stadionie Śląskim dobry i stanowczo za krótki.
Backspacer, ostatni studyjny, właściwie minialbum sprzed czterech już lat, wydany w osiemnaście lat po debiucie, ucieszył mnie bardzo. Nie jest to nowa jakość – to niełatwe w przypadku wykonawcy, który już na początku swej drogi wydaje arcydzieło, jest zespołem kompletnym i ukształtowanym (i który nie dokonuje stylistycznej wolty). Lecz po paru nieco słabszych krążkach zaserwował nam jedenaście piosenek, z których co najmniej sześć mogłoby znaleźć się na wczesnych płytach. Oszczędził nam surowych, niemal punkowych riffów (może poza Supersonic), tak charakterystycznych dla wielu poprzednich albumów, dał
porcję radosnego rokendrola
i dwie wielkiej urody ballady – Just Breathe i The End oraz nieco walcujący Speed of Sound.
No i taki numer jak Amongst The Waves. To jeden z tych średniotempowych kawałków, za które uwielbiam Stonesów i Pearl Jamów. Jak się umie – a jedni i drudzy umieją, oj, umieją! – robi się z tego porcja wspaniałego grania, jest miejsce na porządną solówkę gitarową, a tę, jeśli smaczna, zawsze przyjmę z radością. Niewiele mu ustępuje następny w kolejności, Unthought Known.
Świetny album. Jeśli nowy okaże się równie dobry, będę – jako wielki fan PJ – szczęśliwy.














