Słoik dżemu z bardzo dobrego rocznika – Pearl Jam, Backspacer, 2009

Dziwne mamy czasy. Na rynku muzycznym płyta goni płytę, właściwie nie ma czasu, by nacieszyć się jednym czy drugim wydawnictwem, bo oto już na światło dzienne pchają się następne. Rozmiary tego rynku są nie do ogarnięcia. A jak rynek, to i towar, produkt – znacznie częściej niż dzieło sztuki czy przynajmniej propozycja artystyczna.

[more]

I jak reaguje normalny człowiek? Jeśli

nie sposób to wszystko przetrawić,

ogarnąć choćby, co bliższe sercu, to objawy, jakie nas dopadają, mają coś na kształt niestrawności, mdłości, wymiotów albo biegunki. A przecież trzeba sobie z tym jakoś radzić, jeśli bez muzyki trudno wyobrazić sobie życie.

Kiedyś było tego mniej, znacznie mniej. W dodatku skuteczna zapora w postaci muru berlińskiego, podział świata na nas i onych powodowała, że owo źródełko biło bardzo nieśmiało. Docierało do nas niewiele z tego, co działo się w Stanach i na Wyspach. Programów radiowych z muzyką było niewiele, a jednak – sam nie wiem, czy to tylko nostalgia, czy prawda – wydaje mi się, że i redaktorzy, i my – słuchacze – razem z nimi mieliśmy więcej czasu, by pochylić się nad kolejnym albumem tego lub innego wykonawcy. Z większym namysłem zatrzymać się nad porcją nowych nagrań, przyswoić, pomlaskać lub pogrymasić.

A jednocześnie było tak, że działalność grupy czy solisty była bardzo intensywna:

bezustanne trasy i nagrywanie kolejnych płyt.

Bywało, że dwóch w ciągu roku, natomiast dwuletnia przerwa oznaczała de facto niebyt.

Od wielu lat jest tak, że – zwłaszcza ci najwięksi, już „zarobieni” i uznani – nagrywają rzadko. Co dwa lata prawie się nie zdarza, zbędny pośpiech.

Ktoś ostatni album wydał cztery lata temu i nikt dziś nie mówi, że zespół się rozpadł, przestał istnieć, że członkowie zespołu realizują jakieś swoje indywidualne projekty lub zajmują się nicnierobieniem. Celebruje się wydanie nowego albumu, media donoszą, że muzycy mają zamiar wejść do studia, że mają gotowy materiał, że właśnie nagrywają, miksują, że album już ukończony, że wyjdzie jesienią, że zespół ruszy w wielki światowy tour. Po Stanach i Europie, że zarobi kolejne grube miliony. Karuzela musi się kręcić, wędrowna trupa cyrkowa wyposażona w samoloty, kilkadziesiąt wielotonowych ciężarówek i dziesiątki ludzi rusza w trasę.

Darujcie ten przydługi wstęp, porcję dygresji. Dżemy (tyski i perłowy) należą do moich ulubionych elementów muzycznego stołu, w prywatnym rankingu Pearl Jam to

najlepszy zespół ostatniego dziesięciolecia XX wieku.

Zaliczyłem dwa jego koncerty, pierwszy, w Spodku, wspaniały, drugi na Stadionie Śląskim dobry i stanowczo za krótki.



Backspacer, ostatni studyjny, właściwie minialbum sprzed czterech już lat, wydany w osiemnaście lat po debiucie, ucieszył mnie bardzo. Nie jest to nowa jakość – to niełatwe w przypadku wykonawcy, który już na początku swej drogi wydaje arcydzieło, jest zespołem kompletnym i ukształtowanym (i który nie dokonuje stylistycznej wolty). Lecz po paru nieco słabszych krążkach zaserwował nam jedenaście piosenek, z których co najmniej sześć mogłoby znaleźć się na wczesnych płytach. Oszczędził nam surowych, niemal punkowych riffów (może poza Supersonic), tak charakterystycznych dla wielu poprzednich albumów, dał

porcję radosnego rokendrola

i dwie wielkiej urody ballady – Just Breathe i The End oraz nieco walcujący Speed of Sound.

No i taki numer jak Amongst The Waves. To jeden z tych średniotempowych kawałków, za które uwielbiam Stonesów i Pearl Jamów. Jak się umie – a jedni i drudzy umieją, oj, umieją! – robi się z tego porcja wspaniałego grania, jest miejsce na porządną solówkę gitarową, a tę, jeśli smaczna, zawsze przyjmę z radością. Niewiele mu ustępuje następny w kolejności, Unthought Known.

Świetny album. Jeśli nowy okaże się równie dobry, będę – jako wielki fan PJ – szczęśliwy. 

Czas królowych – Queens of The Stone Age: … Like Clockwork , 2013

Po sześciu latach przerwy ukazał się nowy, szósty studyjny krążek QOTSA. Josh Homme sprawił sobie na czterdziestkę wspaniały prezent: nagrał bezdyskusyjnie najlepszy album w swoim życiu. Choć mam świadomość podjętego ryzyka, głosząc peany na gorąco, mam też poczucie, że w tym przypadku znakomicie udało się połączyć tradycję gitarowego grania i najistotniejsze cechy własnego stylu – z ostatnimi rockowymi trendami, jednakże dobrze już oswojonymi. To trochę jak z nowym modelem samochodu, który swoje najlepsze egzemplarze daje światu mniej więcej w rok – dwa lata po rozpoczęciu produkcji i wyeliminowaniu usterek, jakie ujawniły się w początkowej fazie produkcji.

[more]

Skojarzenia są rozliczne:

fantastyczne falseciki, zwłaszcza w chórkach, przywodzą na myśl Jacka Bruce’a i Cream, partie z towarzyszeniem fortepianu (choć nie tylko te) – The Beatles, ciężkie pociągnięcia gitary – przypominają styl Black Sabbath i starego QOTSA. Muzyka zespołu zdecydowanie jednak zelżała, już nie przytłacza swą kamienną monochromatycznością, jak to wielokrotnie miało miejsce dawniej. No i wreszcie – w takim numerze jak Kalopsia – mamy ukłon w stronę „zdyscyplinowanego” King Crimson.

Obcowanie z muzyką, jak zresztą z każdym innym rodzajem twórczości, jest czymś bardzo specyficznym i nieprzewidywalnym. Formuła rokendrola, wydawałoby się, dawno rozpoznana i rozpisana na wszelkie możliwe środki wyrazu, wciąż potrafi zachwycić. Wśród płyt cieszących ucho, dostarczających wielu wspaniałych wrażeń, zdarza się otrzymywać od czasu do czasu coś szczególnego. I to są najpiękniejsze momenty konsumpcji. Gdy mamy nieodparte wrażenie, że oto dane jest nam obcować z dziełem sztuki wielkiej miary, pozornie ulepionym z dobrze już znanych elementów, a jednak cudownie zaskakującym. Mieniącym się wielością pomysłów, olśniewającymi melodiami, kapitalnymi zagrywkami gitarowymi.

To

wdrapanie się na sam szczyt,

które stało się udziałem Homme’a i jego kolegów, jest kolejnym w muzyce splotem wielkiej formy wykonawczej i wzlotu twórczego. Wszystko w tych utworach wydaje się takie oczywiste, przechodzenie od jednej nuty do drugiej, karkołomne, a niezwykłej urody zmiany tempa i nastroju. Bogactwo inwencji skutkujące łatwością, z jaką w jeden utwór wkłada się pomysły, które innym musiałyby wystarczyć na kilka piosenek.

Spoglądam wstecz, by przypomnieć sobie, kiedy i która płyta z premierowym materiałem zrobiła na mnie tak wielkie wrażenie, była równie wspaniałą niespodzianką  – i nie potrafię sobie przypomnieć.

Czy nowy krążek Queens to arcydzieło

– nie wiem, zbyt wcześnie o tym mówić, ale zdecydowanie jest to jedna z najwybitniejszych płyt wydanych dotąd w XXI wieku. A ponieważ, jak napisałem wcześniej, ulepiona została z gliny już rozpoznanej, powinna dobrze poradzić sobie z upływem czasu. Bo – jak pokazuje historia sztuki – awangarda starzeje się najszybciej, ostają się natomiast dzieła mniej szalone, świeże, jednakże umiejętnie nawiązujące do tradycji i w twórczy sposób ją przetwarzające. Nowy album QOTSA jawi mi się właśnie takim dziełem.

Po prostu pychota, dowód na to, że dziadek rokendrol trzyma się świetnie i wciąż potrafi zaoferować światu rzeczy zaskakujące. Zabrzmi to może zbyt egzaltowanie, ale jako rockfan stwierdzam, że dla takich chwil warto żyć i mieć uszy. I skręca mnie, że zespół niebawem zagra w Gdyni, a mnie tam nie będzie…

Brzegi łagodne – Rumer: Seasons of My Soul, 2010

Z emocjami i nastrojami jest trochę tak, jak z kręceniem potencjometrem w odbiorniku radiowym w poszukiwaniu odpowiedniej stacji. Odpowiedniej do tego, co czujemy w danej chwili. Zwykle mamy te swoje ulubione, od lat, i darzymy je większym lub mniejszym zaufaniem. Jednak czasem korci nas, by poszukać czegoś jeszcze. Albo też, po prostu, wrócić w pewne dobrze znane miejsca, tyle że odwiedzane rzadziej.

[more]

I jeśli zwykle pragnę gitar, choć niekoniecznie dosypujących do pieca, czasem szukam

dźwięków dających ukojenie,

wydobywających z faceta pierwiastek kobiecy. Więc zdarza się, że mam ochotę na „lirykę, tkliwą dynamikę, angelologię i dal”, by posłużyć się fragmentem piosenki Grzegorza Turnaua. I ciepły damski głos zwykle lepiej mi pasuje do takich klimatów niż głos mężczyzny. Może też w ten sposób przejawia się tutaj moja orientacja zdecydowanie hetero, pragnienie, by kobieta uosabiała cechy kiedyś, dawno temu, przypisane jej płci, jej płci przynależne, a w ostatnim czasie coraz trudniej odnajdywane – i w wyglądzie, i w sposobie bycia istot statystycznie zdecydowanie piękniejszych.

Suzanne Vega czy może Eva Cassidy? Nie, to nie o nich, choć mogłoby być. Będzie o Angielce Sarah Joyce, urodzonej w Islamabadzie w 1979 roku, a występującej pod pseudonimem Rumer. Wokalistce, która dotąd wydała

dwa albumy

– Seasons of My Soul w 2010 i Boys Don’t Cry w 2012 – otwierała koncerty m.in. Burta Bucharacha i Eltona Johna. Właśnie ten pierwszy odkrył ją dla szerszej publiczności, usłyszał w jej głosie barwę tak dobrze kiedyś znaną – nieżyjącej już Karen Carpenter.

I takie to są nagrania. Nic, absolutnie nic nowego, odwoływanie się do klasycznej formy piosenki i aranżacji rodem często gdzieś z lat 70., tu i ówdzie nawiązujących do soulu. Ale głos mamy zdecydowanie biały, pięknie brzmiący w niskich rejestrach (wypisz wymaluj Carpenter) i

urzekająco, aksamitnie

w wyższych.

Jako całość jej debiut fonograficzny z pewnością nie poraża, ale jeśli na większą, a nawet całkiem dużą uwagę zasługują utwory stanowiące ponad pół płyty, to nie jest to mało. Do moich zdecydowanych faworytów należą Thankful, Healer i On My Way Home, piosenki pełne liryzmu, niezwykle nastrojowe, pięknie, delikatnie zaaranżowane. Ale kilka innych niewiele im ustępuje – Come To Me High, Slow czy Blackbird.

Rumer z rzadka pojawia się na antenie polskich stacji radiowych i chyba popularności nad Wisłą szczególnej nie zdobędzie. Świata też raczej nie podbije, ale swymi delikatnymi nutami jest w stanie ukoić niejedno skołatane serce.

Wielka sztuka z pięknym ogonkiem – Genesis: A Trick of The Tail, 1975

Cała czwórka ma już dość. Tyłki przyrastają im do foteli. Ileż można słuchać swoich kawałków śpiewanych przez różnych dziwnych ludzi? Są zmęczeni, wściekli, znudzeni. Tyle czasu strawili, a tymczasem nikt nie zabrzmiał dostatecznie dobrze, by pomyśleli: „Tak, ten facet jest w stanie zastąpić Petera”. W którymś momencie Collins nie wytrzymuje, wstaje ze swojego miejsca i podchodzi do mikrofonu. Śpiewa tak, że Tony, Mike i Steve patrzą zdumieni po sobie. Jak mogli na to nie wpaść wcześniej, skoro Phil robił chórki do wielu kawałków, a nawet zdarzyło mu się zaśpiewać solo? „Koniec przesłuchań. Mamy wreszcie nowego wokalistę!”.

[more]

Gdy w 1974 roku, po nagraniu The Lamb Lies Down On Broadway i trasie koncertowej Peter Gabriel obwieścił kumplom, że odchodzi, miał zaledwie dwadzieścia cztery lata. Postawił ich

w trudnej sytuacji.

Kilka lat ciężkiej pracy wywindowało zespół na szczyt. Zdobyli sławę po obu stronach oceanu, osiągnęli bardzo dużo w sensie artystycznym. Wiedzieli, czego chcą. Ale bez Petera? Jak dadzą sobie radę bez tak ważnego instrumentu, jakim jest jego głos? Jak pociągną to dalej bez jego teatralnych pomysłów na występy, bez jego pomysłów muzycznych?

Płyta rozwiała wszelkie obawy. Genesis nigdy wcześniej nie brzmieli tak mocno, potężnie – i pięknie. Olbrzymie znaczenie miało tu odejście od bardzo długich form muzycznych, najdłuższy kawałek trwa osiem minut. Zwarta forma czasowa podwyższa jeszcze wielką wartość znakomitych kompozycji. Każdy utwór skrzy się od pomysłów, fantastycznych, a czasem olśniewających urodą melodii.

W 1975 roku

moc jest po stronie Genesis.

Muzycy udowadniają przede wszystkim samym sobie, że znakomicie radzą sobie z ciężarem związanym z kontynuacją działalności bez dotychczasowego lidera, że artystycznie robią wręcz kolejny krok do przodu. I biją na głowę konkurencję. King Crimson już nie ma, dokonania Yes i Emerson, Lake & Palmer budzą coraz większe wątpliwości, Sztuczce nie dorównuje też Wish You Were Here Floydów.

Steve Hackett i Tony Banks, którzy dostarczają najwięcej materiału na płytę, są u szczytu swych możliwości twórczych, ich wspólne Entangled to jedno z arcydzieł grupy i jeden z najpiękniejszych utworów w historii rocka. Kroku stara się im dotrzymać Rutherford. Razem z Banksem podpisany jest pod pełnym nostalgii Ripples. Przyznając się do słabości do pięknych melodii, muszę wskazać jeszcze kompozycję Banksa Mad Man Moon. Ale cały krążek jest wybitny. Dla mnie – jedno z rockowych arcydzieł.

 

Skład zespołu wydaje się optymalny – trzech mistrzów swych instrumentów, Banks, Hackett i Collins, poprawny basista Rutherford starający się dorównać kolegom – to nie może budzić żadnych wątpliwości. A raczej

zachwyt nad rozmachem nagrań.

Wokal Collinsa to też ze wszech miar cudowne zrządzenie losu – niby nowy, lecz przecież stary, już znany. Inny niż matowy głos Gabriela, ale – właśnie w tym czasie (1975-1980) znakomity.

Jako wielki fan Genesis do 1977 roku, do Second’s Out, nie mogę przeboleć, że Hackett tak szybko poszedł w ślady Gabriela. Bez jego kompozycji, bez jego gitar grupa straciła bardzo, bardzo wiele. Los sprawił, że osiągnęła ogromny sukces komercyjny, ale z wielką muzyką nie miało to już nic wspólnego.

Zespół z dobrego domu – St. James Hotel, St. James Hotel, 2011

Rokendrol to u swych źródeł muzyka buntu. Dziś już jednak znacznie rzadziej funkcjonuje na obrzeżach, rzadziej bierze się z biedy, z chęci wyrwania z niej i wykrzyczenia niezgody na zastany porządek. Blokowiska, wysypiska czy śląskie hasioki to od lat raczej domena hiphopu niż gitar i perkusji.
Rock trafił na salony, trafił do dobrych, najlepszych domów. Wyrosły ze dwa pokolenia wychowane na tej muzyce, buntujące się może przeciwko zestawowi rodzicielskich nakazów i zakazów, ale wychowane w tak czy inaczej rozumianym dobrobycie.

[more]

St. James Hotel powstał w 2009 roku z inicjatywy Jacka Raciborskiego i Tomasza Pełczyńskiego, którzy do dziś stanowią trzon zespołu. Gdy słucham nagrań grupy, gdy próbuję jej muzykę wpisać w szerszy kontekst, nazwać, właśnie „salonowe” skojarzenia – za sprawą frontmana – przychodzą mi do głowy. I, broń Boże, nie jest moją intencją dewaluowanie wartości takiego grania.

Elegancja w rokendrolu

to przecież nic nowego. Mistrzostwo w tej dziedzinie osiągnęli Bryan Ferry i jego Roxy Music. Wertując książeczkę dołączoną do płyty SJH, oglądamy zdjęcia czterech porządnie ubranych facetów wykonane w szacownych wnętrzach katowickiego kinoteatru „Rialto”.

Głos Tomasza Pełczyńskiego ma inną barwę, a jednak zdecydowanie z Ferrym mi się kojarzy. Podobnie jak tamten, nikogo nie wyprowadzi swym atawistycznym krzykiem albo piaskiem w gardle na ulicę. Za to dobra dykcja sprawia, że nie ucieka nam ani jedno wyśpiewywane słowo. Teksty może nie są rockową poezją, ale trzymają przyzwoity poziom.

Muzykę natomiast SJH tworzą zupełnie inną, bardziej korzenną niż Roxy Music. Grają ostro, czerpią z rocka wypływającego z bluesa, grają przy tym melodyjnie. I cały czas elegancko. W ich brzmieniu, inaczej niż w tekstach, nie ma brudu – ani zaniedbanych dzielnic Katowic, ani tych zamierzonych w studiu nagraniowym. Jeśli decydują się tak grać, to muszą sporo potrafić, bo soczyste, klarowne brzmienie instrumentów bezlitośnie obnaża ewentualne niedostatki warsztatowe. I panowie potrafią.

Ta muzyka nie rzuca na kolana, ale jej słuchanie powinno sprawić, jak sądzę,

dużo frajdy każdemu, kto lubi mainstream

i czerpanie z najlepszych wzorców gitarowego grania, a więc przełomu lat 60. i 70. Sami członkowie zespołu, gdy mówią o inspiracjach, akcentują alt country i wymieniają takie nazwiska, jak przede wszystkim D. E. Edwards, a ponadto Bukka White, Bob Dylan, Johny Cash i Nick Cave. I, choć nie miałem jeszcze okazji (poza grą do filmu) usłyszeć kapeli na żywo, to jestem przekonany, że wtedy mogą się pojawić te pierwotne dla rocka elementy – moc, żywiołowość i improwizacja. Ogień, który zdolny jest przenieść się ze sceny na widownię. Trzeba to będzie wreszcie sprawdzić.

Grupa nie jest nieznana, ale trudno mówić w jej przypadku o popularności. Ma jednak trochę znaczących osiągnięć na swym koncie – m.in. występy na Festiwalu „Ku przestrodze” (trzecie miejsce w konkursie 2010), Rawie Blues, Przystanku Woodstock i OFF Festiwalu – i to wszystko jeszcze przed nagraniem pierwszej płyty. Jej nagrania były też prezentowane w Trójce w audycjach Jana Chojnickiego czy Piotra Barona.

Pora na drugą płytę. Ciekaw jestem, w którą stronę to pójdzie. W części bluesowo-rockowej polskiej sceny miejsce po Harlemie z okresu Bezsennych nocy wydaje mi się ciągle nieobsadzone. I możliwe do zajęcia na znacznie dłużej.

*

Utworów SJH w wersji studyjnej prawie nie ma na YouTube. Zapraszam więc na stronę zespołu – i polecam zwłaszcza Huragan uczuć, W kłębach dymu oraz Na swoją obronę.

Piosenki pełne smaku – Paul McCartney, Flaming Pie, 1997

Koncert Sir Paula w Warszawie coraz bliżej, to sprowokowało mnie do sięgnięcia po jeden z jego najlepszych solowych albumów, Flaming Pie z 1997 roku. Materiał powstawał w okresie, kiedy McCartney zakończył pracę nad antologią Beatlesów i mógł wreszcie zająć się swoimi nowymi pomysłami. Nowymi? Duch czwórki z Liverpoolu tak mocno unosi się nad tymi nagraniami, że nie sposób oprzeć się porównaniom i wzruszeniu.

[more]

Swego dopiął też Jeff Lynne, kiedyś lider Electric Light Orchestra. Zawsze powtarzał, że

dokonania The Beatles

stanowią dla niego wzór. I tak jak najpierw, w czasie gdy intensywnie komponował, miał te harmonie gdzieś z tyłu głowy, tak później wytrwale dążył do bliższej współpracy ze swymi mistrzami. Udało mu się już w 1987 roku, gdy został producentem albumu George’a Harrisona, następnie na pokładzie Traveling Wilburys znalazł się obok Roya Orbisona, Toma Petty’ego, Boba Dylana i – znów – Harrisona. Potem jeszcze produkował album Ringo Starra oraz dwa „nowe” utwory Beatlesów: Free As A Bird i Real Love. No i wreszcie w tym przypadku, gdy wziął udział w nagraniu i produkcji utworów na omawiany krążek.

Oprócz Lynne’a pojawiają się na tej płycie Steve Miller (ten od Steve Miller Band i Abracadabry), Ringo Starr, George Martin, żona Linda, a nawet syn mistrza, James McCartney.

Cudowna lekkość i łatwość,

z jaką przed laty pisał piosenki z Lennonem, znów spłynęła na niego. Jak pomyślę, że zamiast dwóch – trzech bardziej błahych tematów zawartych na tym krążku parę swoich pomysłów dorzuciłby, gdyby żył, John, jeden George, otrzymalibyśmy znakomitą nową płytę najwspanialszej grupy w historii rocka.

Trochę trwało, zanim dotarła do mnie wielkość i uroda tego albumu. Na gorąco zachwycała się nim Beata Pawlikowska, wówczas współpracowniczka Trójki, na mnie spłynęło to trochę później. Po wielu latach, gdy w 2011 roku na okładce polskiego wydania biografii McCartneya przeczytałem słowa tłumacza i Beatlesologa jednocześnie, Piotra Metza –

„Najwybitniejszy autor muzyki rozrywkowej

naszych czasów” – zrobiło mi się przyjemnie i ciepło. I ucieszyłem się, że z taką oceną nie jestem sam, że stoję w tak doborowym towarzystwie. Bo przecież młodsi zdają się już nie doceniać dzieła Beatlesów, a – z drugiej strony – spór o to, czyja wielkość jest większa, Lennona czy McCartneya, do końca nie wygasł.

Chyba nie ma potrzeby długo rozwodzić się nad czternastoma piosenkami składającymi się na tę płytę. O geniuszu Sir Paula świadczy taka perła, jak Somedays, klimatem i smykami przywodząca na myśl Yesterday i Strawberry Fields Forever, a ponadto kilka znakomitych kawałków, m.in. Souvenir kojarzący się nieodparcie z Oh Darling, przepiękne Calico Skies i Little Willow czy świetny na koniec Great Day. A tego, że bandlider jest ciągle rokendrolowcem, dowodzi utwór tytułowy. Świetny krążek!

Nogawica lepsza niż całe spodnie – Jaromir Nohavica, Tak mě tu máš , 2012

Z Nohavicą zetknąłem się pierwszy raz przy okazji filmu Rok diabła (2002) Petra Zelenki. Do dawnej fascynacji filmami Menzla i Formana oraz powieściami Kundery dołożyły się nowe pozytywne emocje związane ze sztuką ostatnich lat naszych południowych sąsiadów, niekoniecznie tą wysoką: powieściami Michala Viewegha oraz filmami, przede wszystkim Zelenki właśnie.

[more]

Trudno było nie zainteresować się pierwszoplanową postacią tego paradokumentu, choć dotarcie do jej nagrań proste nie było i nadal nie jest. W ogóle – docieranie do płyt wykonawców, zarówno tych sprzed lat, jak i współczesnych, z byłych demoludów jest o wiele trudniejsze niż  anglosaskich. Nie znam więc i dziś wszystkich dokonań Pana Jarka, ale coś na półkach mam, a i na dwóch koncertach też byłem – bardzo dobrym w Górnośląskim Centrum Kultury w 2008 roku i słabszym późniejszym w chorzowskim Teatrze Rozrywki.

Nohavica to taki

czeski ekstrakt Dylana i Cohena.

Serwuje literackie teksty, ale jak komuś nie starcza cierpliwości, może oddać się smakowaniu wyłącznie warstwy muzycznej – a tu mamy i barda z gitarą akustyczną, i frontmena zdrowo łojącej kapeli (choć nie na tej akurat płycie). Barda, od razu zaznaczę, który nie śpiewa krwią, czego osobiście nie trawię, ale sercem. Zresztą, po co ja to mówię – czy wyobrażacie sobie, dajmy na to, Szwejka z kuflem piwa w ręce śpiewającego Wysockiego? Jeśli przyjmiemy, że istnieje coś takiego jak charakter narodowy, to Czech kładący się pod radziecki czołg jest zupełnym wyjątkiem, a nie wyobrażeniem sceny zbiorowego samobójstwa z filmu jakiegoś ichniego Poręby.

Nohavica nie jest już artystą młodym, urodził się w 1953 roku, własnych nagrań dokonuje od 1982 roku. O swym najnowszym albumie mówił niedawno na antenie Trójki, że to

jego najlepsze dzieło.

Znamy takie deklaracje artystów i wiemy, iż zwykle najbardziej kochają najmłodsze dziecko. Tyle że, po wielokrotnym już przesłuchaniu materiału, świetnie artystę rozumiem. Wstrzymując się – wobec faktu nieznajomości całej dyskografii – od ostatecznych opinii, stwierdzam, że płyta jest znakomita. I w dodatku bardzo piękna.

Milunost, która podbiła listę przebojów wspomnianej rozgłośni, jest chyba nieźle znana tzw. szerszemu ogółowi. Ale takich wielkiej urody lirycznych piosenek jest na tym krążku więcej – i nie będę ich wymieniał, bo to, lekko licząc, pół płyty. A reszta jest równie dobra.

I znów zazdrościmy Czechom,

że mają coś, czego my nie mamy – Nohavicę. Człowieka, który swoim przekazem dociera zarówno do miłośników klasycznej piosenki, jak i fanów rocka, poruszając się niedaleko wspomnianego Dylana czy Joni Mitchell. I grzejemy się trochę w jego cieple, bo facet jest takim dziwnym Czechem, który lubi Polaków, bardzo dobrze mówi po polsku, ma tu wielu przyjaciół, przyjeżdża i koncertuje po tej stronie Beskidów dość często.

A do tego jeszcze na omawianym krążku na akordeonie gra nasz rodak Robert Kuśmierski. Gra niesamowicie, wpisując się swym udziałem w powstaniu już tylko tej jednej płyty do grona najwybitniejszych akordeonistów, a przecież ten absolwent Akademii Muzycznej w Warszawie ma już na swoim koncie wiele znaczących osiągnięć. Ten instrument doczekał się w ostatnich latach nobilitacji, ale w moich uszach nigdy jeszcze nie brzmiał tak wspaniale jak w najnowszych piosenkach Nohavicy.


Radio z głową lepsze od komputera – Radiohead, OK Computer, 1997

Moja znajomość z Radiogłowymi rozpoczęła się dopiero od tego albumu. Po pewnym czasie, w swoim prywatnym nierankingowym zestawieniu, uznałem ten krążek za ostatnie rockowe arcydzieło XX wieku (i tu mi ręka zadrżała, bo chyba mam jeszcze na oku debiutancki album z 1998 roku innej brytyjskiej grupy, o hiszpańskiej nazwie). Dziś wiem także, że ten zespół jest w moim pojmowaniu tzw. muzyki rockowej jednym z tych granicznych.

[more]

Jednym z tych, którego dokonania te

granice

przekroczyły, powodując, iż stałem się obojętny na jego ostatnie propozycje artystyczne. Zawsze zadziwiać mnie będzie, jak kapele mające w swym składzie rasowego gitarowego wymiatacza potrafią daleko odejść od sześciu strun, perkusji – i zapuścić się w klimaty tak bardzo komputerowo-syntezatorowe, których już moja głowa pojąć nie jest w stanie, a – co istotniejsze – serce nijak pokochać nie potrafi.

Ale, wbrew tytułowi albumu z 1997 roku, w tym przypadku mamy jeszcze w przytłaczającej większości instrumenty, a nie studyjną, elektroniczną robotę, jeśli komputer, to zdecydowanie OK. Jeśli nawiązanie do tradycji, to powłóczystość melodii, ich nieoczywista harmonia, instrumentarium, którym posłużyli się członkowie zespołu – kojarzą się nieodparcie z najlepszymi dokonaniami grup symforockowych. Jestem zdania, że to właśnie dzięki takim albumom widać, że

formuła art nie uległa całkowitemu wyczerpaniu,

że w tych klimatach da się jeszcze coś bardzo ważnego powiedzieć, że taka jedna płyta Radiohead znaczy więcej niż cała dyskografia Marillionu czy Pendragonu. Ale ja tu o definicjach, a to przecież muzyka. Wspaniała, najpiękniejsza.

I jednak od porównań nie potrafię uciec. Ramy czasowe utworów bardzo zwarte, przywodzące na myśl dokonania Genesis z A Trick of The Tail czy Wind And Wuthering albo Yes z Tormato, ale i Fragile. Z jednej strony album wieńczy pierwszy okres działalności grupy, dopełniając swego rodzaju trylogii z Pablo Honey i The Bends, a jednak gitary wyraźnie ustępują tu miejsca klawiszom. Kunsztownie opracowane utwory, po mistrzowsku wykonane, zdecydowanie – w odróżnieniu od tych pomieszczonych na następnej płycie, Kid A – nawiązują do wielowiekowej tradycji muzyki europejskiej, czyli oparte są, powtórzę, na melodii i harmonii.

Wspaniałym instrumentem jest

głos Thoma Yorke’a,

gdzieś w pewnym rejestrze łudząco podobny do Roya Orbisona, ale wnoszący zdecydowanie inne cechy do całości brzmienia – Orbison jest piosenkowy, popowy, Yorke natomiast wyraźnie neurotyczny, dzięki czemu nawet z pozoru banalny pomysł staje się oniryczny i niepokojący. Aranżacje są w ogóle cholernie mocną stroną tego albumu.

Trudno wskazywać na nim utwory lepsze od innych, bo to dwanaście w większości znakomitych numerów. Na przykładzie tego krążka wyraźnie widać, jak rokendrol zatoczył koło i stanął w miejscu, w którym dozwolone jest sięganie do absolutnie wszystkiego. Bo mija już – strach liczyć – szesnaście lat, a ten materiał równie dobrze mógłby powstać dzisiaj. Swoisty bezczas stał się cechą immanentną rocka, ale – już to sygnalizowałem kiedyś wcześniej – stanowi atut chyba tylko w przypadku płyt wybitnych. A OK Computer po tylu latach można już bez większego ryzyka w gronie takich albumów umieścić.

  

Zielony Piotruś, czyli zapomniany mistrz gitary – The Best of Peter Green’s Fleetwood Mac, 2002

Szperanie wśród starych nazw, nazwisk i płyt od dawna powoduje we mnie szczególny rodzaj emocji. Bo to muzyka z lat, gdy większość Polaków mogła jedynie marzyć o posiadaniu oryginalnej płyty, a już samo jej trzymanie w dłoniach – jeśli zdarzyło się, że ktoś ze znajomych był akurat szczęśliwym właścicielem – powodowało szybsze bicie serca.

[more]

Dziś czas wielu dawnym wydawnictwom sprzyja szczególnie. W większości są zremasterowane, oczyszczone i kosztują niewielkie pieniądze. Tak niewielkie, jak rzeczony album (24,99 zł w MM), że można by nakłaść ich do koszyka za kilkaset, a może po prostu kilka tysięcy złotych. I powtarzać ten ceremoniał jeśli nie codziennie, to choć raz na tydzień. Niestety, nie stać mnie na takie zakupy, ale może dzięki temu mam chwilę, by podelektować się każdym kolejnym nabytkiem.

Chyba równo dwadzieścia lat temu kupiłem inny składak Fleetwood Mac z nagraniami z okresu, gdy dowodził zespołem Peter Green (The Hits of…). Wciąż jednak chodziły za mną dwa znakomite numery, których zabrakło na tamtej płycie. Tutaj już są i w dodatku w otoczeniu wielu innych smakowitości w dawce blisko osiemdziesięciominutowej.

Kapela powstała w 1967 roku, utworzyli ją

współpracownicy Johna Mayalla

– perkusista Mick Fleetwood oraz bodaj pierwszy i najwspanialszy liryczny gitarzysta rockowy w historii, Peter Green, wkrótce w składzie znalazł się jeszcze trzeci członek Bluesbreakers, basista John McVie. Od nazwisk pierwszego i ostatniego z wymienionych wzięła się nazwa zespołu, nie trzeba chyba dodawać, że bluesowego. I tak było do roku 1970, kiedy odszedł Green. Potem w składzie pojawiły się panie, zrobiło się bardziej popowo, niemniej w 1977 roku, w zupełnie już innej stylistyce, zespół nagrał znakomity Rumours.

Wróćmy jednak do pierwszego, najlepszego okresu w historii. Omawiany album, szczególnie wartościowy w obliczu poważnych trudności z nabyciem wydawnictw katalogowych, serwuje nam wszystko to, co w Greenowskim FM najlepsze.

A więc

te dwa numery

The Green Manalishi (znów riff, przy którym buty spadają z nóg) i dwuczęściowy Oh Well, najpierw gwałtowny, rockowy, choć z kapitalną gitarą akustyczną na pierwszym planie, a potem akustyczny, trochę filharmoniczny w klimacie, mający coś z Vivaldiego, Rodriga, ale też Beatlesów i King Crimson. Znaczenia obecności tych dwóch utworów w zestawie przydaje fakt, iż w swoim czasie pojawiły się one tylko na singlach i dopiero to kompaktowe wydawnictwo z 2002 roku przypomniało je po latach.

A prócz nich mamy takie perełki, jak znakomity Man of The World czy Albatross, stylowe bluesy Merry Go Round, Worried Dream albo Need Your Love So Bad oraz dynamiczne My Heart Beat Like A Hammer, Looking For Somebody czy Shake Your Moneymaker.

Znakomity to wybór,

esencja tamtego grania.

I okazja, by przypomnieć sobie lub zaznajomić się z jeszcze jednym wirtuozem gitary, czasem bardzo lirycznym (czyż to nie on był patronem niektórych dokonań Snowy’ego White’a albo Gary’ego Moore’a?), a czasem zdrowo łojącym. Dziś, zdaje się, zapomnianym, a to przecież jeden z tych, którzy tworzyli kanon rockowej gry na gitarze elektrycznej. Gorąco polecam.

Tak krawiec kraje, jak mu materii staje – The Rolling Stones, It’s Only Rock’n’roll, 1974

W 1977 roku znalazłem się we Francji i stamtąd przywiozłem ten krążek. Bracia ubolewali co prawda, że mój wybór nie padł na coś starszego, ale jeśli wtedy miałem jakieś pojęcie o muzyce, to było ono dość blade. I gra mi teraz w tle ten sam egzemplarz – gdy się dba o płyty, powiem nieskromnie, to i po wielu latach da się ich bez zgrzytania zębami słuchać. To w ogóle jedna z pierwszych płyt w moim zbiorze, przeszła ze mną praktycznie całą muzyczną drogę, w ciągu kilku lat, może poza tytułowym utworem, całkowicie przesuwając punkty ciężkości.

[more]

To ostatni album Stonesów, na którym gra

Mick Taylor.

Odszedł sam, doprowadzając swoją decyzją do wściekłości i Jaggera, i Richardsa. Jedna z wersji powiada, że musiał się ratować, bo podjął współpracę z zespołem jako wegetarianin, a kończył jako narkoman.

Jako wielki wyznawca tej kapeli, ze wzruszeniem wspominający pierwsze z nią spotkania w swoich czasach jeszcze przedszkolnych, jak i z czułością pochylający się nad ostatnimi dwiema nowymi piosenkami, sądzę, że z gitarzystów trzech: Jonesa, Taylora i Wooda – Mick był zdecydowanie najlepszy.

Świetny technik, bluesman o wirtuozowskich zapędach.

To chyba nie przypadek, że nagrania z jego udziałem brzmią do dziś najlepiej. Że, oczywiście, są to utwory z najwspanialszego okresu zespołu, ale też nagrane przez najlepszy skład Stonesów.

Dziesięć kawałków, z których najpierw – jako piętnastolatkowi – podobały mi się te najostrzejsze, ale po roku, może dwóch latach zaczarowały ostatnie utwory na obu stronach longplaya – najpierw Fingerprint File, a potem Time Waits For No One. Dwa szlachetne, ponadsześciominutowe dzieła. Oba w średnim tempie, kojarzące się, zwłaszcza ten drugi, z arcydziełami na Let It Bleed. To najjaśniej świecące gwiazdy w tym zbiorze.

Dorzucić należy jeszcze piosenkę tytułową, pierwotnie pisaną przez Jaggera dla Davida Bowiego (zupełnie nie rozumiem, dlaczego na ostatnich składakach TRS skróconą o dobrą minutę, to barbarzyństwo). No i osobliwe stonesowskie reggae, Luxury.

Ten album, przez lata się utarło, uznawany jest za jeden ze słabszych w dorobku grupy. O rany, nie! Nie podzielam tej opinii, potem nie raz było gorzej. I – powtórzę, co już parę razy pisałem w innych miejscach –

tzw. słaby album wielkiej grupy

i tak będzie lepszy od dobrej płyty niezłego zespołu. Ronnie Wood ze swoją gębą co prawda pięknie wkomponował się w skład, ale gdzie mu tam do Taylora. Toczące się Kamienie pozostały wspaniałą, jedyną w swoim rodzaju kapelą rokendrolową, ale ich korzenie bluesowe wyraźnie straciły na głębokości wraz z odejściem Micka Krawca.

Jak się czyta wspomnienia muzyków zespołu, ich bezustanne zmaganie się z używkami, kobietami, prawem i policją, aż trudno uwierzyć, że w takich warunkach można było nagrywać kolejne płyty i jeździć w kolejne trasy koncertowe. Przecież, gdyby byli wypoczęci, wolni od nałogów, nie okupowali – jak Richards z Jaggerem – pierwszych miejsc na liście rockowych gwiazd-kandydatów do przeniesienia się w stanie odurzenio-upojenia w zaświaty, mogliby pracować o wiele wydajniej.

Ale czy na pewno?