Hey – zespół potrzebny ludziom

pobrane18

Z zastępów debiutujących po 1989 roku wykonawców jeden Hey tak naprawdę ostał się, mając na sobie cały czas skupioną uwagę ogromnej rzeszy fanów oraz tzw. branży.

[more]

*

Ćwierć wieku działalności, trudno nie dostrzec pewnej analogii, że Hey ma historię niemal równie długą jak polska transformacja. I oprzeć się refleksji, że z zastępów debiutujących po 1989 roku wykonawców on jeden tak naprawdę ostał się, mając na sobie cały czas skupioną uwagę ogromnej rzeszy fanów oraz tzw. branży. Że swoimi dokonaniami wpisał się do ekstraklasy historii rodzimego rocka, a w jeden sposób z całą pewnością pozostawia w tyle całą stawkę, z Niemenem i SBB, z Republiką i Maanamem na czele: przez dwadzieścia pięć lat ciągłej działalności cały czas tworzył rzeczy istotne, znaczące artystycznie. (Może i jest jeszcze jedna podobna kapela w Polsce, tyle że jej członkowie przez ponad trzydzieści lat nie nauczyli się grać, co w moich uszach dyskredytuje ją od przynajmniej dwóch dekad).

To, czego byłem świadkiem wczoraj 

w katowickim Spodku, 

wzruszyło mnie wielokrotnie i to bardzo, ożywiając przy tym wspomnienia związane ze szczególnymi chwilami spędzonymi w tej hali. Pominąwszy wszelkie „spędy”, imprezy, w których brało udział wielu wykonawców, pozostawiając na moment z boku zespół pod specjalnym nadzorem, jakim jest dla mnie Dżem, jego sety wieńczące Rawy Blues w latach 80. i występ z okazji trzydziestolecia, przywołuję dwa takie wieczory: powracającego pod koniec lat 80. Perfectu z Hołdysem oraz szalony koncert Obywatela G.C. po wydaniu Tak, tak. Ale i tym razem rozum nakazuje mi uznać wyższość tego, czego doświadczyłem wczoraj, a to z tego mianowicie powodu, iż tamci mieli wtedy za sobą parę, nawet nie dziesięć, lat aktywności, a tutaj jest tego cała „ćwiartka”.

Pełniuteńki Spodek, a na scenie nasi rodacy niczym nieustępujący gwiazdom zachodnim – to rzadki obrazek. Tę magię w sporej mierze tworzył w piątkowy wieczór jeden szczególnie istotny element: powrót do starszego, a nawet najstarszego materiału w jego oryginalnym, oczyszczająco bezkompromisowym, gitarowym brzmieniu. Bo choć byłem jednym z wielu, którzy pozostali przy Heyu po jego stylistycznej wolcie, to oczywiste jest, że – też tak jak wielu – pokochałem zespół za mocne dźwięki, za najlepszy przeszczep grunge’u na polskiej ziemi, za twórcze jego przetworzenie i pójście dalej swoją własną, oryginalną drogą.

 

Tym, co również stanowi o wyjątkowości szczecińskiej kapeli – wciąż mając na myśli naszych najlepszych – jest obecność w jej składzie 

kobiety

(i nie zapominam w tym miejscu o Korze, o której można powiedzieć różne rzeczy, ale nie to, że charakteryzuje ją rockowa barwa głosu). Talent i osobowość Katarzyny Nosowskiej rozkwitały z biegiem lat, a jej przynależność do grona autorów najważniejszych i najlepszych tekstów piosenek nie podlega dziś dyskusji. Moja do niej słabość, razem z jej introwertycznością i – chyba – neurotycznością – wynika ze ściśle merytorycznych względów, a nasiliła się (słabość) ponad półtora roku temu, gdy w katowickim Rialcie formacja promowała krążek Błysk, zaś Nosowska, oprócz znanego od zawsze skromnego i wycofanego „No, dziękujemy”, prowadziła regularną i dowcipną konferansjerkę. 

Ale wczoraj przeszła chyba samą siebie. Pal licho od zawsze niską samoocenę, co jest aż trudne do uwierzenia w przypadku kogoś tak niepospolitego. Wiele jej wypowiedzi skrzyło się od humoru rodem z najlepszych kabaretów – pani Kasia objawiła się wczoraj jako damski porte-parole Grzegorza Halamy. Nie żałowała też anegdot. Kto był albo widział transmisję koncertu w Youtubie, ten wie, kto nie – niech żałuje. Przytoczę tylko jedną: męska część zespołu od lat ma swojego zaufanego mechanika samochodowego. I on niedawno stwierdził: „Byliśmy z żoną w tym internecie, ale tam nic nie ma”.

Przede wszystkim jednak – była w świetnej formie wokalnej, bez problemów dając sobie radę w ostrych kawałkach, co nie zawsze udawało się jej w przeszłości, a w spokojniejszych potwierdzając ogólnie znane walory. I, co pewnie odnotowała większość obecnych na widowni pań, wyglądała zdecydowanie ładniej niż ostatnimi czasy, znów kobieco.

Jedyną kwestią, co do której pozwoliłbym się z nią nie zgodzić, były peany na cześć 

gości,

ściślej – dwóch wokalistów płci męskiej. Mietall Waluś (Negatyw) nigdy wybitnym śpiewakiem nie był, ale wczoraj spalił także wejście w swym ukochanym – jak powiedział – numerze Heya, [sic!]. To i tak nic w porównaniu z Igorem Herbutem (LemON). Pani Katarzyna zapowiedziała go jako przybysza z innej wokalnej planety (choć trochę później wspomniała, że znała go wcześniej z telewizji). Zgadza się – aczkolwiek planeta to mocno powiedziane, raczej satelita – czyli mała hala przy Rondzie – w porównaniu ze Spodkiem,  talentszoły przy przekazie prawdziwie artystycznym. Herbut pozostał do dziś w blokach startowych pewnego programu, w dodatku prezentując się jak większość jego uczestników: w ciągu paru minut trzeba pokazać wszystko, co Bozia dała. Cóż, Igor H. zupełnie nie rozumie, o czym jest śpiewana przez niego piosenka – położył na łopatki coś tak pięknego, jak List.

To tyle krytyki – dotyczącej kilku minut w występie trwającym w sumie prawie dwie i pół godziny. Wszystko inne: palce lizać. Świetna była Brodka – w duecie z Nosowską w Nic więcej… oraz w solowym, kanonicznym odśpiewaniu Zazdrości.

Najważniejszym gościem był jednak, co oczywiste – pierwszy lider zespołu, 

Piotr Banach. 

Czy nie przeszedł go dreszcz, gdy popatrzył na pełną halę, czy nie poczuł podobnego ukłucia, jak – podejrzewam – Mick Taylor patrzący ze sceny na bezkresne tłumy na koncercie Rolling Stones w Hyde Parku parę lat temu? Paweł Krawczyk ustąpił Banachowi miejsca, a zespół zagrał najostrzejszy fragment koncertu, z One of Them, Schisophrenic Family i Misiami. Oj, zadrżałem wtedy cały, bo nie oczekiwałem aż takiego dosypania do pieca. Kapela w ten sposób wróciła przecież do swoich początków. Musiałem potem chwilę przestawiać swoje uszne potencjometry, by wejść w Historie i dalszą część koncertu, wciąż gitarowego, ale bardziej melodyjnego.

Zdecydowanie wybaczam Nosowskiej dwie łzy, które zawisły jej u rzęs w czasie Heledore. To nie Geppert płacząca w minutę po wyjściu na scenę i rozdarciu trzewi w Kocham cię, życie. To adrenalina, emocje związane z pożegnalną trasą i trwającym właśnie koncertem.

Zakończenia

były trzy. Część zasadniczą zamykała Moja i twoja nadzieja, a potem wszystko było już poddaniem się żywiołowi sceny: Teksański, Mimo wszystko i Luli lali, a gdy niektórzy widzowie zaczęli  zmierzać ku wyjściu, bez Jacka Chrzanowskiego, Hey odegrał jeszcze dwa numery: Ja sowa oraz Chyba.

Brakło może wspólnego ukłonu na koniec, ale… Ufam, że jest w tym palec Opatrzności (nie opaczności): że w działaniu członków zespołu jest tyleż przemyślenia, co spontaniczności. Że to jeszcze nie koniec. Bo zagrali fantastycznie – Marcin Żabiełowicz potwierdził swoje superkwalifikacje jako gitarzysta solowy, niski bas Chrzanowskiego sprawił parę razy, że poczułem ciarki na plecach, Paweł Krawczyk, Robert Ligiewicz i Marcin Macuk pięknie dopełnili całości – radością było patrzeć na muzyków zawodowców i zawodowo zrealizowany od strony wizualnej koncert.

I chciałoby się zawołać: jak można, będąc w tak świetnej formie, zawieszać na nie wiadomo jak długo, może na zawsze, działalność?! Odbijam się od ściany po lewej do tej po prawej, od „Trzeba wiedzieć, kiedy ze sceny zejść niepokonanym” do pięknego stwierdzenia pani Kasi, że tak ważne w życiu jest, by czuć się potrzebnym innym ludziom. Właśnie, moje serce fana krzyczy: „Hej, Hey, jesteście potrzebni ludziom!…”.

P.S. Setlista: https://www.setlist.fm/setlist/hey/2017/spodek-katowice-poland-73e052d5.html

(Hey, Fayrant, 8 grudnia, Spodek, Katowice)

[W NaTemat: 9 grudnia 2017]

Śpiewnik Diany Krall

pobrane17

Ta płyta to jeden z dowodów na to, że świat nie cały zwariował, że nie pędzi ciągle jak oszalały do przodu.

[more]

*

Płyta sprzed trzech lat – wydana w lutym 2015 – to już niemal staroć. W bezustannym zalewie tzw. nowości coraz trudniej o poświęcenie uwagi albumom, które ukazały się jakiś czas temu i nic nie wskazuje na to, by miały okazać się wyjątkowymi i wpłynąć choć odrobinę na dalsze losy, w tym przypadku – pop music.

Mam w domu kilka krążków Diany Krall. Przesadziłbym, mówiąc, że to moja szczególnie ulubiona artystka, a jednak jej dokonania –  starannie opracowane i wykonane piosenki o, najczęściej,

jazzowym zabarwieniu 

– budzą sympatię i zainteresowanie. DK jest ponadto żoną Elvisa Costello, śpiewaka, kompozytora i wykonawcy, i ma z nim dwóch synów – bliźniaków (co dodatkowo ociepla wizerunek tej pary w moich oczach, jako osoby podobnie doświadczonej życiowo).

Aż by się chciało napisać, że Wallflower to taka bardziej współczesna wersja American Songbook, gdyby nie fakt, że wśród dwunastu piosenek wybranych przez kanadyjską wokalistkę są utwory napisane nie tylko przez Amerykanów, ale też Anglików, Irlandczyka czy Nowozelandczyka.

Idą święta, czas definiowany jako rodzinny. Ze świecą szukać dziś domów, w których śpiewa się przy tej okazji kolędy. Częściej już spotkamy się z przypadkami stosownych płyt położonych na talerz bądź wrzuconych do odtwarzacza. Wśród zalewu zajechanych do bólu piosenek z dzwoneczkami coraz trudniej znaleźć takie, które wymykają się banałowi (w moim domu są to na przykład krążki rodzin Pospieszalskich albo Steczkowskich). Jak jeszcze dołożyć do tego czas grudniowy w centrach handlowych, gdzie od lat atakują nasze uszy dżinglbelsy, kicz zdaje się nie mieć granic.

Album Krall wydaje mi się świetnym 

zamiennikiem

takiego kolędopastorałkowania, zwłaszcza tego w anglosaskim wydaniu. Sprawdzi się jako nieinwazyjne tło rozmów przy świątecznym stole, snując swe łagodne dźwięki między podłogą a sufitem. Ale równie dobrze, a nawet jeszcze lepiej zadziała, gdy poświęcimy mu więcej uwagi.

Matowy głos Krall kiepsko funkcjonowałby w potężnych, orkiestrowych aranżacjach, tych znanych z wykonań, skądinąd wzorcowych, choćby Franka Sinatry, które z pewnością wybrałaby  Celine Dion. Jest więc zdecydowanie bardziej kameralnie, ale znów – bez prób w stylu, niepodrabialnego przecież, Boba Dylana. Ładność wersji Krall nie ma nic wspólnego z cukierkowatością, z nieznośnym do omdlenia lukrem. Broni ich poczucie smaku: wielka kultura muzyczna, 

dopieszczone aranżacje

zrodzone z tego, że ma się pomysł na opracowanie każdej wybranej piosenki. Nie bez znaczenia na pewno jest fakt, iż nad całością czuwał David Foster. Dominuje wyciszenie – charakterystyczny, ciepły wokal, subtelne chórki, fortepian. Wprowadzane od czasu do czasu smyki tworzą przestrzeń i dodają urody. To naprawdę jest coś: z tak znanych i ogranych zdałoby się numerów jak California Dreamin’ Mamas and Papas, Desperado i I Can’t Tell You Why Eagles, Alone Again Gilberta O’Sullivana  czy I’m Not in Love 10cc uczynić coś bardzo swojego, innego. Jeśli trochę żal, że kilka lat temu Paul McCartney na Kisses On The Bottom zatrudnił Panią Dianę jako pianistkę i nie zaśpiewał z nią nawet jednego duetu, tutaj mamy męskie głosy: Michaela Buble, Blake’a Millsa i Bryana Adamsa.

Ta płyta to jeden z dowodów na to, że świat nie cały zwariował, że nie pędzi ciągle jak oszalały do przodu.

(Diana Krall, Wallflower, 2015)

[W NaTemat: 26 listopada 2017]

cdn – czas do namysłu?

pobrane16

Nie lubię coverów, nowych wersji starych piosenek. Ale w tym przypadku jest inaczej. Zupełnie inaczej.

[more]

*

Nigdy nie przyszło mi do głowy, że trwanie – nielicznych – kapel przez długie lata, przez kilka dekad, to przebywanie 

w strefie komfortu.

Żeby użyć najcięższych dział: na przykład Jagger i Richards, mimo wielu nieporozumień i niedomówień, a nawet nie tak dawnych zapowiedzi rychłego końca, nie przenieśli póki co nazwy The Rolling Stones do historii. I ani mi w głowie podejrzewać, że wynika to między innymi z faktu, że ich solowe płyty nie zbliżyły się popularnością do krążków macierzystej formacji. Nawet jeśli dobra, bardzo dobra nazwa to maszynka do zarabiania pieniędzy, trzeba było czasu, by tak się stało. Nie widzę nic złego w tym, że dyskontuje się – choćby i przez długie lata –  dochodzenie do wysokiego poziomu, pracowanie na to, by zdobyć łaskę słuchaczy. Dyskontowanie postrzegam również w ten sposób, że trzyma się poziom, czyli ciągle walczy o coś, co jest znacznie trudniejsze: by łaski słuchaczy nie utracić. Wielokrotnie udowadniając, że ta maszyna funkcjonuje więcej niż należycie.

A jednak Katarzyna Nosowska mówi o wyjściu ze strefy komfortu, że trzeba przestać podpierać się nazwą Hey i sprawdzić się 

w innych kontekstach.

Można z przekąsem, ironicznie pokiwać głową: łatwo jej mówić, bo ona, będąc frontmanką, ma prostsze zadanie. W dodatku od lat równolegle do działań grupy zajmuje się własną karierą. Ba! Wypracowała już swoją markę, zdobyła wiele nagród, a wręcz doprowadziła do tego, że ostatnie dokonania zespołu, bądź co bądź gitarowego w swych korzeniach, stały się bliźniaczo podobne do jej solowych projektów. Czy jednak tzw. ogół równie dobrze radzi – i poradzi – sobie z nazwiskami Marcina Żabiełowicza, Jacka Chrzanowskiego, Roberta Ligiewicza, Pawła Krawczyka czy Marcina Macuka? Czy, po prostu, osobno są oni w stanie zbliżyć się do poziomu wspólnych nagrań? Zdobyć choć w przybliżeniu podobną popularność, która przełoży się na sprzedaż płyt albo koncertów? Oby moje wątpliwości rozwiał czas.

Póki co – ubolewam nad decyzją o zawieszeniu działalności, odliczając czas do katowickiego koncertu w grudniu w ramach pożegnalnej trasy – „Fajrantu”. Żałuję, bo Hey jest jedyną polską kapelą, która działając nieprzerwanie przez ćwierć wieku, wciąż budzi we mnie żywe i bardzo ciepłe emocje, która – inaczej niż na przykład Kult czy Dżem – nadstawiała ciągle ucha i sprawdzała, co dzieje się w świecie muzyki, zmieniając się i ewoluując.

*

Piotr Metz kilkanaście dni temu poprowadził w Trójce bardzo piękną i bardzo osobistą audycję poświęconą Heyowi i jego ostatniemu, dwupłytowemu wydawnictwu – cdn. Wśród wielu  bliskich mi opinii wygłosił i taką (powtarzam z pamięci): „Muszę się do czegoś przyznać. 

Nie lubię coverów,

nowych wersji starych piosenek. Ale w tym przypadku jest inaczej”. Natomiast ja muszę się przyznać do tego, że bez entuzjazmu przyjąłem informację o albumie złożonym ze starych piosenek w nowych aranżacjach. I nie kupiłem go od razu. Dopiero ta audycja i prezentowany w niej materiał muzyczny sprawiły, że wracając do domu, poczułem nieprzepartą potrzebę zahaczenia o sklep na literę „S”.

Czekałem na to bardzo długo, padły przecież nawet jakieś zapowiedzi – by usłyszeć  zespół taki, jaki pokochałem przed laty – gitarowy. Paradoks cdn polega bowiem na tym, że gitary zrobiły przeciąg w elektronicznym graniu dominującym w ostatnim okresie, że brzmią po prostu oczyszczająco i świeżo.

Od razu trzeba jednak powiedzieć: to dlatego, że niczego po drodze nie spieprzono. Nie próbowano niczego udziwniać ani na siłę zmieniać. Raz jeszcze kapela – razem z producentami całości: CD1 Leszkiem Kamińskim i CD2 Marcinem Borsem i Szymonem Orchowskim – pokazuje swoją wielką klasę. Nawet jeśli w niektórych momentach głos Nosowskiej wydaje się za mało liryczny, a nadmiernie znaczony nikotyną (jeszcze jedna opinia ze wspomnianego programu, tym razem znajomego pana redaktora P.M.: „Wtedy te piosenki śpiewała Kasia, teraz – Katarzyna”).

Nie ma chyba sensu dyskutować nad dokonanym wyborem

dwudziestu sześciu utworów,

zrobili to sami muzycy na etapie przygotowań do pracy nad albumem. Osobiście cieszy mnie całość, choć oczywiście mam swoje typy: szczególną radość sprawiają mi nowe odsłony Teksańskiego (czego zupełnie bym się nie spodziewał), Misiów czy uwielbianego od zawsze Listu, a zachwycają Ja sowa, Eksperyment, 4 pory, Że, Katasza  i – już z racji samej obecności – Moja i twoja nadzieja.

Co zrobi Nosowska w przyszłości – tego nie wie nikt. Być może pochyli się, gdy pośmiertny szum nieco ucichnie, nad swoją N/M, czyli wyszuka nie całkiem oczywiste piosenki Wojciecha Młynarskiego i oświetli je z zupełnie innej strony.  Co zrobią panowie – jeszcze trudniej przewidzieć. Czy będą niczym Krzywański, Ciesielski i Biolik – jak te sieroty bez swojego republikańskiego lidera?

Póki co, choć to przecież jeszcze ciągle przed fajrantem, sam czuję się jak sierota po Heyu, mimo iż członkowie zespołu są młodsi ode mnie. Lecz jeśli zdecydujecie się, proszę pani Kasi i panów, kiedyś powrócić ze wspólnym repertuarem, starym albo i nowym – zagrajcie nam to pięknie.

Świetny materiał muzyczny ukryto w kartonowym pudełku. Do jego środka próbowałem dostać się dwukrotnie: w sklepie (co czynię zawsze, by sprawdzić zawartość) oraz w domu. Bez dodatkowych narzędzi jest to niemożliwe. Szatański koncept, chyba że ma to być dobieranie się do puszki Pandory. Co tam? Co jest w środku? Fanów – moja i twoja nadzieja na ciąg dalszy?

(Hey, cdn, 2017)

[W NaTemat: 19 listopada 2017]

Stadion Śląski Reaktywacja

stadion

Jako mieszkaniec Śląska do tego obiektu zawsze będę miał stosunek daleki od obojętnego, zwłaszcza że w młodości byłem zapalonym kibicem, natomiast muzyka nawet z łysiejącej głowy nie chce mi wywietrzeć.

[more]

*

Radiowa Trójka zjechała 26 października na Śląsk i z niegdysiejszego „kotła czarownic” nadawała swoje audycje. Słuchając rano wspomnień redaktorów oraz słuchaczy, pomyślałem sobie, że też mam co nieco, i to bynajmniej nie małe, do opowiedzenia.

*

Jako mieszkaniec Śląska, a od 1977 roku Katowic, do tego obiektu zawsze będę miał stosunek daleki od obojętnego, zwłaszcza że w młodości byłem zapalonym 

kibicem,

natomiast muzyka nawet z łysiejącej i siwiejącej głowy nie chce mi wywietrzeć. A – jak powszechnie wiadomo – meczów i koncertów odbyło się trochę na chorzowskim gigancie. W głowie mam strzępy szczenięcych wspomnień dotyczących potyczek Górnika Zabrze z AS Roma, Manchesterem City czy Dynamem Kijów. Znacznie więcej niż strzępy to rok 1973 i zwycięskie mecze kadry Kazimierza Górskiego z Anglią i Walią. Do końca życia nie zapomnę czterdziestej siódmej minuty, gdy Włodek (jak mówiła cała Polska) Lubański odebrał piłkę Moore’owi i pognał na bramkę rywali, kończąc rajd wspaniałym strzałem i podwyższając prowadzenie na 2-0. Nie zapomnę też, gdy jakiś czas później, poturbowany przez McFarlanda, opuszczał boisko na noszach, co radykalnie miało odmienić oblicze reprezentacji.

*

Nie dojdę już dziś do tego, czy 10 września 1975 roku to była moja pierwsza wizyta na Śląskim. Polska była wtedy trzecią drużyną świata, a w eliminacjach do ME 1976 przyszło naszym orłom bić się z Holendrami, czyli wicemistrzami świata. To był, ośmielę się powiedzieć, ostatni naprawdę wielki mecz kadry Górskiego, która w proch i pył rozniosła rywali 4-1. Trzynastoletnie gardło zdarłem tak, że następnego dnia w ogóle nie mogłem mówić, za to byłem bohaterem nie tylko w swojej klasie i nie tylko na swoim podwórku.

(W dołączonym filmie słychać głos Jana Ciszewskiego, nieodżałowanej pamięci komentatora i świadka największych triumfów polskiej piłki. Dzisiaj, 12 listopada, mija ćwierć wieku od jego śmierci). W Chorzowie zaliczyłem też między innymi jeden z finałów MŚ na żużlu, a także ostatni występ Lubańskiego w reprezentacji – przeciwko Czechosłowacji. W latach 80., a jeszcze bardziej później, motywacja do tego, by bywać na Śląskim, spadła tak samo jak miejsce futbolistów we wszelkich europejskich czy światowych rankingach.

*

Ktoś mądry jednak doszedł do wniosku, że ten stadion to dobre miejsce do organizowania koncertów. 

Występu AC/DC wraz z supportującymi Aerosmith i Metallicą „wysłuchałem” latem 1991 przez uchylone okna mieszkania, bowiem czteromiesięczne wtedy bliźniaki nie miały żadnej konkurencji, gdy chodziło o spędzanie tzw. czasu wolnego. Pierwszym obejrzanym koncertem był więc dopiero siedem lat później ten, który pozostanie jednym z najważniejszych w moim życiu: 

The Rolling Stones.

Dożyć chwili, gdy ukochana kapela wybiega na scenę przy riffach Satisfaction – bezcenne! Tym bardziej, że koncert był po prostu rewelacyjny, nawet bez You Can’t Always Get What You Want na bis (granego w wielu innych miejscach podczas tamtej trasy – było to po wydaniu Bridges to Babylon).

W 2005 roku spełniło się moje kolejne muzyczne marzenie: by zobaczyć w akcji 

U2. 

Było tak pięknie, że nie było mowy, by cztery lata później tego nie powtórzyć, choć bilety sprzedawano przez internet i, pamiętam, można było dostać zawału. Żonie udało się je zabukować o jakiejś absurdalnej, wczesnoporannej porze, przed wyjściem do pracy. Przy New Year’s Day widownia utworzyła jedną wielką biało-czerwoną flagę, wprawiając w osłupienie Bono i jego kumpli. Ukłonił się głęboko, wywrócił swoją kurtkę na lewą stronę (była w czerwieni) i tak pozostał do końca występu.

Gdzieś po drodze, bardziej jako bodyguard (za przeproszeniem mojej wagi lekkopółśmiesznej) niż sympatyk, trafiłem z nieletnimi jeszcze wtedy synami na koncerty Iron Maiden i Metalliki. Nikt i nic – niech fani wybaczą – nie skłoni mnie do słuchania, jak kolorowy rokendrol przechodzi na czarną stronę metalu. Próbowałem parokrotnie, w różnych życia okresach, ale nie – i koniec.

2007 to trzy koncerty: 

Pearl Jam 

z Linkin Park jako supportem. W sumie zawód, zwłaszcza że osiem lat wcześniej w Spodku było fantastycznie. Tym razem dwukrotnie chrzanił się sprzęt, a panowie zeszli ze sceny po półtorej godzinie, ponieważ mieli obstalowany samolot do następnego miejsca na trasie. Oj, tak się nie robi tym, którzy tyle lat czekali, a nawet jeździli po obcych landach z transparentami „You Forgot Poland”. 

Prawdziwą miazgą był jednak występ 

Red Hot Chilli Peppers. 

Popelina sączyła się z głośników aż miło, tyle że nie dla mnie. Byłem tak rozczarowany, że już bodaj następnego dnia zakupiłem Mother’s Milk, by posłuchać, jak RHCP gra bezkompromisowego rokendrola.

Na 

Genesis

– w parę lat po koncercie w Spodku z Wilsonem jako wokalistą – szedłem z pełnym przekonaniem, że chciałbym usłyszeć zupełnie inny materiał, a otrzymam coś, na co czekają tysiące ludzi. Ten zespół skończył się dla mnie na Second’s Out, a już na pewno na Duke’u – czyli tam, gdzie dla wielu dopiero zaczął. Sceneria grozy – gwałtowna ulewa i burza z wściekle walącymi piorunami – dodały jednak niesamowitego smaku temu koncertowi. Szkoda tylko, że Mama i inne takie to nie moja bajka.

Rok później zaliczyłem ostatni, póki co, koncert na Stadionie Śląskim – 

Police.

Pisałem nawet o nim w blogu. Znakomite brzmienie, lepsze niż trzech kapel rok wcześniej, ale zejście po sześćdziesięciu pięciu minutach ze sceny było jak obicie mnie po gębie. Panowie po miesiącu wspólnego grania, po ćwierćwiecznej – dodajmy – przerwie, mieli siebie tak dość, że nawet nie potrafili spojrzeć od czasu do czasu w swoją stronę. Tak się nie traktuje ludzi, którzy zapłacili za bilet, kupowali i kupują płyty. Dla mnie był to fragment większej całości pt. Sting.

*

Wychodzi na to, że starego zgreda trudno zadowolić. Cóż, tak już mam, trochę w życiu widziałem i posłuchałem i byle czym smarowana kanapka mi nie smakuje. Lecz ufam, że jeszcze na tym samym, aczkolwiek zupełnie innym stadionie, czekają mnie wrażenia wielkie i piękne. Co prawda dwa hasła – Van Morrison i Dave Matthew Band – na które czekam najbardziej, stadionu u nas, w Polsce, nie wypełnią, ale parę innych – kto wie?

Jak w starym serialu: J-23 znowu nadaje. W innej rzeczywistości, wśród paru innych pięknych, ale „tylko” piłkarskich obiektów, w tym z koszmarnym akustycznie, nie do nagłośnienia Stadionem Narodowym w stolicy. Pierwsze imprezy sportowe w Chorzowie  już zapowiedziane, inne planowane. Pora zabrać się za kawałki muzycznego tortu.

P.S. Właśnie ogłoszono, że koncertową inauguracją będzie występ Guns’N’Roses. Mam wątpliwości, czy gwiazdorzy sprzed lat zdołają wypełnić chorzowski stadion. I czekam na kolejne zapowiedzi.

[W NaTemat; 12 listopada 2017]

Robert Plant: popowy czy topowy?

pobrane_11

Jeśli ktoś pytałby mnie o najwybitniejszych wokalistów rockowych, Planta wymieniłbym jako pierwszego, a – po chwili krótkiego namysłu – postawił na najwyższym stopniu podium.

[more]

*

Urodzony w 1962 roku, wychowywałem się na muzyce lat 70. a mając znacznie starszych od siebie braci, nie mogłem nie nasiąknąć muzyką poprzedniej dekady. Gdy bardziej metodycznie zacząłem penetrować pop music, wsiąknąłem w tamten okres – dosłownie – po uszy, dokładając sobie jeszcze drugą połowę lat 50. Nie wiem więc, jak to jest być znacznie młodszym i nie wychować się na Beatles, Stones czy Led Zeppelin. Jak to jest odbierać ich, a także nowe nagrania członków słynnych kapel z tamtego czasu, nie nosząc w sobie muzycznych emocji z gatunku tych największych i najgorętszych. 

Jeśli ktoś pytałby mnie o 

najwybitniejszych rockowych wokalistów,

Planta wymieniłbym jako pierwszego, a – po chwili krótkiego namysłu – postawił na najwyższym stopniu podium. Potem dopiero zastanawiałbym się nad Freddiem Mercurym, Jimem Morrisonem czy Mickiem Jaggerem. Plant – bo, po pierwsze, był wokalistą największego łojącego ansamblu w historii rokendrola, a po drugie  – robił z głosem, pozostając w rockowej konwencji, co chciał.   Wyciągał, za sprawą barwy, bardzo wysokie rejestry, był tzw. screamerem: świetnie się darł i krzyczał, ale też, po prostu, pokazywał – i pokazuje do dzisiaj – że umie śpiewać kawałki utrzymane w średnim tempie i potrafi być liryczny.

Spracowana twarz

na okładce nowej płyty, ogorzała od tytułowego ognia, to oblicze niepokojąco niemłodego już idola (pojawiają się wręcz jakieś skojarzenia z Iggym Popem, choć gdzie tam Plantowi do niego, gdy chodzi o igranie z ogniem, to jest – chciałem powiedzieć – z życiem). Zawartość jednak rozwiewa niepokój – RP od dawna prowadzi się należycie, a jego głos wciąż brzmi czysto i pięknie. Wręcz anielsko.

A jak anioły – to i

syreny.

Przed laty sięgnął (na Dreamland, 2002) po kawałek Song to the Siren, interpretując go w bardzo podobny sposób jak osiemnaście lat wcześniej zrobili to Elisabeth Frasier i Robin Guthrie na pierwszej płycie This Mortal Coil. I po kilkakrotnym wysłuchaniu nowej płyty Pana Roberta od skojarzeń z TMC nie umiem się uwolnić. Oczywiście, tam dominowały instrumenty elektroniczne, klawiszowe, u Planta, na szczęście, jest inaczej, pojawia się piano, gitara akustyczna albo smyki. Jest też trochę gitar elektrycznych, zdecydowanie więcej niż na przykład na poprzednim albumie, są – tradycyjnie już – elementy muzyki bliskowschodniej czy afrykańskie bębny, ale całość daje obraz 

krainy łagodności:

wyciszonego wokalu i ładnych melodii, których jednak faktura oraz aranżacja dalekie są od popowego banału. Nawet gdy pod koniec albumu na plan pierwszy wysuwa się brzmienie instrumentów elektronicznych, gitara – na zasadzie kontrapunktu – brzmi szczególnie ostro.
Carry Fire nie zmusza słuchacza do przyklęknięcia. Nie jest to bowiem album wybitny, album, na którym stary mistrz szuka swoich nowych ścieżek. Jest ciągiem dalszym Lullaby and… THE CEASELESS ROAD, co słychać bardzo wyraźnie, zwłaszcza gdy pomiędzy kolejnymi odsłuchaniami nowej płyty włożyć do odtwarzacza tę z 2013 roku – i to może stanowić dla niektórych powód do niejakiego zawodu. Nie mam jednak wątpliwości, że to bardzo dobry zestaw piosenek, kolejny raz dowodzący wielkiego talentu muzyka, który wciąż trzyma poziom i klasę. Powtórzę, co już zdarzyło mi się parę razy napisać: ilu ich jest, ich – starogwardzistów – co ciągle są aktywni i ciągle nagrywają płyty, nad którymi nie sposób się nie pochylić? Tych, co ciągle tworzą muzykę, przy której nie sposób się – z satysfakcją starego fana – nie uśmiechnąć? Szczególnie szeroko na przykład wtedy, gdy w końcówce Bones of Saints cytuje wokalizę z The Battle of Everymore.

(Robert Plant, Carry Fire, 2017)

[W NaTemat: 5 listopada 2017]

Borówkowy Kombinat, czyli prawdziwy festiwal eurowizji

pobrane15

Dwóch Islandczyków o posturach drwali, pięciu pięknych chłopców z Litwy, kowboj z Ukrainy oraz Ukrainka i Polka w strojach ludowych – międzynarodowo i kolorowo było wczoraj na dwóch scenach Chorzowskiego Centrum Kultury. W odróżnieniu od „prawdziwego” Festiwalu Eurowizji – kameralnie, bez kamer, za to z przekazem na więcej niż sensownym poziomie wykonawczym.

[more]

*

Dwóch Islandczyków, o posturach, nie przymierając, drwali, pięciu pięknych chłopców w garniturach lub kamizelkach i białych koszulach z Litwy, kowboj z Ukrainy oraz Ukrainka i Polka w strojach ludowych, mające u boku dwóch panów –  międzynarodowo, kolorowo i różnorodnie było wczoraj na aż dwóch scenach Chorzowskiego Centrum Kultury. W odróżnieniu od „prawdziwego” Festiwalu Eurowizji – kameralnie, bez kamer, za to z przekazem na więcej niż sensownym poziomie wykonawczym.

Wykonawcy, poza ostatnim, raczej tzw. ogółowi nieznani. Nieobecni z Zetkach, Eskach czy RMF-ach, a i w Trójce chyba też nie. Łączy ich fakt, iż związali swe losy, przynajmniej gdy chodzi o nasz rynek, z Bartkiem „Borówką” Borowiczem. Patrzyłem wczoraj (pierwszy raz) na niego, słuchałem konferansjerki – i podziwiałem sympatycznego, normalnego faceta. Parę lat temu nie brakowało złośliwych komentarzy, gdy agencja Borówka Music legitymowała się jedną wydaną płytą. Dziś Piotr Brzeziński, czyli Peter J. Birch, przebija się powoli do mainstreamowej świadomości, zaś Bartek… 

Miał wczoraj na sobie białego tiszerta w czarne albo szare ołówki. A więc tym, muzyką – pomyślałem – zajmuje się w dorosłym życiu 

Zaczarowany ołówek (Ołówek),

bohater jednej z moich ulubionych kreskówek z dzieciństwa. Życie jest brutalne: nie da się, jak w animowanym filmie, jednym rysunkiem wyczarować Złotych Płyt, pełnych sal koncertowych, Grammy czy Fryderyków. A jednak – wbrew rynkowi opanowanemu przez potężne koncerny płytowe i agencje koncertowe – można walczyć o kawałek tortu, realizując przy tym swoją największą życiową pasję.

Na pierwszy ogień „poszedł” Ragnar Ólafsson. O gusta nie sposób się spierać, ale z wielu propozycji Borówka Music  pierwsza solowa płyta Islandczyka, znanego wcześniej niektórym z występów w  formacji Árstíðir)  idealnie wpisała się w moją wrażliwość. Pewnie m.in. dlatego, że odwołuje się do rzeczy „starych”: Simona i Garfunkela, rocka progresywnego – mimo swej kameralności – i Radiohead z okolic O.K. Computer. Obawy, jak staranna i bogata chwilami aranżacja płytowych wersji piosenek przełoży się na koncert, w którym RÓ grający na gitarze akustycznej wspierany jest tylko przez gitarę elektryczną (i damski wokal w jednym numerze), były niepotrzebne. Choć 

Ólafsson

nie gra wybitnie – bo akordami, a nie palcami – całość świetnie się wybroniła. Dzięki przyzwoitej grze na instrumencie połączonej z bardzo ciekawym głosem (Islandczyk to duży mężczyzna operujący o wiele częściej delikatnością niż dociskaniem, przy tym świetnie radzący sobie z falsetami) oraz dającej oddech, lirycznej najczęściej – w stylu floydowsko-gilmourowym – gitarze elektrycznej dało się osiągnąć naprawdę przedni efekt. Wydaje mi się, że Ólafsson ma wszelkie dane, by przebić się na naszym rynku, że gra coś, co stary wyjadacz Piotr Kaczkowski lubi najbardziej, a w ślad za nim – wielka rzesza wyznawców Minimaksu.

Po artyście z Islandii na scenie stanęło pięciu ładnych i dobrze ubranych młodzieńców z sąsiedniej Litwy. Chłopaki podobno są tam sporą gwiazdą, zbierającą wiele krajowych nagród. Choć rozumiem Borowicza, który szuka w Polsce i ościennych krajach nieodkrytych jeszcze przez rodzimego słuchacza wykonawców, tym razem wydaje mi się, że to strzał chybiony. Bardzo schematycznego pop-rocka mamy w rodzimym wydaniu dostatecznie dużo, by nie mieć ochoty  zwrócić baczniejszej uwagi na towar z importu. 

Colours of Bubbles 

to, z zachowaniem proporcji, taki Coldplay. Czyli, jak powiedział onegdaj w wywiadzie dla „Rzeczpospolitej” Piotr Metz, ilustrując rozróżnienie między pojęciami „muzyka” i „entertainment”, zdecydowanie to drugie. Schemat goniący schemat, banalne piosenki ubrane czasem w niby ostry aranż – może to coś nowego na Litwie, ale w świecie znane od lat. Do dojrzałego Myslovitz Colours daleko, ale tak sobie przypomniałem, dlaczego nie wypaliła kariera Rojka i kolegów na Zachodzie: w Wielkiej Brytanii podobnie grających zespołów mieli mnóstwo, w dodatku lepiej śpiewających po angielsku.

O wiele przyjemniej zrobiło się podczas seta 

Sashy Boole’a, 

niewysokiego, ale z potężnymi barami artysty z Ukrainy. Niezwykle sympatyczny songwriter zagrał sam (inaczej niż na swojej trzeciej, najnowszej płycie), ale wybronił się znakomicie. Wyposażony był nieźle – w gitarę akustyczną na ramieniu, przystawkę do harmonijek ustnych (szeroki pas na biodrach z ich zestawem wyglądał groźnie, na Ślonsku godajom: choby z handgranatami), a pod prawym butem urządzenie dające efekt stopy perkusyjnej, wzmocnionej jeszcze w końcowych fragmentach występu założonym „tamburynem”. Ach, i jeszcze dwa mikrofony – drugi brzmiący niczym megafon (przepraszam, brakuje mi fachowej wiedzy, by właściwie nazwać instrumentarium Sashy). 

To była porcja muzyki przeznaczona szczególnie dla miłośników amerykańskiego Południa, bluesa, country, folku, porcja bardzo świeża i okraszona na dodatek uroczą konferansjerką (w głowie od razu pojawiły się jakieś skojarzenia z Aloszą Awdiejewem).

Całość zwieńczył występ 

Dagadany

– kwartetu niezwiązanego bezpośrednio z Borówka Music, ale z racji pomieszania tego, co ukraińskie i polskie, co ludowe, jazzowe i elektroniczne, świetnie wpisującego się w międzynarodową formułę agencji. To muzyka, która nie całkiem jest moją bajką, zwłaszcza gdy – jak na początku – elektroniki było sporo, nie jestem też wyznawcą bezustannego forte, wokalnego natarcia, a tak śpiewa Dana Vynnytska (pisownia z oficjalnej strony zespołu). Jednak gdy melodii, ludowości i piana pojawiło się więcej, gdy odnalazłem klimaty z okolic wczesnej Kate Bush czy Tori Amos, serce zabiło zdecydowanie żywiej.

*

Pozostaje, mimo zgłoszonych zastrzeżeń,

pogratulować pomysłu

organizatorom koncertu. Sto dziewięćdziesiąt minut za niewygórowane trzydzieści złotych to przyjazna dla ucha i kieszeni dawka. Bardzo dobrą i pozwalającą zachować dobre tempo koncepcją było też przenoszenie akcji z sali koncertowej do foyer i z powrotem. Po występie Ragnara Ólafssona obejrzeliśmy wystawę zdjęć Bartka Busza, dokumentującą jedną z tras Sashy Boole’a po Polsce i jednocześnie zapowiadającą publikację książkową. Wróciliśmy do sali, by obejrzeć występ litewskiego kwintetu, potem, znów we foyer, wysłuchaliśmy grającego na specjalnie zbudowanej małej scenie ukraińskiego solisty, a na koniec wróciliśmy na fotele, by wziąć udział w koncercie Dagadany. Oszczędzono w ten sposób słuchaczom nużącego czekania, aż scena zostanie przeinstalowana na potrzeby kolejnego wykonawcy.

Kiedyś w Chorzowskim Centrum Kultury odbywały się cyklicznie koncerty, które wraz z gospodarzami przygotowywał nieodżałowanej pamięci Marcin Babko. Wówczas prezentowali się wykonawcy rekrutujący się głównie z województwa śląskiego. Czy teraz – choć formuła inna, międzynarodowa – możemy spodziewać się, iż Kombinat nie będzie jednorazowym wydarzeniem?
(Festiwal Kultury Nieprzymuszonej Kombinat – Dagadana, Sasha Boole, Colours of Bubbles, Ragnar Ólafsson, Chorzowskie Centrum Kultury, 27 października)

[W NaTemat: 28 października 2017]

Omega na aktywnej emeryturze

pobrane13

Słucham koncertowych wersji utworów, w większości dobrze mi znanych, z rozrzewnieniem i nostalgią, ale i z potwierdzonym po latach wrażeniem, że mieliśmy i mamy nadal do czynienia z zespołem niepospolitej miary.

[more]

*

Dzieciństwo i młodość musiałyby być czymś bardzo niedobrym, by nie chcieć do nich wracać. Moja pamięć, wciąż jako tako dopisująca, sięga czasów coraz bardziej odległych, bo lat 60. – w dodatku, jak coraz częściej się mówi i pisze, ubiegłego stulecia. Okien na świat było wtedy nie za wiele, a większość z nich zaledwie uchylona. Muzyka rockowa przesączała się przez mur berliński wąską strużką, ale dostatecznie wartką, by skazić krew milionów młodych ludzi zza żelaznej kurtyny.

Ówczesne, pożal się, Boże, elity polityczne na różne sposoby próbowały ujarzmić albo przynajmniej zapanować nad zjawiskiem, którego za bardzo nie rozumiały. Skoro już nie można było udawać, że czegoś nie ma, starano się, tak jak całą gospodarkę, narastający

proces szarpidructwa

okiełznać, a że w rękach państwa było praktycznie wszystko, sprawowanie kontroli przychodziło tym łatwiej.

Na różne sposoby więc też próbowano nam wmawiać, że socjalistyczne nie jest gorsze od zgniłego kapitalistycznego, ba! – jest częstokroć znacznie lepsze, bo własne. Jednakże rock zawsze był dzieckiem niepokornym, w odróżnieniu od tradycyjnej piosenki. Właśnie: był, toteż jeden z wentyli stanowiły – tradycyjnie nieliczne – programy muzyczne prezentujące głośne granie z demoludów rodem. Nieocenione usługi w tym zakresie oddał Dariusz Michalski, prowadzący w Trójce, we wtorki, Muzyczną Pocztę UKF i prezentując muzykę „stąd”. Redaktor miał do dyspozycji jeszcze piątkowe Interradio – magazyn informujący o bieżących wydarzeniach. I tak balansując, by i Panu Bogu oddać, co boskie, i diabłu zapalić ogarek, prezentował płyty „najwybitniejszych” przedstawicieli ostrego grania naszego Wielkiego Brata, wynajdywał nawet propozycje rumuńskie albo bułgarskie. Ale wszyscy czekaliśmy na to, co w kadeelach było najlepsze: muzykę z ówczesnej Jugosławii, pewne propozycje z Czechosłowacji albo NRD, ale nade wszystko – przynajmniej tacy jak ja – na krążki wydawane przez 

madziarską Pepitę.

Dobrze grających kapel było nad Dunajem, uwzględniwszy populację naszych bratanków, wyjątkowo sporo, a i paru solistów, jak chociażby Zsuzsy Koncz, też im zazdrościliśmy. Był Fonograf, General, Piramis, Scorpio, ale przede wszystkim dwie formacje: Locomotiv GT (zasłuchany pod koniec lat 70. w Steely Dan) oraz – no właśnie – Omega.

Mam parę pięknie wydanych – to też budziło naszą, Polaków, zazdrość – winyli z tamtych czasów, do których wracam z sentymentem, ale i przyjemnością – zwłaszcza do albumów VI i VIII. W 2001 roku, podczas pobytu na Węgrzech, rozglądałem się za krążkami kompaktowymi, ale, o dziwo, nie natrafiłem na żadne. U nas także pojawiają się z rzadka i zwykle drogie. Dlatego zaskoczyła mnie niedawna oferta MM – Greatest Performances, dwupłytowy zestaw nagrań koncertowych wydany z okazji…

pięćdziesięciolecia

istnienia zespołu, w cenie niespełna dwudziestu złotych.
Słucham tych koncertowych wersji utworów, w większości dobrze mi znanych, z rozrzewnieniem i nostalgią, co nietrudno było przewidzieć, ale i po latach wrażeniem potwierdzonym, a wręcz – świeżym uchem – umocnionym, że mieliśmy i mamy nadal do czynienia z zespołem niepospolitej miary.

*

I cóż z tego, że to mainstream rockowy czasem aż do bólu. Osobiście szczypie mnie w uszy, gdy słucham podobnych rzeczy w trochę innym wykonaniu – grup, o których nikt nigdy nie zapomniał, a ich niektóre utwory zajeżdżono w polskim radiu jak łyse kobyły. Nazwy? Proszę bardzo, już się narażam: Deep Purple i Pink Floyd, dorzucę jeszcze Scorpions. Sam sobie odpowiadam na wątpliwość – dlaczego w przypadku Omegi uwodzi i wzrusza mnie to samo, co w tamtych przypadkach powoduje wręcz zgrzytanie zębami? Bo Omegi od lat nikt nie prezentuje, nie przypomina (poza t y m jednym numerem), a warsztat – co dobrze słychać na omawianym albumie – mają ci panowie wyborny, niczym nieustępujący wielu uznanym i świetnie zarobionym tuzom, nawet jeśli wziąć poprawkę na fakt, iż pięciu niemłodych już muzyków wspomagają na scenie inni. No i wszelkie chwyty tzw. 

rocka stadionowego

– w tym miejscu do wymienionej trójki dorzuciłbym jeszcze Queen – także mają opanowane do perfekcji.

Szczyt artystycznej formy w przypadku Omegi przypada na drugą połowę lat 70. Z tamtego okresu rekrutuje się więc przeważająca część materiału dwupłytowego wydawnictwa. Zawsze oczywiście pojawia się niedosyt, bo repertuar koncertowy „odsiał” kilka bardzo interesujących kawałków (jak choćby dwa numery kończące album Omega VII), lepszych niż niejeden z obecnych w setliście, ale do tego już przywykłem, przyglądając się i przysłuchując przez lata choćby naszemu Dżemowi. Moja żona, z jakichś powodów w czasach licealnych uodporniona na wpływy takich kapel, jak SBB czy właśnie formacje węgierskie („Czego wy w tym Chorzowie wtedy słuchaliście?!” – zapytałem kiedyś ironicznie i z wyrzutem) stwierdziła, że brzmi to archaicznie. Hm, dobrze, ale czy muzyka sprzed kilkudziesięciu lat może ścigać się z powstałą dopiero co? Dobre stare jest lepsze niż takie sobie nowe, powiem krótko. A po przejrzeniu – kolejny raz – artykułu o zespole w wikipedii upewniam się w przekonaniu, że SBB była formacją najbardziej poszukującą w tej części Europy, zaś Omega znakomicie wpisywała się w nurt mainstreamowy. Miała wszelkie dane ku temu, by 

odnieść sukces

zarówno artystyczny, jak i komercyjny, ale duch marksizmu i leni(ni)zmu oraz czujne ręce aparatczyków pilnie czuwały nad tym, by ta bajka o wschodnioeuropejskim Kopciuszku przypadkiem się w okolicach Londynu nie ziściła.

  

Pozostaje ukłonić się nisko kwintetowi, który od dawna tworzą János Kóbor, László Benkő, Győrgy Molnár, Mihály Tamás i Ferenc Debreczeni – za to, czego dokonali przez te wszystkie lata. I z zazdrością odnotować fakt, że na ich olbrzymie, jubileuszowe i stadionowe koncerty zjeżdżają fani nie tylko z całych Węgier, ale z różnych miejsc w Europie, zaś rodzimi Skaldowie obchodzili półwiecze na festiwalu w Opolu (co i tak nie jest pozbawione pewnej wartości). A urodę Leny, jednego z największych przebojów zespołu, pochodzącego z krążka Omega VIII, przyszło mi w pełni, z zachwytem, docenić dopiero dziś.

(Omega, Greatest Performances, 2012)

[W NaTemat: 21 października 2017]

Gizmodrome!

pobrane_1

Bębniarz Police Stewart Copeland, gitarzysta i wokalista Franka Zappy oraz King Crimson Adrian Belew, basista Level 42 Mark King oraz keyboardzista Vittorio Cosma uśmiechają się do nas ze wszystkich zdjęć umieszczonych na okładce płyty – to świetnie definiuje klimat, jaki panował w studiu w czasie nagrywania krążka.

[more]

*

Gdy dowiedziałem się, że materializuje się taki projekt, serce zabiło mi mocniej. Jeśli pamięć mnie nie myli, poprzedni 

superskład 

to Them Crooked Vultures z Joshem Homme’em, Dave’em Grohlem i Johnem Paulem Jonesem i ich jedyna płyta sprzed ośmiu lat. Gdy spotykają się słynni muzycy mający w swoim CV członkostwo w słynnych kapelach, nie sposób przejść obok tego obojętnie i, co zdecydowanie istotniejsze, bez nadziei na nową jakość i kawał dobrego grania.

Bębniarz Police Stewart Copeland, gitarzysta i wokalista Franka Zappy oraz King Crimson Adrian Belew, basista Level 42 Mark King oraz keyboardzista Vittorio Cosma uśmiechają się do nas ze wszystkich bodaj zdjęć zamieszczonych na okładce oraz w książeczce dołączonej do płyty formacji Gizmodrome. Widać – i słychać! – że zażarło, że jest chemia, że wspólne granie dało czterem niemłodym już panom mnóstwo radości.

Dwanaście utworów tworzących album kipi energią, jazda jest naprawdę przednia i bardzo wysokiej próby. Głowa oczywiście od razu chce to jakoś ogarnąć, wpisać w kontekst szerszy niż umieszczenie krążka na domowej półce wśród wykonawców na literę G. Tak więc te 

rozwibrowane dźwięki

kojarzą mi się z Dave Matthews Band, a jeszcze bardziej z dokonaniami Carlosa Santany – i to tymi najlepszymi. Tym, co bardziej oczywiste, są regałowe i chórkowe klimaty spod znaku Police, czemu trudno się dziwić, zważywszy że Copeland dostarczył najwięcej materiału na płytę. Są gitarowe odloty spod znaku Zappy i King Crimson, ale też Hendriksa – riffy chwilami zaiste potężne. Są linie ostrego, funkującego basu, są echa Talking Heads i wspólnego dzieła Byrne’a oraz Eno My Life In The Bush of Ghosts.

Całość działa – i to wybornie. Wciąż mam ochotę podkręcać potencjometr we wzmacniaczu, jakby z chęci sprawdzenia, czy ta muzyka może stać się zbyt głośna, czy nadmiar decybeli jest w stanie przebić, przykryć nieokiełznaną energię emanującą z każdego wydobytego przez czterech panów dźwięku. Pewnie tak, ale jeśli ktoś chce takiej muzyki słuchać cicho, lepiej niech nie słucha wcale. 

Marzy mi się udział w ich 

koncercie

– zespół ma ruszyć w trasę w 2018 roku. Właśnie teraz, gdy ten miłosny czworokąt jest tak świeżym doznaniem dla wszystkich (choć cały proces powstawania, nagrywania i realizacji płyty był nieźle rozciągnięty w czasie). Teraz, gdy to rozsadzanie wszystkich zmysłów – jestem pewien – da się natychmiast przenieść ze sceny na widownię. I nic to, że wspólnego materiału, przynajmniej tego zarejestrowanego na płycie – jest zaledwie na trzy kwadranse. Nie mam wątpliwości, że uraczono by słuchaczy pełnowymiarowym i pełnokrwistym występem.

 

Tyle że taki koncert nie mógłby odbyć się w Polsce. Tu prawie nikt nie zaprząta sobie głowy tą płytą, Poza Gabą Kulką, która na bardzo gorąco, tuż po ukazaniu się albumu, poświęciła całą swoją Trójkową audycję Gizmodrome właśnie, racząc słuchaczy obszernymi fragmentami interesującej rozmowy z Copelandem i Belew. Jedna Kulka wiosny jednak nie czyni, od Pani Kulki do efektu kuli śnieżnej bardzo jeszcze daleko. Niestety, zupełnie nie rozumiem tego braku zainteresowania – co stwierdzam z przykrością, bo dla mnie to jedna z najważniejszych płyt 2017 roku.

(Gizmodrome, Gizmodrome 2017)

[W NaTemat: 12 października 2017]

Królowe Kamiennego Zachodu albo szwarccharaktery

pobrane12

Warto było czekać. Bardzo warto. A byłbym zawiedziony, rozczarowany, gdyby nie. Gdyby się okazało, że wielka forma z „…Like Clockwork” (2013) oraz „Post Pop Depression” (2016) nagle gdzieś umknęła.

[more]

Nie umknęła. I jestem szczęśliwy, bo gdy emocje związane z Pearl Jam przestały już być tymi z gatunku najmocniejszych, zastanawiałem się wielokrotnie, czy w rocku doczekam kiedyś jeszcze – po domknięciu piątego krzyżyka – wykonawcy, który zdoła mnie poruszyć, uruchomić tę kruchą nić zachwytu zastrzeżoną dla szczególnie mocnych doznań.

Do Josha Homme’a i jego QOTSA podchodziłem z poślizgiem i z niejakimi oporami. Uparte lektury wcześniejszych płyt doprowadziły mnie jednak  do zachwytu nad poprzednim albumem zespołu. Zachwytu, dodam, dawno w takiej mierze nieodnajdywanego podczas słuchania płyt. Wydawnictwo firmowane nazwiskiem Iggy’ego Popa tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że Homme robi teraz rzeczy w rocku najlepsze.

*

I oto wreszcie jest 

upragniony nowy krążek.

W tle mamy zamachy – ten w Paryżu w listopadzie 2015, zwłaszcza  w klubie Bataclan podczas koncertu Eagles of Death Metal, czyli kumpli JH. Oraz ten tegoroczny, majowy po koncercie Ariany Grande w Manchesterze. Poruszony lider QOTSA mówi, że z niczym nie należy zwlekać, bo będzie się tego żałować. Trzeba działać natychmiast – jeśli chce się coś zrobić, należy to robić niezwłocznie. 

Dużo przy okazji Villains mówi się też o Marku Ronsonie, producencie znanym dotąd raczej ze współpracy z wykonawcami  lżejszej muzyki. Osobiście nie przeceniałbym jego roli. W ostatnich dniach w domowej szufladce wylądowały też wcześniejsze krążki Queens i, najzwyczajniej, dostrzegam na nich klawiszowo-komputerowo-syntezatorowe patenty bliźniaczo podobne do tych najnowszych. Zresztą sam Homme stwierdził, że przy powstawaniu nowego materiału najpierw był pomysł na pewne rozwiązania brzmieniowe, a dopiero potem koncept, by Ronson, notabene wielki fan QOTSA, został producentem całości. Josh H. jest po prostu artystą tej miary, że płyty, w których zanurzy swoje wszystkie dziesięć palców, będą bardziej jego niż jakiegokolwiek producenta.

On robi swoje. Gra 

ostro, ostrzej

niż na poprzedniej płycie. Chwilami, jak dawniej, z wielotonowym ładunkiem, ciężko. A czasem wręcz punkowo, jak w Head Like A Haunted House. Tyle tylko, że ostro gra się od ponad czterdziestu lat. Ostro – może być na kształt Deep Purple, z mocnym, często na pograniczu krzyku, pełnym ekspresji wokalem, ale może też być na podobieństwo The Cream, gdzie ani Clapton, ani wykonujący lwią część partii wokalnych Bruce nie forsowali swoich głosów. Ba! Bruce miał jeszcze swoją wartość dodaną w postaci falsetów. Homme został przez naturę wyposażony w niemal identyczny sposób: śpiewa więc lekko, zdecydowanie łagodząc barwą swego gardła to, co wydobywa się z instrumentów. Gdyby do tych ostrych gitar dołożyć głos w stylu nieodżałowanej pamięci Chrisa Cornella, otrzymalibyśmy zupełnie inną jakość. Zdecydowanie – jestem przekonany – mniej interesującą i statystycznie znacznie częściej jako produkt finalny występującą. W jakiś sposób: wyeksploatowaną, czasem wręcz zajechaną jak łysa rokendrolowa kobyła. Cóż, śpiew Homme’a zdecydowanie bardziej odwołuje się do 

tradycji bluesowej

niż rockowej.

Jednakże jego wokal to jeszcze nie wszystko. Bo do  charakterystycznego stylu Dżej Ejcza należy przecież granie na gitarze – w sposób w wielu momentach oldskulowy, tak jak grało się w latach 60. albo wręcz 50.: szarpany, akordowy. Zamiast ściany dźwięku – znów dość typowej, najczęściej stosowanej przez rockowych wykonawców, otrzymujemy krótkie, urywane dźwięki – coś, co pozwala natychmiast rozpoznać Queens w tłumie. Jeśli grzebać w historii, próbujac znaleźć jakieś odniesienia, do głowy przychodzi mi Marc Bolan i T. Rex.
No i, last but not least, do tego wszystkiego dodać należy jeszcze jeden, niebagatelny i nieodzowny warunek – proste, a jednocześnie zgrabne,

fantastyczne piosenki.

Obok tych zbudowanych na mocnych riffach – łagodniejsze, czerpiące z tradycji  beatlesowskiej, choćby w kończącym całość Villains of Circumstance czy w partii smyków w Un-Reborn Again. Reasumując: takiej muzyki nie da się wykoncypować na zimno jako przepisu na popularność i wielomilionową sprzedaż (spotkałem się z taką opinią wygłoszoną przez osobę z okolic tzw. branży). Do tworzenia takich dźwięków potrzeba artysty świadomego historii pop music i potrafiącego z niej czerpać oraz twórczo przetwarzać. Trzeba człowieka o talencie miary niepospolitej, największej.

Villains to znakomita płyta. Wszystko mi mówi, że – choć  właśnie ukazał się krążek Gizmodrome, a w październiku pojawi się nowy Robert Plant – moja płyta roku.

(Queens of The Stone Age, Vallains, 2017)

[W NaTemat: 17 września 2016]

Czas na Borówki: Sasha Boole i Henry No Hurry!

pobrane11

Bartek Borówka wyrasta na najbardziej lirycznego wydawcę w naszym kraju. W ostatnim czasie trafiły do moich rąk trzy pięknie wydane przez BORÓWKA MUSIC płyty.

[more]

*

Bartek Borówka wyrasta na najbardziej lirycznego wydawcę w naszym kraju. Konsekwentnie podejmuje współpracę z – nie tylko rodzimymi – songwriterami, wyznawcami dźwięków częściej akustycznych niż elektrycznych, nawiązującymi do odwiecznych tradycji muzyki europejskiej, czyli melodii i harmonii, a także czerpiących z muzyki amerykańskiej XX wieku – przede wszystkim folku. W ostatnim czasie trafiły do moich rąk trzy pięknie wydane przez BORÓWKA MUSIC płyty. Chciałbym, póki co, zatrzymać się przy dwóch z nich.

Don’t Hurry Be Henry

Próbując podzielić się wrażeniami po wielokrotnej lekturze zawierającej trzy piosenki EP-ki Henry No Hurry! The Road trudno przebić zgrabny tekst z kartki włożonej do koperty razem z płytą: 
„Jeden samochód, kilka instrumentów.Bez pośpiechu, bez oczekiwań. Sam ze sobą i swoimi „dziwactwami”.Raz Henry, a raz Harry. Dr. Jekyll i Mr. Hyde”.

Wawrzyniec Jan Dąbrowski (Letters From Silence oraz Henry David’s Gun) tym razem przedstawia swój solowy projekt. To dziś dość powszechne, że muzycy pojawiają się w wielu składach, pojawia się tylko wątpliwość, czy w tym konkretnym przypadku mamy rzeczywiście do czynienia z doktorem Jekyllem i panem Hyde’em. Raczej ciągle jest to ten sam facet, który bez pośpiechu proponuje nam swoje niespieszne nuty. Pytanie, czy na tym etapie kariery ma uzasadnienie dzielenie uwagi swojej i – co chyba istotniejsze – słuchaczy między dwie nazwy (o Letters From Silence, mogę się mylić, ale dziś chyba trzeba mówić w czasie przeszłym). Tym bardziej, że trudno znaleźć istotne różnice stylistyczne, a i nazwiska pozostałych członków HDG pojawiają się w opisie tej płyty.

Trzy utwory, niewiele ponad dziewięć minut to zbyt mało, by wyprowadzać daleko idące wnioski. Jeśli ten materiał ma być zapowiedzią czegoś większego, to życzyłbym sobie mimo wszystko paru skoczniejszych przerywników. Nawet łagodność bowiem – jak wszystko w zbyt dużej dawce – może okazać się nieco nużąca. A ponadto – różnicy jakościowej, która pozwoliłaby wyraźnie odróżnić propozycje solowe od tych Henry David’s Gun. Świetny, matowy i chrypiący wokal oraz stylowe, swingujące gitary to spory potencjał. I szkoda by było, gdyby takie atuty przepadły we mgle tego, co usiłuje się nazywać rodzimym rynkiem muzycznym.

Sasha trzeci NieBoolesny

Sasha Boole jest – na ile mogę to ocenić – artystą szczególnie promowanym przez Bartka Borówkę, co po części może wynikać z niespotykanej aktywności ukraińskiego muzyka. Ilość koncertów, jakie daje, robi wrażenie – nawet jeśli uwzględnić fakt, iż organizacja kameralnego czy bardzo kameralnego, akustycznego występu to znacznie mniej roboty i kosztów niż gdy przychodzi zainstalować na scenie pięciu muzyków podłączonych do wzmacniaczy.

Golden Tooth to trzeci album wykonawcy. Nie znając poprzednich, nie jestem w stanie dokonać porównań. Z dołączonej notki dowiaduję się, że nowością jest bogate instrumentarium. Pewnie jest z Boole’em trochę jak z Dylanem albo Youngiem – którzy czasem nagrywali/nagrywają sami, a czasem w większych składach.Te dwa nazwiska wymieniam nieprzypadkowo, bowiem Boole zafascynowany jest tego typu muzyką amerykańską. Zaoceaniczne patenty ma nieźle rozpracowane, widać, jak bardzo inspirujące dla muzyków na całym świecie są dokonania mistrzów – poza dwoma wspomnianymi już wielkimi nazwiskami notka wymienia także Johnny’ego Casha oraz Kinga Dude’a.

Ale nie tylko dźwięki rodem z USA bliskie są Boole’owi. Całość zaczyna się bowiem dudami, których tropy prowadzą słuchacza na szkockie łąki. Natomiast na singlowe przeboje wytypować można by piosenki tytułową oraz Down By The Riverside, jakby wyrwaną z dyskografii Placebo.
Album jest krótki, niewiele ponadtrzydziestominutowy. Stanowi swoisty przegląd fascynacji Boole’a artystami i nurtami przede wszystkim, jako się rzekło, amerykańskimi. To muzyka prosta i bardzo przyjemna dla ucha, choć niekoniecznie łatwa. Piosenki zostały napisane i nagrane z dużą starannością i kulturą muzyczną – całość brzmi świetnie.

Co mi przypomina widok znajomy ten? Krążek Boole’a zamieniam w szufladce odtwarzacza na The Shore Up In The Sky Petera J. Bircha, czyli Piotra Brzezińskiego. Wcześniej soczystość, teraz więcej brudu, ale mam nieodparte wrażenie, że spotkanie obu młodych dżentelmenów w studiu nagraniowym to kwestia niedalekiej przyszłości.

(Henry No Hurry!, The Road, 2017 (EP) oraz Sasha Boole, Golden Tooth, 2017. Wyd. Borówka Music)

[W NaTemat: 8 sierpnia 2017]