Voo Voo – więcej niż z środy na czwartek

pobrane6

Waglewskiego wszędzie pełno. Książki Bonowicza i Metza, wywiady w telewizjach i gazetach, jego zdjęcie pojawia się nawet na okładce „Tygodnika Powszechnego”. No, celebryta po prostu. Tyle tylko, że mi to zupełnie nie przeszkadza, zupełnie nie wkurza. Z jednego powodu: bo lubię Pana WW.

[more]

Bo nie opowiada, jak bardzo jest zakochany w nowym obiekcie uczuć, gdzie zamierza spędzić miodowy weekend, na którym najczęściej śpi boku i co jada na śniadanie. Jako współprowadzący „Magiel Wagli” poraża skalą zainteresowań muzycznych, prezentując zwykle nieszczególnie znanych wykonawców z bardzo odległych od siebie półek. Jest w tym bardzo daleki od tych pobratymców w graniu, którzy mówią, że słuchają niewiele albo wcale, ponieważ nie chcą zaśmiecać sobie głowy, albo twierdzą, że nic ciekawego od lat się nie nagrywa. Jak widać na przykładzie WW, mimo pewnego zaawansowania już w latach („godzina młoda/a ciało już mniej”), można ciągle być ciekawym tego, co robią inni, i nie obawiać się, że przeszkodzi to twórczości własnej.

Bo Wagiel senior ciągle jest, by użyć jednej z jego ulubionych formułek, 

ciekawski świata i ludzi.

A że ma zwyczaj ciągłego używania rozumu i zachowuje równowagę między tym rodzajem pychy, który pozwala być artystą, a pokorą i dystansem do siebie – zwykle (co niezwykłe wśród szarpidrutów) mówi mądrze. A jak ktoś mówi mądrze, starannie i powoli dobierając słowa, zawsze – uważam – warto go posłuchać.

Nie mam więc wrażenia, że WW wokół mnie za dużo. Raczej nieśmiało przyznaję, że wreszcie za nim nadążam. Bo – chyba się nie mylę? – trochę zwolnił tempo nagrywania kolejnych płyt, powodując tym samym, że, najzwyczajniej, zaczynam nasłuchiwać i tęsknić za jego nowymi piosenkami. Nie odważę się napisać, że Voo Voo jest teraz lepsze niż dawniej, natomiast jednego jestem pewien – że jest mi od dwóch płyt bliskie jak nigdy. Bo bliska jest mi refleksja człowieka, który ma świadomość, że już schodzi ze swojej góry. Nadstawiam uważniej niż wcześniej ucha – słuchając krążków Dobry wieczór i teraz 7 – gdy przemierza ścieżki miłości i jednej „tylko” kobiety u swego boku, gdy – mimo iż spełniony („Gdybym miał jutro zaczynać od nowa, nie zmieniałbym niczego”), wciąż mocuje się ze światem.

Przede wszystkim jednak 

oszałamia dźwiękami.

Dobieranymi starannie i coraz oszczędniej – i myślę, że gdyby legitymował się paszportem amerykańskim lub angielskim, wymieniany byłby dziś jednym tchem ze starymi mistrzami: Dylanem, Simonem, Stonesami, Van Morrisonem czy Neilem Youngiem. Ale i tak ciągle mam nadzieję – i to coraz mocniejszą, słuchając 7 widoków w drodze do Krakowa i teraz 7 – że drogi WW (Voo Voo) i Grzegorza Turnaua zejdą się wreszcie na dłużej, na całą wspólną płytę. I że będzie to wielkie wydarzenie muzyczne nad Wisłą i trasa z koncertami zupełnie niezwyczajna.

7 to muzyka kameralna, rockowego largo i allegro właściwie tutaj nie ma, żadnego gęstego brzmienia: w każdej sekundzie każdego utworu można pochylić się ku wybranemu instrumentowi. Zachwycić się gitarą, oszczędnym saksofonem, gitarą basową na przemian z kontrabasem czy też perkusją. Wszystko starannie ułożone na muzycznym talerzu, wyważone w swych proporcjach, a przy tym nie ma wątpliwości, że to 

granie z serca,

że spływające z palców nuty naznaczone są lekkością, a nie rodziły się w studyjnych i wystudiowanych bólach. Muzyka snuje się niespiesznie – to nie wodospady gorzały spadające do kieliszków albo wręcz szklanek i pite całymi haustami, do dna. To wino małymi łykami rozprowadzane po języku i podniebieniu, smakowane z uwagą i przełykane po cichu i z żalem, jaki budzą tylko rozstania z kimś bliskim.

Tak grających rodzimych muzyków jest zaledwie garstka, takich płyt, co to mogłyby się ścigać z całym światem – bardzo, bardzo niewiele. I nawet jeśli jest to świat odchodzący, taka kwalifikacja nie ma dla mnie znaczenia, bo to jedyny świat, w którym czuję się choć trochę u siebie. Jednakże Panowie Waglewski, Pospieszalski, Martusewicz i Bryndal z nikim ścigać się nie chcą. Raczej prowokują pytania o to, jak bardzo stępiała nasza – słuchaczy – wrażliwość. Czy jesteśmy jeszcze w stanie usiąść i wysłuchać pięćdziesięciu minut muzyki w skupieniu, nie jako tła, ale jako dania głównego. Jedynego. Bo warto się zatrzymać – ze szczególną uwagą nad znakomitym, jazzującym Czwartkiem. Warto dać się ponieść – do samego końca, aż do fantastycznego, okraszonego partią fortepianu oraz rewelacyjnym solem saksofonu, beatlesowskiego finału Wtorku.

(Voo Voo, 7, 2017)

[W NaTemat: 26 marca 2017]

Przestrzelony na wylot

pobrane1

Czterech kolegów siedzi w knajpie i popija piwo. Trzech rozmawia, a czwarty cały czas siedzi cicho. Jeden z tej trójki w końcu zwraca się do milczącego: – Jasiu, tylko pijesz, nic nie mówisz, a ty się przecież niedawno ożeniłeś. Fajną masz tę żonę? – Fajną – niefajną, rzecz gustu. Mi się nie podoba…

[more]

Ten dowcip z długą już brodą przypomniał mi się, gdy zadałem żonie pytanie o wrażenia po przesłuchaniu nowej płyty Blackberry Smoke. Odpowiedziała mi, entuzjastycznie nastawionemu:- Nie znam jej jeszcze tak jak ty. No, fajna, ale taka… stara.

*

Chcecie, abyśmy wam coś zagrali? O.K., ale zrobimy to na swoich warunkach, 

bez zbędnych decybeli 

i bez pośpiechu – zdają się mówić kowboje z Blackberry Smoke. Takich płyt nie nagrywają debiutanci – z dwóch powodów: albo (jeszcze) nie potrafią, albo muszą pokazać, na jak wiele już ich stać. Ktoś się może obruszy na to porównanie, ale ten luz słyszalny w każdej sekundzie, w każdym wydobywanym z instrumentów dźwięku kojarzy mi się ze starym, dobrym Dire Straits.

Zero zadęcia, jakiejś napinki, jest wściekła perfekcja i całkowita pewność tego, co i w jaki sposób się robi. I pewnie ten brak dociskania pedału do dechy czy raczej bolesnego spinania konia ostrogami (cokolwiek przez to rozumieć) sprawił, że po pierwszej „lekturze” piątej płyty kwintetu byłem… nieco zawiedziony. Ale z płytami mam jak z kobietami (ufam, że nie będę się musiał z tych słów nazbyt długo tłumaczyć żonie – ciągle tej samej, z pierwszego rozdania) – aby polubić, muszę co nieco poznać, miłość od pierwszego słuchania nie zdarza się za często.

Jesteśmy 

w klimatach southernowych,

z okolic Lynyrd Skynyrd, w piecu więc hajcuje się porządnie, ale bez przesady – miłośnicy spustu surówki nie mają tutaj czego szukać. Co prawda na rozgrzewkę dostajemy numer z okolic AC/DC, ale to wariacje na temat, a nie kopiowanie. Zaraz potem zespół zanurza się głębiej w przeszłość, serwując kawałek wyraźnie inspirowany dokonaniami Chucka Berry’ego, a skoro tak, to i Stonesów przy okazji, zwłaszcza w partiach piana. Następnie wychodzimy na saloonowy parkiet, by poszurać stopami w rytm walczyka zaprawionego szczyptą country. 

I tak jest do samego końca. Kołyszemy się, raz trochę szybciej, raz trochę wolniej, przez cały krążek, przez prawie czterdzieści dziewięć minut. Muzyka stara jak rokendrolowy świat, wszystkie patenty rozpoznane zostały już dawno i wielokrotnie, lepiej lub gorzej, zmaterializowane w studiach nagraniowych. A jednak, gdy podane zostają z taką maestrią wykonawczą, trudno oprzeć się tym dźwiękom. Słychać to zwłaszcza w „niepozornych” solówkach,

nienachalnych ozdobnikach

dołożonych gdzieś tam, w środku lub na końcu piosenki, do podstawowej linii melodycznej (podobnych rzeczy u nas można posmakować, słuchając Dżemu – ze szczególnym uwzględnieniem gry Jerzego Styczyńskiego).

Like An Arrow to bezpretensjonalna, a jednocześnie kunsztowna  porcja muzyki. Ileż sensownego użytku można zrobić z podpięcia gitar do prądu – i pieścić tym prądem uszy takich jak ja. Serce najżywiej bije mi – przynajmniej póki co – przy ósmym i dziewiątym numerze – Sunrise In Texas  i Ain’t Gonna Wait, a także przy kończącym całość Free On The Wing, gdzie gościnnie pojawia się Gregg Allman. Cóż, ponieważ jako fan mogę bezkarnie być poligamistą, więc powiem nie pierwszy już raz – i mam nadzieję, że nie ostatni: takie granie to coś, co kocham najbardziej.

(Blackberry Smoke, Like An Arrow, 2016)

[W NaTemat: 4 grudnia 2016]

Jack White III Akustyczny

jw_iii

To, najwyraźniej, definiuje styl Jacka White’a: pierwotność, powrót do korzeni, do źródeł bluesa i rock and rolla, prosty, surowy przekaz.

[more]

*

Notując swoje wrażenia dotyczące dwóch poprzednich albumów artysty, zżymałem się na „pośpiech” w rejestrowaniu nagrań, niechęć do wycelowania szczegółów w studiu, ubolewałem, że wciąż brak mi tej kropki nad „i”. A teraz?

Teraz wracam pamięcią do pierwszej sceny 

It Might Get Loud

(Będzie głośno, 2008), w której muzyk, w plenerze, bierze do ręki byle jaką deskę, znajduje jakiś gwóźdź, który – jeśli mnie pamięć nie zawodzi – wbija w tę deskę kamieniem, następnie podnosi z ziemi kawałek drutu i… ma gitarę gotową. I chyba ten obrazek definiuje JW III: pierwotność, powrót do korzeni, do źródeł bluesa i rock and rolla, prosty, surowy przekaz, melodia i tekst, zaś całą tę mniejszą lub większą ornamentykę pozostawia w spokoju, daleko od siebie, niech inni sobie dłubią jeśli chcą, poprawiają i dopieszczają, on – nie.

https://youtu.be/UbDrtUZGHPA

A jakiś czas potem w tym samym filmie trzej panowie – JW, The Edge i Jimmy Page – znajdują się w studiu. I ten ostatni dobywa ze swej gitary pierwsze riffy Whole Lotta Love. Oczy pozostałych dwóch płoną…

*

Whole Lotta Love otwiera drugą płytę Led Zeppelin, wydaną w październiku 1969 roku. Rok później ukazuje się trzecia, moja ukochana, odkąd usłyszałem ją w całości (oj, było to wiele lat później). A na niej – pierwszy 

akustyczny set

w dziejach rocka.

W tym miejscu dodać też należy, że Jack W.  jakiś czas temu zamienił rodzinne Detroit na Nashville. Bo to są te, dość oczywiste, tropy dotyczące nowego wydawnictwa artysty. Tyle że oczywistość niczego jeszcze nie załatwia, częściej może przełożyć się raczej na banalność niż przekaz udany artystycznie, zwłaszcza po upływie tylu dekad, w roku 2016. Tym bardziej że album ma kompilacyjny charakter, zbiera bowiem utwory nagrane na przestrzeni osiemnastu lat. Ściślej – akustyczne bądź prawie akustyczne wersje utworów zamieszczonych na płytach White Stripes, Dead Weather, Raconteurs i solowych.  Album w dodatku nie jest krótki – składają się nań dwie płyty, dwadzieścia sześć utworów.

Dostatecznie dużo, by dać obraz albo odpadów, przypadkowo dość pozbieranych z różnych sesji i lat, niekoniecznie trzymających się tzw. kupy, albo – właśnie: piosenek świadczących o 

wierności

muzycznym ideałom i idolom, dowodzących stylistycznej jednorodności. Rozpiętej – jak na Amerykanina z Południa (z wyboru) przystało – między bluesem, rock and rollem, bluegrassem i country. I jeśli brakuje mi w jego innych płytach ostatniego szlifu, to tutaj mam wreszcie poczucie, że wszystko jest na swoim miejscu: prawie nic ponad niezbędne minimum, proste aranże, skromna, w przeważającej mierze akustyczna instrumentacja, A to tylko mocniej uwypukla urodę poszczególnych kawałków i ich niekoniecznie prostą fakturę. Czyli, chciałoby się rzec, zupełnie jak u McCartneya, choć White’owi znacznie bliżej do patentów Page’owsko-Plantowskich.

(Jack White, Acoustic Recordings 1998-2016, 2016)

[W NaTemat: 20 listopada 2016]

Van Morrison Forever

pobrane

Te utwory aż zapierają dech w piersiach, jeden piękniejszy jest od drugiego, choć ich faktura – jak to u Van Morrisona – prosta nie jest i do klaskania na raz w ogóle się nie nadaje, natomiast wokal nie uwiódłby żadnego profesora żadnej akademii muzycznej.

[more]

Gdzieś na początku swojego blogowania deklarowałem trwałą i nieprzemijającą niechęć do piosenki francuskiej (w klasycznej postaci) oraz tzw. aktorskiej. Niechęć do tych emocji rozciągniętych do granic możliwości, na najcieńszej strunie, która raz po raz przecina i skórę, i trzewia. Do szeptów lubieżnych albo plucia krwią hen, aż po ostatnie rzędy widowni. Oraz do tego zimnego, wystudiowanego, znów niejednokrotnie wykrzyczanego aktorskiego odrobienia lekcji pt. Zaśpiewam piosenkę.
Wspominałem wtedy o tej bezkresnej przestrzeni rozciągającej się między bielą i czernią, do tych pośrednich stanów nie tylko emocjonalnych, co tak wspaniale potrafili zagospodarować wykonawcy anglosascy.

*

Czasem, gdy coś mi się nie podoba, czepiam się niczym jakiś ortodoks. I odwrotnie, gdy muzyka przypada mi do gustu, jest mi wszystko jedno, jak ją nazwać. 

Czy Van Morrison to jeszcze ciągle muzyk rockowy?

A po jakie licho tego dochodzić?! Irlandczyk, podobnie jak Bob Dylan, raczy nas drugą w ciągu kilkunastu miesięcy płytą. Czyżby przyczyną częstszych odwiedzin studia nagraniowego była smutna świadomość towarzysząca niemłodym już ludziom, że czas kurczy się wciąż bardziej i należy to, co zostało, należycie wykorzystać? Najważniejsze jednak, że większa częstotliwość rejestrowania piosenek bynajmniej nie odbija się na ich jakości.
W tym miejscu nieśmiało tylko chciałbym uzmysłowić kolejny raz – sobie i Wam – że jeśli komuś wydaje się, że od lat kręcimy się wokół tych samych nazwisk, to jest to prawdą. Ale prawdą jest też, że tych nazwisk jest garstka. Z gwiazd lat dawno minionych ostało się ich nie za wiele – i, powtarzam uparcie, to spośród nich wykonawcy najwybitniejsi.
Nad nowymi utworami Van Morrisona rozpływał się w przedostatnią niedzielę Wojciech Mann, używając m.in. starej prawdy w odniesieniu do starych artystów, że VM już nic nie musi. Owszem, nie musi, ale wciąż daje radę, sprawiając przy tym wrażenie, iż nie wymaga to od niego większego wysiłku. Ciekawe, że grono mistrzów – chyba się nie mylę? – jest dzisiaj w formie lepszej niż trzydzieści – dwadzieścia lat temu. Odpoczęli trochę, dali wytchnąć swoim steranym używkami organizmom? Oczyszczone żyły ożywczo podziałały na głowy? Wielkich talentów nie mącą już narkotyczne czy alkoholowe odjazdy?

W poprzedni weekend ulegałem jeszcze emocjom związanym z konkursem Wieniawskiego, mając nieprzemijające niestety poczucie, jak wielkim dyletantem w zakresie muzyki poważnej jestem i już pozostanę, a parę dni później zachwycam się nowym albumem niegdysiejszego lidera Them. I? Znów ta banalna refleksja o „poważnym” co prawda, ale odtwórstwie, graniu zgodnym z zapisem nutowym – a na drugim biegunie muzyce oryginału, autorskiej, będącej takim samym obecnie popem jak Chopin czy Mozart dawniej. Kto z nas jest w stanie orzec, że za dwieście lat nie będzie się grało Beatlesów czy Van Morrisona?
Porzucam jednak te, pożal się Boże, akademickie rozważania, by zająć się emocjami. Własnymi, bo tylko o nich mam pełne prawo mówić. Otóż jestem zachwycony nowym materiałem Irlandczyka. Jest w nim wszystko to, co znamy z wcześniejszych nagrań – i wszystko na poziomie i w stylistyce najlepszych jego dokonań ostatnich dwóch z okładem dekad. 

*

W rockowej formule to granie, powtórzę, niespecjalnie się mieści. Orkiestrowe tu i ówdzie aranże mogłyby sugerować jakieś festiwale piosenki, ale nie kojarzę żadnego, na którym pojawiłoby się 

tyle znakomitych nut jednocześnie.

Bo te utwory aż zapierają dech w piersiach, jeden piękniejszy jest od drugiego, choć ich faktura – jak to u Van Morrisona – prosta nie jest i do klaskania na raz w ogóle się nie nadaje, natomiast wokal nie uwiódłby żadnego profesora żadnej akademii muzycznej. To ostatnie nie ma znaczenia, bo perfekcyjna jest cała reszta, przy czym tę perfekcję osiąga się tutaj niejako przy okazji. całkowitą niewymuszonością dobywania dźwięków z poszczególnych instrumentów i lekkością wspomnianej aranżacji. Trzeba niebywałego mistrzostwa, by operując smakowitymi środkami, robić to tak lekko i z tak wielką prostotą. Że to cholernie trudne – dowodzą codziennie docierające do nas, taśmowo produkowane w studiach nagraniowych konfekcyjne wyroby piosenkopodobne.Swe 

muzyczne korzenie

Van Morrison na nowej płycie sygnalizuje bodaj trzykrotnie, w The Pen Is Mighter Than The Sword, gdzie stylowo pobrzmiewa na pierwszym planie gitara Dave’a Kerry’ego (polskiemu słuchaczowi ten sposób gry nieodparcie kojarzyć się będzie z Wojciechem Waglewskim), w Share Your Love With Me oraz z bluesowym Going Down To Bangor, ale to odnotowuję tylko z kronikarskiego obowiązku. 
Przed ponad czterema dekadami Stonesi zatytułowali swój krążek It’s Only Rock’n’roll (But I Like It), Keep Me Singing jawi mi się jako swoista mutacja tamtego tytułu. Śpiewanie jest tym – mówi stary artysta – co umiem robić w życiu najlepiej, więc pozwólcie mi śpiewać. 

Hero on down to roadside

Well I’m singing, playing my songs

Doing just what I know how to do

Right here where I belong.

Czas bezlitośnie obchodzi się z większością dokonań ludzkich we wszelkich dziedzinach i nie inaczej jest na gruncie muzyki popularnej. Natomiast w odniesieniu do piosenek mistrza Van Morrisona mam przekonanie graniczące z pewnością, że będą one zachwycać i wzruszać także następne pokolenia.

(Van Morrison,Keep Me Singing, 2016)

[W NaTemat: 31 października 2016]

Jeszcze jeden Rajd Monte Carlos

santana_IV

Najwybitniejsi dlatego są najwybitniejszymi, że gdzieś kiedyś wyrośli swoimi propozycjami wysoko ponad innych, wytyczyli nowe szlaki w muzyce, ale także dlatego, że wśród zakrętów czasu potrafili nie raz i nie dwa potwierdzać swoją klasę.

[more]

*

Kameleonów

w muzyce rockowej, podobnych Davidowi Bowiemu, nie było i nie ma za wielu. Poszukiwanie nowych lądów nie jest proste, a przy tym zawsze grozi utratą starych fanów, niekoniecznie zaś przysporzy nowych. Artyści w okolicach siódmego krzyżyka, ci – powiedzieć trzeba od razu – najlepsi z ocalałych – uwodzą raczej tym, że wciąż potrafią wznieść się jeśli nie na swoje, i nie tylko swoje, najwyższe szczyty, to ledwie nieznacznie niżej. Uwodzą i, jak najbardziej zasłużenie, zasługują w ten sposób na miłość fanów. Tak jak Carlos Santana.

Można oczywiście zastanawiać się, jakimi drogami podążają myśli muzyków, w jaki sposób szukają

inspiracji,

tych impulsów, które raz jeszcze pozwolą im wydobyć z głów i serc nuty i dźwięki niepospolite. Metody są różne, trudno o ich wartościowanie i przedkładanie jednej nad drugą. Weryfikacją, za to bezlitosną, jest efekt końcowy w postaci nowych nagrań.

Najwybitniejsi dlatego są najwybitniejszymi, że gdzieś kiedyś wyrośli swoimi propozycjami wysoko ponad innych, wytyczyli nowe szlaki w muzyce, ale także dlatego, że wśród zakrętów czasu potrafili nie raz i nie dwa potwierdzać swoją klasę.

Santana postanowił wrócić do źródeł, nagrać płytę z tymi, z którymi zaczynał swoją muzyczną podróż, ze współautorami trzech pierwszych krążków sygnowanych nazwą zaczerpniętą od jego nazwiska. I słychać wyraźnie, że ten sam

dobry duch

znów unosił się nad tymi niemłodymi już panami, że dobrej energii było pod dostatkiem, gdy zaczęli wspólne jamowanie. Summa summarum materiał z pewnością arcydzielny nie jest, ale fragmentów znakomitych i bardzo dobrych nie brakuje. Co niezwykle istotne, całość, choć różnorodna, jest zwarta i słucha się jej z przyjemnością.

Zaczyna się od Yambo, prostego, liniowego intro, swoistego wprowadzenia. Już po paru sekundach nie ma wątpliwości, gdzie jesteśmy. Tak grać mogą tylko oni, ten mikst rytmów latynoskich i rokendrola jest niepodrabialny. A zaraz potem mamy absolutną perłę, brawurowy numer Shake It. To mój faworyt – garnek na rozgrzanym piecu aż podskakuje, porywające jest tu wszystko: pulsujące bębny, cudowne, stare hammondy i hendriksowski – pierwszy, ale nie ostatni na płycie – popis gry lidera. I jeszcze… wokal do pomylenia z panem E. C. Do Hendriksa i jego sposobów obsługi gitary wraca Santana raz jeszcze w dynamicznym Caminando.

*

Anywhere You Want To Go jest znana już z radia. To taka

córka, a może wręcz wnuczka

Oye Como Va. Do smakowania w domu albo do tańczenia – np. w tym roku w Dolinie Charlotty, gdzie Santana pojawi się już po raz trzeci. W podobnym klimacie jest piąty w kolejności Love Makes The World Go Round. A między nimi otrzymujemy garść psychodelii – nieco oniryczny numer Fillmore East.

Pulsujący, przebojowy Choo Choo/All Aboard jest jakby ukłonem dla Joego Cockera. Nietrudno sobie wyobrazić właśnie jego wykonującego partie wokalne. Cóż, ale to już nie w tym, jedynym znanym nam świecie.

Z Sambą Pa Ti kojarzyć się będzie Sueňos, a w „Europejskie” klimaty przenosi słuchaczy [i]You And I[/i].  Blues Magic już w tytule nawiązuje do Black Magic Woman, powraca więc tym razem inna inspiracja: dokonaniami Petera Greena.

W tanecznych klimatach

utrzymany jest materiał na jeszcze jeden przebój z tego albumu, nawiązujący do piosenek z krążka Supernatural Leave Me Alone, podobnie zresztą jak urocze kalipso Come As You Are. Całość kończy Forgiveness – coś na wieczorne wyciszenie.

Tymczasem przenoś moję duszę utęsknioną
Do tych pagórków leśnych, do tych łąk zielonych

– pisał nasz wieszcz Adam przed blisko dwustu laty. Carlos Santana odbywa na najnowszej płycie podróż sentymentalną do czasów pierwszych i od razu wielkich sukcesów scenicznych. Wraca do tego, co było – najpewniej – najmocniejsze, gdy chodzi o muzyczne doznania. I jest to podróż bardzo udana.

(Santana, Santana IV, 2016)

[W NaTemat: 7 maja 2016]

Pop i Homme w objęciach depresji

pop_post

To nie jest album, podczas słuchania którego można odetchnąć, niepokój wyczuwalny jest cały czas. Wsiadłeś, słuchaczu, na depresyjną karuzelę, z której zejść nie sposób.

[more]

*
W kwietniu 2013 roku ukazała się płyta Ready To Die, piąta w dyskografii The Stooges i do 18 marca br. ostatnia, w której nagraniu wziął udział Iggy Pop. Artysta, który przez większą część swojej kariery balansował

na krawędzi,

złożył takim tytułem wyraźną deklarację. A nieco później nawiązał kontakt z liderem Queens of The Stone Age, Joshem Homme’em, wyrażając ochotę, by dokonać wspólnych nagrań.

Okrutny los mógł sprawić, że Homme nie doczekałby wydania wspólnego materiału. Niewiele brakowało, by 13 listopada, jako gość kapeli Eagles of Death Metal, stanął na scenie paryskiego klubu Bataclan (z pierwszych doniesień wynikało, że tam był). Podczas tego koncertu rozegrały się najbardziej krwawe sceny czarnego nie tylko w historii Francji dnia. Muzykom udało się uciec, natomiast z rąk zamachowców zginęło w klubie  kilkadziesiąt osób, w tym menedżer zespołu.

*
Pop – który 21 kwietnia skończy sześćdziesiąt dziewięć lat – przy okazji wydania najnowszej płyty oświadczył, że przechodzi na emeryturę, że ten album to jego pożegnanie. Damy temu wiarę albo nie, nieważne, czas pokaże. Osobiście nie mam nic przeciwko powrotom, byle w dobrej formie.

Póki co można wziąć do ręki czarno-białą okładkę z żółtym napisem u góry: IGGY POP – POST POP DEPRESSION. Czyli? Postpopowa depresja? Albo – po zamilknięciu Popa czeka nas już tylko depresja? Ale na awersie mamy też zdjęcie czterech najważniejszych osób spośród tych, które wzięły udział w nagraniu dziewięciu numerów – i te cztery nazwiska wydrukowane są u dołu tym samym rozmiarem czcionki: od lewej – Homme, Pop, Dean Fertita, kumpel Homme’a z QOTSA, oraz Matt Helders, bębniarz Arctic Monkeys (JH udziełał się wokalnie w nagraniu kilku piosenek na dwóch ostatnich ich albumach).

Jeśli faktycznie stary mistrz miałby wziąć

rozbrat z muzyką,

to wiedział, z kim zabrać się do ostatniej roboty. Joshua Homme zachwycił fantastycznym, szóstym studyjnym krążkiem swej macierzystej formacji, …Like A Clockwork (2013). Krążkiem, którym usadowił się na samym szczycie mojego prywatnego rankingu, jeśli chodzi o rock w XXI wieku. Nikt nie jest podpisany jako autor muzyki na Post Pop Depression, ale nie trzeba szczególnie wyrobionego ucha, by stwierdzić, że główną pracę w tym zakresie odwalił właśnie lider QOTSA. I, co za radość od pierwszego słuchania, dając kolejny dowód  wybornej formy.

Kończąc jeszcze „sprawy wzrokowe”, nie wiem, na ile symboliczna jest, równie czarna jak okładka, książeczka dołączona do płyty. A ściślej: dwa zdjęcia. Z przodu – patrzący wprost na nas Iggy Pop. Oj, nie jest to twarz starszego pana, który spokojnie, po mieszczańsku przeszedł przez życie. Lecz przecież, chciałoby się rzec, still alive. Nie przekroczył tej cienkiej linii, nie zapił się na śmierć, nie zaćpał, nie zmogła go, jak jego męża opatrznościowego, Davida Bowiego, żadna paskudna choroba. Tyle że, jeśli uwierzyć w deklaracje i symbolikę zdjęcia z tyłu książeczki, młodsi od niego panowie jadą dalej, a on już nie. Jeszcze opiera się o bok ich kabrioletu, ale za chwilę auto ruszy i nabierze prędkości, a on zostanie.

*
Muzyka na płycie to dziewięć utworów, nieco ponad czterdzieści minut. „I’m gonna break into your heart/ I’m gonna crowl under your skin” – zaczyna Pop i natychmiast wdziera mi się pod skórę i mości w serduchu.

Druga w kolejności jest singlowa, znana więc już trochę wcześniej  Gardenia. I jeśli wyrwana z kontekstu może nie do końca przekonywała i powodowała pytania, jaka też będzie całość, to na płycie brzmi świetnie. I tak jest do samego końca.

Iggy Pop debiutował w 1969 roku, gdy z The Stooges wydał pierwszy album. Jego producentem był John Cale, znany z Velvet Underground. I nie ma chyba w historii pop music żadnych innych dwóch równie ważnych jak te grup, które w chwili startu i nagrywania swych najważniejszych płyt nie odgrywały praktycznie żadnej istotnej roli. Sława przyszła dopiero

po latach,

The Stooges uznawani są za prekursorów punka, ale kasy na swych trzech pierwszych płytach nie zrobili. Jednak gdy dziś słuchamy nowych piosenek Popa, znaczek wytwórni Electra, dla której nagrywali Stooges, przypomina się nie bez kozery. Electra była też wydawcą Doors, a wokale Popa raz po raz są równie przejmujące, jak te Jima Morrisona na przykład w The End. Bodaj najbardziej w Vulture i Paraguay.

Muzyka – fantastyczna. Homme’owa. Nie z tych, co to od razu wpadają w ucho. Joshua H. jak wino, coraz lepszy, coraz bardziej oszczędniejszy. Zaryzykowałbym nawet porównanie z Milesem Davisem. Coraz więcej operowania gitarową ciszą, akordowymi uderzeniami w stylu lat 60., ściany dźwięku nie usłyszymy na tej płycie ani razu. Nad wszystkim dominuje  mocno nabijany rytm basu wzmacniany jeszcze bębnami. Gitara natomiast nieoczywistymi dźwiękami potęguje efekt deliryczno-schizofrenicznego śpiewu frontmana. Czasem – jak w Sunday – przechodzi to w walczyk. Tyle że jego delikatna faktura już po kilku sekundach przeistacza się w istne szaleństwo.

To nie jest album, podczas słuchania którego można odetchnąć, niepokój wyczuwalny jest cały czas. Wsiadłeś, słuchaczu, na depresyjną karuzelę, z której zejść nie sposób. Ale w zamian uczestniczysz w wielkim święcie, którym jest każde odtworzenie tej płyty. W moim odczuciu – znakomitej.

(Iggy Pop, Post Pop Depression, 2016)

[W NaTemat: 29 marca 2016]

Wzrok strzelający daleko poza płot

henry_davids_gun

Zgadza się tu niemal wszystko. Albo prawie nic. Bo to, że – wbrew wszystkiemu dookoła – ponad pół wieku temu muzycznie wpłynęliśmy na anglosaskiego przestwór oceanu, jest już banałem. A jednak czasami, rzadko, coraz rzadziej, zdarza się usłyszeć muzykę, którą trudno byłoby podejrzewać o to, że powstała w Polsce.

[more]

Bartek Borówka

zawziął się, by skupić wokół siebie grupę młodych artystów – dodać trzeba od razu, że niekoniecznie urodzonych nad Wisłą – tzw. songwriterów (nb. termin „pieśniarz” stał się w ostatnich latach wyjątkowo niemodny), by stworzyć coś na kształt stajni indie. Budowanie dziś czegokolwiek bez znaczących pieniędzy i wsparcia mediów jest wielkim wyzwaniem, a jednak BB uparcie wydeptuje sobie – i wspieranym przez siebie wykonawcom (m. in. Peter J. Birch, Turnip Farm, Halla Nordfjörd) – ścieżkę do uszu coraz szerszego kręgu odbiorców.

Biorąc do ręki przepięknie wydaną płytę

Henry David’s Gun,

która ukazała się 25 stycznia, wpadamy w stare klimaty. Dominująca sepia wskazuje, iż odbywamy wędrówkę w czasie. Trudno byłoby na tej podstawie jednoznacznie stwierdzić, czy potężne domostwo oraz to, co czai się za oknem, w ogrodzie oraz za płotem, to stara Anglia, czy też może dziewiętnastowieczne USA.

 
Właściwy jednak jest ten drugi trop. Po pierwsze dlatego, że zbyt nonszalanckie jak na angielskich dżentelmenów są stroje trzech muzyków zespołu. Po drugie – i zdecydowanie istotniejsze – nazwa zespołu jest rodzajem hołdu dla Henry’ego Davida Thoreau, ale też – najwyraźniej – światopoglądową deklaracją lidera, Wawrzyńca Jana Dąbrowskiego.*

Świat może jest wielki, ale muzyka, którą słyszymy z głośników, uwodzi kameralnością. Gdyby pozostawić ją w zupełnie pierwotnej formie, głos wokalisty plus proste, akordowe granie na jednej gitarze, być może dopadłoby nas znużenie i rozczarowanie. Instrumentów jest na szczęście zdecydowanie więcej, choć pozostajemy

w akustycznych dekoracjach.

I w ten sposób prostota zastosowanych środków nie oznacza absolutnie ubóstwa, lecz dowodzi smaku i staranności, z jaką wszyscy realizujący dwanaście piosenek pochylili się nad dźwiękiem. Już samo instrumentarium zmusza do chwili zadumy: poza gitarami akustycznymi i pianem, słychać ukulele, bandżo, kontrabas elektryczny, ksylofon czy cajon.

Nie sposób też nie pochylić się nad głosami – zarówno wiodącym wokalem Dąbrowskiego, jak i chórkami – niewymuszona lekkość i swoboda w dobywaniu głosu jest zupełnie niesłowiańska. W tak wielu nawet najznamienitszych rodzimych formacjach kulał i kuleje ten jakże ważny element całości, a tu mamy kolejny dowód na to, iż Polacy nie gęsi i swoje

piękne głosy

też mają. A to, że używają mowy Blake’a i Whitmana, jest – zdaje się – problemem pokoleń kształconych w szkolnych latach w zakresie języka Majakowskiego, nie zaś dzisiejszych trzydziestolatków i młodszych.

Jedną z operacji, których dokonuje mózg podczas słuchania nagrań nieznanego wcześniej wykonawcy, jest próba ich odniesienia do już rozpoznanego. I tu mam kłopot. Nie uzurpując sobie, broń Boże, prawa do przemawiania głosem mądrzejszym niż pozwala mi na to wiedza muzycznego fana, lecz amatora tylko, stwierdzam, że to przemawia wyłącznie na korzyść tria – panów W. J. Dąbrowskiego, Macieja Rozwadowskiego i Michała Sepioło. Bo oznacza, że jeśli takie tropy są, to raczej niezbyt oczywiste. Wśród podpowiedzi odnajduję formację Bon Iver, a sam dostrzegam nostalgię i smutek Suzanne Vegi, zwłaszcza tej z debiutanckiej płyty.

Pistoletu Henry’ego Davida nie należy się obawiać – nie strzela, a więc nie zabija ani nawet nie rani, ba, nie robi choćby odrobiny hałasu przy pociągnięciu za spust. Ale uwaga: może być zaraźliwy. I to bardzo.

(Henry David’s Gun, Over The Fence And Far Away, 2016)
___________________________________________

*

Henry David Thoreau to dziewiętnastowieczny amerykański pisarz, eseista i filozof. Wielki oryginał: transcendentalista, fleksitarianin (spożywający mięso tylko okazjonalnie, poza domem), przeciwnik niewolnictwa, sympatyk ruchu obywatelskiego nieposłuszeństwa jako formy walki z uciskiem władzy. Będąc zwolennikiem życia zgodnego z naturą, ostatnie dwa lata krótkego życia spędził w przez siebie zbudowanej drewnianej chacie.
Gdy umierał – mając ledwie czterdzieści siedem lat – zjawił się u niego kapłan. „Czy nie chcesz przed śmiercią pojednać się z Bogiem?”  – zapytał. „Ale ja się z Nim przecież nie powadziłem!” – odparł Thoreau.

[W Natemat: 14 marca 2016]

Camel: taki ładny bezdech

camel_breathless

Miałbym opory, by Camel wymienić jednym tchem z King Crimson czy Pink Floyd. Jeśli największe firmy tamtych czasów stanowiły szpicę „First Division”, to Wielbłąda usytuowałbym gdzieś w środku stawki. Ale jak to bywa z ligowymi średniakami, czasami potrafią skutecznie powalczyć z drużynami z czołówki.

[more]

*

Powroty do przeszłości bywają ryzykowne. Dlatego też, pominąwszy permanentny niedoczas, lękam się powrotu do lektur, które zachwyciły mnie w studenckich czasach, boję się  – kto wie? – może wręcz brutalnej weryfikacji wrażeń po latach, a tym samym odebrania sobie ciepłych wspomnień i… jakiejś cząstki siebie.

Podobnie jest z muzyką, pewnymi wykonawcami, płytami z różnych powodów odłożonych na całe dziesięciolecia na bok. Im wcześniej, im bliżej początku dźwiękowych penetracji usłyszanych, tym bardziej naznaczonych emocjami i w ten sposób bardziej wystawionych na bolesną konfrontację.

Za krążkiem 

Breathless

grupy Camel rozglądałem się w ogólnie znanych sklepach muzycznych od dawna. Nie intensywnie, ale miałem go, jak wiele płyt poznanych dawno temu, w pamięci. Breathless to moje osobiste początki – już nie pakiet z dzieciństwa otrzymany od starszych braci, a samotne mierzenie się z muzyką. Jakieś dwa zimowe „Minimaksy” i zarejestrowanie na jednej z pierwszych swoich taśm magnetofonowych całego materiału.

Było wtedy tej muzyki tak mało – a jeszcze mniej miałem możliwości jej zapisu – że wszystko, co posiadałem w domu w postaci płyt i taśm, zostało wielokrotnie, gruntownie odsłuchane – z taką intensywnością, że niemal każda nuta z tamtych lat odciśnięta została na twardym dysku, czyli w głowie.

*

Koniec lat 70. był 

schyłkową fazą rocka progresywnego

w swym pierwotnym kształcie, wyraźnym wyczerpywaniem się artystycznej formuły, gdy chodzi o czołowych reprezentantów tego nurtu (choć, trzeba od razu dodać, że nie inaczej działo się z bliższą źródeł muzyką gitarową: rozpadały się albo dołowały takie formacje jak np. Deep Purple czy Black Sabbath).

Miałbym opory, by Camel wymienić jednym tchem, w jednym szeregu z King Crimson czy Pink Floyd. Jeśli największe firmy tamtych czasów stanowiły szpicę „First Division”, to Wielbłąda usytuowałbym gdzieś w środku stawki. Ale jak to bywa z ligowymi średniakami, czasami potrafią skutecznie powalczyć z drużynami z czołówki – i to niekoniecznie licząc na słabszą tamtych dyspozycję.

Rok 1978 jest – przypadek? – dość osobliwym momentem w dziejach rocka symfonicznego. Dla pełnego obrazu warto może jeszcze zacząć niniejszy wywód od krążka o kilkanaście miesięcy starszego: wydanego w styczniu 1977 roku Animals Pink Floyd. Zawierającego trzy co prawda rozbudowane, jak dawniej, kompozycje, ale jak nigdy dotąd i nigdy potem dające bardzo dużo miejsca mocno brzmiącej gitarze Davida Gilmoura. Gitarze, nigdy co do tego nie miałem wątpliwości, doskonałej, zwłaszcza w numerach z drugiej strony wydawnictwa analogowego: Pigs (Three Different Ones) oraz Sheep. Na podobne łojenie pozwalał sobie wcześniej tylko lider King Crimson, Robert Fripp, ale KC to w ogóle osobliwy i całkiem osobny rozdział w dziejach rocka.

W marcu 1978 okrojone do tria Genesis wydaje ...And Then There Were Three..., 20 września, na swoje dziesięciolecie, grupa Yes publikuje Tormato, dwa dni później ukazuje się album Camel, zaś 18 listopada Love Beach Emerson, Lake & Palmer, zdecydowanie najsłabszy z wymienionych.

*
Camel, podobnie jak Genesis, Yes i EL&P w pierwszej części swej płyty, 

odchodzi od długich form,

nawiązuje do struktury – częstokroć bardzo przebojowej – piosenki. A podobnie jak u Floydów – na plan pierwszy raz po raz wypuszczana jest soczysta gitara elektryczna, niebylejakiego zresztą majstra, jakim jest Andy Latimer, czasem riffująca jak u zespołów hardrockowych. Ta mieszanka progresywno-hardrockowo-popowa przyniosła bardzo ciekawe efekty. 

Rozbuchane formy zdecydowanie dożywały swoich dni, zaś w późniejszych realizacjach, grup-następców, częstokroć przybierały karykaturalną i wręcz niestrawną postać. Pop spod znaku Genesis też broni się średnio, ale jest to pewnie skutkiem kontekstu wielkiej próby, jaki tworzą wcześniejsze dokonania bandu w pięcio- i czteroosobowym składzie. 

Camelom natomiast udała się na tym krążku trudna sztuka połączenia tych elementów w zwartą i artystycznie bardzo udaną całość. Wpłynęło na to, jak zawsze, kilka czynników. Świetna forma kompozytorska i wykonawcza – utwory w zdecydowanej większości są po prostu bardzo dobre i po mistrzowsku wykonane. Typowe motywy progresywne, wygrywane na klawiszach, ścieśnione zostały do skondensowanych, kilkuminutowych utworów. Nie ma miejsca na nudę, jest za to na konstatację, ile się może wydarzyć w tak krótkim czasie. 

Urzekają głosy

– aż trzech muzyków na tej płycie śpiewa główne partie wokalne, trudno powiedzieć, który lepiej. Uwodzi już na samym początku, w tytułowej piosence, ciepły, ale nie przesłodzony głos Richarda Sinclaira. Przez gitarę akustyczną i nieco jazzujący bas przebija się – na zmianę – a to obój, a to flet, a to saksofon drugiego wielkiego fachury, Mela Collinsa (trudno zliczyć tych, z którymi zagrał w swej karierze), stanowiące wielką ozdobę całości. Z krainy łagodności i powłóczystych dźwięków klawiszy raz po raz wytrącają nas soczyste uderzenia gitary Latimera, dodając piosenkom tempa i dynamiki. 

Od progresji Camel ucieka jeszcze na dwa inne sposoby: czuje się wpływ znakomitej i bardzo popularnej w tamtym okresie formacji amerykańskiej, Steely Dan i, szerzej, całego kwitnącego wówczas, elektrycznego ze swej natury jazz-rocka (choćby Weather Report – w The Sleeper). Muzycy nie wzbraniają się też przed podróżami w minione wieki, jak w stylowym i bardzo nastrojowym Starlight Ride.

*

Album po latach brzmi bardzo dobrze, pewnie – paradoksalnie – tym lepiej, że nigdy nie był szczególnie popularny nad Wisłą i utwory z niego właściwie są na antenie radiowej nieobecne. Kompozycje brzmią zdecydowanie szlachetniej niż wspomniane wyżej, zbyt popowe wydawnictwo Genesis, a jednocześnie – w wielu przypadkach – są bliższe przebojowej, mainstreamowej piosence niż połamane faktury Yes. Poczucia humoru też członkom zespołu nie zabrakło, czego dowodem jest Down On The Farm.

Sześć lat później Tomasz Beksiński zaraził mnie – i nie tylko mnie – muzyką ze Stationery Traveller. Dynamiczny Breathless broni się jednak zdecydowanie lepiej niż momentami przelukrowany album z 1984 roku.

(Camel, Breathless, 1978)

[W NaTemat: 18 stycznia 2016]

Binder – rockmani w krawatach

binder_4

„Binder wzięty jest z gwary – chodzi o krawat, który jest częścią logotypu, jak i elementem naszej scenicznej garderoby. Oczywiście znaczenie z angielskiego też jest nam bliskie, bo muzyka to spoiwo, które łączy naszą czwórkę najmocniej”.

[more]

*

Pewien poeta powiedział przed laty, że sięganie po pióro po Homerze czy Mickiewiczu jest bezczelnością i porywaniem się z motyką na słońce. To prawda, jednakże dzięki tym próbom zamachów na świętości dokonywanym przez kolejne pokolenia sztuka trwa nadal, wyłaniając z zastępów liczących tysiące jednostki wybijające się ponad przeciętność, a czasem obdarzone talentem wielkiej próby.
I tak też jest w muzyce nie-poważnej (to przed laty tytuł stałej rubryki w kilku czasopismach – m.in. „Kulisach” i „Sztandarze Młodych” – wybitnego, nieżyjącego już dziennikarza Romana Waschki). Po Beatlesach czy The Doors trudno tu o

nowe wartości,

co jednak nie powstrzymuje tysięcy zapaleńców przed sięganiem po instrumenty.

*

Te refleksje powracają jak bumerang, gdy zdarza mi się słuchać debiutantów bądź wykonawców, którzy już dość dawno przestali być nastolatkami, a mimo to uparcie próbują odnaleźć swoją ścieżkę w muzycznym polu.

Przed 1989 rokiem problemem był sprzęt: odpowiedniej jakości instrumenty oraz nagłośnienie. Dziś to już „tylko” sprawa pieniędzy. Młodzi ludzie wychodzą na scenę – i najczęściej jest tak, że co najmniej przyzwoicie radzą sobie z obsługą gitar czy perkusji, a i piece też mają niezgorsze. Problemem jest co innego – jak zabrać się do autobusu wypełnionego po brzegi muzykantami wszelkiej maści, w którym jest tak ciasno, że trudno złapać oddech, a o staniu przy oknie, nie mówiąc już o miejscach siedzących, myśleć mogą tylko nieliczni szczęśliwcy. Reszta walczy, by dojechać do następnego przystanku, by nie wypaść na zakręcie przez niedomknięte drzwi. 
Co dzieli jednych od drugich? Materia to niewymierna, więc policzyć tych różnic się nie da, o zdefiniowaniu nie wspominając.

*
Ten wstęp po to, by podjąć próbę zmierzenia się (jednak!) i opisania spostrzeżeń dotyczących kwartetu o nazwie 

Binder.

Trzech panów – z Bielska-Białej, Chorzowa i Łazisk Górnych – którzy czasy szkolnej edukacji mają już za sobą, oraz młodsza od nich frontmenka rodem z Dąbrowy Górniczej (odkąd pojawił się Dawid Podsiadło, miejsce na muzycznej mapie Polski już nieanonimowe). Podzielenia się refleksjami z dwóch koncertów oraz zawierającej cztery utwory debiutanckiej, ładnie i starannie wydanej EP-ki. Od której się zaczęła się moja znajomość z zespołem.

*

Zacznijmy od wyjaśnienia nazwy kapeli. Mówi basista Krzysztof Sabuda: „Binder wzięty jest z gwary – chodzi o krawat, który jest częścią logotypu, jak i elementem naszej scenicznej garderoby. Oczywiście znaczenie z angielskiego też jest nam bliskie, bo muzyka to spoiwo, które łączy naszą czwórkę najmocniej”. 

*

Skoro mowa o języku, nie sposób nie zauważyć, że młodzi  radzą sobie dziś z językiem angielskim zdecydowanie lepiej niż starsze pokolenia kiedyś z rosyjskim. A początkujący muzycy, szukając sposobów na wyjście poza polski zaścianek, bardzo często zaopatrują swoje piosenki w teksty pisane w języku Dickensa i Eliota. Z jednej strony trudno się temu dziwić, z drugiej – coraz częściej nad Wisłą rozlega się 

wołanie o teksty

wyśpiewywane w rodzimym narzeczu, skoro wykonawcy są stąd i do ludzi stąd przede wszystkim kierują swój przekaz. Ale też zaraz potem zaczyna się marudzenie – że słowa jakieś nie te, jakościowo odległe od roboty mistrzów: Osieckiej, Młynarskiego, Nosowskiej czy Ciechowskiego. Że…

I taka też była moja pierwsza konstatacja dotycząca Bindera – nic to, że panowie potrafią naprawdę wiele, pierwszym wrażeniem były teksty, co tu dużo mówić, niewybitne. W których fraza „Biorę cię na język i szybko zasypiam” jest samotnym, białym żaglem na dość ciemnym póki co jeziorze. Może trzeba próbować pójść drogą zespołu Breakout i prostej, bluesowej poetyki Bogdana Loebla, co całkiem dobrze wyszło w, nomen omen, Bluesie (szkoda, że dla tego numeru – i dla Klocków – zabrakło miejsca na debiutanckim krążku)?

Następują jednak kolejne odsłuchania płyty i kolejne, znacznie już cieplejsze refleksje. Jeszcze raz K. Sabuda: „Formacja powstała wtedy, kiedy Maćki [Zyzak – gitarzysta i Nowak – perkusista – przyp. MG] postanowiły pójść w innym muzycznym kierunku, który porusza ich najbardziej – 

organiczne, analogowe, gitarowe brzmienia 

inspirowane latami 60. i 70. Ja znałem się wcześniej z perkusistą i zaprosił mnie do współpracy. Jak się okazało, nasze poglądy na sprawy okołomuzyczne dość mocno się pokrywają i to sprawia, że nie gramy =wszystkiego i niczego=”. 

Poddaję się więc sugestii wyśpiewanej w piosence pt. Aspi: „Nie oceniaj – patrz/Muzyka we mnie płynie”. No i? Moje ucho odnajduje tropy tyleż klasyczne, co grunge’owe, a bardzo solidny warsztat i brzmienie przywodzi na myśl najlepsze czasy panów Skawińskiego i Tkaczyka, czyli O.N.A. Tym bardziej że w barwie głosu Patrycji Porc nietrudno w studyjnych nagraniach doszukać się podobieństw do Agnieszki Chylińskiej – cokolwiek mówić, jednej z najbardziej przecież rasowych rockowych śpiewaczek w historii rodzimego rocka.

Dodam, ciągnąc dalej wątek wokalny – że ze zdziwieniem w czasie występów na żywo częściej dopatrywałem się podobieństwa raczej do Ady Rusowicz niż do Chylińskiej. Barwa barwą, to sprawa natury, natomiast pewne rzeczy złożyłbym na karb bardzo młodego wieku, sporej dozy nieśmiałości i braku odwagi, by częściej zaatakować gardłem. A obawy to chyba niepotrzebne, bo gdy Patrycja już to zrobi, jest naprawdę ciekawie. 

Podobnie – zdecydowanie za rzadko wspiera ją Krzysztof Sabuda, gitarzysta basowy (oj, daje facet po brzuchu, zwłaszcza jak przywali kostką po czterech strunach). Bardzo zgrabnie wypada cover Sunshine of Your Love Cream, któremu urody dodaje właśnie 

współbrzmienie damskiego i męskiego głosu.

Występy zespołu, jak sądzę, sporo by zyskały, gdyby częściej próbowali wspólnego śpiewu.
Sekcję uzupełnia Maciej Nowak (znany mi już z God’s Favorite Drug), solidnie nabijając rytm tych mocnych gitarowych riffów.

Gitara należy do Macieja Zyzaka. Może nie jest on fighterem w stylu młodego Claptona czy Page’a, lecz czuje się u niego starannie odrobione lekcje z historii rokendrola, zarówno z lat 60., na przykład z funkującego Hendriksa, ale też z tych okolic, gdzie hard rock zaczyna mieszać się z metalem. Solówki Zyzaka, po inżyniersku wycyzelowane i pozbawione zbędnego efekciarstwa, posiadają wielką zaletę: w obrębie jednej, kilkuminutowej piosenki nigdy nie gra ich tak samo, zawsze coś zmieni, coś doda, by uniknąć powtórzeń nuta w nutę tych samych sekwencji. A to dowodzi 
niemałej inwencji.

*

Wielkim zaskoczeniem dla mnie była informacja o tym, jak niewiele – póki co – grupa ma za sobą koncertów, a i miejsca zamieszkania członków kwartetu też wymagają wysiłku, by regularnie odbywać próby i opracowywać kolejne numery. Tym wyraźniej więc widać, że panowie mają już za sobą sporo lat grania, że warsztat umożliwia pokonywać te niedogodności.

Co dalej? To tyleż trywialne, co trudne pytanie. Ci ludzie wydają się zbyt normalni, za dobrze wychowani, by przeć bez pardonu do przodu. Zaś muzyka, która sobie szczególnie upodobali, nie odkrywa nowych przestrzeni. Jak to więc zrobić, by zaistnieć? Krzysztof Sabuda wspomina: „Juror jednego z przeglądów, w których braliśmy udział, powiedział, że nasza muzyka staro brzmi. W jego ustach był to zarzut, a dla nas – największy komplement”.

[W NaTemat: 10 stycznia 2016]

Tęskniąc za Rolling Stones

richards

Jest w tych piosenkach cały, niemiłosiernie obity przez ponad pół wieku grania bagaż bluesowo-rokendrolowo-country’owo-reggae’owy. Obity, poodzierany – a przecież podany przez bardzo niemłodego już gwiazdora-łobuza w sposób konsekwentnie nieskomplikowany i pełen wdzięku.

[more]

*

W rocku prawdopodobnie nie wydarzy się już nic spektakularnego, pozostanie tylko mieszanie stylów i czasów. Ale dopóki są ci, którzy to robią, swingując (w moim odczuciu swing musi być – to musi kołysać, pulsować, a więc zdradzać bluesowe korzenie – których nie ma już np. metal) – będę odnajdywał frajdę w słuchaniu tego samego zrobionego na nowo. I wciąż będzie we mnie chęć, by dotrzeć do tych, którzy zrobili to jako pierwsi. Stąd np. miłość – od szesnastego roku życia – do Chucka Berry’ego. Stąd zachwyt nad wieloma nowymi płytami  gigantów – białasów, którzy są już takimi samymi klasykami jak ich mistrzowie Murzyni. 

I coraz częściej gdzieś mają wycyzelowaną, wielomiesięczną produkcję, trzymanie linii melodycznej czy oszałamiający aranż. Liczy się 

krew, pot i wzruszenie,

prawda starych ludzi. Tylko że gdy padają wciąż niby te same, tak dobrze znane nazwiska, to warto pamiętać, że nie jest ich aż tak wiele jak czasem może się zdawać, że to naprawdę najwięksi i najlepsi. Tylko oni przetrwali dziesięciolecia burz, ryzykownego seksu, gorzały i dragów – i po półwieczu na scenie wciąż jeszcze mają coś dla zaproponowania. Może niekoniecznie dwudziestolatkom, bo ci w większości nigdy nie dotrą do korzeni, ale takim wariatom jak ja. Mają dla kogo grać i nagrywać. Richards, Van Morrisson, Clapton, McCartney, Dylan, Young, a w Polsce o dekadę młodszy Waglewski (dla mnie Dobry wieczór to opus magnum Pana Wojciecha).

Mam to tuż pod skórą. Regularnie szczepiąc się przeciw grypie, z wiekiem coraz bardziej nieodporny jestem na propozycje tych, których słuchałem, wystając ledwie ponad stół. Zarówno na rzeczy stare, jak i te dopiero co wydane. Pewnie miesza się we mnie zazdrość z powodu  tego, iż potrafili oni z pasji uczynić jeden wielki sens życia, zazdrość z powodu skali talentu, oraz niemal synowskie wzruszenie, że ciągle są aktywni i nie mają nic ze starych ramoli.

Nigdy nie przepadałem za wokalem Keitha R., nie wsłuchiwałem się w jego poprzednie solowe propozycje płytowe. Jednak teraz, powodowany pewnie

wielką tęsknotą

za nowymi nagraniami Stonesów, z radością i uwagą pochyliłem się nad porcją jego nagrań. 
Nie ma w nich nic, czego bym się nie spodziewał. I muszę szybko zaznaczyć: na szczęście. Jest cały ten niemiłosiernie obity przez ponad pół wieku grania bagaż bluesowo-rokendrolowo-country’owo-reggae’owy. Obity, poodzierany – a przecież podany przez bardzo niemłodego już gwiazdora-łobuza w sposób konsekwentnie nieskomplikowany i pełen wdzięku. Z prostych piosenek wydobywa on tyle lekkości, urody i, co chyba najistotniejsze, świeżości i radości grania, że nie sposób pozostać obojętnym na te dźwięki.

Na ten głos skrzeczący jak inny bóg pop music, Bob Dylan. Na wycieczkę w rejony czarnych bluesmanów z gitarą akustyczną w dłoniach  w otwierającym całość utworze tytułowym. Na kolejny, po latach,  ukłon dla największego  rokendrolowca, Chucka Berry’ego, w Blues In The Morning (z liniami basu i fortepianu cytującymi standardy CB). Na kilka szybszych i wolniejszych gitarowych numerów, które mogłyby stanowić ozdobę każdego albumu Rolling Stones w ostatnich czterdziestu latach, choćby Nothing On Me i Something For Nothing. Jest też, jakże mogło by jej zabraknąć, nostalgia – za takie przerywniki w łojeniu również pokochaliśmy kiedyś Toczące Się Kamienie. Jest jej jakby więcej niż dotąd u Richardsa – cóż, lata lecą – choćby w pięknych numerach Robbed Blind czy walcującym Goodnight Irene. Jest…

A zresztą, posłuchajcie lepiej sami.

(Keith Richards, Crosseyed Heart, 2015)

[W NaTemat:22 listopada 2015]