Następny do raju – nie tylko o Lou Reedzie

lou_reed_nyc

Brian Eno powiedział kiedyś, że co prawda pierwszy krążek Velvet Underground sprzedawał się kiepsko, ale ci, co wykupili trzydziestotysięczny nakład albumu, założyli potem trzydzieści tysięcy zespołów.

[more]

Alvin-Lee. Marek Jackowski, Ray Manzarek, JJ-Cale i teraz, 27 października, Lou Reed. Strach myśleć, kto następny. Gdy zatrzaskują się kolejne drzwi, gdy pojawia się kolejna druga data, fanów ściska gdzieś w środku. Ogarnia wzruszenie. Dopada bolesna refleksja, że ze strony tych artystów nic nowego już do nas nie dotrze. I że może pora przystanąć, przestać kręcić nosem nad jedną czy drugą płytą, a uświadomić sobie, jak wielki dorobek stoi za tymi ludźmi. Nie takimi jak większość. Wyjątkowymi.

Reed urodził się w 1942 roku w Nowym Jorku, od połowy lat 50. grał z różnymi zespołami rokendrolowymi. Studiował filmoznawstwo i teatrologię. W 1964 roku, wraz z Johnem Cale’em, założył Velvet Underground. Nieco później patronat nad tym zespołem objął Andy Warhol (to jego autorstwa jest słynny banan na okładce pierwszej płyty grupy). W latach 1966-67 w składzie pojawiła się Nico, femme fatale, w której obaj, Reed i Cale, beznadziejnie się kochali.

W 1970 roku rozpoczął solową karierę. Śpiewał, pozostając wciąż wierny tematom małości człowieka, jego wewnętrznej pustki, potrzebie akceptacji, wielkim pragnieniu miłości. Śpiewał o upadku cywilizacji wielkomiejskiej, hipokryzji społeczeństwa, złośliwie opisywał też środowisko artystyczne.Rozrzut stylistyczny piosenek jest wielki. Reed nazywany jest ojcem chrzestnym punk rocka, tego z okolic Sex Pistols. Prowokował, nagrywając Metal Machine Music (1975), dwupłytowy jazgot gitarowy, czy trzy lata później koncertowy Take No Prisoners. Po latach wspomina się jednak przede wszystkim krążek Transformer z 1972 i o rok późniejszy, właściwie koncept-album, Berlin.

Mick Ronson, który razem z Davidem Bowiem był producentem Transformera, pierwszą rzeczą, którą zrobił podczas spotkania z Reedem w studiu, to nastroił mu gitarę.

*

Greatest Hits – NYC Man Lou Reeda. Słucham faceta, który nieszczególnie dobrze grał (straszny jest ten czas przeszły…) na gitarze, wokalistą wybitnym też nie był, wielokrotnie ocierało się to przecież o melorecytację. Ze swym jakże ważnym zespołem, Velvet Underground, rozstał się w 1970 roku, rozgoryczony brakiem odzewu, niezrozumieniem przez słuchaczy. Rangę VU, znaczenie w dziejach rocka – doceniło dopiero kolejne pokolenie muzyków i odbiorców. I tak już zostało.

Poeta rocka – wyświechtany to termin i w dodatku zawierający coś deprecjonującego w sobie. Poeta rocka – a więc nie poeta sensu stricto, tylko taki pomniejszy, gorszy. Jakby słowa bez wsparcia muzyki były – zawsze i zaledwie – niczym samochód bez silnika.

Rokendrol doczekał się chyba wszystkich możliwych form nobilitacji – wszedł na salony, w jego blasku ogrzewał się niejeden prezydent, królowa brytyjska nadawała rockmanom tytuły szlacheckie. Brakuje właściwie tylko jednego – i dobrze by się stało, gdyby Bob Dylan, od lat wymieniany w gronie kandydatów, dostał wreszcie literackiego Nobla.

W tle gra mi Lou Reed. Z Velvet Underground ostro, surowo, gitarowo. Jako solista – zwykle delikatniej, czasem bardzo lirycznie. Te utwory mają kilkadziesiąt lat, lecz czas ich nie rusza. Rytmy rodem z lat 60. mają się dziś dobrze jak nigdy, a piosenki napisane kilka lub kilkanaście lat później równie dobrze mogłyby powstać dzisiaj. Jednak hola, powoli. Nagrywało wielu, bardzo wielu, ostali się natomiast nieliczni. Wydobywanie piękna zaklętego w prostocie dostępne jest tylko wybranym. W przypadku tego artysty można smakować wszystkiego, z tekstami na czele. Ale i sama muzyka ma wielką moc.

*

Lou Reed, wypełniając tzw. kwestionariusz Prousta, na pytanie „Gdybyś po śmierci miał odrodzić się jako osoba lub rzecz, jak sądzisz, co by to było?”, odparł: „Wzmacniacz”.

[W NaTemat: 31 października 2013]

Szczypta jazzu – RGG i Wojciech Lichtański, Silesian Jazz Festival, Katowice, 24 października 2013

sjf_2013

Czwartkowy wieczór w pięknej sali koncertowej Akademii Muzycznej w Katowicach był początkiem ósmej już edycji festiwalu. I dniem młodego polskiego jazzu.

[more]

RGG

– fortepian, bas i perkusja – ciągle porównywani są do Marcin Wasilewski Trio, mimo że mają już na koncie sześć płyt. To nieuchronne, gdy pojawia się w odstępie kilku lat podobny skład, a wraz z nim nieodległe od siebie klimaty. Pisałem już o tym kiedyś – skandynawskie wiatry w jazzie są mi bardzo bliskie. Nawet jeśli słyszymy instrumenty dęte (Jan Garbarek), nie wdzierają się one gwałtownie do głowy, jak ma to częstokroć miejsce w jazzie amerykańskim.

Panowie Ojdana, Garbowski i Gradziuk uciekają od prostych skojarzeń z MWT, uciekają też od łatwych tropów prowadzących za Bałtyk (EST, Tord Gustavsen), łamiąc łagodną fakturę swych utworów. Raz pomysłami rodem z Warszawskiej Jesieni, innym razem wytrącając słuchaczy z melodycznego transu obfitością improwizacji – w ruch szły przeróżne przeszkadzajki lub, bezpośrednio, struny fortepianu.

I choć cały czas słychać było, że na scenie jest trzech a nie więcej muzyków, przyznam, że muzyczne proporcje w obrębie trzykwadransowego występu nie do końca przypadły mi do gustu. Doceniam, ale wolałbym więcej grania, a mniej eksperymentowania i zabawy dźwiękiem.

Wojciech Lichtański

Ten dwudziestotrzyletni saksofonista altowy to wschodząca gwiazda polskiego jazzu. Student katowickiej AM, lider niedawno powołanego do życia kwartetu Lichtański Sound Lab i już laureat Grand Prix Bielskiej Zadymki Jazzowej. Ponadto – kompozytor całego materiału na debiutanckim albumie grupy nagranym wiosną na żywo w Radiu Katowice.

Skład znany od dziesiątków lat z czarnego jazzu – saksofon, fortepian, bas i bębny – i te patenty są w graniu LSL ewidentne. Ale jednocześnie, jak podkreśla sam lider w rozmowie z „Jazz Forum”, ciągnie go w stronę grania skandynawskiego. Czyli ostrożnie z wirtuozowskimi popisami, mniej freejazzowego szaleństwa, brawury, a więcej melodii oraz stonowania. Lichtański przyznaje się zresztą do fascynacji Bobo Stenson Trio.

Występ LSL był zdecydowanie bardziej jednorodny stylistycznie niż set RGG. Widownię uwiodła też stara, dobrze pojęta elegancja – zarówno grania, jak i zachowania na scenie. Z pięknym bisem występ trwał godzinę. Zastanawiam się, czy moje rockowe ucho przyswoi te nuty w domowych warunkach, odtwarzane z płyty. Na żywo jednak zabrzmiały bardzo, bardzo interesująco.

[W NaTemat: 28 października 2013]

O starzeniu się

Zmarł Tadeusz Mazowiecki. Nie, nie mam zamiaru odchodzić od muzyki i wkraczać na grząski grunt polityki. Ale nikt bardziej nie uosabiał w moich oczach wielkiej przed laty nadziei na normalność i przyzwoitość w każdej sferze życia. Na to, że nastanie czas godności i uczciwości.

[more]

Od dawna już wiem, jak naiwna była to wiara, ale jeśli kiedykolwiek myślałem o moich autorytetach, do głowy w pierwszej kolejności przychodził mi właśnie On. Niniejszy tekst powstał rok temu. Dziś, w tych smutnych okolicznościach, wyciągam go z elektronicznej szuflady.

*

Dwa pierwsze objawy starzenia, co do których – jak to zwykle bywa – diagnoza stawiana jest ex post – i to bardzo ex.

Pierwszy ma znamiona czysto fizyczne. Lata wpierw suną powoli, pod górę, zdaje się, że nieosiągalną, aby niepostrzeżenie rozpędzić się nie wiadomo kiedy i jak. I patrzę na innych. I ciągle wydają się starsi, gorzej utrzymani, bardziej zapuszczeni i utyci. Aż nagle okazuje się, że wszyscy oni młodsi są ode mnie.

I w tych rozważaniach, w tych na innych popatrywaniach osiągam moment, gdy już nie myślę o sobie jako o młodszym. Bo już coraz wyraźniej widać, że tamci mają mniejszy przebieg. Tak popatruję w metrykę, pesel i coraz bardziej się niepokoję. Czasem zdarza się, że przejdę cmentarzem, z nieznaną wcześniej uwagą studiując daty graniczne. I przerażenie zaczyna ogarniać. Bo po tamtej stronie są już ci, co urodzili się tylko trochę przede mną, równo ze mną, po mnie, a nawet bardzo po mnie. Serce zaczyna walić i tłuc się w piersiach.

Więc uciekam. Z cmentarza. Od myśli w wariactwo mogących wprawić, w szaleństwo na jawie wpędzić raz na zawsze. Uciekam od siebie. Do innych zajęć, istotnych lub zupełnie nie. Bo trzeba zabić albo przynajmniej zagłuszyć tę transcendentną, natrętną i pożałowania niegodną ideę w sobie.

Drugi objaw starzenia się sięga w bebechy, mózg zlasowany i żołądek owrzodzony, w jelita nietrzymające już tak mocno jak kiedyś. Bo gapię się w coraz bardziej płaską i coraz większą w domu telewizję. I twarze w tej telewizorni coraz większe i mędrsze. Tylko że ta mądrość jakaś inna, do mnie niekoniecznie przemawiająca. Nieufność coraz wyrazistszą w środku i na zewnątrz budząca i usypiająca frazami obitymi jak Gołota – przez wiele lat, niemiłosiernie i mocno po gębie. I jakoś wstyd się robi tego słuchać. Bo to nieświeże niczym jaja chłodnicze gatunek III w sklepie „Społem” za Gierka. Zalatuje jak hauskejza (ser domowy, znaczy) wypełzająca nocą sama z lodówki. Ta mądrość jakaś mało mądra, a wręcz – nie bójmy się tego słowa – głupia coraz bardziej.

I coraz młodsza. Więc łapie za szyję myśl grzeszna, że młodość minęła, ominęła mnie szerokim łukiem, pomachała i zwiała. Że nie moja ona już. Że pokory wciąż mniej i mniej we mnie. I tych, co mądrze mówili, z rokiem każdym też mniej. Jak uwierzyć w prawdy objawione głoszone przez kogoś tylko trochę ode mnie starszego, ba!, młodszego i to o coraz więcej wiosen? Jakże to tak? Nie uchodzi wiarę dać szczenięciu, co uczelnię wyższą w Pipcicach Dolnych nawiedzało, a nawet – jak twierdzi – ukończyło. Toż wąs pod, za przeproszeniem, nosem dopiero mu się rozsypuje, oczko jakoweś w jej rajstopach z markowego marketu, znowu za przeproszeniem – i to większym – się puszcza. Młodość ta może i młoda, a czasem, choć z za rzadka, piękna, ale – zupełnie nie do uwierzenia, nie do wiary całkiem.

Gdzież, ach, gdzież podziali się ci, których wielbiłem przed laty? Gdzież są ci, którym słowa z ust spijałem, których pokornie i w ciszy nabożnej słuchałem, próbując przyswoić sobie choć niektóre fragmenty? I boleśnie konstatuję, że zostawili mnie jak sierotę, samego na tym tu zapyziałym padole łez pełnym. Łysiejącego i siwiejącego zostawili, ślepego coraz mocniej w tej mgle codziennej. Bez przewodników, jeśli nie liczyć starców – mędrców ostatnich, co to jeszcze budzą się rano i strach pomyśleć, co oni myślą, gdy na mnie, na nas i tych młodszych patrzą.

A reszta gdzie, większość większością głosów przytłaczająca? Do lepszego ponoć świata się już przenieśli, zmęczeni oglądaniem ojczystego domu, który publicznym wciąż bardziej i bardziej się staje. Zostawili. Jakby szydząc: no, starzej się, starzej! Zobacz, jak to jest! Jak to jest, kiedy mądrość, bywa, z parkinsonem i alzheimerem przy stole siada i do łóżka idzie, jak tej mądrości w postaci czystej, i to bynajmniej nie wódki, ubywa jak stanu wód w suszę. A dziadostwo z pajdokracją pod rękę idzie. Ulicami. Przed mikrofonami i kamerami zębiska szczerzy. Do obiektywów i fotoszopów się wdzięczy.

A mnie średniowiecze dławi w gardle, ściska w mostku, myśl mąci. I Boga, bo kogo innego, trzeba by wzywać na pomoc. A porobiło się tak, że Boga strach co dzień przyzywać. Bo nie wolno tak wciąż, jakby coraz bardziej lekce sobie Jego ważąc, jakby nadaremno. Boga wszystkich ludzi, ale naszego Polaków powszedniego najbardziej.

[W NaTemat: 28 października 2013]

Czemu winni są Vedder i spółka? – Pearl Jam, Lightning Bolt, 2013

pearl_jam_light

Wielokrotnie już manifestowałem uwielbienie dla Dżemów – tyskiego i perłowego. Moje uczucie jest głębokie, trwa lata całe, przeszło przez pierwsze okresy fascynacji, poradziło sobie też ze słabszymi momentami. To miłość w pełni dojrzała, której byle podmuch nie zmiecie.

[more]

Ale, jak to z uczuciami, o ten ogień trzeba dbać. Więc słucham, kupuję kolejne płyty, chodzę na koncerty. Z przyczyny tyleż oczywistej, co pięknej: 

dostaję to, czego pragnę.

Czasem więcej, czasem trochę mniej, zawsze jednak dostatecznie dużo, by nie mieć wątpliwości.

People Are Strange. Ludzie są dziwni. Większość z nas nie robi jakichś szczególnych rzeczy w życiu (tak było, jest i będzie – i nic w tym złego). Nie odkrywamy Ameryki, nie zmieniamy biegu świata. A jednak tak często odzywa się w człowieku głos krytyka lub dziecka: chcę być zaskakiwany, czarowany, pragnę, by świat jak najczęściej dostarczał mi chwil szczęścia lub przyjemności. I to też normalne, jednak gdy wkraczamy na delikatniejszy ze swej natury grunt sztuki, ludzkiej aktywności, twórczości, trzeba wzmóc czujność. Łaska fana na pstrym koniu jeździ, ale artyści nie raz i nie dwa sami są sobie winni.

Czemu winni są Vedder i spółka?

Że zespół wciąż działa, że w dwadzieścia dwa lata po debiucie fonograficznym wydaje nową płytę? Że gra wciąż tak samo?

Po pierwsze, ilu jest takich wykonawców, którzy nagrywali bądź nagrywają, o których wciąż tyle się mówiło lub mówi po prawie ćwierć wieku obecności na scenie? Jakie płyty nagrywali w połowie lat 80. eks-Beatlesi, Rolling Stones albo The Who? Gdzie byli w połowie lat 90. Uriah Heep, Iron Butterfly, Wishbone Ash czy Budgie? W którym miejscu odnajdujemy dziś Living Colour, Red Hot Chili Peppers, Spin Doctors lub Alice In Chains?

Po drugie, czy zawsze dobrze gitarowym zespołom robiły stylistyczne wolty – na przykład w stronę klawiszy i komputerów: Queen, U2 na [i]Zooropie[/i] czy [i]Popie[/i], Radiohead, Heyowi na dwóch ostatnich płytach?

Po trzecie, czy Pearl Jam, podobnie jak Stonesi, muszą się komuś tłumaczyć z tego, że wciąż grają rokendrola?Chyba warto mieć świadomość, że PJ był i nadal jest zespołem z poziomu dla większości nieosiągalnego. Choćby przy wyjątkowych wzlotach artystycznych, choćby z trampoliny. Wielu, bardzo wielu nie zagra nigdy tak, jak formacja z Seattle na swoich nawet tzw. słabszych płytach. Warto także mieć świadomość, z jakiego pułapu PJ wystartował. W 1991 roku, wydając pierwszy album, był kapelą w pełni dojrzałą, całkowicie ukształtowaną. Ten to arcydzieło. Jeśli tak się debiutuje, potem pozostaje już tylko ściganie się z samym sobą, a to cholernie trudna sztuka. Zwłaszcza przez tyle lat.

Backspacer (2009) wyraźnie sygnalizował powrót do bardzo dobrej formy. Lightning Bolt z pewnością nie jest gorszy. Mamy nowy słoik, nową zakrętkę, a w środku 

dżem zrobiony ze znanych nam owoców.

Bardzo dobrych i dojrzałych. To mało?! A czym niby chcielibyśmy być dziś czarowani przez zespół? Elektroniką, samplami, sekcją dętą, produkcją nie z tej ziemi? Jak dobrze, że Vedder wciąż śpiewa tak, iż pewnie uwiódłby większość pań bez względu na wiek. Jak dobrze, że gitary wciąż brzmią tak jak przed laty. Jak dobrze, że ci faceci nadal potrafią napisać kilkanaście co najmniej dobrych piosenek.

Ileż radości, ileż dobrze znanej przyjemności konsumenta muzyki czerpię z sączenia się tych nut do mojego ucha. Piąte, siódme, dziesiąte odsłuchanie krążka – coraz lepiej rozpoznawalne melodie moszczą się coraz wygodniej w moim muzycznym sercu.Nowa płyta PJ jest jak spotkanie po paru latach przerwy ze starymi, bardzo dobrymi kumplami. Na które idziemy z niepokojem, czy przypadkiem nie zmąci nam wielu pięknych wspomnień, Idziemy z obawą, czy ciągle będziemy mieli sobie coś do powiedzenia. I oto z radością, z satysfakcją stwierdzamy, że może włosów na głowie ubyło, a przybyło tu i ówdzie tłuszczu, ale poza tym jest jak dawniej, ciągle dobrze rozmawia się nam ze sobą.

Słucham nowych utworów z przyjemnością, w paru przypadkach wielką. Życzę Wam tego samego.

(Pearl Jam, Lightning Bolt, 2013)

[W NaTemat: 27 października 2013]

Milcz Serce, Lugozi, Tape Reels – Chorzowskie Centrum Kultury, 22 października 2013

Warto sobie co jakiś czas zafundować – zwłaszcza że za jedyne pięć złotych – trzy godziny takiego grania. Utwierdzam się w przekonaniu, że coraz bardziej lubię być zaskakiwany. Czymś dla siebie nowym. I, oczywiście, pozytywnie.

[more]

Tape Reels

To z powodu tych tarnogórskich młodziaków znalazłem się wczoraj na widowni Chorzowskiego Centrum Kultury. Jakiś czas temu bardzo mi przypadł do gustu materiał z ich pierwszej EPki. Skonfrontowanie tego, co znałem z czterech nagrań studyjnych, z graniem na żywo dostarczyło mi wyłącznie pozytywnych wrażeń.Eric Clapton, gdy – wraz z Jackiem Bruce’em i Gingerem Bakerem – formował superskład Cream, miał zaledwie dwadzieścia jeden lat. Gdy trio przestało istnieć, w 1968 roku, był tylko dwie wiosny starszy i u szczytu sławy. Tu co prawda nie Wyspy Brytyjskie i nie koniec lat 60., ale…

Oj, nasłuchali się chłopaki starej muzy – i to całkiem sporo. I, co niezmiernie ważne, co słychać – spędzili ze sobą na próbach już wiele, wiele godzin. Bardzo mocna sekcja – Iwo Nowak i Adam Budziński – to świetny punkt wyjścia dla frontmana. Pod jednym wszakże warunkiem – że ma się coś do powiedzenia. Porządny wokal i takaż, niezwykle stylowa gitara Bartosza Pokrywki budzą spore nadzieje na przyszłość. 



Pokrywka może kojarzyć się z coverem, ale to mylny trop. Muzyka, choć cała upstrzona cytatami, jest oryginalną propozycją kapeli. Trzy kwadranse soczystego, gitarowego grania upewniło mnie, że ten zespół ma sporo do zaproponowania. I szkoda byłaby wielka, gdyby – z tych czy innych powodów – ci młodzi ludzie rozeszli się do innych w życiu zajęć. Klimaty starego grania, tego z przełomu lat 60. i 70., mają się dobrze jak nigdy – i to zarówno w pełnym zanurzeniu w przeszłości, jak i wtedy, gdy klasyczny rock stanowi „jedynie” punkt wyjścia. 

Tape Reels to solidna, równa sekcja i gitara, w której mnóstwo jest Hendriksa i Page’a. Stąd zamiast równo odgrywanych akordów, palce wciąż znajdują nuty z sąsiedztwa. Faktura jest przez to gęstsza, ale że Bartek robi to ze znajomością tematu i smakiem, wszystko cały czas swinguje.
Można uśmiechać się oczywiście, widząc, jak lider zapatrzony jest nie tylko w klasycznych mistrzów rockowej gitary, ale też ich sceniczne przed laty zachowanie. Jednak jego młodzieńcza nonszalancja (oj, dziewczyny, przystojny to młodzian) jest pełna uroku. Gdy w czasie grania solówki otwiera butelkę z wodą albo klęka przed wzmacniaczem, nie sposób się nie wzruszyć.
To jednak dodatki, najważniejsza jest muzyka, a ta jest zdecydowanie O.K. Panowie, oby tak dalej. Są nowe numery, najwyraźniej kształtuje się materiał na debiutancki album. Trzymam kciuki!

Lugozi

Parę dekad temu – mowa przede wszystkim o latach 80. – by zagrać taką muzykę, potrzeba było ze trzech ludzi na scenie i baterii syntezatorów. Te wszystkie Ultravox, Spandau Ballet, Soft Cell, Yazoo, a nieco wcześniej Kraftwerk (choć tu było bardziej industrialnie) – czytelne są u cieszyńskiego samotnika ukrywającego się pod pseudonimem Lugozi. A cały jego arsenał to laptop i parę innych niedużych zabawek.Od dawna nie jestem miłośnikiem syntetycznych brzmień. Muzyka lat 80. już wtedy, gdy była nowa, znacznie częściej przyprawiała mnie o drgawki niż budziła cieplejsze emocje, ale jest coś, co – mniej lub bardziej – Lugoziego broni. Zdecydowanie na plan pierwszy wysuwa się melodia, a nie ogłupiający komputerowy rytm. Nie moja to bajka, ale muzykalności młodemu artyście odmówić nie sposób.

Milcz Serce

Wjeżdżanie samochodem do Mysłowic od strony Katowic przez kilka lat doprowadzało kierowców do bólu głowy. Czy jazda po dziurawych i nieoświetlonych ulicach wydobywała i wciąż wydobywa z młodych ludzi tam mieszkających artystyczne zacięcie szybciej niż w innych miastach? Od dawna nie mogę się nadziwić, jaki ferment muzyczny ma miejsce w Mysłowicach, ile się dzieje w tym nie największym w warunkach aglomeracji śląskiej mieście.

Jeśli chodzi o najważniejszych wczoraj wykonawców, moje serce nie może milczeć – brać ich! Do radia, na duże sceny muzyczne, te czy inne festiwale, albo gdzie tam jeszcze. Tych pięciu facetów jest na to gotowych. Sam wokalista powiedział w pewnej chwili, że ten skład jest ostateczny, a jeśli coś się zmieni, to zespół się rozpadnie. Nie mi oceniać monolityczność kapeli, ale przyznam, że z każdym wysłuchanym kawałkiem stawałem się większym fanem zespołu.

Skojarzenia – z tych odleglejszych w czasie, za sprawą wykorzystywanego w niektórych piosenkach saksofonu: Mr. Z’oob – i to ten najlepszy, z samego początku Mój jest ten kawałek podłogi, a dalej  Blenders Kupiłem czarny ciągnik – ta sama dobra energia na scenie. Wreszcie bardziej oczywiste i współczesne: muzyka sytuująca się gdzieś między Myslovitz i Muchami. Zaryzykuję twierdzenie, że Milcz Serce są w tej chwili ciekawszą propozycją niż nowe wcielenie Myslovitz. I równie ciekawą jak Muchy. 

Ten kwintet to już zawodowcy. Świetne piosenki skrzące się od dobrych tekstów lub co najmniej wersów (np. o kawałku żony zawiniętym w papier śniadaniowy). Dobry tekst w języku polskim zawsze przyjmiemy z radością i wzmożoną uwagą, a jeśli włożony jest w dobrą i dobrze zagraną muzykę, do pełni szczęścia słuchacza już naprawdę niedaleko. Mamy niby pop, ale szlachetny, gitarowy, a w każdej piosence kilka pomysłów, kilka wolt linii melodycznej. Mnóstwo pomysłów aranżacyjnych i mocnych gitarowych riffów raz po raz wyprowadzających na manowce nasze myślenie, że mamy do czynienia z bezpretensjonalną i prostą muzyką. Otóż nie – i bardzo dobrze!
Dawno temu ta sztuka udawała się Oddziałowi Zamkniętemu i Lady Pank. Do mistrzostwa na rodzimym gruncie doprowadzili ją pod koniec XX wieku panowie z Myslovitz, a jeśli talentu i sił do zmagań starczy, to Milcz Serce ma wszelkie dane, by zawojować zarówno listy przebojów (np. Trójkową), jak i dotrzeć do serc bardziej wymagających słuchaczy.

Płyta, którą nabyłem tuż po koncercie, została dziś trzykrotnie przepuszczona przez domowy odtwarzacz. I jest tak, jak być powinno. Przy pierwszym słuchaniu: kurde, gdzie jest ta energia ze sceny? Przy drugim: no, no, jest nieźle. Przy trzecim: hm, wchodzi do głowy. Wiem, bo znam ten stan u siebie – że tak już zostanie.Powtórzę więc na koniec: brać ich!

(w NaTemat: 24 października 2013)



From The Beginning

Dzień dobry Państwu. Albo, mniej oficjalnie i bigbitowo: serwus. Bo w tym miejscu będzie muzycznie – czasem lirycznie, akustycznie, klawiszowo, rzadziej jazzowo i popowo, zwykle jednak gitarowo i rokendrolowo.

[more]

Ponieważ sięgam pamięcią już znacznie dalej, niż bym chciał, a dźwięk podpiętych do prądu instrumentów docierał do mnie, gdy ledwie wystawałem nad stół, nieuchronnie raz po raz skręcać będę w przeszłość, w stronę lat siedemdziesiątych i sześćdziesiątych, a zdarzy się, że jeszcze wcześniejszych. By jednak nie ulec całkowicie pokusie założenia ciepłych kapci i oddania się  zgredowemu wspominkarstwu, obiecuję, że o tym, co  niedawno ujrzało światło dzienne, też postaram się napisać.

Pragnę w tym wszystkim zachować umiar, nie czując przymusu ani zawodowej konieczności bycia na bieżąco przynależnej dziennikarzom muzycznym. Czas lektur obowiązkowych w moim życiu minął, więc czytam to, co chcę, chodzę do kina tylko na wybrane filmy, słucham tylko tych płyt, które sprawiają mi radość. Na inne szkoda czasu. Jednak mam nadzieję, że wciąż jeszcze szukam, że ten pociąg jeszcze mi nie odjechał.Będzie o muzyce – starej i nowej, o wykonawcach sprzed dekad i całkiem współczesnych, o koncertach, płytach i pojedynczych nagraniach. Wszystko to z miłości, bo bez muzyki nie wyobrażam sobie życia. I choć mam świadomość, że lepiej samemu słuchać, niż czytać, co piszą inni – spróbuję powalczyć z tym paradoksem. Zapraszam do lektury.

*

Tytuł tego tekstu to jednocześnie tytuł piosenki skomponowanej przez Grega Lake’a. Zamieszczonej na czwartej płycie tria Emerson, Lake & Palmer, Trilogy, wydanej w 1972 roku. Jednej z kilku przepięknych ballad napisanych przez tego gitarzystę i wokalistę – na samym początku kariery członka zespołu King Crimson, z którym nagrał dwa albumy: In The Court Of The Crimson King (1969) oraz, już tylko gościnnie, In The Wake Of Poseidon (1970). Gościnnie, bo po drodze zdążył wylądować w ELP.

(w NaTemat: 22 października 2013)



Z wolnej ręki – Eric Clapton w Oświęcimiu

LF_2014

Ostatni dzień piątej edycji Life Festivalu w Oświęcimiu zwieńczył występ jednej z największych legend rokendrola – Erica Claptona.

[more]

Zanim jednak mistrz gitary pojawił się na scenie, gościła na niej wciąż uznawana za czołową polska artystka. Tymczasem w moim odczuciu Edyta Bartosiewicz to od dawna jedno – trudno nawet mówić, że wielkie –

rozczarowanie.

Lata przerwy niczego u niej nie zmieniły. Tak jak niedbale, z okropnym frazowaniem śpiewa na płycie, tak, albo jeszcze gorzej, na żywo. W ten sposób można wydawać z gardła dźwięki przy ognisku albo w wersjach demo nagrań, ale nie dla paru tysięcy ludzi. Lekcje śpiewu i dykcji potrzebne od zaraz, ale co z materiałem muzycznym? Ani krztyny w tym finezji, odrobiny gry palcami na gitarze, wszystko zlewa się w popkonfekcyjną miazgę – nawet cover Joy Division Love With Tear Us Apart. I chyba nic tu już nie pomoże. Ta świetna kiedyś wokalistka i – wydawało się – zdolna kompozytorka jest dziś, jak sądzę, nie do odratowania. 

*

Czego spodziewaliśmy się po wczorajszym występie E.C.? Czego ja się spodziewałem, a co otrzymałem? Clapton nieuchronnie zbliża się do siódmego krzyżyka. Jako muzyk koncertujący wciąż jest niesłychanie aktywny, wciąż w wybornej formie jako instrumentalista i nie gorszej jako wokalista, a tym ostatnim wybitnym nigdy przecież nie był. Czy mamy czuć się zawiedzeni, że to było

tylko półtorej godziny?

Najwyższa pora oswoić się z myślą, że występy festiwalowe rządzą się swoimi prawami, nawet te ostatnie danego dnia. Jeśli doceniamy, że zaczynają się bardzo punktualnie, to uszanujmy też zakontraktowaną – najwyraźniej – ich długość. A ta najczęściej oscylować będzie wokół dziewięćdziesięciu minut.

Czy poza tak określonym dystansem coś było nie tak? Jeśli większość widzów miała niedosyt, to tylko dlatego, że ze sceny płynęły wspaniałe dźwięki. I chciałoby się jeszcze, bo wiadomo, że mistrz ma w czym wybierać.

Ośmioosobowy skład, którego poza liderem ozdobą byli Andy Fairweather Low na drugiej gitarze i Paul Carrack na organach, obaj znakomicie śpiewający, no i te dwie smaczne „czekoladki” (po filmie „O krok od sławy” chyba już zawsze będę inaczej, znacznie cieplej i z większą uwagą, popatrywał na chórki) – to absolutne

zawodowstwo.

I chyba nie ma większego znaczenia, ile świeżości mogą wydobyć z siebie niemłodzi muzycy, odgrywający te same numery po raz nie wiadomo który, od wielu, wielu lat. A jednak wciąż najwyraźniej odzywają się w nich dusze rasowych bluesmanów, którzy z radością kładą palce na instrumentach, by wydobyć z nich wielkiej urody dźwięki. I’m just a swinger – chciałoby się sparafrazować tytuł pewnej piosenki. Ten puls, ten swing w ich sercach powoduje, że wciąż czerpią siłę z grania, wciąż w jazzowy sposób podchodzą do większości utworów, w których znajduje się miejsce na solówki dwóch gitar, fortepianu i organów.

Repertuar był trochę krótszą mutacją ubiegłorocznego występu w Łodzi. Wyraźnie zarysowane były

trzy części:

pierwsza elektryczna – z m.in. Key To The Highway i Tell The Truth z jedynego albumu formacji Derek And The Dominos oraz klasyka Hoochie Coochie Man W. Dixona, druga, akustyczna, z Laylą, Tears In Heaven i cudnej urody numerem JJ Cale’a Crazy Mama. W trzeciej, znów elektrycznej, mieliśmy wokalne popisy Carracka w How Long i Fairweathera Lowa w Gin House oraz żelazne pozycje w postaci Crossroads i Cocaine. Na bis zespól zagrał High Time We Went Cockera i Staintona.

Było pięknie, stylowo, z wielkim kunsztem, więc taki koncert mógłby jeszcze trwać i trwać. Ale cieszmy się tym, co otrzymaliśmy. Czas biegnie nieubłaganie – mistrzowie rokendrola są coraz starsi i nie wiadomo, jak długo jeszcze będą nam opowiadali swe muzyczne bajki. Oby jak najdłużej, bo wciąż na ich koncertach pełno nie tylko siwych i łysiejących głów, ale i bardzo młodych ludzi.

Soundgarden: legenda grunge na Life Festivalu w Oświęcimiu

LF_20141

Przykłady Doliny Charlotty niedaleko Słupska oraz Oświęcimia dowodzą, że dzięki wariatom, zapaleńcom można stworzyć właściwie coś z niczego. Life Festival dzięki Dariuszowi Maciborkowi z RMF-u i władzom miasta rozrasta się z roku na rok, tym razem stając się już imprezą pełną gębą, będącą w stanie przyciągnąć wielu wykonawców, a wśród nich gwiazdy największe. Piątkowy wieczór zwieńczył występ legendy muzyki grunge – kwartetu Soundgarden.

[more]

Choć ekipa Chrisa Cornella, podobnie jak Alice In Chains, nigdy nie dorównywała Nirvanie i Pearl Jam, należała w ostatniej dekadzie XX wieku do

czołówki mocnego grania.

Gdy pod koniec ubiegłego roku dowiedziałem się, że przyjedzie do Oświęcimia, nie miałem wątpliwości, że trzeba tam być. Bilety od pół roku cierpliwie czekały na swój moment.

Po dousznym harakiri, jakiego doświadczyłem dwa tygodnie temu na Orange Warsaw, bardzo pragnąłem, by wreszcie muzyka skatowała mnie w sposób, który lubię. Panowie z Seattle nie całkiem się do tego nadawali, nigdy nie byłem ich zaprzysięgłym fanem, nie miałem złudzeń, że repertuar koncertu to będzie w całości moja lista marzeń.

Stanęliśmy z żoną na wprost sceny, tuż przed namiotem ze stołami realizatorów koncertu. Już pierwsze uderzenia stopy Matta Chamberlaina (zastępującego w tej trasie Matta Camerona) i basu Bena Shepherda sprawiły, że zastanawiałem się, czy ktoś przypadkiem nie robi mi sztucznego oddychania, mocno napierając na moją klatkę piersiową, prawie ją miażdżąc. Jak dołożyć do tego przestery Kima Thayila, możecie sobie wyobrazić, że żartów nie było –

spusty surówki

z hutniczego wielkiego pieca dokonywały się raz po raz. Z lękiem popatrywałem na moją połowicę, czy daje radę – najciężej było, gdy przez oświęcimski stadion MOSiR-u przetoczył się transporter opancerzony o nazwie Jesus Christ Pose – wersja studyjna to drobiazg w porównaniu z wykonaniem tego numeru na żywo.

Występ zaczął się punktualnie o 21.30, od numeru pochodzącego z albumu Badmotorfinger ((1991) – Searching With My Good Eye Closed. I przez godzinę i czterdzieści pięć minut bezustannie balansowaliśmy na granicy hard rocka i metalu. Można się zastanawiać, dlaczego gitara raz po raz przykrywała wokal, zwłaszcza że trudno było podejrzewać wczoraj Cornella o jakąkolwiek niedyspozycję – od początku do końca nie miał żadnych problemów ani z charakterystycznymi dla siebie dołami w stylu Coverdale’a, ani z plantowskimi górami. Widać tak to miało być, tak ustawiono to na mikserskiej konsolecie: nad wszystkim panować ma potężny i niski dźwięk gitary (lub gitar, bo w części materiału tradycyjnie panowie grali na dwa takie instrumenty).

Soundgarden nie ma w swoim repertuarze

przebojów

w tradycyjnym rozumieniu tego słowa. Jedyny hit, Black Hole Sun, pojawił się bardzo szybko, jako piąty numer i, też w pełni świadomie, został odarty z cech pościelówy – płynność i łagodność melodii naruszało kąśliwe brzmienie gitary Thayila. Z Trójkowej listy przebojów pamiętamy też o Been Away Too Long z ostatniego albumu, który zabrzmiał zaraz po sabbathowskim  Blood On The Valley Floor.

Utwory, które w moim odczuciu, niosły ten koncert, zaczęły się od pozycji nr 10 na setliście – znakomitego My Wave. Potem zagrali Superunknown i znów rewelacyjne – Blow Up The Outside World i nieco zeppellinowski Burden In My Hand. To były naprawdę porywające momenty występu zespołu. Koncert zakończył się pieśnią 4th of July, a na bis zabrzmiały jeszcze Let Me Drown i pochodzący z pierwszego albumu Beyond The Wheel.

Czego mi zabrakło?

Na przykład wszystkich trzech kawałków, o których pisałem, zapowiadając jakiś czas temu w blogu ten koncert: Like Suicide, Dusty i Overfloater. Ale tak jest prawie zawsze, występ tej czy innej kapeli to nie koncert życzeń. Generalnie jednak było bardzo, bardzo O.K. Mój osobisty dowód na to, że spędziłem czas w bardzo miły sposób, jest prosty: nazajutrz z radością sięgam do płyt dopiero co usłyszanego na żywo wykonawcy. A tak jest także i dzisiaj.

Jeszcze cieszę ucho nagraniami SG i czy prędzej spisuję na gorąco swe wrażenia, bo już za parę godzin na tej samej scenie mam nadzieję zobaczyć niejakiego E.C.

P.S. Skoro „NaTemat” do jutra jest nieczynny, relację z koncertu SG zamieszczam w starym miejscu. MG

Co robić, kiedy nie zachwyca? – Lao Che, Kinoteatr Rialto, 15 listopada 2013

Główni autorzy Blog and rolla przenieśli się do

blogandroll.natemat.pl

tu zrobiło się tak cicho, że postanowiłam coś napisać. Zwłaszcza że pojawiła się sposobność. Byłam (sama) na koncercie Lao Che.

[more]

Dawno już chciałam pójść, znałam ich tylko z radia, z kilku wydanych płyt, i to niezbyt dobrze. Wreszcie nadarzyła się okazja. Moje ulubione Rialto, żaden tam spęd halowy (to zresztą nie zespół na takie miejsca), tylko koncert na

cztery i pół setki oddanych fanów.

Niby wszystko mi się zgadzało – fantastyczna energia płynąca ze sceny, spontaniczność i nieudawana radość grania ze sobą, a to zawsze podoba się publiczności, wreszcie znakomity warsztat muzyczny i świetne teksty, a w nich wiele nawiązań do Biblii, do literatury. Czegóż chcieć więcej?

A jednak z minuty na minutę byłam coraz bardziej znużona. Co jest ze mną nie tak? Czego brakuje?

Niczego. Wszystkiego jest dosyć, ba, nawet w nadmiarze. I chyba ta nadmiarowość mnie tak wymęczyła.

Zespół zaczął od trzęsienia sceny. I tak już pozostało, na wysokim ce. Na pierwszy ogień (nomen omen) poszły utwory z płyty Gospel, na czele ze znakomitym Hydropiekłowstąpieniem i Czarnymi kowbojami. Potem było przejmujące Życie jest jak tramwaj i Prąd stały/prąd zmienny z płyty pod tym samym tytułem.

Im dalej, tym

bardziej elektronicznie i hiphopowo

(ostatni Soundtrack), i to już zdecydowanie nie była moja bajka. Choć przyznaję, że gryzł w oczy snujący się Dym (Rzuciłem palenie i kościół też/Do pierwszego czasem wracam, do drugiego – nie) i zadziwiała prawdziwością autorefleksji Na końcu języka (Odgadł zagadkę bytu ten, co gębą tak rusza, że/gęba się porusza, a wyraża się dusza).

Mało jest zespołów, w których wszyscy świetnie śpiewają. A tu tak było, cały sześcioosobowy skład nie stronił od mikrofonów, wręcz przeciwnie, wyśpiewywano wszystko od pierwszej do ostatniej nuty. Nie było miejsca na jakieś tam solówki, nikt nie wychodził, Boże broń, przed szereg, no może z wyjątkiem Spiętego, ale on, wiadomo nie jest łatwy w związkach – to jedno/A w tych wyznaniowych to już na pewno.

To granie nie ma raczej anglosaskich korzeni, nie wyrosło z bluesa, rokendrola, nie ma w nim swingu. Bliżej mu – tu się zawahałam – do dramatyzmu piosenki francuskiej, wykoncypowania piosenki aktorskiej.

Publiczności się podobało,

dawno nie widziałam takich tłumów śpiewających z ulubionym wykonawcą. Trzeba przyznać, że zespół się nie oszczędzał, dał długi, bardzo energetyczny koncert, ze starannie dobranym światłem i wizualizacjami.

Co robić, kiedy nie zachwyca? Nic. Słuchać dalej. W tym morzu dźwięków znajdą się te warte wyłowienia. I niewykluczone, że będzie to jakiś kawałek Lao Che.



Dziś Na Temat: Blog and roll, Mariusz Grygierczyk i Maciej Trzepałka

Dziś będzie inaczej. To nie jest pożegnanie, natomiast z pewnością zmiana. Czy trwała, czy przejściowa, czas pokaże.

blogandroll.natemat.pl

[more]

Nie chcemy za wiele mówić. W tej chwili najzwyczajniej nie wiemy, co się wydarzy. Póki co, szukajcie nas (także, tylko?) w Na Temat, w zakładce „blogi”, tym razem pod nazwiskiem. Dziękując za już, prosimy o więcej. Zostańcie z blogiem. Z blog and rollem.

blogandroll.natemat.pl

      Mariusz Grygierczyk i Maciej Trzepałka