
Od czasu do czasu człowiek zaplącze się na chwilę w nieco innej rzeczywistości (to jeden z tych przyjemnych skutków zmian sprzed ćwierćwiecza). Na przykład w Szwajcarii – kraju znanym z paru rzeczy, natomiast dość słabo kojarzącym się z muzyką. Słabo jednak nie znaczy wcale.
[more]
Zacznę od tzw. akcentu. W grupie
Refugee,
powołanej do życia przez byłych kumpli Keitha Emersona z formacji The Nice, basistę Lee Jacksona i perkusistę Briana Davisona, na klawiszach grał szwajcarski multiinstumentalista Patrick Moraz (rocznik 1948). Trio wydało tylko jeden album – w 1974 roku.
W tymże 1974 roku powstała hardrockowa kapela
Krokus.
Nigdy nie stanowiła czołówki rockowo-metalowego grania, ale nie jest też nieznana. Największą popularnością cieszyła się w latach 80. w Ameryce Północnej. Supportowała m.in. AC/DC (był taki czas, gdy brzmiała jak kopia Australijczyków), Motorhead i Judas Priest. Działa do dzisiaj.
Wśród podalpejskich przedstawicieli mocniejszego grania wymienić można jeszcze Celtic Frost i Lacrimosę.
O Yello,
formacji powstałej pod koniec lat 70., zawsze ciepło wyrażał się Grzegorz Ciechowski. Produkcja produkcją, ale elektropop to zdecydowanie nie są moje klimaty, Jeśli jednak mowa o muzyce popularnej z okolic Jezior Bodeńskiego i Genewskiego, o duecie Boris Blank – Dieter Meier zapomnieć nie można. (W podobnej konwencji porusza się także The Young Gods).
Urodzony w 1953 roku Andreas Vollenweider to kolejny, po Morazie, multiinstrumentalista – przede wszystkim harfista – z krainy Wilhelma Tella. Jego muzyka definiowana jest jako world music, new age, a nawet jazz i muzyka poważna. Odnotowuję, pozostając obojętny na jej oddziaływanie.
W 1973 roku w Zurychu powstała jazzrockowa
Shivananda.
Zespół koncertował m.in. na Montreaux Jazz Festival i Jazz Festival w Le Castellet we Francji (dla osiemdziesięciu tysięcy widzów). Zniknął ze sceny na początku lat 80., mając w dorobku trzy albumy. I pewnie nigdy bym o nim nie usłyszał, gdyby nie fakt, iż pierwszy album, Cross Now (1977) nieco później ukazał się też w Polsce i mam go w swoich zbiorach. Kawał solidnego grania z wyraźnymi wpływami Weather Report.
Skoro dźwięki wydobywane z takich czy innych instrumentów przez wykonawców z serca Alp mnie nie powalają, wrócę na koniec do Patricka Moraza i jego angielskich kolegów. Powodem, dla którego Refugee nagrali tylko jedną płytę, było odejście klawiszowca do
Yes.
Gdy z tymi ostatnimi rozstał się Rick Wakeman, Anderson i spółka zaproponowali współpracę Vangelisowi. Sprawa rozbiła się jednak o pozwolenie na pracę w Wielkiej Brytanii i ostatecznie to Moraz zasilił szeregi grupy.
Jeszcze w tym samym 1974 roku powstał album Relayer. Pierwszą stronę analogowego wydawnictwa zajmowała suita Gates of Delirium, w finale której pojawia się wyjątkowej urody fragment – Soon.
Współpraca nie trwała długo. W działalności Yes nastąpiła przerwa, panowie zajęli się solowymi projektami, Moraz także. Gdy zaś rozpoczęto pracę nad Going For The One, do zespołu wrócił Wakeman.
Patrick Moraz
rozpoczął karierę solową (w 1976 roku wydał album Story of I, a rok później Out In The Sun, którego fragmenty miałem nawet nagrane na taśmie magnetofonowej). Jednocześnie też, w 1978 roku, został członkiem The Moody Blues. Na całe trzynaście lat, biorąc udział w nagraniu takich albumów, jak Long Distance Voyager (1981), The Other Side of Life (1986) czy Sur La Mer (1988).
[W NaTemat: 4 czerwca 2014]]



Ten artysta to bardzo wysoka półka, a więc i oczekiwania związane z koncertem miałem zdecydowanie powyżej średniej. I zostały one zaspokojone, bo Pan Piotruś jest ciągle w bardzo dobrej formie.

