Pocztówki dźwiękowe ze Szwajcarii

swiss

Od czasu do czasu człowiek zaplącze się na chwilę w nieco innej rzeczywistości (to jeden z tych przyjemnych skutków zmian sprzed ćwierćwiecza). Na przykład w Szwajcarii – kraju znanym z paru rzeczy, natomiast dość słabo kojarzącym się z muzyką. Słabo jednak nie znaczy wcale.

[more]

Zacznę od tzw. akcentu. W grupie

Refugee,

powołanej do życia przez byłych kumpli Keitha Emersona z formacji The Nice, basistę Lee Jacksona i perkusistę Briana Davisona, na klawiszach grał szwajcarski multiinstumentalista Patrick Moraz (rocznik 1948). Trio wydało tylko jeden album – w 1974 roku. 

W tymże 1974 roku powstała hardrockowa kapela 

Krokus.

Nigdy nie stanowiła czołówki rockowo-metalowego grania, ale nie jest też nieznana. Największą popularnością cieszyła się w latach 80. w Ameryce Północnej. Supportowała m.in. AC/DC (był taki czas, gdy brzmiała jak kopia  Australijczyków), Motorhead i Judas Priest. Działa do dzisiaj. 

Wśród podalpejskich przedstawicieli mocniejszego grania wymienić można jeszcze Celtic Frost i Lacrimosę.

O Yello,

formacji powstałej pod koniec lat 70., zawsze ciepło wyrażał się Grzegorz Ciechowski. Produkcja produkcją, ale elektropop to zdecydowanie nie są moje klimaty, Jeśli jednak mowa o muzyce popularnej z okolic Jezior Bodeńskiego i Genewskiego, o duecie Boris Blank – Dieter Meier zapomnieć nie można. (W podobnej konwencji porusza się także The Young Gods).

Urodzony w 1953 roku Andreas Vollenweider to kolejny, po Morazie, multiinstrumentalista – przede wszystkim harfista – z krainy Wilhelma Tella. Jego muzyka definiowana jest jako world music, new age, a nawet jazz i muzyka poważna. Odnotowuję, pozostając obojętny na jej oddziaływanie.

W 1973 roku w Zurychu powstała jazzrockowa 

Shivananda.

Zespół koncertował m.in. na Montreaux Jazz Festival i Jazz Festival w Le Castellet we Francji (dla osiemdziesięciu tysięcy widzów). Zniknął ze sceny na początku lat 80., mając w dorobku trzy albumy. I pewnie nigdy bym o nim nie usłyszał, gdyby nie fakt, iż pierwszy album, Cross Now (1977) nieco później ukazał się też w Polsce i mam go w swoich zbiorach. Kawał solidnego grania z wyraźnymi wpływami Weather Report.

Skoro dźwięki wydobywane z takich czy innych instrumentów przez wykonawców z serca Alp mnie nie powalają, wrócę na koniec do Patricka Moraza i jego angielskich kolegów. Powodem, dla którego Refugee nagrali tylko jedną płytę, było odejście klawiszowca do 

Yes.

Gdy z tymi ostatnimi rozstał się Rick Wakeman, Anderson i spółka zaproponowali współpracę Vangelisowi. Sprawa rozbiła się jednak o pozwolenie na pracę w Wielkiej Brytanii i ostatecznie to Moraz zasilił szeregi grupy. 

Jeszcze w tym samym 1974 roku powstał album Relayer. Pierwszą stronę analogowego wydawnictwa zajmowała suita Gates of Delirium, w finale której pojawia się wyjątkowej urody fragment – Soon

Współpraca nie trwała długo. W działalności Yes nastąpiła przerwa, panowie zajęli się solowymi projektami, Moraz także. Gdy zaś rozpoczęto pracę nad Going For The One, do zespołu wrócił Wakeman. 

Patrick Moraz

rozpoczął karierę solową (w 1976 roku wydał album Story of I, a rok później Out In The Sun, którego fragmenty miałem nawet nagrane na taśmie magnetofonowej).  Jednocześnie też, w 1978 roku, został członkiem The Moody Blues. Na całe trzynaście lat, biorąc udział w nagraniu takich albumów, jak Long Distance Voyager (1981), The Other Side of Life (1986) czy Sur La Mer (1988).

[W NaTemat: 4 czerwca 2014]]

Gomez: klasyka z końca XX wieku

gomez_bring

Uwielbienie dla Beatles wsparte potężnym bagażem psychodelii. Klasyczne instrumentarium, kapitalne wokale i kolejne utwory skrzące się taką ilością motywów wirtuozowsko przechodzących jeden w drugi, że raz po raz zastygam zadziwiony i zachwycony.

[more]

*

Nie o wygłoszenie ex cathedra tutaj chodzi, że „Słowacki wielkim poetą był”, bo na takie frazy wszyscy już nieźle zostaliśmy zaimpregnowani. Na nic też będzie próba manipulacji, iż każdy prawdziwy rockfan powinien… A jednak, pewnie z prostej przyczyny, iż muzyka tej kapeli wyjątkowo dobre miejsce wymościła sobie w mojej głowie, bardzo chciałbym Was do niej przekonać albo przynajmniej sprawić, byście pogrzebali za jej nagraniami. A może i, kto wie, zakupili sobie na własność pięciopak za jedyne 54,90 złotych polskich.

Gomez

to w Polsce wynalazek Pawła Kostrzewy. Trójkowy redaktor pod koniec lat 90. przez pięć dni w tygodniu dysponował dwiema godzinami antenowymi. To dużo, ale robił z nich wspaniały użytek. Miał też dzięki temu sposobność, by do wielu zespołów i płyt powracać. I zaraził mnie tą muzyką tak skutecznie, że – zdarzyło się potem – zadatkowałem nawet w jednym ze sklepów na poczet sprowadzenia specjalnie dla mnie kolejnego wydawnictwa kapeli.
Kostrzewa odszedł do Jedynki, a poza nim – o ile mi wiadomo – nikt szczególnie brytyjskiego kwintetu rodem z Southport w żadnej z rozgłośni radiowych nie promował. Ponadto trzeba od razu zaznaczyć, że to, co najlepsze w dokonaniach  zespołu, miało miejsce na trzech pierwszych albumach. Bo to jeszcze jedna z tych formacji, które od razu, od pierwszej płyty, były w pełni ukształtowane, nokautująco dojrzałe (mimo że panowie mieli wtedy po niewiele ponad dwadzieścia lat). Śmiem twierdzić, że debiut – Bring It On (1998) był znakomity, wręcz arcydzielny, a więc przegonić go już nie sposób, można „jedynie” równać do, co jest piekielnie trudną sztuką.

 

Jak pogrzebać w internecie, to oczywiście od razu otwiera się przepastny wór z wymalowanym na nim słowem-kluczem: indie. W tym przypadku dominuje 

miłość do lat 60.,

uwielbienie dla Beatles wsparte potężnym bagażem psychodelii. Klasyczne instrumentarium, kapitalne wokale i kolejne utwory skrzące się od takiej ilości motywów, wirtuozowsko przechodzących jeden w drugi, że raz po raz zastygałem i do dziś zastygam zadziwiony i zachwycony. To wielka rozpusta naznaczonych geniuszem młodych artystów, by z kolejnych utworów budować misterne od strony formalnej cacuszka, o których wiadomo, że stworzone zostały z błysków, z iskier, a nie w pocie czoła nad papierem nutowym. Rozpusta, by w jeden utwór zapakować tyle pomysłów, jakby pokłady tych ostatnich były niewyczerpane.

 

I jak to – całkiem banalnie – w życiu bywa, po wielkich przypływach muszą nastąpić i odpływy. Te mają miejsce od 2002 roku, od czwartego albumu In Our Gun. Choć, powtórzę, co już nie raz pisałem, słabsze albumy wielkich albo dobrych wykonawców i tak zwykle biją na głowę większość tego, co dostępne na rynku.

*

Zespół dał pierwszy koncert w Leeds w 1996 roku, a dwa lata później za debiutancką płytę – okrytą platyną – otrzymał 

Mercury Music Prize,

zostawiając w pokonanym polu Massive Attack, Pulp i The Verve. Platynowa stała się także o rok późniejsza płyta Liquid Skin, a zespół kolejny raz wziął udział w festiwalu w Glastonbury.

Wyniki sprzedażowe następnych albumów nie są już tak spektakularne, ale nadal niezłe. Gomez bierze udział w kolejnych festiwalach – m.in. w Roskilde i Lollapalooza, gra jako support przed Dave Matthews Band i Pearl Jam. Po 2006 roku zwalnia nieco tempo, niektórzy członkowie kapeli rozpoczynają kariery solowe, ale mowy o końcu współpracy nie ma.

*

Od debiutu mija dziś szesnaście lat. Kawał czasu. 

Czy to już klasyka? 

Szesnaście lat od wydania pierwszego albumu The Beatles minęło w 1979 roku i wtedy wydawało się, że przeszło kilka muzycznych epok. Teraz rockowy zegar kręci się wolniej, raz po raz staje, cofa się albo przynajmniej spogląda wstecz. 

A może jest zupełnie inaczej – może to ja za klasykę uznaję to, co – mniemam,  wartościowego – zastałem w kulturze, a więc i muzyce, z chwilą urodzenia, ewentualnie to, co powstało, gdy dopiero dorastałem. Ale coś, co stworzono, gdy byłem już, cokolwiek to znaczy, dorosły? Trudno tę myśl przełknąć. Bo oznaczałaby, że mój pesel coraz bardziej niedzisiejszy. Fakt, odbicie w lustrze przy codziennym goleniu jeszcze toleruję, lecz swoich zdjęć od dawna spokojnie oglądać nie potrafię.

Ale co ja tu o jakiejś gębie? Ach, już wiem: w szufladce – który to już raz? – pierwsza płyta Gomeza, a gęba wciąż mi się śmieje. Czego i Wam z serca życzę – i gorąco zachęcam.

[W NaTemat: 1 czerwca 2014]

Trzy akordy i rytm boogie: Easy Rider

easy_rider

Lata 80. to okres boomu rockowego w naszym kraju, a także najlepszy czas dla rodzimego bluesa. Przez kilka kolejnych lat, odkąd Rawa Blues przeniosła się do Spodka, miałem okazję oglądać czołówkę wykonawców tego gatunku – Dżem, Tadeusza Nalepę, Irka Dudka, Martynę Jakubowicz i Easy Rider.

[more]

Nie pamiętam, w jakich okolicznościach zobaczyłem ostatnich z wymienionych po raz pierwszy. Kapela powstała 

w 1980 roku we Wrocławiu,

a cztery lata później uformował się jej trzyosobowy, aktualny do dzisiaj skład: Andrzej Wodziński – gitara i śpiew, Jarosław Wodziński – perkusja i Jacek Gazda – bas. Pamiętam natomiast, że zawsze na ich występ bardzo czekałem, byli po prostu jedną z najważniejszych bluesowych formacji w tamtym okresie.

W 1983 roku otwierali m.in. koncerty Budgie. I, mimo że ustawieni na pół mocy, w Spodku zabrzmieli lepiej niż zmęczeni już intensywną działalnością walijscy gwiazdorzy.

Bardzo długo przyszło czekać na

płytowy debiut

ER. Inni wydawali swoje kolejne krążki, a oni wciąż mieli problem z dostaniem się do profesjonalnego studia nagrań. Stało się to w 1988 roku, a album Ridin’ Easy ukazał się wiosną następnego roku. Bardzo ucieszyłem się na jego widok w katowickiej księgarni muzycznej przy ulicy Młyńskiej, w domu z dużym podnieceniem położyłem krążek na talerzu Daniela i… Niepokój o to, co dane mi będzie usłyszeć, ustąpił miejsca wielkiej radości.

Płyta została bardzo porządnie nagrana, a przy tym dochowywała wierności scenicznemu wizerunkowi grupy. Zespół brzmiał 

surowo, mocno, po teksańsku

– w konwencji bardzo bliskiej temu, co robili Canned Heat, Johny Winter, a przede wszystkim ZZ Top, czyli z bardzo stylowym połączeniem bluesa, rokendrola i boogie. Porywające były – i są nadal – utwory kończące pierwszą stronę analoga – Love Will Bring It Back i Out of Gauge, na drugiej, jeszcze lepszej, znalazły się oparty na zeppelinowskim riffie Hopeful, gitarowy popis It’s Loud Around oraz rozpędzone teksańskie lokomotywy Ridin’ Easy i kończący krążek We Know.

Wydawnictwo było jednak o parę lat spóźnione. Bluesowy boom nieuchronnie dobiegał końca. W świadomości większości rockfanów po tej stronie sceny pozostali już tylko ci, co śpiewali po polsku: Jakubowicz, Dżem i Nalepa. Oni odnieśli komercyjny sukces (pisał o tym już wtedy, na gorąco, Piotr Bratkowski na łamach „Literatury”). Inni, nawet grający w większości 

autorski repertuar

ER, mieli coraz większy problem z wydostaniem się poza bluesowe środowisko.

Jeszcze w 1992 roku, już na CD, ukazał się drugi album – Travellin’ Band (dopiero na nim odnalazłem swój ukochany numer Honey With A Milk And Pine), ale potem o zespole zrobiło się zupełnie cicho. Przyznam szczerze, że zdziwiłem się parę lat temu, czytając, że formacja działa dalej. Dziś ma na koncie sześć albumów, w tym kompaktową, na nowo zmiksowaną reedycję pierwszej płyty uzupełnioną zapisem koncertowym z Teatru STU pochodzącym z tego samego – 1988 – okresu dzisłalności i zawierającym podobny materiał. Ten album udało mi się dopiero niedawno zdobyć w jednym z komisów.

Muzyka Easy Rider wciąż budzi moje bardzo ciepłe uczucia, nic a nic się nie zestarzała.

„Zawsze są te trzy akordy i boogie”

– jak mówił lider zespołu, A. Wodziński. Parafrazując Marka Knopflera – na tyle niemodne, że zupełnie poza czasem. Jeśli mam ochotę podkręcić sobie trochę ciśnienie, nagrania Easy Rider świetnie się do tego nadają. Słychać w nich bardzo dobry warsztat i zadziwiająco dobrą w tamtych czasach angielszczyznę. Jest adrenalina, jest hałas, ale i zbawienny swing.

*

Niestety, miałem problem z ilustracją muzyczną tego tekstu. W YT bardzo niewiele jest nagrań wrocławskiej formacji, a już zupełnie niedostępne są wersje płytowe. Jakość tego, co można znaleźć, pozostawia bardzo wiele do życzenia. Może pora wreszcie coś z tym zrobić?

[W NaTemat: 25 maja 2014]

Łódź, 12 czerwca 2014: Aerosmith i Alter Bridge

if
Od razu zaznaczę, że ani 11, ani 12 czerwca nie będzie mnie na Impact Festival w Łodzi. Nie da się być wszędzie, trzeba wybierać. Czasem to, co bliżej domu, czasem to, co bliższe muzycznemu sercu.

[more]

O braku szczególnej atencji dla Black Sabbath już wspominałem, ponadto moje nie za duże rozterki zakończyła informacja o błyskawicznym wyprzedaniu biletów na ich występ. Natomiast dzień później w tym samym miejscu będzie, jak mniemam, bardziej rokendrolowo. I ciekaw jestem, czy kończący festiwal Aerosmith przebiją tych, co mają pojawić się przed nimi.

Alter Bridge

są formacją utworzoną przez kumpli Scotta Stappa, czyli członków grupy Creed, gdy ta zawiesiła działalność w 2003 roku. Cokolwiek powiedzieć – dobrego lub nie – o jednych i drugich, że epigoni, że post-grunge itd. – będzie to, przypuszczam, kawał solidnego łojenia.

W graniu i Creed, i Alter Bridge nie sposób znaleźć cokolwiek odkrywczego, a jednak potężne gitarowe brzmienie robi bardzo, bardzo przyjemne wrażenie. Warsztat więcej niż dobry, sporo niezłych riffów, chwytliwe melodie, ale niemające wiele wspólnego z konfekcją Bon Jovi czy Skid Row. Myślę, że okołogodzinny set może mało popularnej u nas grupie przysporzyć nieco fanów. 

*

Gdy zobaczyłem ze dwa lata temu na DVD fragment koncertu Chrisa Bottiego, w którym wokalnie udzielał się Steven Tyler, mało nie padłem z wrażenia. Mr. Tyler wyglądał młodziej niż jego urodziwa córka, tyle że przypominał bardziej niż człowieka brakujące ogniwo w łańcuchu Darwina albo postać z „Planety małp”. Kiedyś porównywany do Micka Jaggera, zrobił z siebie karykaturę własnej osoby.

Ale dość, może raczej parę słów o tym, czym zarobił na ten zabieg.

Aerosmith

pierwszą płytę wydali w 1973 roku i wciąż, mimo oczywistych zakrętów w tak długiej działalności, sprzedają swoje płyty w wielomilionowych nakładach. Dobre kawałki trzeba jednak z nich wyławiać – i bynajmniej nie mam tu na myśli nieco kiczowatych wyciskaczy łez typu Angel czy Cryin’. Lecz dla numerów pochodzących z najlepszego okresu kapeli, czyli przełomu lat 80. i 90., chyba warto będzie zobaczyć Tylera, Perry’ego i spółkę. W zestawie nie powinno zabraknąć moich faworytów: Rag Doll, Dude (Looks Like A Lady), Janie’s Got A Gun czy Love In An Elevator.

A już następnego dnia – 13 czerwca – startuje Orange Warsaw Festival…

[W NaTemat: 20 maja 2014]

Wielki mały człowiek

Czasy słusznie minione odeszły, ale kolejny raz przekonuję się, jak wiele prawdy zawiera się w powiedzeniu, iż świat się zmienia, a ludzie pozostają tacy sami. I tak samo że czasem im mniej wiadomo o ludziach powszechnie znanych, cenionych za swe wielkie talenty – o tym, jacy są na co dzień – tym lepiej. Dla innych, by mogli darzyć ich szacunkiem, dla nich, by nie obnażali się ze swych słabości i małości.

[more]

Działalność artystyczna jest 

działalnością publiczną.

Ktoś tworzy – nie do szuflady – więc bezustannie podlega ocenie. Pracuje – lepiej lub gorzej – na dobre imię, na uznanie za niepospolitość swoich dokonań. Nie jest tak, że sięga większego lub mniejszego szczytu i pozostaje na nim bez względu na to, co kolejnego przyjdzie mu uczynić. Ciężko jest przez kilkadziesiąt lat tworzyć rzeczy tylko wybitne, unikając potknięć i błędów. Ten ktoś może oczywiście mieć tego wszystkiego świadomość, może też w swej pysze, w swym zadufaniu nie dopuszczać tego typu refleksji do siebie.

Może też na przykład mieć swoją – artysty – 

stronę na fejsbuku.

Może z nią robić, co mu się podoba. Wolnoć Tomku w swoim domku, mój ogródek, moja grzęda – on decyduje, kogo wpuścić do środka, a kogo nie. Może swojego fanpejdża traktować jak księgę pamiątkową. Wpisać do niej może się każdy – pod warunkiem jednak, że są to wpisy dziękczynne i pełne uwielbienia (starszym coś to przypomina, prawda?). Jeśli ktoś z tej konwencji się wyłamie, wklei się, powiadając, że nie wszystkim się podobało i zamieści link do pełnego tekstu, zostanie wyrzucony za drzwi. W dodatku właściciel posesji natychmiast zmieni zamki, czyli zablokuje dostęp do swojej strony ewentualnym przyszłym chętnym (fanpejdżom na przykład, bo Nowak i Kowalski ciągle jeszcze mogą się wśliznąć). Fanpejdże bowiem, na przykład blogowe, mogą szerzyć 

wieści niepożądane:

poddawać w wątpliwość jakieś ostatnie działania artysty, nie wpisywać się w ciąg pochwał, a nawet, co nie daj Boże, przemawiać głosem krytycznym. 
Takich gości artysta sobie nie życzy, bo oni naruszają jego błogostan, jego świetność i świętość. Albo przynajmniej marketingowy przepis na życie: mam nazwisko, które wiele mówi, jest duża impreza w okolicy, są niemałe pieniądze do wyszarpania. Odwalę chałturę, zgarnę kasę. Działam na polu artystycznym, wymiernym nie w matematyczny sposób, trudniej weryfikowalnym. Ale takie ladaco, bloger nikomu nieznany, może jednak zaszkodzić. Jeszcze przypadkiem ktoś jego wypociny przeczyta, zacznie myśleć, zastanawiać się albo i – o zgrozo – dojść do jakichś konkluzji. Lepiej więc zawczasu

wylać dziecko z kąpielą

– czyli na wszelki wypadek w ogóle takim owakim zablokować dostęp do swojej fanpejdżowej strony.

Na tym jednak nie koniec. Ze swojej, tym razem już osobistej strony na FB, przekleja do fanpejdża blogera entuzjastyczne głosy na temat tej samej imprezy. „Patrz, innym się podobało. I to bardzo!” – zdaje się mówić. Jak na garstkę tych, co wytrzymali do końca występu artysty, entuzjastów wyjątkowo dużo, ale tę kwestię już – ja, bloger – przemilczę. I zostawiam te głosy na „swoim” FB, choć przecież tak samo mógłbym je jednym ruchem usunąć.
W tym miejscu przepraszam, że wytaczam wielką Miłoszową armatę w sprawie, która nieszczególnie jest tego warta. Ale ręka mnie świerzbi:

Nie bądź bezpieczny. Poeta pamięta.

Możesz go zabić – narodzi się nowy.

Spisane będą czyny i rozmowy.

Prawdziwa cnota krytyk się nie boi. A jeśli boi, to albo nie jest prawdziwą, albo artysta ma nieczyste sumienie. Lub wielki w swych najlepszych dokonaniach twórca okazuje się czasem małym człowiekiem. 

Jako fan wcale tego nie chcę wiedzieć, ta wiedza do niczego mi nie jest potrzebna. Przeszkadza i to bardzo, utrudniając oddzielenie sztuki od życia. Jest mi smutno, a na dnie szklanki zostaje niepotrzebny osad.

[W NaTemat: 18 maja 2014]

Ahoj! – czyli Peter Gabriel w Ostrawie

 

gabriel_soTen artysta to bardzo wysoka półka, a więc i oczekiwania związane z koncertem miałem zdecydowanie powyżej średniej. I zostały one zaspokojone, bo Pan Piotruś jest ciągle w bardzo dobrej formie.

[more]

*

Peter Gabriel odszedł z Genesis w 1975 roku, po wydaniu dwupłytowego albumu [i]The Lamb Lies Down On Broadway[/i] oraz trasie promocyjnej. Miał wtedy zaledwie dwadzieścia pięć lat. Milczał do 1977 roku, a wtedy było to bardzo, bardzo długo. 

Z macierzystą formacją nagrał siedem albumów, a jeśli uwzględnić absolutne początki – był z nią związany przez prawie dekadę. Dziś ma sześćdziesiąt cztery lata. Od – aż się wierzyć nie chce – czterdziestu pracuje na własne konto, dość oszczędnie dozując kolejne wydawnictwa. Zawsze był 

artystą niespokojnym, 

poszukującym, wytyczającym w muzyce nowe szlaki. Przez długi czas był też wykonawcą koncertowym bardzo pożądanym, bardzo oczekiwanym. Kochanym przez wielkie rzesze fanów. I właściwie tak jest do dzisiaj, choć nie zapełnia już stadionów, a „tylko” hale. Sam także zawsze zaliczałem go do grupy szczególnie ulubionych muzyków, bardzo pragnąłem znaleźć się na jego koncercie. I powiem, mieszając nieco kolejność wywodu, że najwyraźniej spóźniłem się o dobre dziesięć – piętnaście lat.

Udało się dopiero przed dwoma laty w Oświęcimiu, wystąpił z towarzyszeniem orkiestry i dwuosobowego żeńskiego chórku. Wczoraj natomiast dane mi było wreszcie usłyszeć na żywo jego utwory w wersjach zbliżonych do pierwotnych.

Peter Gabriel to bardzo wysoka półka, a więc i oczekiwania zdecydowanie powyżej średniej. I myślę, że w pełni zostały one zaspokojone, bo Pan Piotruś jest ciągle w bardzo dobrej formie – fizycznej i wokalnej, wciąż – swym charakterystycznym, matowym głosem – bez nadmiernego wysiłku bierze równie charakterystycznym falsetem górne rejestry, tańczy, a nawet kładzie się na scenie. Wciąż bardzo dba o 

oprawę swoich występów.

Spore wrażenie robiły światła – ze szczególnym uwzględnieniem pięciu jeżdżących po scenie w niektórych utworach masztów (przypominających nieco potwory z japońskich filmów grozy), pozornie tylko wprowadzających chaos, a tak naprawdę wspaniale współtworzących zarówno scenografię, jak wzbogacających finalny efekt za sprawą gry świateł i obrazów zbieranych z zamontowanych na tych masztach kamer. Ten obraz z kolei wyświetlany był na dwóch mniejszych ekranach zawieszonych po bokach lub na większym stanowiącym tło sceny. Do tego jeszcze jeden element: okazały podwieszony pierścień, którego uroda w pełnej krasie objawiła się dopiero przy The Tower That Ate People na pierwszy bis.

Dla mnie zawsze najważniejsza będzie jednak 

muzyka.

I tu miałem problem. Już kiedyś, gdy z wieloletnim poślizgiem nabyłem na CD – najpierw Plays Live (1983), a potem So (1986) – nie potrafiłem odnaleźć swojego pierwszego zachwytu nad tą muzyką. Najpierw nie dowierzałem sobie, ale kilkakrotne przesłuchanie tego materiału niczego w nie zmienło. Cóż, to co jest bardzo nowoczesne w chwili ukazania się na rynku, czasem szybko się starzeje. A Gabriel zawsze poświęcał przygotowaniu swoich płyt, a więc – nie bójmy się tego słowa – produkcji bardzo wiele uwagi. Albumem So pognał szczególnie mocno do przodu, pamiętam, jak bardzo zaskoczyła mnie komputerowa rytmiczność Sledgehammer i Big Time i musiało upłynąć trochę czasu, muzyka musiała zrobić kolejnych kilka kroków naprzód, bym całkowicie oswoił się z tymi dźwiękami.

Krążek 

So

którego dwudziestopięciolecie stało się pretekstem do zorganizowania trwającej od 2012 roku wielkiej trasy koncertowej, od początku budził spore emocje. Tomasz Beksiński prezentując go na antenie Polskiego Radia, kręcił nosem i nazwał, używając kulinarnego porównania, mielonym. A szczególnie oburzonym słuchaczom zaprezentował jakiś czas potem  to, co nazwał soczystym schabowym, czyli czwartą płytę artysty z 1982 roku. Przebojowość i piosenkowość, a więc i łatwiejszy odbiór, na niespotykaną u tego artysty wcześniej skalę, wreszcie wielki sukces komercyjny – wszystko to na świeżo utrudniało przyłożenie odpowiedniej miary do tego krążka.

Nie chcę przez to powiedzieć, że ta płyta czy w ogóle muzyka Gabriela się zastarzała. Chyba jeszcze nie, ale coraz wyraźniej przynależy do przemijającej muzycznej epoki. Znów wychodzi mi na to – w osobistym, zaznaczam, rachunku – że nieodległe pierwotnym instynktom, atawistycznym odruchom ludzkim porządne mainstreamowe wiosłowanie znacznie lepiej znosi upływ czasu niż to, co tak samo jest efektem wielkiego talentu, ale jednak w dużej mierze wspieranego przez nowinki studiów nagraniowych. Tyle tytułem wytłumaczenia, dlaczego nie wpadłem wczoraj w zachwyt.

*

Koncert składał się 

z czterech części. 

Pierwszą z nich był support w wykonaniu dwóch młodych śpiewających Szwedek: Jennie Abrahamson i Linnei Olsson – krótki, zwięzły, dwudziestominutowy i bardzo dobrze wpisujący się w klimaty eksplorowane przez gwiazdę wieczoru. Dzięki stosowanemu instrumentarium, czyli wiolonczeli i ksylofonowi – niewymagający przebudowy sceny. Po dwudziestu paru minutach przerwy, w pełnym świetle, rozpoczął się 

występ Petera Gabriela.

Akustycznie, z liderem przy fortepianie. W pierwszym utworze – Obut – z towarzyszeniem tylko Tony’ego Levina, a od Come Talk To Me już z całym zespołem – Manu Katche, David Rhodes, David Sancious i wspomniane już panie w chórkach. 

W Family Snapshot, w trakcie którego zgasło górne oświetlenie, dokonało się płynne przejście do części elektrycznej. Potężnie, mocno, z tnącą jak heavymetalowa brzytwa gitarą Rhodesa zabrzmiało Digging In The Dirt – wtedy mieliśmy też pierwszą próbę gry świateł. I tak płynęliśmy – do Solsbery Hill i Why Don’t You Show Yourself na koniec tej części.

A potem rozpoczął się 

zasadniczy fragment koncertu,

czyli odegranie w całości, w kanonicznej kolejności, albumu So. Z uroczymi partiami tańczonymi, z duetem z Jennie Abrahamson w Don’t Give Up. Na pełny gaz, z wielkim kunsztem wykonawczym.

Niemilknące brawa publiczności (Polaków też nie brakowało) wywołały artystów raz jeszcze na scenę – by wykonać wspomniany już The Tower That Ate People oraz na definitywne zakończenie nieśmiertelny, monumentalny Biko.

Świetny koncert, bardzo dobra forma wszystkich muzyków. A we mnie gdzieś żal, że – cholera – emocje już nie te największe, że ciary po plecach już nie chcą przebiegać. Że Peter Gabriel nie mieści się już na mojej najwyższej półce, lecz na drugiej, patrząc od góry. Po reakcji ludzi sądząc, wielu fanów wciąż ceni go mocniej niż ja dzisiaj. I dobrze, bo dla takich wariatów grają ci ludzie na scenie. Ale żeby nie było nieporozumień – Pan Piotruś grał wczoraj także i dla mnie.

{W NaTemat: 14 maja 2014]

Ogród kłujących dźwięków

sg_down

Koncertowe żniwa przed nami. Wszystko zdaje się kumulować w najbliższych mniej więcej dziesięciu tygodniach. Jako mieszkaniec Śląska zazdrośnie popatruję od lat na Open’era (w tym roku – znów – Pearl Jam), coraz zazdrośniej na Dolinę Charlotty koło Słupska (Bob Dylan i Jethro Tull). W stolicy w czerwcu Orange Warsaw Festival z Queens of The Stone Age, Pixies i Kings of Leon. W Łodzi już dziś Peter Gabriel, a za miesiąc Black Sabbath i Aerosmith.

[more]

Na wybrzeże daleko, więc spoglądam też na południe. Ściślej – na Ostrawę. Kilka lat temu tam właśnie obejrzałem występ Boba Dylana, we wtorek mam nadzieję dotrzeć na koncert byłego frontmana Genesis, a zerkam jeszcze na kolejną edycję Colours of Ostrava, na której ma pojawić się Robert Plant. Tuż obok mnie – bo tak należy potraktować odległość czterdziestu kilometrów dzielących Katowice od Oświęcimia – pod koniec czerwca będzie miała miejsce kolejna edycja Life Festivalu. A w niej, na zakończenie, zagra Eric Clapton (w sobotę, 28 czerwca), zaś dzień wcześniej – Soundgarden. Do pełni szczęścia brakuje wymienionego wyżej Pearl Jam, drugiej kapeli, w której bębni Matt Cameron, ale nie bądźmy zbyt pazerni.

*

Muzyka Soundgarden nigdy mi ani uszu, ani żadnej innej części ciała nie urywała. Jak na moje upodobania za dużo było i jest w niej metalu i hałasu. Z tej prostej przyczyny najchętniej pochylam się nad dwoma ostatnimi albumami wydanymi przed rozpadem grupy. Oprócz stałych elementów w klimacie Black Sabbath sporo tam cytatów z Led-Zeppelin i te proporcje są znacznie bliższe mojemu sercu. Bez szczególnego rozwodzenia się nad całą zawartością kładę dziś przed Wami mój ukochany Like Suicide z krążka Superunknown (1994) oraz Dusty, pod którym mogliby podpisać się Jimmy Page z Robertem Plantem, i Overfloater z Down On The Upside (1996).

.

Z uśmiechem starzejącego się faceta odnotowuję jeszcze jedno zejście się panów, którzy rozstali się kiedyś w stanie wojny. Czas nas uczy pogody. Nie zawsze, o czym świadczą przypadki Watersa i Blackmore’a, ale wielokrotnie. Ciśnienie w żyłach spada, a pozostaje świadomość, że w tym właśnie a nie innym składzie zrobiliśmy najlepsze rzeczy w swoim życiu. Chyba nie jesteśmy jeszcze tacy starzy, by nie spróbować ponownie. Najwyraźniej panowie Cornell, Cameron, Thayil i Shepherd w 2010 roku, po trzynastu latach rozłąki, doszli do takiego właśnie wniosku. Efektów można posłuchać na King Animal. Mam wielką nadzieję, że po ich secie ten uśmiech nie zniknie mi z twarzy.

[W NaTemat: 12 maja 2014]

Muzyka elektroniczna – czyli formuła przepastnie otwarta

skrzek_podroz

Tego tekstu miało nie być. Czasem, przez wielki szacunek dla drugiego człowieka, zwłaszcza takiego ze sporymi osiągnięciami, przechodzi się do porządku nad jego słabościami. Miało nie być, bo byłem pełen obaw przed koncertem, a pisanie ze z góry założoną tezą nie jest uczciwe. Ponadto nie powinno się pisać o czymś, czego nie widziało się do końca. A jednak jest powód, który nie pozwala mi milczeć.

[more]

W czwartek w katowickim Rialcie, przy okazji Europejskiego Kongresu Gospodarczego, zagrał 

Józef Skrzek.

By wpisać się w międzynarodowy charakter całości, zaprosił do wspólnego występu także Rosjanina Miszę Ogorodowa i Brytyjczyka Paula Lawlera.

Pisałem już o tym kiedyś – o liderach wspaniałych zespołów, którzy podejmując karierę solową, zatracili umiar. Chodzi o nazwiska największe: Czesława Niemena i Józefa Skrzeka. Tego pierwszego i jego działalność po rozwiązaniu Aerolitu pozostawmy już w spokoju. I tak to drobiazg przy tym, do czego zdolny jest największy jego uczeń.

Gdy w listopadzie 1980 roku Piotr Kaczkowski przekazał informację o rozpadzie SBB, miałem – będąc już osiemnastolatkiem – łzy w oczach. Bo stało się to w szczytowym okresie działalności – zespół w realizacjach studyjnych wreszcie brzmiał rewelacyjnie, nagrywał swoje najlepsze płyty.

Józef Skrzek z marszu rozpoczął solową karierę. Jeszcze w tym samym momencie, w którym kapela nagrywała Memento z banalnym tryptykiem, realizował Ojca chrzestnego Dominika. W 1983 roku ukazała się Józefina, nagrywana w 1981, pierwsza po rozpadzie SBB solowa płyta artysty. Lżejsza, piosenkowa, nagrana z wieloma gośćmi, ale zwarta i rockowa. Z Haliną Frąckowiak zrealizował drugi wspólny krążek – Ogród Luizy. Potem była muzyka do filmu Wojna światów Piotra Szulkina, a następnie przez pewien czas Skrzek grał z Tomaszem Szukalskim. Efektem tej współpracy był album Ambitus Extended. Do tego momentu wszystko było w porządku.

Kolejną pozycją w dyskografii okazała się – uwaga – Podróż w krainę wyobraźni. Pretensjonalny tytuł – i zapis fragmentów solowych występów multiinstrumentalisty w chorzowskim Planetarium. Płyta słaba i zwyczajnie nudna.  W tym miejscu kończę wyliczankę, by wrócić do owej tezy, o której wspomniałem na wstępie. Nie spodziewałem się niczego szczególnego po czwartkowym koncercie, bo 

nie lubię muzyki elektronicznej,

el muzyki (termin wylansowany przez Jerzego Kordowicza, autora „Studia nagrań”, audycji przez wiele lat nadawanej w Trójce). Nie lubię tej muzycznej formuły otwartej, której otwartość kojarzy mi się przede wszystkim z odrzuceniem ram czasowych, a tym samym i dramaturgicznych utworów. Wszystko, a więc i dobre, piękne czasem pomysły, fragmenty – rozmywa się w czasie: ginie w rozciągnięciu do granic wytrzymałości każdej frazy, w jej wielokrotnym, do znużenia i znudzenia, powtarzaniu. 

Muzyka elektroniczna to całkowite zaprzeczenie gitarowego rocka z lat 50. i początku 60. – krótkich, niewiele ponad dwuminutowych form. Skondensowanych maksymalnie – wpierw z racji niedużych możliwości aranżacyjnych, instrumentalnych, a potem – gdy te już w wielu przypadkach były – dalej wielu wykonawców potrafiło utrzymać zbawienny rygor czasowy. Absolutnie sztandarowy dla mnie przypadek, gdy fenomenalna fraza pojawia się zaledwie jeden jedyny raz w piosence, to Badge Cream z tym olśniewającym wejściem Claptona.

W muzyce elektronicznej jest miejsce na wszystko. Najczęściej na to, by pomysły warte w przybliżeniu jakichś dziesięciu, góra piętnastu minut rozdąć do rozmiarów całej płyty analogowej, czyli około trzech kwadransów. O cierpliwości! Nie na moje nerwy takie granie. Bo to już przed laty przypominało – i tym bardziej dziś przypomina – granie a vista z włączonym nagrywaniem. Dobrze, jeśli potem się siada i wyciska z tego sok jak z pomarańczy. Ale jeśli ci mistrzowie elektronicznych klawiatur uparcie serwowali – i nadal serwują – muzykę graną w zwolnionym tempie – to nie dla mnie taka podróż.

I dotyczy to także Józefa Skrzeka. Którego cenię jak mało kogo na polskiej scenie – ale przede wszystkim za to, co zrobił i wciąż potrafi zrobić z SBB. Tyle razy składałem mu hołdy fana, że chyba w tym miejscu nie muszę tego powtarzać. 

*

Muzyka elektroniczna – formuła otwarta. Najczęściej – 

forma bezkształtna, magma 

jakaś. Otwartość kojarząca się raczej z bezdenną przepaścią, w którą wpadają pozbawieni instynktu samozachowawczego artyści. Nawet ci najwięksi. I to boli najbardziej.

Na Boga, Panie Józefie, wyszedł Pan na scenę z kolegami bodaj o 20.10. W paru momentach było pięknie, choć te w większości wzięte były z SBB – Freedom (znów mocny, wspaniały Pana głos) czy maleńki fragment Ze słowem biegnę do Ciebie. Tak jak nie zwykłem wychodzić z koncertów przed ich końcem, tak o 22.10 opuściliśmy z żoną salę. Wydawało się parę razy, że już kończycie, że dźwięki już wybrzmiewają, ale zaraz potem odradzały się, bynajmniej nie jak Feniks z popiołów. To nie jest takie proste: wytrwać, gdy następnego dnia trzeba wstać jak zwykle przed szóstą, a ze sceny wieje głównie nudą.

Skonsternowany dowiedziałem się właśnie – i to sprawiło, że chwyciłem za klawiaturę komputera – o której zakończył się ten występ. Na początku na widowni było około dwieście pięćdziesiąt  osób. Do końca wytrwało dwadzieścia. 

Panie Józefie, 

tak się nie godzi.

Koncert powinien mieć coś ze święta, z misterium. Być czymś wyjątkowym, wyrywającym ludzi na chwilę z codzienności. Winien też cechować się obustronnym szacunkiem – widzów do artysty, ale i artysty do widowni. Zapraszam was na ucztę, do siebie, do domu, raczę was tym, co mam najcenniejszego. Zachowuję błogosławiony umiar, wyczucie tego, co mogę i powinienem. Mówię, ale i słucham. Nie otwieram naraz wszystkich szuflad i schowków, nie wyciągam wszystkiego na stół, podaję tylko kęsy najlepsze. Jezus, Maria, Józefie Święty, była 23.50, gdy skończyliście grać. To nie ludzie wyszli przed końcem koncertu, to Pan grał jeszcze długo po jego zakończeniu. 

Ponieważ niejednokrotnie odwołuje się Pan do chrześcijańskiej tradycji – zakończę w podobny sposób. Jednym z grzechów głównych jest nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu. Oraz graniu innym – bez krztyny refleksji, czy aby nie mają już serdecznie dość.

[W NaTemat: 10 maja 2014]

Hip, hip – trip hop!

tricky

Ech, panowie, z kim byłoby nam tak źle jak z kobietami? Jak byśmy wytrzymywali wyłącznie we własnym gronie – każdy sam ze sobą i jeden facet ze wszystkimi innymi dookoła? Rock, choć wydaje się sprawą o wiele bardziej męską niż damską, także bez niewiast obyć się nie może. Na szczęście.Ech, panowie, z kim byłoby nam tak źle jak z kobietami? Jak byśmy wytrzymywali wyłącznie we własnym gronie – każdy sam ze sobą i jeden facet ze wszystkimi innymi dookoła? Rock, choć wydaje się sprawą o wiele bardziej męską niż damską, także bez niewiast obyć się nie może. Na szczęście.

[more]

Brnę więc dalej w te heteroseksualne klimaty. Było już odrobinę o Talking Heads, o Sonic Youth i Pixies. Skoro za sprawą tych ostatnich, Amerykanów, przeniosłem się do Wielkiej Brytanii, to zostanę tam jeszcze na chwilę. 

*

Jak to się wszystko w muzyce miesza – znów dopada mnie odkrywcza myśl. W powietrzu wisi grunge, najpiękniejsze z możliwych odrodzenie rokendrolowego łojenia, a jednocześnie całkiem poważny kawałek muzycznego tortu przeistacza się z grania syntezatorowego w komputerowe generowanie dźwięków. Cóż – przepraszam za jeszcze jeden truizm – definiowanie granic tego, co nazywamy muzyką, jest bardzo indywidualną sprawą. I w dodatku zmieniającą się z biegiem dni i lat. Więc dziś chcę napisać parę zdań o humanistach w studiach nagraniowych. O humanistach, a nie bezdusznych technokratach o zupełnie scyfryzowanych już mózgach. 

*

Bristol, koniec lat osiemdziesiątych i początek następnej dekady. Bardzo mi się podoba definicja trip hopu jako hip-hopu na kwasie. Podoba tym bardziej, że w swoim życiu nigdy nie przekroczyłem granicy polegającej na (parokrotnym) co prawda całkowitym, tym niemniej jakże pospolitym znieczuleniu się socrealistyczną gorzałką. Termin trip hop pojawił się pierwszy raz przy okazji definiowania stylu

Massive Attack 

i ich pierwszej płyty Blue Lines wydanej w 1991 roku. Cóż, nie mogę przywołać z pamięci swoich dawnych wrażeń dotyczących tego grania, bo ich po prostu nie było. Domowa rewolucja polegająca na wstawieniu do jednego z pokojów od razu dwóch dziecięcych łóżek skutecznie wyłączyła mnie na pewien czas z chociażby prób nadążania za tym, co działo się w muzyce.

Po latach brzmią te kawałki zupełnie niegroźnie, a w wielu przypadkach po prostu znakomicie. Sklasyczniały. Ucho przywykło, a nawet – podobnie jak to ma miejsce z sinusoidą dotyczącą okresów literackich – już bez lęku przed nieznanym dosłuchuję się tropów z przeszłości – psychodelicznych klimatów anglosaskich czy industrialnych niemieckich. I oczywiście kontynuacji dokonań lat – wtedy – ostatnich: klimatów 4AD, powłóczystości Dead Can Dance czy Cocteau Twins.

 

Rytm nabijany jest komputerowo, a dawka hip-hopu jak najbardziej przyswajalna. Przede wszystkim jednak tyle w tym klasycznych harmonii, częstokroć po prostu pięknych melodii à la rock symfoniczny i do tego te naćpano-oniryczne wokale, tak męskie, jak i – zwłaszcza – damskie. 

Dorobek MA nie jest duży – zaledwie pięć płyt z premierowym materiałem. Ale to bynajmniej nie zarzut. Mówiąc szczerze, tym łatwiej go ogarnąć.

Tricky

debiutował w MA, z którym nagrał dwa albumy. Na własny rachunek pracę rozpoczął w 1995 roku krążkiem Maxinquaye. Jest najpłodniejszy z wymienionej tutaj trójki wykonawców – w ubiegłym roku ukazała się jego dziesiąta płyta. 

 

Portishead

to zespół założony w 1991 roku przez Geoffa Barrowa, wcześniej współpracownika MA i Tricky’ego. Z muzyką tej kapeli dane było mi zetknąć się już wcześniej – i dać uwieść. Zaledwie trzy studyjne płyty Dummy (1994), Portishead (1997) i, po reaktywowaniu, Third (2008). Podobne skojarzenia jak te opisane wyżej i dużo moich jako słuchacza pozytywnych emocji. Oraz żal, że nie zobaczyłem zespołu na żywo w ubiegłym roku w Krakowie. Ale jego koncert miał miejsce dwa dni po warszawskim występie Paula McCartneya i… Może jeszcze kiedyś nadarzy się okazja.

Kobiety

i ich głosy stanowią niesłychanie istotny element tej triphopowej układanki. W wydaniu monogamicznym – Beth Gibbons w Portishead. Jako pierwsza w „haremie” – Martina Topley-Bird, obecna na kilku płytach Tricky’ego. Przede wszystkim jednak – poligamicznie. Gwiazda goni gwiazdę, jedna większa od drugiej, lista jest długa i robi wrażenie. Wśród współpracowników MA znajdują się m.in. Elizabeth Fraser i Sinead O’Connor. Z Trickym natomiast zaśpiewały Bjork, Neneh Cherry, Alison Moyet, PJ Harvey, Cyndi Lauper i Alanis Morissette. Do tego zestawu dopisują się jeszcze dwaj papryczkowi panowie: Anthony Kiedis i John Frusciante.

*

Nie jest to muzyka na całonocną balangę, może ewentualnie na jej – imprezy – dogorywanie nad ranem. Na pewno natomiast nadaje się do powolnego, na przykład wieczornego sączenia. Uzależnia, może wprowadzić w trans, ale aplikowana bez nadmiaru pozamuzycznych dodatków jest zupełnie niegroźna dla organizmu.

[W NaTemat: 8 maja 2014]

Indiańskie basistki

Jeśli już zahaczyłem ostatnio o Gadające Głowy, a w ich składzie o Tinę Weymouth, to przynajmniej na chwilę zatrzymam się przy dwóch kolejnych zespołach, w których na gitarach basowych także grają panie. Zwłaszcza że chodzi o kapele z tych najważniejszych w latach 80., a tak naprawdę – wciąż bardzo istotne i inspirujące, od dawna nie tylko na scenie indie, ale po prostu rockowego mainstreamu: Sonic Youth i Pixies.

[more]

Okazja ku temu tym większa, że ci drudzy właśnie wydali pierwszą od wielu lat płytę, a niebawem zagrają, razem z Queens of The Stone Age i Kings of Leon, w Warszawie. I już zacieram ręce, mimo iż moje akustyczne wrażenia ze Stadionu Narodowego po występie Paula McCartneya sytuują się w dolnej strefie stanów średnich.

 

Sonic Youth

to grupa zawiązana na początku lat 80. w Nowym Jorku. Choć była do bólu niezależna, posługując się środkami wyrazu przynależnymi muzyce eksperymentalnej, czerpiąc z psychodelii i dorobku Velvet Underground, za sprawą chwytliwych melodii cechujących wiele jej utworów zdobyła powszechne uznanie i popularność. Bomba wybuchła po Daydream Nation (1988), albumie zdecydowanie bardziej przyswajalnym niż wcześniejsze. A potem był romans z grunge’em: niektórzy wykonawcy tego nurtu, z Nirvaną na czele, przyznawali się do wpływów SY, a ci z kolei mocniej skręcili w stronę brzmień charakterystycznych dla Seattle Dirty z 1992 roku).

Ostatni póki co album zespół nagrał w 2009 roku.

Pixies

uformowali się w 1986 roku w Bostonie, by zaraz potem przenieść się na Stary Kontynent, gdzie w wytwórni 4AD znaleźli o wiele bardziej sprzyjający klimat do nagrywania niż w USA. Sami odwoływali się do Rolling Stones, Lou Reeda, Iggy’ego Popa czy Television, a o nich z kolei z uznaniem wypowiadali się David Bowie, PJ Harvey, U2 oraz Radiohead. A nade wszystko – Kurt Cobain, który nazwał Pixies najważniejszą inspiracją dla Nirvany. 

Sześć lat aktywności, pięć albumów wydanych między 1987 a 1991 rokiem, wielki wpływ na innych –  i w 2004 powrót do wspólnego koncertowania, a całkiem ostatnio nowy krążek.

*

Przed laty telewizja polska emitowała cykl filmowy, w którym siostra Wendy Beckett, południowoafrykańska zakonnica, w krótkich, bodaj dziesięciominutowych odcinkach opowiadała o malarstwie. Wchodziła do jakiegoś muzeum z tych znaczących na świecie, wybierała jedną salę, a w niej z kolei – jeden obraz. I udowadniała, że należy pochylić się nad nim z dziecięcą ufnością i po prostu patrzeć. I dostrzegać, co na płótnie zostało namalowane.

Z zachowaniem proporcji: sięgam po muzykę, której – gdyby nie przed dwoma laty decyzja o prowadzeniu bloga – być może nigdy bym, z takich czy innych powodów, nie dotknął. Bo na co dzień zajmuję się innymi, mniej (częściej) lub bardziej (rzadziej) istotnymi sprawami. Zaś muzykę konsumuję „po godzinach”. Namiętnie, uparcie, ale bez zawodowej konieczności. Stąd i dostęp do pewnych rzeczy ograniczony, i świadomość niektórych zjawisk mała lub żadna.

W ten sposób, czasem po wielu latach, spóźniony, sięgam po jedną czy drugą płytę. Mijający od wydania czas sprawia, że – wydaje się – ziarna od plew zostały już oddzielone, dwie, trzy dekady to wystarczający ku temu okres. I raz po raz wystawiam moją głowę na próbę, uszy na pokuszenie, sprawdzam wyporność systemu nerwowego. Czym dam radę, czy przyswajam te dźwięki? Z doświadczenia wiedząc, że nie należy ferować wyroków – choćby na swój tylko, prywatny użytek – od razu, po pierwszym przesłuchaniu. 

Tak oto, siwiejący i łysiejący, dorzucam wciąż kolejne nazwiska i nazwy do grona tych, których płyty lądują w domowym lub samochodowym odtwarzaczu. Jak na przykład Sonic Youth i Pixies. A tych z Was, którzy przyswoili ich sobie już dawno temu, serdecznie przepraszam i proszę o wyrozumiałość.

[W NaTemat: 5 maja 2014]