Skoków narciarskich skok na bulę

Jeśli zabraknie świetnych Austriaków, zniknie najpewniej forsa sponsorów, zmaleje zainteresowanie mediów i kibiców. Znikać będzie coś, co przyjdzie odbudowywać przez lata, a może nie uda się tego odtworzyć już nigdy.

[more]

*

Jak się ma w najbliższej rodzinie dwóch dziennikarzy zajmujących się sportem, nie sposób od tej dziedziny życia zupełnie się uwolnić. Zwłaszcza jeśli tak naprawdę wcale tego się nie chce, jeśli zmagania ludzi uprawiających tę czy inną dyscyplinę budzą żywsze bicie serca.

*

Znów mamy taki czas, gdy możemy cieszyć się wynikami naszych skoczków narciarskich. Nawet gdy powiemy, że Kamilowi Stochowi nie pozostało nic innego, niż wygrać Turniej Czterech Skoczni, bo po drugim konkursie cyklu odpadł z rywalizacji Kraft, a po trzecim Freitag. Nawet gdy zauważymy, że rywale w konkursie drużynowym MŚ w lotach robili wiele, by na podium się nie znaleźć. Nawet gdy odnotujemy nieobecność w ekipie Norwegów Tandego w minionym dopiero co weekendzie w Zakopanem. 

Już niebawem olimpiada, na której skoczkowie będą naszymi największymi nadziejami medalowymi, a w marcu finisz zmagań o Kryształową Kulę i wielkie szanse na jej kolejne zdobycie przez naszego mistrza.

*

Skoki narciarskie stały się polskim

sportem narodowym

odkąd Adam Małysz przeskoczył swoje najśmielsze marzenia i zapomniał w swoich podniebnych lotach o perspektywie patrzenia na świat z góry, ale z pozycji dekarza. Dał rodakom, zwłaszcza zimową porą, powody do dumy i radości, jakiej nie przeżywaliśmy od dawna. Stabilizacja jego formy na najwyższym poziomie była czymś mało znanym wśród reprezentantów naszego kraju. Gdy przyszedł nieco gorszy czas, gdy zajmował miejsca w drugiej dziesiątce, zdarzało mi się mówić, siedząc przed telewizorem, że jeszcze za tymi nastymi miejscami w skokach zatęsknimy, gdy Małysz zakończy karierę. Ku kolejnemu zdumieniu i kolejnym radościom – stało się inaczej. Z grubsza każdy wie, jak.

Ale, ale… Mój syn już parę lat temu mówił, że coś jest nie tak, skoro w mistrzostwach Polski startuje niewiele ponad trzydziestu zawodników. W grudniu 2017 było podobnie. Drużynę narodową mamy mocną jak nigdy, szczyt formy przeżywa Stefan Hula, rekompensując gorszą dyspozycję Kota i Żyły. Tyle tylko, że najmłodszy z tej piątki ma dziś dwadzieścia siedem lat, a następców jakoś nie widać. Znów chciałbym się mylić i wierzyć, że talent Pilcha, inaczej niż Ziobry czy Bieguna, rozkwitnie na całego, a kilku innych chłopaków dzielnie będzie mu asystować.
Bo od czasów Małysza jest zainteresowanie kibiców, mediów i sponsorów. Gdy są pieniądze, wszystko jest łatwiejsze. W skali kraju, ale i całej dyscypliny. A ta – bardzo pragnę raz jeszcze się mylić – zdaje się 

powoli umierać.

Wystarczy prześledzić to na przestrzeni owych kilkunastu lat, jakie dzielą nas od pierwszych sukcesów Adama M. Skoki coraz bardziej stają się sprawą kilku zaledwie nacji. To będzie tak długo nieistotne, jak długo dyscyplina pozostawać będzie w gronie sportów olimpijskich. Bo póki do wywalczenia będą medale igrzysk, póty sztaby ludzi w paru miejscach na świecie będą z uwagą pochylać się nad wyjściem z progu i punktem K. Znajdzie się kasa – i nadzieja, że nasi chłopcy też ją będą mieli, posiadając tym samym zdolność do wyszarpywania kawałków ciągle atrakcyjnego tortu (bo był już czas, gdy polskie skoki przypominały saneczkarstwo z okresu, gdy tory śniegowe zamieniono na lodowe i świat nam raz na zawsze odjechał).

Nacji walczących – i to nie tylko o najwyższe laury, ale w ogóle walczących w trzech klasach rozgrywkowych, jest niewiele. Finowie, od zawsze potęga narciarska, w czasach Małysza lśniąca koalicją Ahonena z braćmi Hautamaekimi i jeszcze paroma niewiele mniej utalentowanymi, są dziś w czarnej nocy okołobiegunowej. O zbłąkanym choć jednym Szwedzie słuch zaginął, gdzieś tam trzepią w bule jeden Bułgar, jeden Rumun i kilku Turków, Koreańczyków (byle do olimpiady) oraz Estończyków. Szwajcaria, w czasach Fortuny, Pawlusiaka i Krzysztofiaka potęga, wraz z przejściem Ammanna na emeryturę będzie miała okazję stać się kolejnym krasnoludkiem. Kto wie, może niewiele lepsze perspektywy będą mieli Japończycy po odpięciu nart przez Kasaiego. Rosjanie, kiedyś liczący się, całkiem niedawno mający w składzie Karelina (zginął w wypadku samochodowym), a ostatnio Klimowa (zdawało się, wielki talent), w sobotę przeskoczyli jedynie buloklepów z Kazachstanu. Czesi (moje pokolenie pamięta Raškę i Hubača, a jeszcze rok – dwa lata temu byli Koudelka, Janda i Hajek) zamiatają ogony, nie wystawiając nawet – podobnie jak Włosi czy Francuzi – drużyny w mistrzostwach w lotach. Kruczek, jak widać, reprezentantom Italii nie jest w stanie pomóc, Francuzi po zakończeniu kariery przez Chedala jeszcze w poprzednim sezonie mieli Sevoie, ale dziś nie radzi on sobie zupełnie, a inni ubijają zeskoki w pucharze kontynentalnym czy zawodach fiscupowych. O chłopakach zza oceanu od dawna już nie da się mówić poważnie.

Nadzieja, przyszłość skoków zdaje się być 

w rękach Austriaków.

Przedstawiciele tej nacji, z powodzeniem, prowadzą kadry Polski, Niemiec i Norwegii. Pora wywalić z roboty Schallerta (Czechy) i, przede wszystkim, Kutina, który nie radził sobie parę lat temu u nas, a teraz rozwala potęgę, wydawało się, nie do rozwalenia, czyli Austrię właśnie, słabą jak nigdy dotąd. Bo jeśli skoczkowie z okolic Innsbrucka, Bischofshofen i Kulm przestaną, tak jak Finowie, liczyć się w rozgrywkach o najwyższe laury, wieszczę całej dyscyplinie schyłek. Pozostaną co prawda Niemcy i Norwegowie, ale oni są mocni w wielu innych dyscyplinach zimowych, mogą nie mieć aż takiego ciśnienia, by łożyć na tę akurat dyscyplinę. No i Słoweńcy, którzy zawsze mogą rozegrać między sobą trochę lepszy lub trochę gorszy turniej o wielką nagrodę Planicy. 

Jeśli więc zabraknie świetnych Austriaków, zniknie najpewniej forsa sponsorów, zmaleje zainteresowanie mediów i kibiców. Jeśli z czasem zamierać będą ich słynne skocznie, znikać będzie coś, co przyjdzie odbudowywać przez lata, a może nie uda się tego odtworzyć już nigdy. Jeśli nie będzie można liczyć na pieniądze (nb. dużo mniejsze niż w futbolu czy tenisie) w formie nagród dla najlepszych, jeśli producenci przestaną interesować się zmianami, poszukiwaniami nowinek technologicznych w sprzęcie, cały ten latający cyrk zacznie się zwijać. Jako kibic myślę sobie: oby nie skończył jako zabawa dla garstki zapaleńców, co to sami przecierają tory na rozbiegach niszczejących skoczni i uklepują zeskok. Ot, taki bajer dla wtajemniczonych w czasie wolnym od innych zajęć. Prawie jak bojery.

[W NaTemat: 31 stycznia 2018]

Nie wszystko warte jest zapisania

images2

Za moich czasów – powiedział profesor Ireneusz Opacki – spisy lektur były krótsze – Mickiewicz: wszystko, Słowacki: wszystko, Norwid: wszystko… – Śmiech studentów stał się zdecydowanie bardziej nerwowy. – A na koniec, przed obroną, zdawało się jeszcze egzamin z całej historii literatury polskiej.

[more]

*

– Panie profesorze, z czego będzie pan pytał na egzaminie?

Był rok 1984, bodaj maj, gdy z sali padło to pytanie. Sesja egzaminacyjna zbliżała się wielkimi krokami.Indagowany zastygł na chwilę.

– Wiem, że docent Nowak pyta z życiorysów, ja nie będę – odparł, wywołując wybuch śmiechu wśród ponad setki studentów szczelnie wypełniających salę wykładową.

– Wiecie państwo – dodał po chwili – za moich czasów spisy lektur były krótsze – Mickiewicz: wszystko, Słowacki: wszystko… – Nasz śmiech stał się zdecydowanie bardziej nerwowy. – A na koniec studiów, przed obroną, zdawało się jeszcze egzamin z całej historii literatury polskiej.
*Polonistykę na Uniwersytecie Śląskim, tę w zakresie historii i teorii literatury, budował profesor Ireneusz Opacki. Niesamowite, w królestwie Gierka i Grudnia on – człowiek z Lublina, w dodatku z KUL-u. Uczeń profesora Zgorzelskiego, bodaj największego mickiewiczologa wśród literaturoznawców.

Anna Opacka, żona i także profesor, opowiadała nam kiedyś, że gdy spotykali się wtedy, w pierwszej połowie lat 70., w gronie znajomych naukowców, ci pokpiwali sobie z ich decyzji:

– UŚ – co to za uniwersytet?!…- UJ nie lepszy!… – odcinali się żartem.

Opacki wychował liczne zastępy wiernych uczniów, późniejszych doktorów i profesorów. Nie mam wątpliwości, że  w pamięci wielu – tych, którzy mieli szczęście z nim się zetknąć – pozostaje niedoścignionym mistrzem. 

Na ludzi wybitnych nie natrafiamy w życiu codziennie. Tych, których spotykamy dostatecznie wcześnie, by we właściwy sposób mogli wpłynąć na nas – jeszcze mniej. To banał, że nie każdy znaczący naukowiec jest zdolnym dydaktykiem, a nie każdy utalentowany nauczyciel – wnikliwym uczonym. Opacki został przez Opatrzność lub naturę wyposażony w wiele talentów i po wielekroć je pomnożył. Jako wybitny literaturoznawca, był jednocześnie wspaniałym pedagogiem, uwielbianym przez kolejne roczniki studentów, a ponadto charyzmatycznym administratorem – w czasie gdy studiowałem, był dyrektorem Instytutu Literatury i Kultury Polskiej i miał za sobą kilka lat prorektorowania UŚ.

Z romantyzmem, w którym się specjalizował, studentom przychodziło zmagać się na drugim roku. Do spółki z oświeceniem, co powodowało, że wykłady z historii literatury mieliśmy przez cały ten czas dwa, za to tylko czterdziestopięciominutowe. Opackiego słuchało się z zapartym tchem, trzy kwadranse mijały błyskawicznie. Postawny pan w średnim wieku, ze sporą nadwagą, łączył w sobie cechy intelektualisty i sarmackiego gawędziarza. Jego wykłady miały renesansowy oddech, zaś brawura i humor, z jakimi prezentował kolejne zagadnienia, mogły tylko budzić podziw i zazdrość w adeptach sztuki nauczycielskiej.

*

Minął rok z okładem, trzeba było podjąć decyzję o wyborze seminarium magisterskiego. Z przyszłą żoną mieliśmy zbyt wiele respektu i obaw, by wybrać grupę profesora – uznaliśmy, że to nie progi dla nas. Zresztą, miejsc u niego zabrakło natychmiast.

Zajęcia, na które się zdecydowaliśmy, z pogranicza literatury i języka, raz się odbywały, raz nie. Byłem coraz bardziej przerażony i zastanawiałem się, jak wybrnąć z tej sytuacji. Na początku grudnia zacząłem intensywnie namawiać moją dziewczynę, byśmy ratowali skórę. Wreszcie ustąpiła.

Z perspektywy lat widzę, że studiując w tym martwym czasie, w latach 1982-87, po pierwszej Solidarności, kiedy wielu nauczycieli akademickich wyrzucono z pracy, a przed drugą, mieliśmy całkiem sporo szczęścia. Wśród prowadzących zajęcia, obok osób przeciętnych i zupełnie bezbarwnych, było kilka  wybitnych. Co więcej, wśród koleżanek i kolegów – studentów też trafiło się kilkoro przyszłych profesorów. Moje osobiste szczęście polegało na tym, że z paroma spośród nich miałem kontakty nie tylko uczelniane. Jedną z tych osób była córka Profesorostwa, Danuta – dziś także profesor – z którą studiowaliśmy razem na roku i wspólnie uczęszczaliśmy na wiele ćwiczeń. 

Opacki, co za pech, miał od paru tygodni nogę w gipsie i seminarium odbywało się u niego w domu. Nie było więc prostej drogi, by znaleźć go na uczelni i uprosić o przyjęcie do już i tak rozrośniętej nad miarę grupy. 

– Danka, ratuj! – zdesperowany zaczepiłem ją pewnego dnia. – Spytaj tatę, czy nie przyjąłby nas jeszcze do swojego seminarium.

Po paru dniach przyniosła odpowiedź:- Możecie przyjść.

*

Nic piękniejszego na koniec studiów nie mogło nam się przytrafić. Z uczelni szliśmy na tramwaj, by znaleźć się po kilkunastu minutach w zupełnie innej części Sosnowca (Wydział Filologiczny UŚ mieścił się wtedy w stolicy Zagłębia, tam też mieszkało bardzo wielu pracowników naukowych, także Państwo Opaccy). 

Seminarium było liczne, prawie trzydziestoosobowe. Całą tą bandą wtaczaliśmy się do domu Profesorostwa, gęsto zapełniając największy z pokojów. Żona, pani Anna, ciepła i bezpośrednia, uwijała się, by czymś nas ugościć: gorącą herbatą i jakimiś ciasteczkami.Profesor był u siebie i nie zaprzątał sobie głowy szczegółami. Z nogą w gipsie, w pasiastej piżamie, leżał na wersalce. Obok, na kuchennym taborecie, miał zawsze paczkę marlboro, zapalniczkę i popielniczkę. Tak wyposażony czekał, aż usiądziemy i zapanuje cisza.

Najpierw ktoś wyznaczony referował fragment swojej pracy, potem dyskutowaliśmy na ten temat. Tak mijało półtorej godziny – i w uczelnianych warunkach zajęcia dobiegłyby końca. Ale nie tam, w domu. Prawdziwe uczty wtedy dopiero się zaczynały. Opacki uchylał drzwi do swojego świata, porywająco i barwie opowiadając o wszystkim: literaturze, tzw. dawnych czasach albo o aktualnych sprawach uczelni, na przykład o przygotowaniach do reaktywacji Wydziału Radia i Telewizji (którego został potem dziekanem). Cały czas miał na uwadze dobro zarówno całego uniwersytetu, jak i samej polonistyki, z troską pochylał się nad ludźmi: swoimi wychowankami wśród kadry naukowej i studentami. Był zbyt wielki, zbyt wybitny, by odczuwać niepokój czy zazdrość wobec sukcesów innych. Było zupełnie odwrotnie: raczej serdecznie kibicował i motywował.

Kiedyś jeden z kolegów – seminarzystów zapytał go:- Panie profesorze, jeśli można uczynić mały zarzut: dlaczego pan tak mało pisze?

Opacki, jak to zwykle miał w zwyczaju, zastanowił się chwilę, a potem z uśmiechem odparł:- Nie wszystko, co przyjdzie człowiekowi do głowy, warte jest od razu zapisania.

*

Profesor i jego noga wydobrzeli, zajęcia przeniosły się na uczelnię, a na początku lipca 1987 roku przyszedł moment obrony. To były moje ostatnie chwile jako studenta. Nie pamiętam już, czy wszedłem na egzamin pierwszy, czy jako jeden z pierwszych.  Największą nagrodę stanowiło wtedy dla mnie to, że profesor, gdy już poodhaczał w papierach, co musiał, przeniósł wzrok na mnie i z – chyba nieudawanym – zainteresowaniem zaczął słuchać tego, co miałem do powiedzenia.

A potem wyszedłem z sali i powoli zaczęło do mnie docierać, że w tych murach, w tej uczelni już nikt niczego ode mnie nie chce. Radość natychmiast pomieszała się z żalem, że to już koniec. I pewnie z niepokojem, co też mnie czeka w przyszłości.

*

Zdecydowanie bardziej uprawnieni do tego, by wspominać i opisywać postać Opackiego, byli i są ci, którzy wyszli spod jego skrzydeł i pozostali blisko literatury. Oni, akademicy, znacznie więcej mogliby o nim powiedzieć. Ale jednego jestem pewien: dzięki tym paru niezwykłym ludziom, z którymi jako student miałem okazję się zetknąć, dzięki przede wszystkim profesorowi, moje studia miały taki właśnie smak. A potęga smaku, jak wiadomo, jest wielka.

Profesor Ireneusz Opacki zmarł w 2005 roku. Miał niecałe siedemdziesiąt dwa lata i mógł jeszcze wiele dobrego uczynić.

Ostatni raz widziałem go w GCK-u, dzisiejszym Centrum Kultury im. Krystyny Bochenek w Katowicach. Był to albo koniec lat 90., albo początek obecnego stulecia. Brał udział w dyskusji – co dokładnie było jej treścią, już nie pamiętam, coś o literaturze polskiej i chyba, szerzej, słowiańskiej. W gronie dyskutantów znaleźli się wtedy także profesorowie Tadeusz Sławek i Aleksander Nawarecki. Czyli ci, których – obok Opackiego – zaliczam do trójcy świętej swoich nauczycieli. Ale to już temat na inną opowieść. 

*

P.S. 2 czerwca 2017 zmarła profesor Anna Opacka. O swoim mężu zawsze wyrażała się per Opacki – mieszając w sobie tylko właściwy sposób szacunek i podziw jednego naukowca dla drugiego z nutą dobrotliwej ironii właściwą małżonkom o poważnym już stażu. Była wymagająca, ale ciepła i serdeczna. Oraz bezpośrednia: do studentów częściej niż w powszechnie przyjętej formie „pani/pan” – zwracała się na ty. Co tylko dowodziło, że w relacjach międzyludzkich pewne osoby mogą pozwolić sobie na gesty, których większości zdecydowanie nie wolno i nie wypada robić. Bo gdy Pani profesor zapamiętywała nasze imiona, czuliśmy się po prostu wyróżnieni.

[W NaTemat: 21 czerwca 2017]

 

Bryan Ferry gorący jak rozgrzane żelazo

pobrane10

Ta muzyka wydestylowana w laboratoryjnych, zdawać by się mogło, zimnych warunkach, urzeka wciąż swoim pięknem i niespotykaną w rocku elegancją, a jednocześnie jest pełna życia i energ

[more]

*

Godzinę przed punktualnym do bólu Bryanem Ferrym na scenie pojawiła się

Judith Owen

z czteroosobowym zespołem. Było na co popatrzeć, bo na perkusjonaliach grał Portugalczyk, a smyczki – skrzypce, altówkę i wiolonczelę – obsługiwały trzy bardzo niebrzydkie panie. Walijska wokalistka i pianistka od dwudziestu lat nagrywa płyty w USA, jednak u nas chyba mało kto o niej słyszał. Trzydziestopięciominutowy set przywodził na myśl przede wszystkim wczesną Tori Amos, ale kiedy zrobiło się – w moim odczuciu – zbyt ckliwie i cukierkowo, na koniec dostaliśmy dwa tak pięknie i stylowo zagrane bluesidła (świetną wersję Aquariusa na pożegnanie), że serce zabiło mi zdecydowanie żywiej.

  

*

Co jest bliżej 

istoty rokendrola:

dobiegający pięćdziesiątki, nieco przaśny już Spodek, długowłosi, czasem siwiuteńcy fani w czarnych, bywa, że spranych tiszertach, dżinsach, skórach, trochę spoceni i z kubkiem piwa w ręce – czy nowiutkie Centrum Kongresowe ICE w Krakowie, jeden z tych obiektów, które sprawiają, iż mamy prawo czuć się pełnoprawną częścią Europy, lśniące nowością i architektonicznym smakiem, a w nim – nie wypominając, jak w Katowicach – niemłodzi fani i fanki, tyle że ubrani w większości elegancko i z dużą starannością, popijający przy białych stolikach kawę lub wino z kieliszków – ? Cztery dekady temu odpowiedź byłaby oczywista, tymczasem dzisiaj, za sprawą głównych aktorów, osobiście rację  przyznaję tej drugiej grupie. Tym bardziej, że reakcje w obu przypadkach były równie żywiołowe, a rozpoznawanie kolejnych utworów już po kilku taktach jest zdecydowanym wskazaniem na fanów Roxy Music i Bryana Ferry’ego. Z prostej przyczyny, że nigdy ten zespól ani jego lider w solowych dokonaniach nie mogli liczyć w Polsce na tak mocne zainteresowanie dziennikarzy muzycznych i fanów, jak kiedyś Deep Purple, oglądany w akcji w środę.

Zobaczenie BF na żywo było spełnieniem jeszcze jednego mojego muzycznego marzenia. Czas biegnie jednak nieubłaganie i nie do końca da się przewidzieć, jak nie pierwszej już młodości gwiazdy radzą sobie obecnie na scenie. Po kilku minutach niedzielnego koncertu zdałem sobie jednak sprawę, w jakim muzycznym skansenie znalazłem się cztery dni wcześniej. Wieczór był, nie będzie to nadużycie i nadmiar egzaltacji – magiczny. Ta 

magia

rosła z każdą piosenką, uwodząc walorami, za sprawą których fani pokochali to granie. Redaktor Roman Rogowiecki wypalił dawno temu, że muzykę w latach 70. popychali do przodu Steely Dan za oceanem i Roxy Music w Europie. Wtedy wydała mi się ta opinia dziwna i prowokacyjna, dziś dostrzegam w niej przewrotny sens.

Przewrotny zwłaszcza w przypadku Brytyjczyków. Bo niby grali mainstream: najpierw z okolic glam, stosując klasyczne patenty rokendrolowe, obficie przy tym czerpiąc z ducha piosenek Beatlesów, zaprawiając całość nieoczywistymi aranżacjami. Później znaleźli się bliżej popu, dając wręcz jeden z impulsów elektronice lat 80. A jednak potęga smaku jest wielka: robione było to wszystko z niewiarygodną kulturą muzyczną, swobodą w operowaniu środkami i mccartneyowską  łatwością pisania piosenek ładnych, acz o nie całkiem prostej fakturze. Ferry pozostał taki do dziś i – o, paradoksie – bije świeżością i szlachetnością dźwięków na łeb, na szyję większość wyliniałych gwiazdorów sprzed lat, tych, co to niejednokrotnie jakby nie chcieli dostrzec, że świat i muzyka dokoła jednak trochę się zmieniają. 

Włosy wciąż gęste i – mimo prawie siedemdziesięciu dwóch lat – nie całkiem siwe, nieodłączny elegancki garnitur na grzbiecie i to, co najważniejsze: głos. Z pewnością nie ten co dawniej, niesięgajacy już wyższych rejestrów, bardziej matowy i w ten sposób mniej naznaczony charakterystycznym wibratem – ale na tym chyba różnice między „dziś” a „dawniej” się kończą. To, czym zachwycał przed laty, pozostało, czyli dopracowane w najmniejszych szczegółach piosenki i ich perfekcyjne, krystalicznie czyste brzmienie. Ta muzyka wydestylowana w laboratoryjnych, zdawać by się mogło, zimnych warunkach, urzeka wciąż swoim pięknem i niespotykaną w rocku 

elegancją,

a jednocześnie jest pełna życia i energii. Lider dziesięcioosobowego bandu zadbał o to, by publiczności nie pozwolić wejść w rutynę słuchania: rzeczy spokojniejsze cały czas przeplatały się z rozgrzewającymi numerami gitarowymi.

 

W każdej sekundzie występu czuć było szlachetność – ta muzyka to butelka wina z wyjątkowo dobrego rocznika, takiego, co to trafia się raz na kilkadziesiąt lat. Ferry ze swoimi warunkami głosowymi i niedzisiejszą stylowością mógł stać się piosenkarzem na wzór amerykański, ckliwym i blichtrowatym, występującym z dużą orkiestrą towarzyszącą – i w ten sposób docierającym do zupełnie innej  publiczności. Wyobraźnia muzyka i historyka sztuki nie pozwoliła mu jednak zamknąć się w tak ciasnych ramach, stał się mistrzem popu buszującym w rockowym świecie, kompozytorem i wykonawcą, którego należy wymienić w ścisłej czołówce: oczywiście w pewnej odległości za wspomnianym już Paulem McCartneyem, ale w jednym szeregu z Eltonem Johnem. Tym, co go od wymienionych i od wszystkich innych odróżnia, to zegarmistrzowska precyzja,

cyzelowanie

każdego dźwięku, każdej nuty tworzącej ostateczny kształt utworu. O tym, że nie popełnia przy tym grzechu „przeprodukowania”, najlepiej świadczy fakt, że takich krążków jak Avalon czy Boys and Girls po ponad trzydziestu latach od chwili wydania słucha się wciąż znakomicie.

Właśnie od The Main Thing i Slave to Love zaczął się trwający godzinę i pięćdziesiąt minut krakowski koncert. Wszystkie atuty znane z płyt pojawiły się na scenie, doprawione jeszcze rokendrolową żywiołowością wykonań na żywo. Było na przemian gitarowo i lirycznie, usłyszeliśmy piosenki z repertuaru Roxy Music i solowe nagrania, kompozycje własne i covery. Z każdą kolejną piosenką publiczność coraz bardziej zanurzała się w tej muzyce, coraz wyraźniej uświadamiając sobie, w jak świetnej formie są wszyscy muzycy, siedmiu panów, i – jak zwykle u Ferry’ego – panie: trzy tym razem. „Czekoladka” robiąca chórki oraz dwie bardzo niepospolitej urody niewiasty, z których jedna obsługiwała saksofony i instrumenty klawiszowe, a druga skrzypce i także klawisze. Już sobie nie przypomnę, po którym utworze po raz pierwszy owacje były szczególnie gorące i długie, ale to „coś”, to 

cudowne sprzężenie

między sceną a widownią rosło i rosło. Żywiołowa reakcja publiczności, jej zachwyt powracał do muzyków powodując, że – najwyraźniej – dali z siebie jeszcze więcej niż zwykle. My biliśmy brawo im, oni – nam, poruszeni widać cieplejszym chyba niż zwykle odbiorem.

Rozpaliły nas takie numery jak Re-make/Re-model z debiutanckiej płyty RM, a gdy rozbrzmiały pierwsze takty Avalon, zwłaszcza piękniejsza płeć jęknęła z zachwytu. I to był moment, który – zdawało się – zakończy część zasadniczą występu. Jednak w pewnym wieku niekoniecznie ma się ochotę przeciągać całość, znikać ze sceny, a potem na nią wracać. Więc otrzymaliśmy jeszcze pięć fantastycznych piosenek, w tym Let’s Stick Together, Do the Strand i Lennonowską Jealous Guy – i niemal natychmiast potem rozbłysły światła, nie pozostawiając wątpliwości, że to już koniec. Trochę nagle i niespodziewanie, ale w gruncie rzeczy zrozumiale. Dawka – około sto dziesięć minut – była w pełni satysfakcjonująca – zarówno uszy, bo forma gwiazdy wieczoru i całego bandu była imponująca, jak i oczy, bo oprawa wizualna także mogła się podobać. Szczęście fana jest po takim koncercie pełne, takie muzyczne chwile pamiętać się będzie do końca życia.

(Bryan Ferry, Judith Owen, ICE Kraków, 28 maja)

[W NaTemat: 31 maja 2017]

Spodek znów w purpurze

pobrane9

W purple’owskim graniu za dużo jest rutyny, świetnego, ale tylko rzemiosła, perfekcyjnie odrabianych wieczór za wieczorem dawno wyuczonych lekcji.

[more]

*

Gdy niemal równo dziewiętnaście lat temu, w tym samym miejscu, oglądałem występ Deep Purple, byłem bardzo pozytywnie zaskoczony.

Czas był inny.

Wykonawcy z Zachodu dopiero zaczęli do nas zjeżdżać, dopiero wtedy pojawiły się pierwsze okazje, by niemłodzi już często fani mogli zobaczyć w akcji zespoły swojej młodości. I wyjątkowy, jak się miało okazać, moment, gdy tydzień po tygodniu w Spodku grali Jethro Tull (wspaniale), Emerson, Lake & Palmer (słabo), Black Sabbath z Ozzym Osbourne’em (nie byłem, bo budżet domowy nie był w stanie udźwignąć zakupu tylu biletów jednocześnie) i właśnie DP. Zaskoczenie bylo przyjemne, bo cudów się nie spodziewałem, a tymczasem zobaczyłem i usłyszałem kapelę świetnie brzmiącą i bardzo dobrze nagłośnioną.

Teraz nie było inaczej, tylko że… Minęły dwie dekady, jestem w trochę innym miejscu w życiu i bogatszy o dość pokaźną ilość zobaczonych koncertów. No i to, co najistotniejsze: nigdy nie szalałem za Głęboką Purpurą. Moi starsi bracia, u progu lat 70. zafascynowani rockiem symfonicznym, odrzucili gitarowe granie. Gdy obaj wyfrunęli już z rodzinnego gniazda, zacząłem na własną rękę muzyczne podróże. Traf chciał, że na początku lat 80. Jerzy Janiszewski prezentował w radiu całą dyskografię Led Zeppelin. No i stało się: po LZ, rozpoznanym przeze mnie – jak widać – z pewnym poślizgiem, nic już nie miało prawa smakować, a na pewno nie to mocne granie, w którym prawie wcale nie słychać bluesowych korzeni.

W purple’owskim graniu za dużo jest rutyny, świetnego, ale tylko rzemiosła, perfekcyjnie, ale w sposób całkowicie przewidywalny odrabianych wieczór za wieczorem 

dawno wyuczonych lekcji.

Czasem wręcz nudnych jak flaki z olejem dialogów gitarowo-klawiszowych, dobrych może czterdzieści lat temu, ale dziś trącących myszką, tak samo jak cepeliady Dona Aireya, który od lat najpewniej odgrywa podobne solo na swych keyboardach, w polskich koncertach zahaczając o Chopina i dzieweczkę, co do laseczka szła. Wojciech Waglewski w opublikowanej niedawno rozmowie z Wojciechem Bonowiczem powiedział, że publiczność rockowa jest konserwatywna, lubi najbardziej to, co zna. I ta opinia – niech mi wybaczą szalikowcy grupy – świetnie pasuje do tego, co widziałem wczorajszego wieczoru. Mnie podobne granie, trawestując słowa profesora Jerzego Bralczyka, nie ubogaca.

W paru momentach krew zaczynała mi szybciej krążyć, a mianowicie tych, gdy wspomniane już korzenie bluesowe czy rokendrolowe stawały się bardzo czytelne: Lazy, kawałek, za którym kiedyś nieszczególnie przepadałem, dziś jawi mi się jako jeden z najjaśniejszych elementów w układance DP (cóż, dodać muszę, że klawiszowe intro w stylu Keitha Emersona to dla mnie zdecydowany bonus). Zajechany do imentu Smoke On The Water, bez którego żaden koncert grupy obyć się nie może, też ma ten ogień (nomen omen) w sobie. Podobnie jak kawałki na bis – Hush i Black Night. Szkoda wielka, że rozciągnięte w sumie do niemal pół godziny, z – jak wspomniałem wyżej – odklepanymi solówkami i “dialogami” instrumentów – zamiast dołożenia jeszcze jednego czy dwóch zwartych numerów, tak aby bis był tą przysłowiową 

wisienką na torcie.

 Ale i tak cztery takie utwory to prawie wszystkie z tych, które chciałem usłyszeć. Patrząc na setlisty, na Woman From Tokyo nie było co liczyć.

Czy panowie grać będą dalej, czy nie – pozostanie ich decyzją, mają dla kogo, bo katowicka hala wypełniona była po brzegi, ale ja nie przewiduję już swojego koncertu nr 3, nawet jeśli mam dla starszych panów sporo szacunku, a dla Iana Gillana głębokie ukłony za to, że ciągle wokalnie daje radę.

Więcej przyjemności sprawił mi wczoraj support – około czterdzieści minut w wykonaniu Monster Truck, bardzo zdrowo łojącego kwartetu rodem z kanadyjskiej prowincji Ontario, legitymującego się dwiema póki co dużymi płytami. Ich muzyka skrzy się od pomysłów – zgoda, nienowych – i jeśli weny panom nie zabraknie, powinniśmy chyba jeszcze o nich usłyszeć.

(Deep Purple i Monster Truck, Spodek, Katowice, 24 maja 2017)

[W NaTemat: 25 maja 2017]

Dylan potrojony

pobrane8

Dylan należy do grona tych, co to już nic nie muszą, tych, co dawno już udowodnili, co mieli do udowodnienia. Jemu wolno wszystko – po zdradzieckiej zamianie gitary akustycznej na elektryczną, po nawróceniu się na chrześcijaństwo – dziś, jako prawie siedemdziesięciosześcioletni pan, świata zadziwiać nie ma już zamiaru.

[more]

*

Coraz trudniej znaleźć mi powód, by kolejny raz oddać się krotochwilnej czynności pisania, zwłaszcza że pisanie to dotyczy spraw tak niepoważnych, jak muzyka nie-poważna. I tym bardziej, że bardziej uprawnionych do tego nie brakuje i co ja pomiędzy nimi mogę takiego osobnego napisać (i, proszę mi wierzyć, nie jest to z mojej strony mizdrzenie się prowincjonalnej pensjonarki).

Gdy jednak nowy album wydaje mistrz i noblista, a więc 

primus inter pares

w gronie nobliwych gigantów pop music, czuję się, choćby po cichu, wywołany do tablicy. Bo choć – jak niedawno znów mówił Filip Łobodziński, tłumacz tekstów i wykonawca piosenek BD na dwóch krążkach DYLAN.PL – Robert Zimmerman nie jest u nas ani szczególnie znany, ani lubiany, to ja zakochany jestem w nim miłością fana z każdym rokiem, z każdą płytą coraz bardziej. 

Dylan umocował się w moim domu chyba jeszcze zanim poszedłem do szkoły (albo niewiele później), gdzieś na styku lat 60. i 70., gdy moi bracia zrujnowali swoje nastoletnie budżety i wydali ówczesne 120 zł na supraphonowski – czechosłowacki – składak jego piosenek. Płyta, w przepięknej, błyszczącej na granatowo okładce odeszła kilka lat później wraz z kolejną zerwaną znajomością młodszego z moich starszych braci, ale wspomnienie – jak widać – zostało. No i, przede wszystkim, został Dylan ze swoją kopalnią piosenek. Jako dorosły już facet zadurzyłem się w nim powtórnie równe dwadzieścia lat temu, w czym wielki udział miał Paweł Kostrzewa i jego codzienne wówczas, dwugodzinne programy w Trójce. Time Out of Mind (1997) rzuciło mnie na kolana, od tamtej pory kupuję każdy kolejny album artysty, a co kilka miesięcy dorzucam do tego zestawu jakiś starszy krążek.

Dylan należy do grona tych, co to 

już nic nie muszą, 

tych, co dawno już udowodnili, co mieli do udowodnienia. Nawet do odbioru Nagrody Nobla, wciąż najważniejszej literackiej nagrody na świecie, po raz pierwszy przyznanej nie pisarzowi, a szarpidrutowi, podszedł z sobie tylko właściwą dezynwolturą. Jemu wolno wszystko – po zdradzieckiej zamianie gitary akustycznej na elektryczną, po nawróceniu się na chrześcijaństwo – dziś już, jako prawie siedemdziesięciosześcioletni pan, niczym świata nie zadziwi (świat zresztą jakiś czas temu zidiociał i ekscytuje się raczej głupotą niż nielicznymi przejawami mądrości).Triplicate to trzyczęściowa, trzypłytowa i trzecia część trylogii – wespół z Shadows In The Night i Fallen Angels – trzy porcje po, w niewielkim zaokrągleniu, trzydzieści dwie minuty. Tym, co z pewnością zaskakuje, jest tempo wydawania tych albumów:

rok po roku,

co Dylanowi nie zdarzyło się od bardzo dawna. Nie wiem, czy to efekt świadomości, że czas się kurczy i że trzeba się spieszyć. Jednakże słuchając tych nagrań jestem o niebo szczęśliwszy niż przy słuchaniu równie rozpędzonego Neila Younga czy, sięgając do sąsiedniej parafii, przy oglądaniu filmów Woody’ego Allena. Ci dwaj mają bowiem poważny problem z utrzymywaniem w swych kolejnych propozycjach wysokiego poziomu, podczas gdy BD w starej skali ocen niezmiennie gra po prostu na bd.

 
Jego młyn miele kolejny raz pieśni z zestawu The Great American Songbook i robi z tego mąkę wyborną. Wyciszone aranżacje i kameralne wykonania zachwycają, a stare piosenki lśnią zupełnie nowym blaskiem. Wiem, że to świętokradztwo w takim kontekście, ale przypomina mi się, jak przed laty, na opolskim koncercie poświęconym Agnieszce Osieckiej, Stanisław Sojka usiadł do fortepianu i wydobył zupełnie nieoczekiwaną – przynajmniej przeze mnie – urodę z piosenki Uciekaj, moje serce, w oryginale wypitolonej na potrzeby serialu telewizyjnego przez kompozytora Seweryna Krajewskiego.

Nie porównuję, niech mnie Bóg broni, kompozycji Krajewskiego do uświęconych pieśni zza oceanu, chcę tylko nieśmiało zaznaczyć, jak wiele może uczynić inna 

aranżacja.

Dylan z piosenek pełnych orkiestrowego rozmachu i niejednokrotnie połyskliwego blichtru w stylu kasyn Las Vegas wydobywa subtelność, delikatność i oszałamiająco, po prostu, piękne melodie. A gdyby jeszcze komuś przyszło do głowy, że i w takiej aranżacji mogliby pokusić się o ich zaśpiewanie na przykład Celina Dionova albo Matt Dusk, to bluesowe skrzeko-chrypienie mistrza sprawia, że myślimy jednak o półmroku niewielkiego klubu, może i zadymionego i z brzękiem szkła przy barze, ale wręcz zabójczo stylowego. 

Dylan – jak on to robi?! – nagrywa nie swoje zupełnie po swojemu.  Czyż to nie najmocniejszy dowód, że jest i sam czuje się elementem amerykańskiej kultury, ogniwem w łańcuchu zaoceanicznego muzycznego tygla? Jest w tak znakomitej formie, że już nie mogę się doczekać kolejnej płyty. Mam wielką nadzieję, że tym razem z jego nowymi piosenkami. A zresztą, niech robi co chce. Byleby ciągle chciał.

(Bob Dylan, Triplicate, 2017)

[W NaTemat: 7 maja 2017]

Tymon Tymański w porządku jest

tymon_poster

Siedmiu panów i dwie panie, kawał warsztatu, duża kultura muzyczna – naprawdę dobrze zorganizowany hałas dopadł zgromadzonych w sobotni wieczór w katowickim Rialcie.

[more]

*

W południe lektura wywiadu w „Gazecie”, wieczorem koncert. A po koncercie niespodziewany suplement, gdy artysta podchodzi do „naszego” stolika i gratisowo dzieli się z nami, przypadkowymi – cokolwiek by mówić – słuchaczami, kolejną porcją swoich niepokojów, swojej niechęci do rzeczywistości. Cóż, żyjemy w kraju, gdzie możemy próbować udawać się na emigrację wewnętrzną, wypraszać pewnych gości z domu przy pomocy czerwonego guzika w pilocie, ale polityka i tak raz po raz będzie nas dopadać.

Mogę się mylić w swych przypuszczeniach, ale widzę to tak:

facet dobiega pięćdziesiątki,

jest bezdyskusyjnie zdolnym człowiekiem, kimś godnym miana artysty. W tym wieku chciałoby się już dyskontować wcześniejsze dokonania, znaleźć się w dobrze pojętej strefie komfortu, która pozwalałaby realizować kolejne zamierzenia. Czyli, nawet jeśli nie być albo nie chcieć być artystą mainstreamowym, to jednak dysponować dostatecznie dużym kręgiem odbiorców, a co za tym idzie, bezpiecznym zapleczem finansowym.

A polska rzeczywistość, także ta muzyczna, skrzeczy. Tutaj, szczególnie gdy wykonawca nie ma zamiaru ani temperamentu pozwalającego okopać się na wybranych pozycjach, jeśli jest  niespokojnym duchem, gdy wyobraźnia rzuca nim od jednego, jazzowego (jassowego) projektu do drugiego beatlesowskiego, od jednego pomysłu do drugiego, tym trudniej o określenie swojej artystycznej tożsamości i tym łatwiej zaskakiwać publiczność nowymi dokonaniami. A publiczność wtedy ma prawo czuć się zaniepokojona, bo nie wie, czego spodziewać się za następnym rogiem, czyli wewnątrz kolejnej okładki kolejnej płyty. W ten sposób, w kraju, gdzie Złotą Płytę przyznaje się za piętnaście tysięcy sprzedanych egzemplarzy, niezmiernie trudno jest o zdobycie i utrzymanie swojego 

muzycznego elektoratu.

Tym trudniej, im ciężej jest o przebicie się do najważniejszych potencjalnych przedstawicieli tego elektoratu, czyli dziennikarzy – i ich gustów – w rozgłośniach radiowych.

 

Ta refleksja wraca do mnie raz po raz. Bo pamiętam czasy, gdy między Bałtykiem a Tatrami grać potrafiło niewielu, a z tych niepotrafiących całkiem spora grupka nieźle funkcjonowała gdzieś między Opolem, Muzą, Sopotem a Pronitem. Teraz ludzi umiejących  naprawdę dobrze posługiwać się instrumentami jest w Polsce mnóstwo, a ryneczek lidla jest w stanie nielicznych tylko przygarnąć, o przytuleniu nie wspominając.

Dziewięcioro muzyków na scenie Rialta w sobotni wieczór to całe mnóstwo, to także długa lista płac. Siedmiu panów i dwie panie, kawał warsztatu, duża kultura muzyczna – naprawdę 

dobrze zorganizowany hałas.

Pierwsze pół godziny stanowiły pieśni z nowej płyty Tymona & The Transistors, Zatrzymaj wojnę!, pozostałe ponad sześćdziesiąt minut to wcześniejsze propozycje zespołu. Rozrzut stylistyczny ogromny: od Okudżawy do Franka Zappy, od Ciechowskiego do Joy Division, od Wysockiego do Davida Bowiego.

Tymański, macho, absolutny lider, uosabia odwieczne pragnienie mężczyzn: Jim Bean, kobiety i śpiew, czyli jest na szczęście nie cyfrowy, tranzystorowy, a lampowy, analogowy. Dominuje, przykuwa uwagę, mówi sporo pomiędzy utworami, nie przebierając w słowach, zwilża gardło pociągnięciami łiskacza. Ale, co zdecydowanie istotniejsze, pokazuje niemały kunszt jako gitarzysta, ogarnia wszystko, co dzieje się na scenie, daje pograć kolegom, a ci również potrafią naprawdę sporo. Czadu dają świszczypały (termin samego Tymańskiego), czyli saksofon i trąbka, popisowe partie mają też klawiatura i bębny, swoje robią druga gitara i bas, do tego jeszcze panie – na wokalu i wiolonczeli – oj, jest czego posłuchać. Głos Tymańskiego to nie najmocniejsza jego strona, ale te zaskakujące u dużego mężczyzny falsety wdzięcznie i dźwięcznie nawiązują do jednej z wielu fascynacji lidera, czyli The Beatles. Reasumując, Transistors mogą zagrać wszystko, dają radę, energii i chęci cały czas mając pod dostatkiem.

Tylko, cholera, w tym zdecydowanym ukontentowaniu występem kapeli docieram do jego istoty: 

eklektyzmu.

A więc i pytania – dla kogo to ostatecznie jest, kto ma stanowić target? Bo tu niestety nie USA i nie Wielka Brytania, nie Berlin i nie Amsterdam, tu zdecydowanie łatwiej na scenie o utrwalony stan frustracji. Bo podaż olbrzymia, w Katowicach na przykład dzień po dniu koncert albo dwa, bilety sprzedają się opornie – i nie mi w tym miejscu diagnozować, dlaczego.

*

Znów uświadamiam sobie, jak wiele ciekawych rzeczy dzieje się w Trójmieście, jaka tam dokonuje się od czasów Rhytm and Bluesa i Bogusława Wyrobka bezustanna fermentacja, iluż tam zdolnych muzyków, ileż świetnej muzyki się rodzi. A co z tego po latach zostanie? Wysokie czoło i te włosy, których już nie mam, podpowiadają mi, że – niestety – dużo ludzkich niespełnień i tylko kupka płyt. Z jednym zastrzeżeniem: niekoniecznie tych, o których myślimy dzisiaj.

(Tymon & The Transistors, Rialto, Katowice, 22 kwietnia)

[W NaTemat: 24 kwietnia 2017]

Mój Młynarski

pobrane7

Każdy chyba ma swojego Młynarskiego, przynajmniej każdy z grona tych z przykurzonymi już trochę peselami. Ale jest to przecież grupa wykraczająca daleko poza jedno pokolenie.

[more]

Choć wielokrotnie już dawałem do zrozumienia, że najważniejsza dla mnie jest muzyka, że dobry tekst nie jest warunkiem niezbędnym – zawsze przyjemniej nadstawić ucha i posłuchać nie tylko jak, ale i co konkretnie śpiewa wokalista.

Urodziłem się ponad pół wieku temu, zbyt późno, by dostatecznie mocno i w pełny sposób załapać się na artystyczne apogeum rockowe, czyli drugą połowę lat 60. i pierwszą następnej dekady (inna sprawa, ilu ludzi po tej stronie muru berlińskiego miało wtedy szeroki dostęp do tamtej muzyki?). Ale w sam raz, by jako kilkuletni chłopak od razu ustawić swoje słowno-muzyczne radary na właściwe – jak nieskromnie mniemam – tory. By odróżniać 

dwie prędkości:

oddzielić Niemena, Skaldów, Polan, Breakout czy Grechutę od Czerwonych Gitar, No To Co albo Trubadurów, a także uczyć się wyczuwać różnicę między frazą „Lampa nad progiem i krzesło, i drzwi – wszystko mi mówi, że mnie ktoś pokochał”, od na przykład takiej: „Idzie czerwiec borem, lasem, drogą i bezdrożem. Jedną nogą jeszcze tutaj, drugą już za morzem”.

Jedną z pierwszych płyt bigbitowych w moim domu był drugi krążek Skaldów (gra mi teraz, gdy piszę te słowa, i trzyma za gardło chyba mocniej niż przed laty). Wszystko mi mówi, że mnie ktoś pokochał (1968) to lekcja kultury muzycznej, szlachetne połączenie tradycyjnej piosenki z elementami rocka i polskiego folkloru, zaś warstwa muzyczna doprawiona jest jeszcze tekstami trójki mistrzów pióra: Agnieszki Osieckiej, Leszka Aleksandra Moczulskiego i Wojciecha Młynarskiego. Autorstwa tego ostatniego są słowa piosenki tytułowej, dowcipem skrzy się Będzie kolęda („Jezusie, Jezusie, plamy są na obrusie, trza je prać”), a do tego Sen dla mojej dziewczyny i kończący płytę Czy jeszcze zdążę. Na trzecim krążku zespołu pojawiają się kolejne dwa teksty Młynarskiego – Bas oraz Prześliczna wiolonczelistka, jedna z 

najpiękniejszych piosenek

w repertuarze grupy i całej rodzimej muzyce nie-poważnej. Na czwartej płycie mamy jeszcze Katastrofę („Nad każdym wisi katastrofa”).

Czesław Niemen wspominał, jak podczas festiwalu opolskiego w 1968 roku podszedł do niego Wojciech Młynarski i powiedział: „Gdybyś tak skrobnął muzykę do wiersza Norwida Bema pamięci żałobny rapsod, to byłoby coś!”. Cztery utwory z tekstami samego Młynarskiego znalazły się natomiast na piątym, tzw. czerwonym albumie Niemena – Wróć jeszcze dziś, Zechcesz mnie, zechcesz, Chwila ciszy oraz Muzyko moja.

Generalnie jednak trudno uznać Młynarskiego za tekściarza rockowego. Ryzykowne jest dociekanie, dlaczego. Może stało się tak, ponieważ mocne granie prawie zamarło w Polsce w latach 70., a z nastaniem kolejnej dekady i pierwszej Solidarności poszło  w nieco innym kierunku: od tego momentu muzycy najczęściej sami piszą teksty, co, niestety, wielokrotnie skutkuje poruszaniem się na granicy banału i grafomanii. 

*

Do klimatów spod znaku Starszych Panów trzeba dojrzeć, więc do utworów takich jak Z kim ci będzie tak źle jak ze mną dorastałem długo. I choć nigdy nie byłem entuzjastą piosenki o korzeniach „przedrockowych”, francuskiej czy rosyjskiej, Młynarski raz po raz odciskał się w mojej głowie. Nie sposób nie pamiętać najlepszego solowego okresu Ewy Bem i piosenek Żyj kolorowo albo Moje serce to jest muzyk, nie pozostałem też obojętny na frywolne wdzięki utworu z repertuaru Hanny Banaszak – Mam ochotę na chwileczkę zapomnienia. Bliższa mi stylistycznie od dwóch wymienionych tutaj pań Krystyna Prońko fantastycznie zaśpiewała Poranne łzy.

Wielbicielem 

wokalistyki 

Młynarskiego nie byłem, ale przecież jako szczeniak nuciłem Jesteśmy na wczasach, doświadczałem na własnej skórze, jak bon moty mistrza przechodziły do języka mówionego, jak choćby „Przyjdzie walec i wyrówna” czy też „Jeszcze w zielone gramy”. A Nie ma jak u mamy doceniałem coraz bardziej wraz z upływem czasu, tekst tej piosenki wzruszał wciąż bardziej, im więcej siwych włosów miała moja mama. Te słowa są piękne i mocne – i takimi pozostaną, choć jej nie ma już wśród żywych.

Od kilkunastu dni nie ma też już z nami Wojciecha Młynarskiego. Który sprawdza, jak to jest być artystą idącym do nieba. A nam żal, bo tutaj znów zrobiło się puściej.

[W NaTemat: 2 kwietnia 2016]

Wigilia

Słów – które nie ranią, spojrzeń – które leczą, obecności – zupełnie niecodziennej. Nieobecności nie do zapomnienia. Świątecznych serc.

[more]

*

Rodzinna wigilia, choć to i tak niepełny jeszcze skład – jedenaście osób, które miały zasiąść przy stole, wśród nich goście – brat z rodziną. Mającą dojechać dwoma samochodami, z których jeden stał już pod domem, czekaliśmy tylko na troje spóźnialskich. Potrawy – nigdy nie liczyliśmy, czy jest ich dwanaście, więcej albo mniej – były już przygotowane lub finiszowały w garnkach na gazie lub w szklanych miskach w piekarniku. 

Rozległ się – drugi w odstępie kilkunastu minut – dzwonek do drzwi, więc poszedłem otworzyć. Zanim przekręciłem zamek, nacisnąłem przycisk elektromagnesu otwierającego furtkę. Jakież było moje zdziwienie, gdy zamiast spodziewanych biesiadników ujrzałem w ciemności nieznaną męską postać. Która w dodatku skorzystała już z faktu, że furtka została otwarta i zmierzała teraz po kilku schodach w stronę drzwi i mnie w progu.

–  Dobry wieczór – usłyszałem niepewne pozdrowienie, natrafiłem na równie niepewne spojrzenie i pełne napięcia oczekiwanie. Mężczyzna był w nieokreślonym wieku, zaniedbany, zarośnięty, ubrany w jakieś nieforemne i dalekie od stanu względnej czystości łachmany. Nie wyczułem alkoholu ani też natarczywości, raczej wyczekiwanie naznaczone niepewnością, ale i – tak – nadzieją.

Więc to dla ciebie ma być to wolne nakrycie? – pomyślałem. Obok mnie stanęła żona i z niepokojem spojrzała na przybysza wciąż stojącego w progu, a potem przeniosła wzrok na mnie. Uchylone drzwi powodowały, że do środka wpadało zimne powietrze.

– Proszę… – jakoś tak bezwiednie, jakby poza sobą, swoją wolą i rozumem podjąłem decyzję i, ku przerażeniu połowicy, cofnąłem się o krok, by facet mógł wejść do środka. Zrobił to, choć raczej nieśmiało i wciąż wyczekując, co będzie dalej. W przedpokoju znaleźli się już wszyscy domownicy i część gości, też jakby ze zdziwieniem pomieszanym z przerażeniem patrząc na całą sytuację. W tej martwej ciszy, którą przecinało tylko posapywanie potraw w kuchni, nie zdobyłem się na jakieś pytanie czy próbę szybkiego spławienia intruza.

– Niech pan zdejmie buty i proszę za mną.

Poprowadziłem go do piwnicy, gdzie mamy drugą kabinę prysznicową. Szybko wziąłem z półki wielki worek, do którego postanowiłem wrzucić jego nieświeże i – kto wie? – może zarobaczone czy zawszone ubranie.

– Proszę się rozebrać, ciuchy wrzucić do worka. Tu jest mydło, zaraz dam ręcznik. Proszę się umyć, a ja tymczasem przygotuję coś do ubrania.

Moja postura i waga lekkopółśmieszna sprawiała, że niewiele moglem mu zaoferować. Garderoba moich synów, rosłych chłopów, bardziej nadawała się do takich celów. Szybko wyciągnąłem z szaf bieliznę, jakieś stare dżinsy, koszulę i polarową, rozpinaną bluzę. No i kapcie. 

Brnąłem dalej w całą tę sytuację, pewnie miałbym zdecydowanie większe opory i obawy, ale prócz mnie w domu było jeszcze sześciu mężczyzn (reszta gości zdążyła tymczasem dotrzeć), w tym czterech młodych i krzepkich. Ale i tak trudno mi było uwolnić się od myśli, co też zrobi ten mężczyzna, czy jest sam, a może ciągnie za sobą jakieś towarzystwo, czy nie jest bandytą, czy nie przyjdzie mu do głowy przyłożenie komuś noża do gardła albo czegoś innego nieprzewidywalnego. Ogarnąłem wzrokiem pralnię i kabinę, wziąłem do ręki wór i wystawiłem go przed domem. Umyłem ręce i poprowadziłem przybysza do stołu.

Do posiłku zasiedliśmy dobre trzy kwadranse później, niż planowaliśmy, w zwarzonej atmosferze i milczeniu. Zapaliliśmy świece, wysłuchaliśmy czytanego przez jednego z synów stosownego fragmentu ewangelii św. Łukasza, pomodliliśmy się i przyszedł czas składania życzeń. Żona wzięła do ręki talerzyk z opłatkami, każdy wziął jeden i przyszedł moment składania sobie życzeń. Zamiast do żony, zwróciłem się najpierw w stronę niespodziewanego gościa. Nie wiedziałem, co powiedzieć i co zrobić, jakie wykonać gesty. Czułem, jak krew burzy mi się w żyłach i rosną emocje.

– Wszystkiego dobrego, spokojnych świąt – wydukałem.
– Nawzajem.

Wyciągnąłem rękę. Co robić? Drugą dłonią dotknąć jego ramienia? Całować go przecież nie będę. Przytulić „na misia”? Przez głowę przemknęła mi myśl, że zapomniałem dać mu przybory do golenia, a zarost miał chyba tygodniowy. Nadal prowadzony jakąś niewidzialną ręką, wykonałem gest przytulenia, wprawiając w osłupienie resztę rodziny. Zaraz nasze policzki nieuchronnie się zetkną.

Obudziłem się zlany potem, serce waliło jak oszalałe. Szczęśliwie panująca wokół ciemność niemal natychmiast zaczęła przynosić ukojenie: jak dobrze, to tylko senny koszmar! Ale i tak długo jeszcze się wierciłem, zanim udało mi się powtórnie zasnąć. Tak to jest: wiesz, że przyjdzie posiedzieć dłużej w noc – noc wigilijną – przy stole i chciałbyś być w dobrej formie i wyspany, a tymczasem los i senne zwidy płatają ci przykrego figla.

*

Grudniowy wieczór dwudziestego czwartego grudnia ma to do siebie, że zapada bardzo szybko. Umówiliśmy się z bratem i jego rodziną na szesnastą, tak by pół godziny później zasiąść do stołu. Było dziesięć po czwartej, gdy rozległ się dzwonek. Pełna iluminacja w domu nie pozostawiała żadnej wątpliwości co do obecności domowników – przed nikim nie dałoby się jej ukryć. A jednak – nie wiem czemu – zawołałem do synów:

– Chłopaki, spójrzcie dyskretnie przez okno, kto dzwoni.

Voo Voo – więcej niż z środy na czwartek

pobrane6

Waglewskiego wszędzie pełno. Książki Bonowicza i Metza, wywiady w telewizjach i gazetach, jego zdjęcie pojawia się nawet na okładce „Tygodnika Powszechnego”. No, celebryta po prostu. Tyle tylko, że mi to zupełnie nie przeszkadza, zupełnie nie wkurza. Z jednego powodu: bo lubię Pana WW.

[more]

Bo nie opowiada, jak bardzo jest zakochany w nowym obiekcie uczuć, gdzie zamierza spędzić miodowy weekend, na którym najczęściej śpi boku i co jada na śniadanie. Jako współprowadzący „Magiel Wagli” poraża skalą zainteresowań muzycznych, prezentując zwykle nieszczególnie znanych wykonawców z bardzo odległych od siebie półek. Jest w tym bardzo daleki od tych pobratymców w graniu, którzy mówią, że słuchają niewiele albo wcale, ponieważ nie chcą zaśmiecać sobie głowy, albo twierdzą, że nic ciekawego od lat się nie nagrywa. Jak widać na przykładzie WW, mimo pewnego zaawansowania już w latach („godzina młoda/a ciało już mniej”), można ciągle być ciekawym tego, co robią inni, i nie obawiać się, że przeszkodzi to twórczości własnej.

Bo Wagiel senior ciągle jest, by użyć jednej z jego ulubionych formułek, 

ciekawski świata i ludzi.

A że ma zwyczaj ciągłego używania rozumu i zachowuje równowagę między tym rodzajem pychy, który pozwala być artystą, a pokorą i dystansem do siebie – zwykle (co niezwykłe wśród szarpidrutów) mówi mądrze. A jak ktoś mówi mądrze, starannie i powoli dobierając słowa, zawsze – uważam – warto go posłuchać.

Nie mam więc wrażenia, że WW wokół mnie za dużo. Raczej nieśmiało przyznaję, że wreszcie za nim nadążam. Bo – chyba się nie mylę? – trochę zwolnił tempo nagrywania kolejnych płyt, powodując tym samym, że, najzwyczajniej, zaczynam nasłuchiwać i tęsknić za jego nowymi piosenkami. Nie odważę się napisać, że Voo Voo jest teraz lepsze niż dawniej, natomiast jednego jestem pewien – że jest mi od dwóch płyt bliskie jak nigdy. Bo bliska jest mi refleksja człowieka, który ma świadomość, że już schodzi ze swojej góry. Nadstawiam uważniej niż wcześniej ucha – słuchając krążków Dobry wieczór i teraz 7 – gdy przemierza ścieżki miłości i jednej „tylko” kobiety u swego boku, gdy – mimo iż spełniony („Gdybym miał jutro zaczynać od nowa, nie zmieniałbym niczego”), wciąż mocuje się ze światem.

Przede wszystkim jednak 

oszałamia dźwiękami.

Dobieranymi starannie i coraz oszczędniej – i myślę, że gdyby legitymował się paszportem amerykańskim lub angielskim, wymieniany byłby dziś jednym tchem ze starymi mistrzami: Dylanem, Simonem, Stonesami, Van Morrisonem czy Neilem Youngiem. Ale i tak ciągle mam nadzieję – i to coraz mocniejszą, słuchając 7 widoków w drodze do Krakowa i teraz 7 – że drogi WW (Voo Voo) i Grzegorza Turnaua zejdą się wreszcie na dłużej, na całą wspólną płytę. I że będzie to wielkie wydarzenie muzyczne nad Wisłą i trasa z koncertami zupełnie niezwyczajna.

7 to muzyka kameralna, rockowego largo i allegro właściwie tutaj nie ma, żadnego gęstego brzmienia: w każdej sekundzie każdego utworu można pochylić się ku wybranemu instrumentowi. Zachwycić się gitarą, oszczędnym saksofonem, gitarą basową na przemian z kontrabasem czy też perkusją. Wszystko starannie ułożone na muzycznym talerzu, wyważone w swych proporcjach, a przy tym nie ma wątpliwości, że to 

granie z serca,

że spływające z palców nuty naznaczone są lekkością, a nie rodziły się w studyjnych i wystudiowanych bólach. Muzyka snuje się niespiesznie – to nie wodospady gorzały spadające do kieliszków albo wręcz szklanek i pite całymi haustami, do dna. To wino małymi łykami rozprowadzane po języku i podniebieniu, smakowane z uwagą i przełykane po cichu i z żalem, jaki budzą tylko rozstania z kimś bliskim.

Tak grających rodzimych muzyków jest zaledwie garstka, takich płyt, co to mogłyby się ścigać z całym światem – bardzo, bardzo niewiele. I nawet jeśli jest to świat odchodzący, taka kwalifikacja nie ma dla mnie znaczenia, bo to jedyny świat, w którym czuję się choć trochę u siebie. Jednakże Panowie Waglewski, Pospieszalski, Martusewicz i Bryndal z nikim ścigać się nie chcą. Raczej prowokują pytania o to, jak bardzo stępiała nasza – słuchaczy – wrażliwość. Czy jesteśmy jeszcze w stanie usiąść i wysłuchać pięćdziesięciu minut muzyki w skupieniu, nie jako tła, ale jako dania głównego. Jedynego. Bo warto się zatrzymać – ze szczególną uwagą nad znakomitym, jazzującym Czwartkiem. Warto dać się ponieść – do samego końca, aż do fantastycznego, okraszonego partią fortepianu oraz rewelacyjnym solem saksofonu, beatlesowskiego finału Wtorku.

(Voo Voo, 7, 2017)

[W NaTemat: 26 marca 2017]

Stary człowiek i może

mayall

Gdy w pierwszym kawałku Mayall złapał za harmonijkę ustną, można było mieć obawy o jego płuca i serce. Ale gdzie tam! – on doskonale wie, ile może. A może bardzo wiele.

[more]

*

O tym, że John Mayall jest w dobrej formie, słyszałem ostatnio parokrotnie. Nie złożyło się, bym znalazł się w 2015 roku w Zabrzu, nie wybrałem się jesienią 2016 do Wrocławia, ale koncertu w warszawskiej Stodole już nie odpuściłem. Legendę brytyjskiego bluesa widziałem w akcji w 1980 roku w Katowicach, w Spodku, i wtedy nie zrobił najlepszego wrażenia. Jak większość wykonawców debiutujących w latach 60., miał zdecydowanie słabszy okres, zmęczenie materiału było słyszalne gołym uchem. Ale było to tak dawno temu, że trudno zestawiać ze sobą te dwa koncerty, bo przecież w innym miejscu był Mayall czterdziestosiedmioletni, a w innym jest teraz, gdy stuknęły mu już osiemdziesiąt trzy lata.

Pierwsze zaskoczenie spotkało mnie zaraz po wejściu do Stodoły – artysta przed występem podpisywał swoje płyty. Do odrębnego pomieszczenia wpuszczano jednocześnie chyba tylko po kilka osób, ale to zupełnie zrozumiałe, natomiast to, że stary mistrz – tuż zanim pojawi się na scenie – wychodzi do ludzi, już takie oczywiste i powszechne nie jest.

Orkiestra,

jak przedstawił zespół sam lider, była trzyosobowa – poza Mayallem grającym na pianinie, organkach, gitarze i w jednym utworze na organach, jeszcze Greg Rzab na basie i Jay Davenport na perkusji. Sekcja rodem z Chicago była po prostu fantastyczna. W bodaj 2002 roku byłem na koncercie podobnego składu w Spodku – tam Gary Moore zajechał bluesa jak łysą kobyłę, skatował chyba nie tylko moje uszy kaskadami niekończących się solówek, w ogóle nie dając pograć pozostałym dwóch panom, tutaj królowała muzyka: panowie słuchali siebie nawzajem, szanując każdy dźwięk wydobywany przez kolegów. Widać to było zwłaszcza na przykładzie basisty, szalonego muzyka o jazzowej wyobraźni i rockowej ekspresji. Gdy mógł, szarpał struny swego instrumentu, raz po raz wydobywając z niego bardzo nieoczywiste dźwięki, gdy trzeba było, grał miękko, tworząc wspaniałe tło dla piana czy gitary. Jego solówki raz brawurowe, okraszone cytatami (np. z Friday Night In San Francisco), raz zaledwie kilkusekundowe, złożone z kilku zupełnie odjechanych uderzeń, wywoływały entuzjazm na widowni. Znakomicie grał też czarnoskóry perkusista, dając parę solówek, a poza tym przepięknie, niezwykle stylowo nabijając rytm.

Gra samego Mayalla to coś niesamowitego. Jego kondycja fizyczna budzi zdumienie i podziw – mocno starszy pan nie ma w sobie nic ze zniedołężniałego staruszka. Trzyma się dziarsko na scenie, pewnie i prosto, zaś blues, zwłaszcza grany dla tak żywiołowo i gorąco reagującej publiczności, jak ta w piątkowy wieczór, wspaniale go konserwuje. Dużo młodsi (o co nietrudno w jego przypadku) kompani po fachu wyraźnie mu służą, mobilizują i ujmują lat. Mayall jeśli był określany 

wirtuozem,

to harmonijki ustnej. Gdy w pierwszym kawałku złapał za swój najmniejszy instrument, można było mieć obawy o jego płuca i serce. Ale gdzie tam! – JM doskonale wie, ile może, a może bardzo wiele. Tak wiele, że na harmonijce grał w każdym utworze, aż do porywającego Room To Move na bis. Głos może już nie taki jak dawniej, lecz to w pełni zrozumiałe – i tak brzmiał, że daj Panie Boże zdrowie. Gdy w Devil Must Be Laughing Mayall przesiadł się do hammondów, zrobiło mi się jeszcze cieplej na duszy, ale jeszcze bardziej urzekająca była jego  gra na gitarze. Obsługiwał sześć strun jak wielu innych, czarnych mistrzów: pozornie nieczysto, jakby cały czas trochę obok, ale w tym właśnie zawiera się bluesowy kunszt. 

Całość, jakże by inaczej w takich okolicznościach, kołysała się i nas, widzów i słuchaczy, od pierwszej do ostatniej minuty. Ileż w tej muzyce było nieskrępowanej, wręcz dziecięcej radości! Owacje publiczności tylko podkręcały panów na scenie, wyzwalając w nich jeszcze większą ochotę do grania. 

Temperatura rosła

z każdą kolejną pieśnią, wyraźnie wyczuwało się to wyjątkowe „coś”, co zdarza się z rzadka, wówczas gdy koncert przeistacza się w swego rodzaju misterium, magiczny obrzęd. Mayall uszczęśliwiony tak gorącą reakcją dziękował raz po raz, a jego „Thank you very much indeed” upewniało tylko w tym, że siwiuteńki pan na scenie i ten nagrywający w grudniu 1964 roku swoją debiutancką płytę John Mayall Plays John Mayall to ta sama osoba.

Fani bluesa nad Wisłą w sporej mierze wychowali się na „Bielszym odcieniu bluesa”, szacownej audycji Jana Chojnackiego i, dawniej, Wojciecha Manna, w której John Mayall jako ojciec brytyjskiego bluesa miał swoje wyjątkowe miejsce. Do białego koloru skóry grandfa kilka krzyżyków temu dołączyły włosy, bielutkie dziś, choć nadal gęste. Mistrz może jest już stary, ale radość na niego patrzeć, radość słuchać. Razem ze swoją muzyką – bluesem – trzyma się znakomicie.

(John Mayall, Warszawa, Stodoła, 3 marca)

[W NaTemat: 6 marca 2017]