Rock Café 2015

2015cis

„Po co słuchać całych płyt, jeśli po jednym utworze wiadomo, jak kto gra?”.

[more]

**

Życie przeplata chwile dobre i te ciężkie do zniesienia. Niech tych pierwszych będzie więcej. I niech muzyka nieustannie łagodzi nasze obyczaje. Także w 2015 roku – jak zwykle niezwykle.

Dziś parę cytatów z lektur okołomuzycznych z ostatnich kilkunastu miesięcy i… coś jeszcze.

*

„Jedyną sztuką, jaka ma u nas szanse, aby objąć społeczeństwo i wpłynąć na jego styl życia, styl rozrywki, a także styl myślenia, jest jazz i nawet jego zwulgaryzowana forma, nieprawa pochodna czy daleki kuzyn – rock and roll. (…) Wpływ ten uważam za realny i za dodatni nawet w przypadku rock and rolla. Ostatecznie co innego jest szaleć przy muzyce, a co innego bez muzyki, z nożem w garści” – Stefan Kisielewski na łamach „Tygodnika Powszechnego” w 1957 roku (cytat za: Dariusz Michalski: Trzysta tysięcy gitar nam gra).

**

Według mnie nie istnieje przebojowy tekst. Są przebojowe melodie, które czasem mają świetne słowa. Ludzie nie słuchają płyt dla tekstu. Jeśli spodoba im się utwór, bo ma doskonałą melodię, zwracają uwagę na słowa”. To opinia człowieka z branży – nazwiska niestety nie zdążyłem zanotować – wygłoszona w serialu „Klasyczne albumy rocka”, w odcinku poświęconym Goodbye Yellow Brick Road Eltona Johna. Opinia, dodam, szczególnie mi bliska.

**

Paul McCartney:*Nie mam pojęcia, co powinien czuć idol. Każdy, o kim tak wiele się mówi, jest w oczach normalnych ludzi kimś wyjątkowym…”.

*

O Lennonie i McCartneyu:”Wkrótce ich relacja i współbrzmienie gitar stało się tak silne, że jeden nie musiał nic mówić, by drugi wiedział, o co chodzi. Gdy nastała zima, tak dobrze poznali swoje uczucia i myśli, że – jak zauważył ich kolega – jeden za drugiego potrafił kończyć zdanie”. (Paul McCartney i Peter Ames Curlin: Paul McCartney. Życie).

**

Keith Richards:”Muzyka może być cynglem, ale nikt nie wie, czym jest pocisk”.

*

„Dozorca powiedział: „Bardzo dobry występ. Ani jedno siedzenie nie pozostało suche[/i]”. (Keith Richards i James Fox: Życie. Autobiografia)

**

Bob Dylan: „Nie jest tak, że piosenki przychodzą same i wystarczy im uchylić drzwi. To nie takie proste. Człowiek chciałby pisać piosenki, które będą większe niż życie”.

*

„Kawałki o bimbrownikach, matkach topiących własne dzieci, żłopiących benzynę cadillacach, powodziach, pożarach budynków związkowych, ciemności i trupach na dnie rzeki nie nadawały się dla radiofilów. Śpiewane przeze mnie folkowe pieśni nie były lekkie, łatwe i przyjemne. Nie zawijały łagodnie do portu”. (Bob Dylan: Kroniki, tom I).

**

Wojciech Mann w wywiadzie udzielonym Donacie Subbotko: „Kiedyś pobiłem swój rekord i zasnąłem na estradzie podczas prowadzenia koncertu heavymetalowego”. („Gazeta Wyborcza”, 3-4 stycznia 2015).

**

Połowa lat 80. Hotelowy pokój po koncercie, w którym siedzą członkowie zespołu zaliczanego do nowej siły w polskim jazzie (tzw. young power) – katowickiego Pick Up Formation. Pęka jakaś flaszka. 

W pewnej chwili rozlega się pukanie do drzwi. Ktoś niechętnie podnosi się z fotela i idzie otworzyć. W progu stoi facet w berecie i zdecydowanym głosem zwraca się do pianisty:

– Chcę, żebyś grał w moim zespole.

– A z kim rozmawiam?

– Kapitan Nemo!

– Nie znam ciebie, kapitanie, ja gram poważną muzykę…

**

Pewna, może dwudziestoletnia znajoma mojego kolegi z pracy:”Po co słuchać całych płyt, jeśli po jednym utworze wiadomo, jak kto gra?”.

[W NaTemat: 4 stycznia 2015]

BARCELine, Catalunya

barceline

Hiszpania zaczyna prawdziwe życie wtedy, gdy Polacy dawno już zamknięci są w swoich fortecach wyposażonych w lodówki, piloty i komputery. Pieniądze można w Barcelonie wydawać w bardzo długo otwartych sklepach, a przede wszystkim do białego rana w niezliczonych knajpach i knajpkach.

[more]

*

Lato 1984. W podłódzkim Arturówku odbywa się zjazd młodzieży czerwonokrzyskiej z całego świata. Wśród uczestników znajduje się grupa hiszpańska, a jeden z młodzieńców nosi pełne wdzięku imię Jesus Maria.

W któryś z upalnych dni Hiszpanie nie mogą już zdzierżyć kompotu kolonijnego podawanego do obiadu. Proszą o wodę, czym wywołują najpierw konsternację, a zaraz potem popłoch wśród pań pracujących w kuchni. 

Nie sposób opisać tego, co wymalowało się na twarzach przybyszów z Półwyspu Iberyjskiego, gdy po kilku minutach na stole pojawił się dzban pełen przezroczystego wrzątku.

*

2014, kilka dni w Barcelonie.

Codziennie niebo sprawia wrażenie, że nie ma szans, zaraz albo najdalej za godzinę spadnie deszcz. A tu nic z tego – na szczęście dla turystów – jedynie przejrzystość powietrza jest dość marna i zdjęcia próbujące objąć panoramę miasta niespecjalnie się udają.

Miasto, ze swym szeroko pojętym centrum, zdecydowanie do ogarnięcia na piechotę. Z wysokości chodnika widać więcej, lepiej można poczuć atmosferę BCN. Tu i ówdzie ślady historii najdawniejszej, rzymskiej, trochę tej przypominającej o szorstkim związku katalońsko-hiszpańskim, ale nade wszystko bezmiar zachwycających, bogato zdobionych i świetnie utrzymanych kamienic. Czy ich imponujący wygląd to tylko efekt ciepłych zim (w wynajmowanym mieszkaniu naturalnie nie znajdujemy z żoną żadnego grzejnika) i wolności od półwiecza komuny?

*

Antoni Gaudi,

oczywiście. Geniusz albo wariat. Trzeba być mocno odchylonym od normy, by pod koniec XIX i na początku XX stulecia porwać się na takie rzeczy. By nieokiełznaną, dziecięcą wyobraźnię urzeczywistniać w architekturze. A może wcale nie wariat, tylko – co dziś, z perspektywy czasu – podkreślają badacze jego dzieł – twórca w pełni współistniejący z naturą. Przecież te wszystkie pochylone drzewa z odłamanymi gałęziami, plastry miodu czy takie bądź inne żyjątka odwzorowane w kamieniu doskonale wpisują się w zasady sztuki budowlanej.

Nawet jeśli Sagrada Familia jest jeszcze jednym obiektem sakralnym, w odniesieniu do którego przychodzi się zastanawiać, czy powstał (a raczej ciągle jeszcze powstaje) na chwałę Boga, czy też jest skrajnym przypadkiem ludzkiej próżności i pychy – jest też absolutnie zachwycającą budowlą.

Jej iście barokowy – choć to modernizm – przepych i bogactwo dotyczy zdecydowanie bardziej tego, co widać z zewnątrz. Ilość wież, łuków i innych elementów zdobiących elewację, których jako całkowity ignorant nie potrafię nawet nazwać, wcale nie przytłacza. Gdzieś między nimi znajduje się jeszcze miejsce na płaskorzeźby stanowiące ilustrację wielu szczególnie ważnych dla chrześcijan biblijnych przypowieści.

Wnętrze, już gotowe, zachwyca równie mocno.  Uświadamiam sobie, że całe jego bogactwo zaklęte jest w zastosowanych materiałach, w przepięknych witrażach, w grze świateł – tym, że właściwie nic tu dwa razy się nie zdarza. A przede wszystkim – że poza skromnym krzyżem z – bodaj – baldachimem –  środek wolny jest od jakichkolwiek ozdób, dodatków innych niż te bardzo nieliczne stanowiące integralną część konstrukcji. Osiągnięcie takiego efektu w taki sposób musi więc być dziełem geniusza.

Tych bajkowych pomysłów Gaudiego jest w stolicy Katalonii więcej. Nieokiełznana wyobraźnia daje znać o sobie choćby w parku Güella. Tu obiekty mamy zdecydowanie mniejsze, za to rozsiane na sporej przestrzeni. Wpatrywałem się w te domki Baby Jagi, mając nieodparte wrażenie, że kiedyś zachwycił się nimi Friedensreich Hundertwasser, malarz, rzeźbiarz i performer, którego dom czy spalarnia śmieci stanowią wizytówki Wiednia. Który też, jak Gaudi, wystrzegał się linii prostych, geometrycznych pionów i poziomów.

*

Modernistyczny Pałac Muzyki Katalońskiej i muzeum Picassa – cóż za wspaniałe miejsca, fantastyczne połączenie starego i nowego w architekturze, kamienia i szkła – tak jak w amsterdamskim Rijksmuseum albo… Akademii Muzycznej w Katowicach.

Picasso i Miró. 

Jeśli dyletant oglądający malarstwo po-impresjonistyczne, coraz dalsze od sztuki odwzorowującej rzeczywistość, ma raz po raz wrażenie, że „też bym tak potrafił”, to zapoznanie się z pracami nastoletnich przyszłych gigantów malarstwa, grafiki i rzeźby rozwiewa jakiekolwiek wątpliwości co do ich kunsztu, rzetelnych podstaw i znakomitego warsztatu. Cóż, jedni malowali portrety i pejzaże do końca swoich dni, inni – jak ci dwaj – zmieniali się z roku na rok, gdy popatrzeć na ich prace nasto- czy dwudziestoparolatków. 

Odwiedzenie Fundacji Joana Miró było dla mnie wielkim przeżyciem. Także wzbudzającym w paru miejscach radosny śmiech, na przykład w jednej z rzeźb (dziś powiedzielibyśmy: instalacji) za męskie przyrodzenie robi porcelanowy – albo porcelitowy tylko? – biały wieszak na ubrania.

*

Muzyka

zaledwie nas musnęła. Przez cztery wieczory, jakie mieliśmy do dyspozycji, nie zdecydowaliśmy się pójść na żaden koncert. Pozostawało więc tylko przypadkowe słuchanie mnóstwa ulicznych grajków, wśród których przeważają – jakże by inaczej – gitarzyści. Z tą hiszpańską nutą w ich wydaniu bywa już różnie, grają, aby wpadło coś do otwartego futerału, a ponieważ słuchają ich ludzie z całego świata, więc nie brakuje doskonale znanych numerów z historii pop music – takich jak [i]Let It Be, Hotel California[/i] czy [i]Killing Me Softly[/i]. Są, którzy grają znakomicie, inni zaledwie tak sobie, wspomagając się jeszcze jakimś okropnym podkładem. Tuż przed opuszczeniem miasta, już w podziemiach metra, natrafiliśmy na starego Azjatę, który grał na jakimś ludowym instrumencie.

*

Nie byłem dostatecznie zdesperowany, by namawiać żonę do obejrzenia

Camp Nou

od środka za drobne dwadzieścia trzy euro od osoby. Ale kręcąc się po Les Corts dotarliśmy pod jeden z najsłynniejszych stadionów na świecie. Może wizualnie, z zewnątrz, olbrzymi kompleks nie robi dziś szczególnego wrażenia, ale i tak w głowie natychmiast pojawia się myśl, w jak magicznym dla każdego miłośnika futbolu miejscu się stoi. 

Imponująco przedstawia się z pewnością Botiga. Niezły mi „butik” – wielki, dwukondygnacyjny market, w którym można zaopatrzyć się chyba we wszystkie przedmioty codziennego użytku – z emblematem FC B. Miłość do Barçy można wyssać z mlekiem matki oraz potem rozemocjonowanego ojca, ale nie ma przeszkód, by dodatkowo wzmocnić ją stosownym smoczkiem czy śliniaczkiem.

*

Barcelona to 

inne południe 

niż na przykład Rzym. I miasto mniejsze, choć wcale niemałe, i ludzie nieco inni. Rzym jest hałaśliwy, agresywny, pełen klaksonów i żebraków. W stolicy Katalonii – nie tylko na najsłynniejszej La Rambli – ruch jest olbrzymi i pełen, co oczywiste w tym klimacie, jednośladów. Ale o ekskluzywne marki samochodów czy najelegantsze modele popularnych marek dość trudno. Tak pewnie jest od dawna, nie tylko od czasu, gdy znacznie więcej mówi się o kryzysie gospodarki hiszpańskiej. W tym zatłoczonym mieście nikt jednak nikogo nie pogania. Przechodzenie na czerwonym świetle nie jest zbrodnią, a kierowcy bez oznak zniecierpliwienia przepuszczają łamiących przepisy przechodniów. 

Podobnie jest w innych sytuacjach. Wieczorną już porą staliśmy na dużym skrzyżowaniu, czekając na zmianę świateł. Z ulicy, pomiędzy pieszymi, zjechała skuterem na chodnik pani. Zainteresowany jakimś budynkiem, postanowiłem wyjąć aparat i zrobić zdjęcie. Nie zauważyłem, że stoję tam, gdzie wśród innych jednośladów zmieści się jej pojazd. A ona bez jakichkolwiek oznak zniecierpliwienia poczekała, aż cyknę fotkę i zrobię jej miejsce. I takich sytuacji, o które znacznie trudniej u nas, wśród sfrustrowanych rodaków, było codziennie całkiem sporo.

*

Hiszpanie

podbili kiedyś kawał świata. Być może im, w wielu przypadkach przystojnym, było to łatwiej zrobić niż aryjskim typom zza zachodniej granicy. Patrząc jednak na nich, nie sposób oprzeć się wrażeniu, że najbardziej lubią dziś podboje stolikowe, no i zapewne łóżkowe. Hiszpania zaczyna prawdziwe życie wtedy, gdy Polacy dawno już zamknięci są w swoich fortecach wyposażonych w lodówki, piloty i komputery. Pieniądze można w Barcelonie wydawać w bardzo długo otwartych sklepach, a przede wszystkim do białego rana w niezliczonych knajpach i knajpkach. 

Jest w tych ostatnich głośno, gwarno, momentami hałaśliwie, ale pijanego nie widziałem nikogo. Życie towarzyskie kwitnie, ludzie witają i żegnają się bardzo serdecznie, widok cmokajacych się w policzki facetów nikogo nie dziwi. Cóż, w Polsce, we wrześniu, po zapadnięciu zmierzchu temperatura gwałtownie opada. Tam o dwudziestej drugiej są nadal dwadzieścia cztery stopnie. Kto by więc siedział w domu, nawet jeśli jest kryzys?

Za to poranny rozruch następuje powoli. Miasto budzi się do życia dopiero przed dziewiątą. Wcześniej niełatwo o otwartą piekarnię czy sklep spożywczy. Funkcjonują za to kafejki śniadaniowe, w których można wypić kawę, zjeść croissanta i ruszyć do swoich zajęć.

*

Nie jestem miłośnikiem południowej urody. Tej ciemnej karnacji, czarnych włosów, kociego spojrzenia. Tego wdzięku wylewającego się z dekoltów albo stron z reklamami kolorowych pism. Będąc człowiekiem północy, wielbię raczej urodę mniej oczywistą, delikatniejszą, subtelniejszą: słowiańsko-skandynawską. Nawet w Holandii, wśród bezmiaru rudzielców, można trafić na takie

panie.

Dawno temu, na dwa miesiące przed moim ślubem, młody żonkoś i odrobinę starszy kolega, w ciekawych okolicznościach przyrody: przy obiadokolacji w lokalu ze striptizem w czasie poznańskich targów, powiedział:

– Kobieta nie musi być piękna. Ważne, aby miała mądre oczy.

(I z pewnością nie chodziło wtedy o to, że jak już w żaden sposób nie da się przedstawicielki piękniejszej części ludzkości skomplementować, to powiadamy, że jest dobrą kobietą).

Więc popatrując na niewiasty, a może już tylko wiasty, uparcie szukam piękna najpierw w oczach (proszę panie o wybaczenie mi tej frazy: kobieta o głupim spojrzeniu nie może być piękna). Taka kobieta nie powoduje, że mam ochotę uciec na drugą stronę ulicy, tak jak przy pyskatych, obdarzonych zachrypniętym głosem Penelopach Kruzkach. W takiej jest ukryta tajemnica, ta mgła, przez którą jako młody chłopak zwykle nie miałem dość odwagi się przedzierać, a dziś, jako stary piernik, wiem, że po prostu nie uchodzi. Ileż tajemnicy kryje się w takiej nienachalności, w tym być może pozornym tylko wyciszeniu, w tym niebie z lekka zasnutym chmurami.

W takiej – zwłaszcza – młodości, co to wciąż niepewnie, ale jednak z ufnością patrzy przed siebie. W dziewczynie może dwudziestoletniej, spacerującej przedpołudniową porą przez ciasne uliczki, która wraz ze swoim chłopcem wcina się w kadr, gdy chcę zrobić ostatnie zdjęcie przed domem, już z walizką, mojej żonie. Czekam cierpliwie, aż przejdą, uśmiecham się do niej, ona odwzajemnia uśmiech, i robię zdjęcie. A po chwili słyszę za plecami jej głos, że chce – właśnie tak – zrobić nam fotkę.

Robi dwie, a po paru minutach znika z pola widzenia. Barcelona.

*

Natomiast 

Polska

dopada nas już na lotnisku. Przez głośniki podają, że mamy się ustawić pod bramką nr 33, a na ekranie wyświetlono nr 30. Ponieważ żyjemy w czasach cywilizacji obrazkowej, ustawiamy się pod trzydziestką. Po chwili następuje spostowanie. Tłum rzuca się więc w nowe miejsce. Rozumiem, że w samolocie bardziej huczy z tyłu, ale czy to powód, by jeden Polak drugiemu rodakowi stał na plecach – zupełnie jakby miało zabraknąć miejsc? Czy to jak (mniej więcej) w filmie:

– Co to za wielka kolejka, w poniedziałek rano?- No co, był długi weekend, to się ludziom meble pokończyły.

[W NaTemat: 7 września 2014]

Jak zaraziłem się odrą, świnką i muzyką (2)

Różnica między nami była znaczna: bratu, umysłowi zdecydowanie ścisłemu, coś ta szkoła dała, mnie natomiast pogrążyła na całe pięć lat w mętnych matematycznych rejonach usytuowanych między liczbami e (2,71) i π (3,14). Byłem więc – nie pierwszym i nie ostatnim w dziejach edukacji – młodszym, który psuł opinię starszemu rodzeństwu.

[more]

*

Najstarszy z moich braci w połowie lat 70., po skończeniu studiów i podjęciu pracy zawodowej, zaczął realizować swoje sprzętowe marzenia. W ciągu kilku lat dokonał zakupów, których beneficjentem – czyli tym, który obficie korzystał z dobrodziejstw znajdowania się tych cacek pod wspólnym dachem – byłem ja. 

Najpierw, w 1975 roku, kupił prosty, ale wreszcie stereofoniczny gramofon. A bodaj rok później radioodbiornik 

Elizabeth”. 


Jego szlachetna prostota, gdy chodzi o wzornictwo, przypomniała mi się, gdy dwa lata temu jeden z moich synów kupował wieżyczkę marki Pioneer. W tym samym czasie pojawiły się także pierwsze słuchawki, przenośne radio „Jowita” (do niego dokupił kilka lat później przystawkę stereofoniczną).

Odlot dokonał się w 1980 roku. Najpierw nabył 

„Daniela”,


najlepszy wówczas (a może i do dziś) gramofon produkowany w Polsce, całkowicie obsługiwany za pomocą sensorów. W tym samym czasie pojawił się w domu kaseciak – M532SD. Swoje miejsce znalazły też pokaźnych rozmiarów kolumny, produkowane przez Tonsil na rynek brytyjski. Chyba w 1981 roku na półce stanął 

„Radmor”


znów – najlepszy wtedy radioodbiornik ze wzmacniaczem, sensorowy, z możliwością programowania kilku stacji. Jakiś rok później potężnych gabarytów „Aria” – szczyt techniki w zakresie magnetofonów szpulowych.

Nerwy brata zdarzało mi się wystawiać na ciężkie próby. A to łamałem wysuwaną antenę w „Jowicie”, a to zrzucałem (na szczęście bez konsekwencji) M532SD na podłogę, zapominając, że kabel słuchawkowy ma ograniczoną długość. Ale chyba – w sumie, mimo tych wpadek – okazałem się dość pojętnym uczniem. Zarażonym raz na zawsze dbaniem o płyty, kasety czy igły gramofonowe. O okładki i pudełka. Dzięki temu – oraz, przyznam, wielkiej niechęci do pożyczania – wszystkie moje zakupy płytowe do dziś nadają się do odtworzenia.

[photo]275765[/photo]*Z „Radmorem” związana jest pewna historia. W ślad za moim najstarszym bratem stałem się w 1977 roku uczniem Technikum Elektronicznego. Różnica między nami była znaczna: Grzegorzowi, umysłowi zdecydowanie ścisłemu, coś ta szkoła dała, mnie natomiast pogrążyła na całe pięć lat w mętnych matematycznych rejonach usytuowanych między liczbami e (2,71) i π (3,14). Byłem więc jeszcze jednym młodszym bratem, który psuł opinię starszemu i, tym samym, całemu rodowi.

W 1981 roku odbywałem swą drugą i ostatnią miesięczną praktykę zawodową w katowickim salonie Unitry. Była to już piąta klasa, nielubiana szkoła na finiszu. Czas był grudniowy, tam właśnie zastał mnie stan wojenny. I, ku mej niemal rozpaczy, dostałem wtedy któregoś dnia za zadanie wlutowanie do uszkodzonego modułu (z nich m.in. składało się wnętrze „Radmora”) układu scalonego. Nigdy wcześniej tego nie robiłem, a i nigdy potem też nie. Dyskomfort pogłębiała świadomość, że miałem swoje niewprawne palce wepchać w urządzenie bardzo wysokiej klasy.

Po plecach spływał mi pot. Tzw. ścieżki drukowane – o czym niektórzy wiedzą – były wyjątkowo delikatne, cieniutkie, tak samo nóżki układu. Trzeba niemałej wprawy, by ich nie uszkodzić rozgrzaną lutownicą. W dodatku najpierw musiałem usunąć z tego miejsca uszkodzony egzemplarz. Nie pamiętam już, ile czasu mi to zabrało, z pewnością bardzo dużo. Gdy spojrzałem na efekt końcowy swej mordęgi, spociłem się jeszcze mocniej. Z duszą na ramieniu włożyłem moduł do radioodbiornika, podpiąłem kabel sieciowy i… nacisnąłem włącznik. Ku memu niepomiernemu zaskoczeniu „Radmor” odpalił.

Po pewnym czasie podszedł do mnie technik, który zlecił mi to zadanie. Uniósł nieprzykręcony jeszcze moduł, popatrzył na „oplute” cyną, poranione ścieżki i – śląski chłop – zapytał z niedowierzaniem:

– To gro?!

– Też się dziwię… – odparłem.

[W NaTemat: 16 października 2014]

Narodziny gwiazdy czy Bitwa Warszawska?

Pięknie, zaiste. Jeszcze doba nie minęła, a już karta historii kolejna zdaje się wypełniać gęstym drukiem hymnów pochwalnych. Nowe Wembley. Żeby nie było nieporozumień – też wiele bym dał, by 11 października był dniem narodzin drużyny, a nawet drużyny-gwiazdy, też jeszcze chciałbym na stare lata ogrzać się w blasku polskich sukcesów odnoszonych na piłkarskich stadionach.

[more]

*

Rok 2014 zmierza powoli ku końcowi. I szczęśliwie – doczekaliśmy się wreszcie najważniejszego sportowego w nim wydarzenia. Nic to – fantastyczne występy naszych rodaków za wschodnią granicą i sześć, w tym cztery złote, medali olimpijskich w Soczi, niczym jest „Kryształowa kula” dla Kamila Stocha pieczętująca jego supremację wśród skoczków w minionym sezonie, nieważne sukcesy kolarzy w Tour de France i markowe pieczęcie w postaci triumfu Majki w Tour de Pologne i „tęczowej koszulki” dla Kwiatkowskiego za mistrzostwo świata. Podobnie jeszcze gorący wicemistrzowski tytuł żużlowca – dodaję na wszelki wypadek – Kasprzaka. Jakże niewiele znaczą sukcesy lekkoatletów w mistrzostwach Starego Kontynentu. Nawet mistrzostwo świata siatkarzy, wywalczone w czterdzieści lat po meksykańskiej glorii, w brawurowym stylu i przed własną publicznością nie jest dostatecznie znaczące. Wszystko to blednie wobec faktu kompletnej indolencji strzałowej aktualnych mistrzów świata, ale przecież bezprecedensowego zwycięstwa naszych reprezentantów w piłce kopanej – i to w oszałamiającym rozmiarze XL, czyli 2-0 – nad Niemcami w eliminacjach do ME. 

Nikt chyba piękniej nie uchwycił 

naszego przekleństwa 

dotyczącego tzw. charakteru narodowego, a i – w domyśle – usytuowania na mapie świata niż Andrzej Bursa w wierszu pt. „Modlitwa dziękczynna z wymówką”:

Nie uczyniłeś mnie ślepym Dzięki Ci za to Panie 

Nie uczyniłeś mnie garbatym Dzięki Ci za to Panie 

Nie uczyniłeś mnie dziecięciem alkoholika Dzięki Ci za to Panie 

Nie uczyniłeś mnie wodogłowcem Dzięki Ci za to Panie 

Nie uczyniłeś mnie jąkałą kuternogą karłem epileptykiem

hermafrodytą koniem mchem ani niczym z fauny i flory 

Dzięki Ci za to Panie 

Ale dlaczego uczyniłeś mnie Polakiem?

Jak żaden inny na świecie naród, upodleni po wielekroć, ciemiężeni przez stulecia przez mocarnych sąsiadów, raz z lewa, raz z prawa – niczym bardziej nie jesteśmy w stanie się ucieszyć jak tym, że siatkarze dowalą Ruskim, a teraz, po dziesięcioleciach porażek i nielicznych remisów, futboliści dokopali Germańcom.

Pięknie, zaiste. Jeszcze doba nie minęła, a już karta historii kolejna zdaje się wypełniać gęstym drukiem hymnów pochwalnych. Nowe Wembley. Żeby nie było nieporozumień – też wiele bym dał, by 11 października był dniem narodzin drużyny, a nawet drużyny-gwiazdy, też jeszcze chciałbym na stare lata ogrzać się w blasku polskich sukcesów odnoszonych na piłkarskich stadionach.

Nowe Wembley.

Czyżby? A może tylko Grunwald? Wielka zwycięska bitwa, po której parę miesięcy później postaliśmy (niech będzie, odejdźmy od odwiecznego: my wygraliśmy, ale przegrali – oni: siatkarze, piłkarze, żużlowcy) trochę pod Malborkiem i miast rozwalić Krzyżaków, obrócić ich moc raz na zawsze w proch i pył, pozwoliliśmy odrodzić się tuż pod swoim bokiem pruskiej hydrze. 

Więc teraz, z zachowaniem odpowiedniej miary oczywiście, sportowej (i bynajmniej nie tej gliwiczanina Podolskiego zamierzającego się w ostatnich minutach meczu na Krychowiaka) przekujmy wygraną bitwę w zwycięstwo w całej kampanii. Wembley dlatego tak smakowało – a i smakuje do dzisiaj – że ów remis był remisem zwycięskim, dawał wygraną w eliminacjach do MŚ, które – co niesłychanie istotne – także zwycięskimi były (bo trzecie miejsce w świecie istnym zrządzeniem Ducha Świętego w ateistycznym, komuszym kraju było, zwycięstwem ducha nad socjalistycznym, nadwątlonym ciałem).

Więc jeśli sobotnia wygrana ma być czymś więcej niż zwycięską 

Bitwą Warszawską

z mistrzami świata, niż zdobyciem mistrzostwa Stadionu Narodowego, musi doczekać się konsekwencji w postaci awansu do finałów imprezy. W których, co nie mniej istotne, panowie z orłem na piersiach nie mogą być tylko chłopcami do bicia. Bo było już tak, że wybrańcy Leo B., niemal równo osiem lat temu, 9 października 2006 roku, w naprawdę wielkim stylu ograli 2-1 Portugalię, ale że spektakularnych konsekwencji ta wygrana nie przyniosła (mimo awansu do finałów tamtych ME), to i jej smak, przy Wembley, jakiś taki sobie zaledwie. 

Co więc wydarzyło się w sobotni wieczór: tylko wspomniany Chorzów czy nowe Wembley? Kto odpowie, bo chyba ani nie Szekspir, ani Goethe, ani Bursa. Oby nie szkocki Sienkiewicz, Walter Scott…

[W NaTemat: 12 października 2014]

Niemieckie przełamanie

Piłko, kochanko ty moja, już jutro mnie opuścisz. A jeśli wrócisz, to najwcześniej za dwa lata podczas Euro…

[more]

Pierwszy raz w historii futbolu jest tak, iż finały MŚ rozgrywane są dwukrotnie z rzędu poza Starym Kontynentem. Po imprezach z dawnych już czasów – w Szwajcarii w 1954 i Szwecji w 1958 – aż do 2010 roku trwał 

przekładaniec.

Tę niepisaną umowę naruszyła dopiero decyzja o przyznaniu organizacji tegorocznej imprezy Brazylii. Powrót do Ameryki Południowej dokonał się zresztą po rekordowo długiej przerwie: trzydzieści sześć lat mija od finałów w Argentynie.

W 1958 roku, jedyny raz w historii, reprezentacja kraju południowowamerykańskiego zwyciężyła w Europie, była to Brazylia. Kraje europejskie sięgały po tytuł tylko w Europie – aż do poprzednich mistrzostw w RPA, gdzie triumfowali Hiszpanie. Teraz czas na kolejne przełamanie: 

pierwsze zwycięstwo Europy w Ameryce Południowej.

Argentyna ma na koncie cztery finały i dwa triumfy. Na jutrzejszy finał czekała aż dwadzieścia cztery lata. Niemcy to rekordziści, jeśli chodzi o ilość awansów do decydującej rozgrywki – uczynili to już po raz ósmy. Obie reprezentacje stoczą ze sobą trzeci bój o najwyższe trofeum, dotąd jest remis.

I rozum podpowiada mi, że wygrają Niemcy.  Zdobędą swój czwarty tytuł w historii, a pierwszy po zjednoczeniu kraju. Tym samym zrównają się pod względem triumfów z Włochami. W przeciwnym razie – Argentyna dogoni naszych zachodnich sąsiadów.

To nie będzie powtórka z pierwszego półfinału. Argentyńczycy grają mało efektownie, ale – cokolwiek mówić – skutecznie. Lecz jeśli niemiecki walec potoczy się tylko trochę wolniej niż w meczu z Brazylią – nie będą mieli za wiele do powiedzenia. I jeśli na koniec tej imprezy 

ma zatriumfować piłka,

a nie kunktatorstwo, tak właśnie powinno się stać.

Natomiast dzisiaj byłby numer, gdyby Holendrzy – wszem i wobec obwieszczający, że mecz o trzecie miejsce jest bez sensu i że im nie zależy – ograli gospodarzy, którym zależy bardzo. Aby choć odrobinę zrehabilitować się za klęskę w półfinale. Aby przynajmniej otrzeć te największe łzy. Brazylia chce, ale czy potrafi? Moje futbolowe serce jest z Holandią, ale wyobraźnia podpowiada złe obrazy: do czego mogą być zdolni rozgoryczeni i rozwścieczeni kolejną porażką kibice canarinhos…

[W NaTemat: 12 lipca 2014]

Bramka jest okrągła, a piłki są dwie

Czy ktoś mówił, że w toczących się globalnych mistrzostwach w piłce kopanej stara Europa zbiera baty? Że Ameryka leje ją w każdych okolicznościach? Wielu tak mówiło, publicznie bądź w prywatnych, niekoniecznie nagrywanych rozmowach. Ja też. Wychodzi jednak na to, że kogo ogrywają, tego ogrywają, a kto gra – ten wygrywa.

[more]

Południowa piłka mogła się podobać do pewnego momentu. Chile, Kostaryka, Kolumbia na tle słabych Włochów czy Anglików wypadały okazale. Ale południowy wymiar piłkarstwa to także Hiszpania, która z kretesem przerżnęła (1-5) początek imprezy z Holandią i już się nie pozbierała. To Portugalia, która rozpoczęła równie imponująco – od 0-4 z Niemcami. Przy stanie 0-2 jej reprezentanci mieli dość, zupełnie jak nasi grajkowie chcieli już tylko zejść do szatni, wziąć prysznic i o wszystkim zapomnieć.

Tak jak wczoraj Brazylijczycy, Chyba 

najwięksi fuksiarze tej imprezy.

Po cichu liczyłem, że może wreszcie Niemcy pokażą im, ile są warci, ale – jak pewnie wszyscy, łącznie z kibicami naszych zachodnich sąsiadów – nie sądziłem, że będzie to mecz chłopaków z ósmej klasy przeciwko piątoklasistom – o głowę lub dwie niższym, drobniejszym i bez szans, jeśli tylko ci starsi ruszą do przodu. Deklasacja bez precedensu – by gospodarzy imprezy w tej fazie turnieju tak pognębić (zdarzyło się już w 1950, Brazylia – Szwecja 7-1, tyle że wtedy nie był to system pucharowy, a grupowy – i to Brazylijczycy pełnili rolę gospodarzy).

Canarinhos mają teraz co najmniej parę problemów: sportowy – ekipa trenerska Scolari – Carlos Alberto musi odejść, najpewniej muszą odejść niektórzy piłkarze, trzeba tę reprezentację przewietrzyć i od nowa postawić na nogi. Trochę już żyję, imprez mistrzowskich parę widziałem – ale od 1974 roku tak słabej Brazylii jeszcze nigdy. Odebrali bolesną lekcję, oby tylko niezadowolenie ludzi nie przeniosło się na ulice. Bo wiadomo, że dwie tak wielkie imprezy – futbolowe MŚ i olimpiada – organizowane w tak biednym i targanym niepokojami społecznymi kraju to bomba, która w każdej chwili może wybuchnąć. Tamtejsze władze pewnie odetchną z ulgą, jeśli skończy się tylko na łzach i pojedynczych ekscesach. Strach pomyśleć, co może się stać, jeśli przegrają mecz o trzecie miejsce, a jest to całkiem możliwe.

Ameryka leje Europę?

Czyżby? Chile już nie ma, Meksyku też, Kolumbia i – zwłaszcza – Kostaryka w ćwierćfinale sięgnęły kresu swych możliwości. Została już tylko Argentyna, która – po europejsku – nie zachwyca, ale robi wynik. Bo piłka, jak wiadomo, nie jest grą na optyczne przewagi, o czym przekonali się Holendrzy, pocąc się z Kostarykanami.

Najsolidniej prezentujący się Niemcy zażywają dziś gabinetów odnowy i czekają na rozstrzygnięcie drugiego półfinału. Najpiękniej by się stało, najmniej – jak mniemam – przewidywalnie, gdyby oranje zagrali w najbliższych dwóch meczach tak, jak Roben w ostatniej dogrywce, czyli 

z turbodoładowaniem.

Gdyby wygrali dziś z Argentyną, a w niedzielę pomścili finałowe porażki z 1978 roku z Argentyną właśnie, a przed czterema laty z Hiszpanią. I, przede wszystkim, tę z 1974 roku z RFN. Niemożliwe? Niby dlaczego?

Ale najpóźniej za dwadzieścia lat mistrzami świata i tak będą Amerykanie. Tyle że ci z północy: USA. Efekty działań, które podjęli w drugiej połowie lat 70., widać coraz wyraźniej. Bo mają wszystko: potencjał ludzki, pieniądze, by budować stadiony, zatrudniać świetnych szkoleniowców i bardzo dobrze płacić piłkarzom. Oraz tę cechę (niech będzie, że narodową), która tak często czyni z nich zwycięzców.

P.S. The Day After

I po drugim półfinale. Kto gra, ten wygrywa. Jeśli przez cztery godziny biegania po murawie ani razu nie trafia się do bramki przeciwnika, trudno o pełny sukces – czyli występ (Holendrów, bo o nich mowa) w finale.

I co teraz? Ano nic. Jak zwykle: Polska gola. Taka jest – właśnie – czyja wola? Boska już od dawna nie.

[W NaTemat: 9 lipca 2014]

Łódź, 12 czerwca 2014: Aerosmith i Alter Bridge

if
Od razu zaznaczę, że ani 11, ani 12 czerwca nie będzie mnie na Impact Festival w Łodzi. Nie da się być wszędzie, trzeba wybierać. Czasem to, co bliżej domu, czasem to, co bliższe muzycznemu sercu.

[more]

O braku szczególnej atencji dla Black Sabbath już wspominałem, ponadto moje nie za duże rozterki zakończyła informacja o błyskawicznym wyprzedaniu biletów na ich występ. Natomiast dzień później w tym samym miejscu będzie, jak mniemam, bardziej rokendrolowo. I ciekaw jestem, czy kończący festiwal Aerosmith przebiją tych, co mają pojawić się przed nimi.

Alter Bridge

są formacją utworzoną przez kumpli Scotta Stappa, czyli członków grupy Creed, gdy ta zawiesiła działalność w 2003 roku. Cokolwiek powiedzieć – dobrego lub nie – o jednych i drugich, że epigoni, że post-grunge itd. – będzie to, przypuszczam, kawał solidnego łojenia.

W graniu i Creed, i Alter Bridge nie sposób znaleźć cokolwiek odkrywczego, a jednak potężne gitarowe brzmienie robi bardzo, bardzo przyjemne wrażenie. Warsztat więcej niż dobry, sporo niezłych riffów, chwytliwe melodie, ale niemające wiele wspólnego z konfekcją Bon Jovi czy Skid Row. Myślę, że okołogodzinny set może mało popularnej u nas grupie przysporzyć nieco fanów. 

*

Gdy zobaczyłem ze dwa lata temu na DVD fragment koncertu Chrisa Bottiego, w którym wokalnie udzielał się Steven Tyler, mało nie padłem z wrażenia. Mr. Tyler wyglądał młodziej niż jego urodziwa córka, tyle że przypominał bardziej niż człowieka brakujące ogniwo w łańcuchu Darwina albo postać z „Planety małp”. Kiedyś porównywany do Micka Jaggera, zrobił z siebie karykaturę własnej osoby.

Ale dość, może raczej parę słów o tym, czym zarobił na ten zabieg.

Aerosmith

pierwszą płytę wydali w 1973 roku i wciąż, mimo oczywistych zakrętów w tak długiej działalności, sprzedają swoje płyty w wielomilionowych nakładach. Dobre kawałki trzeba jednak z nich wyławiać – i bynajmniej nie mam tu na myśli nieco kiczowatych wyciskaczy łez typu Angel czy Cryin’. Lecz dla numerów pochodzących z najlepszego okresu kapeli, czyli przełomu lat 80. i 90., chyba warto będzie zobaczyć Tylera, Perry’ego i spółkę. W zestawie nie powinno zabraknąć moich faworytów: Rag Doll, Dude (Looks Like A Lady), Janie’s Got A Gun czy Love In An Elevator.

A już następnego dnia – 13 czerwca – startuje Orange Warsaw Festival…

[W NaTemat: 20 maja 2014]

Wielki mały człowiek

Czasy słusznie minione odeszły, ale kolejny raz przekonuję się, jak wiele prawdy zawiera się w powiedzeniu, iż świat się zmienia, a ludzie pozostają tacy sami. I tak samo że czasem im mniej wiadomo o ludziach powszechnie znanych, cenionych za swe wielkie talenty – o tym, jacy są na co dzień – tym lepiej. Dla innych, by mogli darzyć ich szacunkiem, dla nich, by nie obnażali się ze swych słabości i małości.

[more]

Działalność artystyczna jest 

działalnością publiczną.

Ktoś tworzy – nie do szuflady – więc bezustannie podlega ocenie. Pracuje – lepiej lub gorzej – na dobre imię, na uznanie za niepospolitość swoich dokonań. Nie jest tak, że sięga większego lub mniejszego szczytu i pozostaje na nim bez względu na to, co kolejnego przyjdzie mu uczynić. Ciężko jest przez kilkadziesiąt lat tworzyć rzeczy tylko wybitne, unikając potknięć i błędów. Ten ktoś może oczywiście mieć tego wszystkiego świadomość, może też w swej pysze, w swym zadufaniu nie dopuszczać tego typu refleksji do siebie.

Może też na przykład mieć swoją – artysty – 

stronę na fejsbuku.

Może z nią robić, co mu się podoba. Wolnoć Tomku w swoim domku, mój ogródek, moja grzęda – on decyduje, kogo wpuścić do środka, a kogo nie. Może swojego fanpejdża traktować jak księgę pamiątkową. Wpisać do niej może się każdy – pod warunkiem jednak, że są to wpisy dziękczynne i pełne uwielbienia (starszym coś to przypomina, prawda?). Jeśli ktoś z tej konwencji się wyłamie, wklei się, powiadając, że nie wszystkim się podobało i zamieści link do pełnego tekstu, zostanie wyrzucony za drzwi. W dodatku właściciel posesji natychmiast zmieni zamki, czyli zablokuje dostęp do swojej strony ewentualnym przyszłym chętnym (fanpejdżom na przykład, bo Nowak i Kowalski ciągle jeszcze mogą się wśliznąć). Fanpejdże bowiem, na przykład blogowe, mogą szerzyć 

wieści niepożądane:

poddawać w wątpliwość jakieś ostatnie działania artysty, nie wpisywać się w ciąg pochwał, a nawet, co nie daj Boże, przemawiać głosem krytycznym. 
Takich gości artysta sobie nie życzy, bo oni naruszają jego błogostan, jego świetność i świętość. Albo przynajmniej marketingowy przepis na życie: mam nazwisko, które wiele mówi, jest duża impreza w okolicy, są niemałe pieniądze do wyszarpania. Odwalę chałturę, zgarnę kasę. Działam na polu artystycznym, wymiernym nie w matematyczny sposób, trudniej weryfikowalnym. Ale takie ladaco, bloger nikomu nieznany, może jednak zaszkodzić. Jeszcze przypadkiem ktoś jego wypociny przeczyta, zacznie myśleć, zastanawiać się albo i – o zgrozo – dojść do jakichś konkluzji. Lepiej więc zawczasu

wylać dziecko z kąpielą

– czyli na wszelki wypadek w ogóle takim owakim zablokować dostęp do swojej fanpejdżowej strony.

Na tym jednak nie koniec. Ze swojej, tym razem już osobistej strony na FB, przekleja do fanpejdża blogera entuzjastyczne głosy na temat tej samej imprezy. „Patrz, innym się podobało. I to bardzo!” – zdaje się mówić. Jak na garstkę tych, co wytrzymali do końca występu artysty, entuzjastów wyjątkowo dużo, ale tę kwestię już – ja, bloger – przemilczę. I zostawiam te głosy na „swoim” FB, choć przecież tak samo mógłbym je jednym ruchem usunąć.
W tym miejscu przepraszam, że wytaczam wielką Miłoszową armatę w sprawie, która nieszczególnie jest tego warta. Ale ręka mnie świerzbi:

Nie bądź bezpieczny. Poeta pamięta.

Możesz go zabić – narodzi się nowy.

Spisane będą czyny i rozmowy.

Prawdziwa cnota krytyk się nie boi. A jeśli boi, to albo nie jest prawdziwą, albo artysta ma nieczyste sumienie. Lub wielki w swych najlepszych dokonaniach twórca okazuje się czasem małym człowiekiem. 

Jako fan wcale tego nie chcę wiedzieć, ta wiedza do niczego mi nie jest potrzebna. Przeszkadza i to bardzo, utrudniając oddzielenie sztuki od życia. Jest mi smutno, a na dnie szklanki zostaje niepotrzebny osad.

[W NaTemat: 18 maja 2014]

Fryderyki i fircyki

fryderyki_2014

Zmarły wczoraj Tadeusz Różewicz powiedział, a nie on jeden przecież tak twierdził, że bylejakość ogarnia elity. Wczorajsza gala wręczenia Fryderyków, choć aspirująca do elitarnej i elitę tworzącej, była – nie mogę się oprzeć wrażeniu – byle jak poprowadzona. I chwilami wcale nie najważniejsi w niej byli ci, którzy najważniejsi być powinni.

[more]

Wczoraj wieczorem odbyła się dwudziesta już gala wręczenia nagród polskiego przemysłu fonograficznego. Kilka lat temu uroczystość znów zyskała na randze, powracając do publicznej telewizji.

Konkretnie – w tym roku – do Dwójki. Co nie było pozbawione znaczenia. Gwiazdą wieczoru bowiem nie okazał się laureat nagrody Grammy, a teraz i Fryderyka – Włodek Pawlik z Randym Breckerem oraz orkiestrą Filharmonii Kaliskiej. Nie Dawid Podsiadło, który zainkasował aż cztery trofea. I nie Kayah, która zaprezentowała się z wdziękiem jeśli nie swojej starszej siostry, to już na pewno włoskiej lub bałkańskiej matrony. Gwiazdą największą okazał się Tomasz Kammel.

Zrazu miałem, patrząc w ekran – jako ten podwładny przed przełożonym z ukazu cara Piotra I – wygląd lichy i durnowaty, tak by swoim pojmowaniem sprawy nie peszyć przełożonego. Po chwili jednak uświadomiłem sobie, że przecież co prawda ja widzę Pana Redaktora, ale on mnie nie i nie muszę się tak starać. A poza tym Kammel, jeśli kiedykolwiek miał jakieś wątpliwości co do swojej wiedzy na dany temat, to było to tak dawno, że sam już tego nie pamięta.

Specjalistą od muzyki też jest od bardzo dawna. Objawił się nim przed laty w czasie festiwalu opolskiego, kiedy to zaprezentował się jako kolega członków lubelskiej kapeli i wybitny suflerolog. Patrząc na datę jego urodzenia (1971), wychodzi, że jeszcze dzieckiem w kolebce będąc, już cienie wielkiej góry rozganiał. 

O duszeniu za młodu centaurów biografowie póki co milczą, ale Redaktor pomaga w ich ujarzmianiu dzisiejszej młodzieży w wiekopomnym z racji wielości wiekopomnych wykonów programie „The Voice of Poland”. W ten sposób ukazał pospólstwu telewizorowemu oblicze znawcy młodych dusz i odkrywcy zakamarków umysłów pukających do bram branży śpiewaków.

Wczoraj uświadomił gawiedzi, że jest nie tylko rekinem finansjery, lwem sceny Sali Kongresowej, ale i znawcą wszelkich nurtów muzycznych. Pop i rock to dla niego bułka z masłem, jazz wyssał z mlekiem matki, zaś o muzyce poważnej jest w stanie rozprawiać z każdym. Z brawurą Falkowego wodzireja dał nam bowiem do zrozumienia, że jego wiedza o dorobku Konstantego Andrzeja Kulki (Złoty Fryderyk w kategorii muzyki poważnej) wykracza daleko poza okolicznościowe co nieco. Cóż, Redaktor to miszcz po prostu – czego się tknie, zamienia w wyroby złotopodobne obficie kapiące mu z warg.

Beneficjentami tegorocznych Fryderyków okazali się Dawid Podsiadło (cztery statuetki w kategoriach związanych z muzyką rozrywkową) oraz Dominik Wania (dwie jazzowe). Pierwszemu, tak samo jak Ani Rusowicz nagradzanej w 2012 roku, z serca życzę, by jeszcze kiedyś powtórzył sukces – komercyjny i artystyczny – swojej debiutanckiej płyty. A nie będzie to proste.

Na szczęście nie zabrakło też momentów, gdy rzeczy dano właściwe słowo. Pośmiertnie nagrodzono Marka Jackowskiego[/url] i Jarosława Śmietanę. Tego drugiego, jak zawsze w pięknych słowach, wspomniał sędziwy już Jan Ptaszyn Wróblewski. Obaj – Jackowski i Śmietana – byli i pozostają niezwykle ważnymi postaciami polskiej sceny muzycznej. I przyznanie im Złotych Fryderyków należy potraktować symbolicznie – jako dowód szacunku środowiska muzycznego dla ich znaczących, bynajmniej nie przez chwilę i nie przez rok, dokonań. To samo dotyczy wspomnianego już Konstantego Andrzeja Kulki.

Rezygnacja z wielu pierwotnie powołanych do życia kategorii i tym samym ograniczenie ilości przyznawanych nagród zdecydowanie bardziej odpowiada dzisiejszemu stanowi polskiego rynku. Sprawia też, że gala i transmisja telewizyjna zyskują na tempie. Jednocześnie jednak nie potrafiono zrezygnować z kiczowatych pomysłów, jak na przykład tego z odegraniem mazurka autorstwa patrona imprezy przez Janusza Olejniczaka wespół z – cytuję – gitarowymi wymiataczami. Tak jak cenię Ryszarda Sygitowicza czy Jacka Królika, tak zgrzytam zębami nad tego typu konfekcją muzyczną. 

Bardzo żałuję, że głos mojego ulubionego redaktora Piotra Metza dobiegał tylko z offu. Że nie wytypowano do prowadzenia gali kogoś, kto od lat siedzi w muzyce i naprawdę na niej się zna. Nawet jeśli oglądalibyśmy tego kogoś po raz kolejny (zresztą podobnie jak red. TK). Zmarły wczoraj Tadeusz Różewicz mawiał, a nie on jeden przecież, że bylejakość ogarnia elity. Wczorajsza impreza, choć aspirująca do elitarnej i elitę tworzącej, była – nie mogę się oprzeć wrażeniu – byle jak poprowadzona. I chwilami wcale nie najważniejsi w niej byli ci, którzy najważniejsi być powinni. Ale może po prostu się nie znam albo mam spaczony gust. Bo to ma się oglądać, to ma być przecież szoł, a nie okolicznościowa akademia.

Ważne – mimo wszystko – jest to, że Fryderyki są. Że – mocniej bądź słabiej – swym istnieniem rzucają snop światła na polskich wykonawców, że niewątpliwie ich promują. Możemy się zżymać na rodzimy rynek wydawniczy, ale miejmy świadomość, że sami w pewnej mierze go kształtujemy i określamy jego rozmiary. Decydując, czy wybierzemy się na koncert, albo narzekając, że nie ma na co pójść. Zachowując przyzwoitość wobec ulubionego artysty i kupując jego płytę, czy też ściągając jego nagrania z internetu.

[W NaTemat: 25 kwietnia 2014]

Kolor wiosny

Święta z pozoru podobne są jedne do drugich. Przeplataniec bożonarodzeniowo-wielkanocny trwa i trwa, a jednak czasem coś powoduje, że ten rytm zostaje zaburzony. Banalna refleksja nad upływem czasu ma inny wymiar, gdy mówimy o narodzinach, o powiększeniu się rodziny, a inny, gdy o pustym miejscu przy stole.

[more]

Lecz przecież święta nie po to są, by się smucić. Życzymy Wam w te dni miłej przerwy w codzienności. Tego, by godziny choć na chwilę nieco zwolniły. Zielonych myśli w głowie. I – jak zawsze – niech muzyka będzie z Wami.

*

Colour of Spring (1986) to trzeci album Talk Talk. 5 kwietnia, czego dowodzi   muzyczna ilustracja tego wpisu, niekoniecznie musi oznaczać smutek i żal. Ale do grunge’owych konotacji tej daty powrócę niebawem.

[W NaTemat: 19 kwietnia 2014]