Jeśli ktoś lubi, by mu czasem dosypano porządnie do pieca, ten wyszedł z koncertu zadowolony. Jeśli wychował się na graniu rodem z lat 50. i 60., nie ma prawa narzekać, jeśli – jak ja – swingu oczekuje w każdych okolicznościach przyrody, to wszystko otrzymał w piątkowy wieczór na tacy.
[more]
*
Koncert ZZ Top był dla mnie powtórką z rozrywki, miałem już bowiem okazję zobaczyć zespół w akcji kilkanaście lat temu w katowickim Spodku. Jego muzyka, od zawsze właściwie, to synonim człowieka pierwotnego: wyzwalanie najprostszych, męskich instynktów – kiedyś myśliwego i wojownika z maczugą, dziś z gitarą podpiętą do prądu – równy, tirowo-motocyklowy ryk instrumentów i zniszczony nie całkiem higienicznym trybem życia, chrapliwy głos wykonujacego lwią część partii wokalnych Billy’ego Gibbonsa. A do tego parę jeszcze nieodłącznych elementów występów tria, wręcz
cyrkowych czy kabaretowych:
długie brody gitarzystów, kapelusze, okulary przeciwsłoneczne, instrumenty obłożone futerkiem i wesolutkie, synchroniczne machanie gryfami tudzież poruszanie się po scenie. To nie jest przekaz ani dla delikatnych natur, ani dla tych, którzy także w rocku szukają głębszych wartości. Tu raczej chodzi o parę głębszych lub kilka piw (cztery litery wypisane po angielsku i polsku na odwrotnych stronach gitar, które w wybranym momencie pokazuje się rozradowanej widowni).
Nie miejsce tu na analizy, dlaczego jednym się udaje, a innym nie. Dlaczego na przykład o wrocławsko-katowickim Easy Rider pamiętają dziś nieliczni krajanie, a na hasło „ZZ Top” cały świat kiwa głową ze zrozumieniem. Jesteśmy u źródeł, bluesowych korzeni rokendrola,
soczystego wycinania riffów
ku uciesze własnej i zgromadzonej licznie w Dolinie Charlotty publiczności. Ktoś, jak – skądinąd bardzo sympatyczny i gruntownie osłuchany – mój sąsiad tego wieczoru (Jacku, pozdrawiam Cię serdecznie), może kręcić nosem, że finezji w tym niewiele, ale jednego a niezwykle istotnego Teksańczykom odmówić nie sposób: bezustannej, bezkompromisowej jazdy do przodu i rozpoznawalności. Już po paru sekundach – nieważne, czy własnego utworu, czy coveru – wiadomo, że tak grać mogą tylko oni. I na nic tu opór mniej przychylnych, że przecież od blisko półwiecza to nieustanne wariacje na ten sam nieskomplikowany temat.
Jeśli ktoś lubi, by mu czasem dosypano porządnie do pieca, ten wyszedł z koncertu zadowolony. Jeśli wychował się na graniu rodem z lat 50. i 60., nie ma prawa narzekać, jeśli – jak ja – ledwie toleruje metal, a swingu oczekuje w każdych okolicznościach przyrody, to wszystko otrzymał w piątkowy wieczór na tacy.
Zawodowcy z Południa USA, nawet jeśli trudniej ostatnimi czasy znoszą się wzajemnie, na koncercie serwują dokładnie to, po co przychodzimy. Wystrzałów i fajerwerków nie ma, są za to, niekoniecznie oczywiste i nie zawsze te same,
punkty zdecydowanie jaśniejsze.
Mam na myśli dwa numery z ostatniego, bardzo udanego albumu La Futura: I Gotsta Get Paid i Chartreuse oraz znakomicie zagrany I’m Bad, I’m Nationwide. Nie wolno zapomnieć też o rozpalających do białości bisach La Grange/Sloopy Drunk Jam, Tush i klasyku Jailhouse Rock na sam koniec.
Jeśli się czegoś czepiać, to tylko tego, że było stanowczo za krótko – w sumie osiemdziesiąt pięć minut. Aby poczuć się dopieszczonym, osobiście potrzebowałbym jeszcze jakieś pół godziny. Gdy jednak ktoś obejrzał w internecie setlisty z poprzednich występów, powinien być na taką właśnie, ściśle określoną porcję boogie przygotowany.
(ZZ Top, 9. Festiwal Legend Rocka, Dolina Charlotty, 3 lipca 2015)
Panowie, do roboty, czas najwyższy dopracować kolejne numery, wchodzić do studia, wydobyć je na światło dzienne, wypluć je z siebie ku radości własnej i wszystkich fanów.
[more]
*
Mam znajomego, który od wielu lat twierdzi, że Dżem powinien dać już sobie spokój. Nie dyskutuję z nim, gdyż, po pierwsze, każdy ma prawo do takich czy innych sądów, a po drugie – rozmowa byłaby niemerytoryczna, ponieważ wiem, że nie zna nagrań grupy z ostatnich kilkunastu lat. A jednak ta myśl o odwieszeniu instrumentów na kołki pojawiła się w mojej głowie przy okazji najnowszego wydawnictwa – dostępnego w kilku wielopłytowych wersjach.
No bo tak: Maciej Balcar jest wokalistą Dżemu
od 2001 roku,
czyli, chwalić Boga, lat czternastu. Przez ten czas na świat wyszły tylko dwa krążki grupy z premierowym materiałem: 2004 i Muza (ta akurat w rozmiarach, mierząc analogową miarą, dwupłytowego albumu). No dobrze, nie jedyny to taki przypadek, jeśli pod lupę wziąć zespoły z kilkudziesięcioletnim stażem estradowym. Pewien problem pojawia się, gdy spojrzeć, ile w tym samym czasie ukazało się pozycji koncertowych: Zabrze, Woodstocki, obficie wypakowane pudełka na trzydziestolecie oraz „Dżem symfonicznie” – i teraz znowu kolejny jubileusz. A już za cztery lata czterdziestolecie…
Uff, dużo tego, dużo kolejnych wersji od lat dobrze znanych z repertuaru koncertowego utworów. Te proporcje między krążkami studyjnymi i na żywo są już od paru lat mocno zachwiane. I aż ciśnie się na usta: „Co, znowu zapis koncertu?!”. Tyle tylko, że po chwili namysłu w sklepie, którą wybrać wersję, pudełko trzymam w dłoni i maszeruję do kasy. Może – bodaj pierwszy raz – bez dreszczyka emocji wkładam płyty do samochodowego, a potem domowego odtwarzacza. Lecz to tylko – okazuje się – wstęp do tego, by z każdą minutą słuchać uważniej i… powoli mięknąć. Wtapiać się w te dźwięki i znów zachwycać w najbardziej porywających chwilach. Bo pal licho ente wersje Wehikułu czasu i paru innych utworów obecnych w każdym koncertowym zestawie, pal diabli te numery, które znamy na pamięć i niczym szczególnym nas i tym razem nie zaskakują. Nad nimi trzeba przejść do porządku jako nad pozycjami obowiązkowymi i odhaczyć. Po to, by ze szczególną uwagą
pochylić się nad pieśniami,
których Dżem ma w repertuarze mnóstwo, a które w setlistach pojawiają się niezmiernie rzadko lub wcale. Utworów znakomitych i znakomicie – a jakże, to oczywiste – zagranych, odmiennie zaaranżowanych i wprowadzających sporo świeżego powietrza do całego czteropłytowego wydawnictwa.
Wartością dodaną są utwory z płyt z Jackiem Dewódzkim wreszcie zaśpiewane przez Balcara (pominąwszy oczywiście ciągle wykonywany Zapal świeczkę), są porywające wykonania Ostatniego widzenia, Listu do M., Słodkiej czy Niewinnych, są goście: z zagranicy Chris Duarte i Coco Montoya, big band pod dyrekcją Andrzeja Marko, orkiestra dęta kopalni „Staszic”, Partyzant – Krzysztof Toczko, a nade wszystko skrzypek Jan Gałach – jego granie stanowi szczególną przyprawę całości.
Można się zżymać na zespół, kręcić nosem nad nadmiarem publikacji koncertowych, a może – przede wszystkim – nad faktem, że tak rzadko docierają do nas nowe nagrania Dżemów. Bo wiemy, czujemy, słyszymy to po prostu, że ci faceci są wciąż w znakomitej dyspozycji, a to z kolei sprawia, że nie dopuszczamy nawet myśli, by mogliby uraczyć nas czymś słabszym. Więc czekamy, nasze
czekanie
wystawiane jest na ciężkie, bardzo długie próby, tym dłuższe i bardziej podszyte lękiem, im bardziej czas pędzi do przodu, im bardziej czujemy, że nieuchronnie się kurczy, że nic nie może wiecznie trwać. I wołamy: Panowie, do roboty, czas najwyższy dopracować kolejne numery, wchodzić do studia, wydobyć je na światło dzienne, wypluć je z siebie ku radości własnej i nas wszystkich.
A tym, którzy ciągle gadają coś o odgrzewanych kotletach, powiedziałbym, że zdecydowanie pomylili adres. Żaden inny polski wykonawca spośród tych, co gdzieś w pierwszej połowie lat 80. wiedli rzędy dusz, nie radzi sobie tak dobrze do dziś; z szacunkiem mogę popatrywać jeszcze w stronę Perfectu, ale repertuar (ździebko starszej) Budki Suflera czy wokalistykę Janusza Panasewicza lepiej chyba przemilczeć.
Ci, których muzyczne podniebienia ukształtowane zostały na soczystej wołowinie lat 60. i krwistym befsztyku kolejnej dekady, wśród nich i ja, nigdy nie znudzą się takim graniem. Nigdy nie miałem i nadal nie mam wątpliwości, że Dżem jako formacja anglosaska wymieniany byłby jednym tchem z Rolling Stones, Cream, Free, Allman Brothers Band czy Lynyrd Skynyrd. Los chciał, że panowie są stąd – dzięki czemu mamy ich blisko, znacznie bliżej niż wspomniane kapele. I gdy Jan Chojnacki znów kiedyś zapyta fanów: „I co na wieczność?”, to razem z tysiącami fanów krzyknę pełnym gardłem: „Dżem!”.
Hey to grupa, która od dawna już nie widzi powodu, by za tym czy owym nadążać, robi swoje, osobne, dyktuje własne warunki, nie wdzięcząc się do publiczności.
[more]
*
Ostatnio ukazały się koncertowe wydawnictwa dwóch legendarnych już formacji w naszym kraju, Heya i Dżemu. Zespołów, które wymieniłbym zaraz na początku, zapytany o ukochanych rodzimych wykonawców. Zacznę od albumu tego pierwszego, bo ujrzał światło dzienne odrobinę wcześniej i także cztery dni szybciej znalazł się w mojej szufladce.
*
Katowice doczekały się imponującej siedziby NOSPR, zaprojektowanej w studiu Tomasza Koniora, Szczecin natomiast równie fantastycznego obiektu Filharmonii Szczecińskiej. Obie budowle prezentują się na wskroś nowocześnie, choć pierwsza z zewnątrz przykuwa uwagę klasyczną bryłą prostopadłościanu z cegły i szkła, druga natomiast obłędną bielą i zwielokrotnioną strzelistością formy. Budynek filharmonii otrzymał niedawno prestiżowe wyróżnienie Unii Europejskiej – nagrodę imienia Miesa van der Rohe. Projekt powstał w barcelońskiej pracowni Alberta Veigi i Fabrizzia Barozziego. Z jednej strony XXI wiek, a z drugiej duch A. Gaudiego – co stwierdzam po niedawnej wizycie w stolicy Katalonii – jest tu bardzo widoczny. Fotografie umieszczone wewnątrz pięknie wydanej książeczki – okładki płyty zdecydowanie zachęcają do bliższego zapoznania się z nową siedzibą FS.
*
Hey w ostatnich latach budzi moje ambiwaletne uczucia. Nadal zachwyca na płytach, mimo iż dokonało się radykalne odejście od mocnych brzmień gitarowych, natomiast zupełnie nie potrafię odnaleźć równie wielkich emocji w odbiorze tej muzyki na żywo. Ustawianie programu koncertu niejako pod woltę stylistyczną, pod „klawiaturowe” przearanżowanie starych, bardzo nielicznych zresztą w setliście numerów, budzi moje watpliwości.
Zawsze nieufnie podchodziłem do podobnych zmian, gdy rasowy zespół rokendrolowy uciekał w elektronikę: Queen na początku lat 80. czy dekadę później U2; zastanawiało mnie, jak godzą się na to tacy gitarzyści jak Brian May. Śmiem twierdzić, że Hey – powtórzę: na płytach – radzi sobie znacznie lepiej od słynnych wyspiarzy, ale trudno mi pojąć, dlaczego starsze kawałki na koncertach pozbawia się mocy gitar Żabiełowicza i Chrzanowskiego. Albo: po prostu nie odnajduję tych wielkich emocji, jakie towarzyszyły mi podczas występów grupy przed laty. Tej decybelowej adrenaliny nie udało się zastąpić komputerami.
*
Patrzę w książeczkę, zerkam na daty i kolejny raz myślę sobie, że dożyliśmy wspaniałych czasów. W niewiele ponad dwa miesiące od występów na żywo ukazuje się przepięknie wydana ich rejestracja. To coś, o czym kiedyś mogliśmy tylko pomarzyć, bo cykle produkcyjne ciągnęły się i rwały jak guma do majtek krajowej produkcji. Zazdrośnie popatrywaliśmy wtedy na Zachód, gdzie wszystko miało tempo, gdzie anonsowano dzień ukazania się danej płyty.
Mamy to już od lat także i w Polsce: odpowiedniej klasy sprzęt nagrywający, edytorstwo na poziomie nieodbiegającym od światowego ani na milimetr (można by się czepiać jedynie korekty, bo trafiają się literówki czy – czasem, o zgrozo – błędy ortograficzne). Jest więc pięknie.
*
Hey w filharmonii. Szczecin Unplugged.
Sześćdziesiąt siedem minut muzyki nagranej przez sekstet Hey z mniejszym niż w przypadku MTV Unplugged (2007), dziewięcioosobowym, ze szczególnym uwzględnieniem dęciaków, składem muzyków filharmonii. A jednocześnie – swego rodzaju odwrócenie biegunów, ponieważ zawartość krążka to przede wszystkim utwory z ostatnich dwóch płyt i tym razem elektroniczne aranże studyjne zamienione zostały na brzmienia analogowych instrumentów.
Całość może nie porywa, zwłaszcza przy pierwszym słuchaniu, ale warto pochylić się nad tym materiałem, wsłuchać w niego na spokojnie i – być może – rozsmakować. Palcem szczególnie uparcie wskazuję na dawne rzeczy, r.e.r.e (coś tu z ducha słynnych Fiołków i róż Ewy Demarczyk) i Wczesną jesień ze znakomitego „Pytajnika”, których odmienne brzmienie to szczególnie nowa jakość na płycie. Jestem przekonany, że tego typu podejście do materii muzycznej sprawia, iż płyty równie dobrze będzie się słuchać za lat pięć czy dziesięć.
*
Od 1992 roku grupa cały czas prezentuje poziom, o którym większość może tylko marzyć. Hey to jedna z nielicznych na rodzimym rynku instytucji – formacja, która od dawna już nie widzi powodu, by za tym czy owym nadążać, robi swoje, osobne, dyktuje własne warunki, nie wdzięcząc się do publiczności. Fakt, że jest to dziś muzyka ludzi po czterdziestce, już nie tak gniewna jak kiedyś, lecz wyciszona, w żadnym wypadku nie powinien być argumentem na „nie”. Wciąż jest w niej bowiem to, co najistotniejsze: świetne teksty i dobre, bardzo dobre kompozycje, jest puls i swing. Jako fan kapeli mogę tylko powiedzieć, parafrazując frontmankę: „No, dziękuję bardzo!”.
Ciesząc ucho znanymi już nagraniami w odmiennych aranżacjach, czekam z niecierpliwością na zapowiedziany na listopad nowy studyjny krążek grupy. Podobno ma być zaskoczeniem. Jazzu Hey raczej grać nie będzie, bardzo więc jestem ciekaw, co zaproponuje teraz – jakie rockowe drzwi otworzy, którą uchyli szufladę.
(Hey, Hey w filharmonii. Szczecin unplugged, 2015)
Pewien poeta powiedział kiedyś, że aby łapać za pióro po Homerze i Mickiewiczu, trzeba mieć w sobie sporą dozę bezczelności. Gdy patrzyłem wczoraj na Tomasza Organka, nie takiego już przecież pierwszego młodziaka, pomyślałem, że po tych wszystkich Hendriksach, Morrisonach i Kriegerach trzeba mieć w sobie mnóstwo brawury, aby grać taką muzykę.
[more]
Jednak brawura, uzupełniona imponującą grzywą, byłaby tylko wabikiem dla panienek i niczym więcej, gdyby nie – bagatela – solidny warsztat nie tylko lidera, ale całego kwartetu, kultura muzyczna wsparta latami studiów w pobliskiej Akademii Muzycznej, świadomość tradycji muzycznej, głównie rockowej, ale przecież nie tylko, błogosławiony dystans do siebie objawiający się dowcipnymi zapowiedziami i komentarzami pomiędzy utworami. A do tych wszystkich talentów dopisać należy jeszcze, last but not least, pisanie niebylejakich tekstów: kłania się duch Torunia i nieodżałowanej pamięci Grzegorz Ciechowski.
Tradycja muzyczna,
do której odwołuje się TO, jest mi szczególnie bliska. Można oczywiście odnajdować tropy świeższej daty: Jack White, The Black Keys, Lenny Kravitz (niech będzie, zacznę wyliczankę: Stay), a z domowego podwórka Kim Novak (Nazywam się Organek albo Kate Moss) albo, nie tylko z racji personalnych koneksji, Atrakcyjny Kazimierz i Cyganie (knajpiany Italiano), ale to odbywałoby się trochę na podobnej zasadzie, jak w sztuce czerpano z Michała Anioła, a on sam inspirował się sztuką starożytnej Grecji i Rzymu. Organek ma za sobą wielokrotne lektury Doors, Led Zeppelin i całej reszty klasyków z przełomu lat 60. i 70. – i nie ma tu żadnego znaczenia, że ci z kolei czerpali z dorobku szczerbatych Murzynów.
Terminu „brawura” używam już po raz trzeci i nieprzypadkowo. Bo z tradycji można czerpać na wiele sposobów, ale trzeba naprawdę wielkiego talentu, by czynić to właśnie tak.
Bezczelnie mieszać riffy
i faktury, nuty i zagrywki – i robić to na przemian lekko, piosenkowo, dotykając na przykład najlepszych patentów Doors z Light My Fire, Love Her Madly czy Hyacinth House – choćby w Nie lubię, zapuszczać się w okolice korzennego bluesa rodem z akustycznego setu Led Zeppelin z trzeciej płyty (O, matko i Głupi ja) zaaranżowane w stylu Bron-Y-aur Stomp czy Hats Off To (Roy) Harper) albo ciężkich basów z pierwszego albumu, można też podjąć próbę przekroczenia drzwi percepcji w King of The Parasites, gdy melodyjność Light My Fire powoli przeistacza się w oniryczną psychodelię The End, i testować jednocześnie gitarę na wzór i podobieństwo niejakiego Jimiego H. Trzeba naprawdę wielkiego talentu, by ze starych i wciąż rozlicznie stosowanych składników uzyskać nową wartość – błyskotliwą raz po raz świeżość, najlepiej pojętą przebojowość melodii, no i mieć jeszcze to „coś”, by na żywo, przed publicznością, odjechać czasem dość daleko od płytowych wersji.
Scena Rialta została wczoraj zalana rockową energią. Koncert sprawił mi wyjątkowo wiele frajdy – a nie byłem sam z takimi odczuciami. I od razu też pojawia się niepokój o to,
co będzie dalej.
Organkowi udała się wielka sztuka: stylistycznie odbiegł daleko od macierzystej Sofy i zaproponował świetny, mainstreamowy rock. Zyskał zasłużone uznanie i zainteresowanie. Jednakże publiczność w naszym kraju bardzo chętnie pochyla się nad nowościami: nowymi nazwiskami, nazwami – nad debiutami. Pojawia się nowa jakość: głos, brzmienie, piosenki. Ale potem jest już różnie, nawet jeśli wykonawcy udaje się – co jest warunkiem niezbędnym – trzymać artystyczny poziom. Mija rok, dwa lata, pojawia się następna płyta, ale przecież zwykle o znanych już cechach. Posmak nowości uleciał, a tymczasem na ryneczku lidla lśnią kolejne gwiazdy i gwiazdeczki. Oby patronat Trójki był silną tarczą, choć – co oczywiste – nie daje on pełnej gwarancji zachowania popularności. Organek to dziś artysta gotowy – co będzie miał do zaproponowania za, powiedzmy, pięć lat?
(Organek, Kinoteatr Rialto, Katowice, 9 czerwca 2015)
Czasem dobrze sobie przypomnieć, że rokendrol to bardzo prosta w korzeniach muzyka. Co wcale nie oznacza, że łatwo jest grać prosto, melodyjnie i jednocześnie trzymać co najmniej przyzwoity poziom. Wciąż na szczęście pojawiają się składy, którym to się udaje.
[more]
Turnip Farm
to czterech panów na co dzień realizujących różne inne projekty – Piotr Brzeziński – Peter J. Birch, Tomasz Sztrekier, Marcin Lokś i nowy wokalista Piotr Siwicki. Zespół zebrał się po trzyletniej przerwie i zarejestrował materiał na trzeci album Chase Chagrin Away – krótki, zawierający osiem utworów i trwający niewiele ponad pół godziny.
W przypadku TF podróż w muzycznym czasie oznacza cofnięcie się o jakieś ćwierć wieku, w brudy i przestery grunge’owe, ale jednocześnie w gitarowe brzegi łagodne spod znaku indie. Jeśli post grunge zbyt często serwował banalne, popowe pieśni w pozornie drapieżnym opakowaniu, to w przypadku formacji rodem z Wołowa jesteśmy daleko od takich skojarzeń. Najistotniejsza podpowiedź stylistyczna zawarta jest już w nazwie zespołu: „Turnip Farm” to kawałek amerykańskiego Dinosaur Jr. i, najwyraźniej, deklaracja polskich muzyków, gdy chodzi o źródło
największych inspiracji.
Najmniej na krążku przypadły mi do gustu wycieczki w okolice list przebojów sprzed około trzydziestu lat. Płytę zamyka cover Fiction Factory, Feels Like Heaven, a wcześniej, w The Best Dates of My Life, w linii gitary mamy wyraźny cytat z True Spandau Ballet. Ale może niepotrzebnie się czepiam – młodzi panowie z Turnip Farm z racji metryki nie mogą mieć takich konotacyjnych obciążeń, jakie mam ja, reagujący nieustanną wysypką na większość tego, co było popularne w tamtej dekadzie, nawet z zastrzeżeniem, że rzeczone utwory należą do najlepszych w dyskografiach wspomnianych zespołów.
Wcześniej jest zdecydowanie ciekawiej, bo sześć pierwszych kawałków to bardzo solidne i jednocześnie przyjemne dla ucha gitarowe granie oraz, co rzadkie w rodzimym wykonaniu, świetne chórki.
Prostota środków
i bezpretensjonalność przekazu to atuty, które sprawiają, że piosenki przy trzecim-piątym razie wchodzą do ucha i już zostają. I doprawdy nie wiem, czy najbardziej podoba mi się otwierający płytę The Winter Is Our Discontent, niezwykle chwytliwy Broken Promises, czy może Nuclear Fusion, w którym odnajduję również ślady tej formacji, która grunge najudatniej przeniosła na polski grunt, czyli Heya.
Polska muzyka zdaje się dziś funkcjonować w trzech wymiarach: radiowej Trójki, jedynej sensownej rozgłośni o ogólnopolskim zasięgu, stacji komercyjnych (ciszej nad tą trumną, gdy mowa o tych tzw. wiodących) oraz bardzo szerokiej przestrzeni internetu i wydawców niezależnych. Żaden twórca, większego czy mniejszego formatu, tak naprawdę nie jest w stanie karmić się pustką wokół siebie i potrzebuje odbiorców. Jednakże przenikanie się tych światów, zwłaszcza wydostawanie z trzeciego spośród wymienionych, odbywa się bardzo opornie. Z wielu powodów. Legitymujący się bardzo długą historią, liczący niespełna trzynaście tysięcy mieszkańców dolnośląski Wołów to dziś miejsce zaskakująco sporego muzycznego fermentu. Czy dane będzie nim zarazić lub chociaż o nim poinformować szeroką publiczność w Polsce?
To, co w takich przypadkach po latach zaskakuje czasem najbardziej, to informacja, że zespół działa nadal.
[more]
*
New, czy – jeszcze lepiej pasująca do realiów nazwa nurtu muzycznego – cold wave znakomicie wpisywała się w klimat Polski lat 80., tej po stanie wojennym a przed 1988-89 rokiem. Jeśli punk, ze swej istoty hałaśliwy, nie mógł liczyć na przychylność tzw. czynników, a tym samym na mocne zaistnienie na antenie radiowej, o tyle naśladowcy Joy Division czy Bauhausu, jeśli tylko nie darli kotów z cenzurą, zaanektowali całkiem sporą część rodzimego rynku muzycznego. Co oczywiście nie zmienia faktu, że z nagraniami – radiowymi czy płytowymi – wciąż łatwo nie było.
Dla tarnowskiego Ziyo wszystko co najlepsze wydarzyło się w kilku pierwszych latach działalności. Za oficjalny początek uznaje się rok 1986. To wtedy zadebiutowali na scenie, na festiwalu w Jarocinie, i zdobyli wyróżnienie. Sześć miesięcy później, w studiu bodaj najważniejszej wtedy postaci, gdy chodzi o kształt nowej sceny rockowej, Waltera Chełstowskiego oraz wspominanego przeze mnie niedawno (przy okazji tekstu o formacji Aya RL) Igora Czerniawskiego nagrali dwa utwory: Panie Prezydencie oraz Pod jednym niebem. Ten drugi znalazł się w 1988 roku na składance Tonpressu.
W 1989 roku ukazał się debiutancki album wydany przez Wifon, na który złożyły się nagrania radiowe zespołu – i w sporej mierze też pierwsze, niemałe przeboje, poza wymienionymi wyżej Idziemy wytrwale czy Graffitti. Krążek sprzedał się w nakładzie stu osiemdziesięciu tysięcy egzemplarzy.
To był czas, gdy kapelę Jerzego Durała, autora tekstów, wokalisty i basisty zespołu miałem okazję parokrotnie widzieć w katowickim Spodku (ach, ileż wtedy było takich rockowych spędów, na których występowało po kilka, kilkanaście rodzimych zespołów!) i za każdym razem robili na mnie dobre wrażenie.
Zaraz potem jednak pojawiły się pierwsze oznaki dryfowania w niewłaściwym kierunku, zwłaszcza gdy mowa o kapeli z pewnym już dorobkiem i niezłą pozycją. Durał dopatrzył się w sobie podobieństwa do Bono, najpierw chyba fizycznego, a zaraz potem także w zakresie warunków głosowych. Co można by wybaczyć nastoletniemu debiutantowi, było kiepsko strawne w przypadku dwudziestoparoletniego artysty. Wokalista w piosenkach z drugiej płyty (pod pretensjonalnym tytułem Witajcie w teatrze cieni) zaczął zdradzać nadmierną fascynację postacią frontana U2, a już zupełnie karykaturalną formę przybrało to przy powstawaniu materiału na krążek Tetris (1994). By dopełnić nieszczęścia, brzmieniowo Ziyo z zimnofalowego zespołu przeistoczyło się w kopię Irlandczyków.
Udało się co prawda na tym koniu zajechać dość wysoko, bo wylansować największy przebój – Magiczne słowa – który bardzo długo znajdował się w czołówce zestawienia radiowej Trójki, ale niezbyt daleko. Jeszcze w 1995 roku Ziyo jest ciągle atrakcją – Durał i Klich pojawiają się na scenie Spodka w koncercie ku pamięci Ryszarda Riedla „List do R. na 12 głosów” (utwory Boże daj dom i Wokół sami lunatycy znalazły się na pierwszej płycie trzyczęściowego wydawnictwa), ale popularność zaczyna przygasać. Cztery długie lata, aż do 1998 roku, kapela każe czekać na swój nowy materiał. Za długo – znika bowiem niemal zupełnie z pola widzenia.
Tym, co zwykle w takich przypadkach zadziwia najbardziej, jest informacja, że zespół działa nadal. Zapomniany od mediów i zdecydowanej większości niegdysiejszych fanów, w składzie nie do zliczenia ile razy zmienianym, odcina ostatnie kupony od dawnej popularności.
Knopfler pobrzdękuje sobie na gitarach niespiesznie, za to niewymuszenie kunsztownie i – jak on to robi?! – wciąż wymyślając kolejne niepospolitej urody melodie.
[more]
*
„Łeb mam już jak sklep od muzyki, w związku z tym coraz częściej łapię się na tym, że nowych rzeczy nie absorbuję. Zdarza się, że zwrócę uwagę na coś frapującego. Słucham radia, leci fajny kawałek (…). Podoba mi się, ale już nie czuję potrzeby, by to mieć na własność” – mówi Filip Łobodziński. Mogę tylko podpisać się pod jego słowami. Z pokornym zastrzeżeniem, że on był kiedyś dziennikarzem muzycznym, że z pewnością skonsumował tego wielokrotnie więcej niż ja.
Ale i tak nie nadążam. Czasem jeszcze – jako bloger z trzyletnią zaledwie praktyką – czuję pod skórą ten neoficki niepokój, że przecież powinienem, że należy, skoro odważyłem się o muzyce przemówić mniej lub bardziej publicznie. Zerkam w różne miejsca w internecie, patrzę, co piszą inni, o czym piszą, co ich kręci – i widzę, że nie nadążam. Dziesiątki nazw i nazwisk, które mówią mi niewiele lub zgoła nic. O, rany! – łapię się za głowę.
Tyle że – tak się składa – miejsce, z którego biorę pieniądze do życia, leży trochę gdzie indziej, a z dowodu osobistego wyraźnie wynika, że peseli poważniejszych niż mój z roku na rok coraz mniej. Lustro oglądane co dzień próbuje jeszcze kłamać, ale na zdjęciach swej facjaty za bardzo już znieść nie mogę. Na dodatek siwa głowa i wysokie czoło wcale nie dają gwarancji mądrości. Trzeba więc z resztkami godności mościć sobie miejsce w getcie dinozaurów, ramoli i tetryków – ludzi, którzy dla dzisiejszych dwudziestolatków są starzy jak druga wojna światowa albo „Solidarność”. I w ten sposób, z takimi nawracającymi raz po raz zastrzeżeniami – znów sięgam po łyżeczkę do kawy i zasiadam do muzycznego oceanu. Szukając na nim, a jakże, tych wysp i wysepek od dawna lepiej lub gorzej, ale już rozpoznanych.
*
O tym, że Pan Mark K. ma wszelkie mody w nosie, wiemy od dawna. Tak samo jak o tym, że jego deklaracje od wielu lat znajdują potwierdzenie w dokonaniach. Mistrzowskie opanowanie instrumentu od zawsze służy mu nie do efekciarskich kaskad lewo- i praworęcznych, a do tworzenia niepowtarzalnego klimatu utworów. Klimatu, dodajmy, rodem z bluesa – jak na klasyka gatunku przystało. Knopfler pobrzdękuje więc sobie na gitarach niespiesznie, z dala od Londynu i innych gwarnych miejsc nie tylko Wielkiej Brytanii. Niespiesznie, za to niewymuszenie kunsztownie i – jak on to robi?! – wciąż wymyślając kolejne niepospolitej urody melodie. Nawet jeśli czasem zdają się one młodszymi siostrami kiedyś napisanych piosenek, nie ma w tym nic złego.
Pył i kurz po wydaniu nowej płyty już opadł. Zresztą nie był tak wielki, bo Knopflera fajerwerki nigdy nie interesowały i tym bardziej nie interesują dzisiaj. Zaś ja, po typowym dla nowych zakupów okresie niewyjmowania krążka z odtwarzacza, mogłem sobie zadysponować „syndrom odstawienia”, a więc zbawiennego zwykle odleżenia się materiału gdzieś w zakamarkach myśli (i serca, jak coś lubi się zdecydowanie mocniej). Po pewnym czasie wracam do płyty i mam już te parę kawałków, które szczególnie uderzają do głowy.
Okolica, po której oprowadza nas mistrz, znana jest od dawna: te wszystkie pobekiwania celtyckich owiec, folki anglosaskie, elementy irlandzkie – wyrosłe z korzeni, jak już się rzekło, bluesowo-rokendrolowych.
Co mi szczególnie wpadło w ucho? Kolejne urokliwe walczyki, Basil i mój faworyt Mighty Man, fantastyczny, eteryczny i beatlesowski Skydiver, Broken Bones nawiązujący riffami gitary do Another Brick In The Wall, a klimatem do pieśni nieodżałowanego JJ Cale’a, kraina łagodności w Long Cool Girl. Zacząłem tę wyliczankę od numeru trzeciego i właściwie mogę dojechać do końca płyty. Po bluesowym i bardziej dynamicznym dwupłytowym albumie Privateering otrzymaliśmy porcję klasycznego stylu Knopflera. Porcję znów przygotowaną bez żadnego zbędnego wysiłku i niezwykle starannie podaną.
Już zacieram ręce na lipcowy koncert w Krakowie. Może ze mnie kapeć stary, trudno, taka kolej rzeczy, jednakże do solowych propozycji Knopflera dorosłem dopiero parę lat temu. Uwielbiam ironię muppetowej loży szyderców (pamiętacie tych dwóch dżentelmenów, prawda?), ale kawał ogrodu na starość i sąsiad MK – to by było coś, kto wie, może nawet raj. Lub przynajmniej jego muzyka w letnie popołudnie leniwie sącząca się z kolumn wystawionych na taras. A co tam, wolnoć Tomku w polskim domku.
Jak to dobrze, że prezydent zgodził się na telewizyjną debatę. Jak to dobrze, że ją obejrzałem. Warto było czekać. Na pierwsze pytanie zadane przez kandydata Dudę. Wśród wielu spraw niecierpiących zwłoki, ważnych i pierwszorzędnych, istotnych dla narodu i obywateli teraz i w najbliższej przyszłości na plan pierwszy wysunęła się kwestia, czy Polska to nie tylko ofiara, ale i kat narodów. Na tydzień przed drugą turą najważniejszy jest stosunek głowy państwa do Jedwabnego. Zaiste, jedwabiste to pytanie.
[more]
Poczułem się, jakbym miał – podejrzewam, że takie właśnie może być, bo jestem pijący nienadużywający – delirium tremens. Albo deja vu. Jakiś wehikuł czasu, za sprawą którego przeniosłem się w czas sprzed 10 kwietnia 2010 roku. Poczułem uderzenie w tył głowy, błyskawiczne „Skądś to znam” i zaraz potem: „Już wiem skąd”.
Kim jest prawdziwy Polak? To człowiek zgięty w pół pod ciężarem krzyża, z głową – jak żona Lota – ciągle przekręconą w tył, w tragiczną przeszłość, z nogami spętanymi biało-czerwoną szarfą. Z flagami opuszczonymi do połowy masztu, z wieńcem i wiązanką kwiatów składaną pod pomnikiem ku pamięci i czci. Wśród wrogów otaczających nas ze wschodu, z zachodu i południa, imperialistów zza oceanu i Unii Europejskiej (gdzie schronienie znalazł zbiegły z kraju Donald T.) – szukający przyjaciół z konieczności nieco dalej – na przykład w słonecznej Gruzji.
Nie mogąc wybaczyć rządzącej partii całego szeregu zaniechań, przedkładania interesów własnych nad publiczne itd. itp., z przerażeniem skonstatowałem, że oto już za chwilę mogę być wrzucony w opisaną wyżej wistość rzeczy. Najpierw brodząc (bredząc?) w niej stopami, a od jesieni, po wyborach parlamentarnych, zanurzony po dziurki w nosie. Z głową raz po raz wpychaną pod wodę. Panie Boże, który – wierzę – że jesteś, chroń nas od przyjaciół, bo z wrogami poradzimy sobie sami – jak mówi stare powiedzenie. Chroń mnie od tych, co przekonani są, że co prawda jesteś Bogiem wszystkich ludzi, ale nas, Polaków, najbardziej. Chroń mnie od garniturów z Janem Pawłem II w klapie. Od ludzi, którym wciąż z ust wypadają przekleństwa takie, jak honor, ojczyzna, naród czy historia. Od tych, którzy wyciągać mi będą dłonie na kołdrę i zaglądać między nogi mojej żonie. Chroń mnie przed tymi, którzy w swych sercach noszą remedium na wszystkie moje smutki i niepokoje.
Którzy uszczęśliwiać mnie będą ze wszystkich sił swoich, za wszelką cenę, nawet wbrew mojej woli. Codziennie, od rana do późnej nocy, tydzień po tygodniu, miesiąc po miesiącu. Co najmniej przez długie pięć lat.
Dzisiaj dzień, gdy w ten lub inny sposób przychodzi nam wypełniać swój obywatelski obowiązek. Bodaj w Belgii jest tak, że jeśli ktoś dwa razy z rzędu nie pójdzie do urn wyborczych, traci prawo do głosowania na dziesięć lat. Postuluję niniejszym, by wprowadzić ten przepis u nas. Już widzę te protesty słusznie oburzonych: „Co, oni znów chcą mi coś zabrać? O, takiego!”. W ten sposób osiągnięto by szczytny cel, czyli bardzo wysoką frekwencję.
[more]
Chcąc coś skrobnąć o miejscach, gdzie muzyka, a raczej muzycy, i polityka wchodzą w nieco bliższe relacje, a nie mając zamiaru narazić się na zarzuty o naruszenie ciszy wyborczej, publikuję (hm) ten wpis po 21.00.
*
W historii dokonała się swoista wolta, gdy chodzi o zabieranie głosu w sprawach publicznych. Kiedyś wypowiadały się o nich elity. W dawnej naszej literaturze roi się od takich wierszy czy dzieł o większych rozmiarach. Słuchano Reja, Kochanowskiego, Frycza-Modrzewskiego, wolno było księżom, i to nie tylko plebanom, Zabłockiemu czy Krasickiemu, biskupowi zresztą.
Ostatni raz, gdy artystów na wielką skalę dopuszczono do mikrofonów i łamów gazet, to był rok 1989. „Jesteśmy wreszcie we własnym domu. Nie stój, nie czekaj…”. Już wcześniej literatów władza ludowa goniła do pióra: mają się zajmować swoim, a nie wpychać palce w politykę, o której nie mają bladego pojęcia. W III RP niewiele się w tej materii zmieniło – ogół nieufnie przyjmuje wystąpienia reżyserów, pisarzy czy muzyków w kwestiach państwa i narodu. Przecież oni nie są specjalistami w tej dziedzinie, od tego są politycy – działacze partyjni, radni, posłowie, ministrowie i prezydenci.
Na byle stanowisko – kto choć raz aplikował, składał CV i list motywacyjny, ten wie – wymagają lat praktyki, specjalistycznego wykształcenia, biegłej znajomości języków obcych i obsługi komputera. Nawet by zostać konserwatorem powierzchni płaskich (dawniej: sprzątaczką/sprzątaczem), trzeba zwykle wylegitymować się doświadczeniem zawodowym. Tymczasem by zostać prezydentem kraju – niemałego, zwłaszcza w europejskiej skali – wystarczy skończyć powszechniaka (prawda, jeszcze ośmioklasowego, to już coś) i być, nie obrażając nikogo, bezrobotnym. Za to członkiem – podobno jakiejś partii. To są kwalifikacje do najwyższego urzędu RP, których nie podważa póki co żadna ordynacja wyborcza i żaden skład PKW.
*
Ale miało być o muzykach, a ściślej jednym muzyku – i polityce. Nie o Dylanie, nie o Bono, który kończy dziś pięćdziesiąt pięć lat. Jello Biafra, lider Dead Kennedys, który w 1979 roku w wyborach na burmistrza San Francisco otrzymał cztery procent głosów, też musi poczekać na inną okazję (choć jego pomysł, by polityków i biznesmenów przebrać za klaunów, nie wydaje się całkiem „od czapy” – Stańczyka).
Jako nastolatek miał haka na dorosły świat. Miał zespół Hak, który nawet otrzymał nagrodę na festiwalu w Jarocinie w 1983 roku. Nie tylko po latach, ale już wtedy wydawał się kopią Lady Pank. Największy przebój to Ołowiane głowy:
Przekupione słowem w przepaść mkną
Ocierając się o krzyk (…)
O, o, ołowiane głowy
Ich nie pokryje rdza (…)
Z dna milczenia waszych kroków stuk
Z dna milczenia przysięgi żar (…)
Wymyśleni, pozdrowieni dmią
By w umyśle moich zmian
Ciągną, dręczą, zabierają nam
Tam, gdzie znika moje ja
Pewnie jeden kandydat Paweł Kukiz wie, o co chodzi – zwłaszcza w ostatnich czterech wersach. Ale rymy, choć niezbyt dokładne, są.
Lecz to właśnie tam, w Jarocinie w 1983 roku, on i gitarzysta Haka Jarosław Lach poznają Igora Czerniawskiego. I tak urzeczywistnia się na ludzkim gruncie przyjaźń polsko-radziecka: powstaje Aya RL (Aya Red Love). Oj, narozrabiał wtedy ten skład w rodzimym rocku – i to nieźle. Na tle mniej lub bardziej rozbrykanych grup gitarowych, kapel bluesowych, epigonów art rocka oraz kiczowatego elektropopu spod znaku Kapitana Nemo i, nie bójmy się tego, Kombi wyróżniali się bardzo.
Klawisze – tak, jak najbardziej, ale użyte zupełnie inaczej (gdzieś tam kłania się 4 AD, ale to tylko część prawdy), świetna gitara i bardzo interesujący frontman, do tego znakomita na owe czasy produkcja: to wszystko robiło wielkie wrażenie. Może nie od samego początku – nagrania dla radia, Oczy i Jazz, choć zwróciły uwagę wszystkich, brzmią skromnie w porównaniu z utworami zarejestrowanymi na tzw. czerwoną płytę. Koszmarna muzycznie Skóra, infantylnie zaśpiewana, stała się największym przebojem grupy. Pamiętam, że dopiero Tadeusz Sławek, późniejszy rektor Uniwersytetu Śląskiego, uświadomił – nie tylko mi – że to bodaj pierwszy polski rockowy tekst o tolerancji. I to oddać trzeba tej pieśni, której trio świadomie nie umieściło na krążku. Świadomie, bo nie o sukces komercyjny chodziło.
Teksty zawarte na płycie może nie porażały walorami literackimi, ale nieźle wpisywały się w stylistykę lat 80., a więc czas mizerii po stanie wojennym, kiedy mało kto wierzył, że upadek starego systemu nastąpi – i to tak szybko.
Ulica
Opowiem Wam o mojej ulicy:
Na mojej ulicy
Nikogo nie dziwi człowiek (…)
Na mojej ulicyNie mieszka już Chrystus
A Szatan się z niej wyprowadziłNa mojej ulicy
Gra chłód kamienicy
Chłód wciąż mniej żywych tkanek…
Ściana
Od ludzi dumnych, kruchych jak sława, Ty oddzielaj nas
Od nienawiści, idei Marsa, Ty oddzielaj nas
Będziemy wzmacniać i przesuwać Cię tak, byś naprzód szła
I podeprzemy Cię swoją siłą, gdy będziesz się chwiać
A kiedy, kiedy przyjdzie już czas, my zburzymy Cię
I zbudujemy przepiękny pałac, on jest naszym snem
Dziś można by się wyzłośliwiać: czyżby Kukiz już wtedy miał na myśli pałac prezydencki? Wiadomo jednak, że był to ciągle czas Komitetu Centralnego i towarzysza I sekretarza.
A ja się ukrywam
Znaleźli mnie gdy leżałem bez sił
Nie wierzą mi, że jestem zdrów – mylą z kimś
Mówią: On! Tak – to on! Tak to on! Tak to on się ukrywał!
Chory Pan jest? – Jestem zdrów jak łza!
– Adres i wiek podać szybciutko nam
Księżycowy krok
Budzę się przy blasku ostrych barw
Głuchnę w wielkim huku słusznych salw
Dławię się słowami – których wstyd
Modlę się do bożków obcych mi
Utwór zatytułowany Polska, choć niebezpiecznie pompatyczny, na szczęście pozostał dziełem instrumentalnym.
Niestety, po debiucie fonograficznym w 1985 roku było już tylko gorzej. Zmiany personalne sprawiły, że dopiero po czterech latach ukazał się drugi album, tzw. niebieski. Ale popularnością nie zbliżył się nawet do poprzednika. W 1990 roku odeszli Kukiz i Romanowski (gitarzysta), wrócił Lach – i Aya stała się instrumentalnym duetem. Konia z rzędem temu, kto zna trzy kolejne krążki. W 1998 roku Czerniawski definitywnie rozwiązał formację.
Czerwony album pozostaje jedną z najważniejszych polskich płyt lat 80. Pierwszym i ostatnim momentem, gdy muzyczne działania Pawła Kukiza żywo mnie interesowały. Na przaśność i ludyczność Piersi, tak samo jak paru innych podobnych kapel, pozostałem zupełnie obojętny. Z prostego powodu: że mieszanie kabaretu z rockiem jest w moim odczuciu zupełnie niestrawne.
*
Co zaś do politycznych aspiracji – nie Kukiz pierwszy, nie ostatni. Staram się oddzielać człowieka (każdego) i jego, większe lub mniejsze, dzieło. Jakieś tam przemyślenia nie tylko w tej sprawie zachowam dla siebie, bo z meritum, czyli blogiem muzycznym, nie mają wiele wspólnego.
I już zupełnie na koniec jedna refleksja. Ubolewam nad klasą, a raczej – najczęściej – jej brakiem wśród przedstawicieli klasy politycznej. W ostatni poniedziałek odbył się pogrzeb wielkiego człowieka, który był także wielkim politykiem, Władysława Bartoszewskiego. Ostatniego, którego postrzegam jako wielką postać, jako autorytet – kogoś o twardym kręgosłupie, przede wszystkim moralnym.
Dawno, dawno temu wieszcz Adam napisał słowa, które stanowczo zbyt często przypominają mi się, gdy patrzę na to, co się dzieje:
Gęby za lud krzyczące sam lud w końcu znudzą,
I twarze lud bawiące na końcu lud znudzą.
Ręce za lud walczące sam lud poobcina.
Imion miłych ludowi lud pozapomina.
Wszystko przejdzie. Po huku, po szumie, po trudzie
Wyborny zestaw utworów, bardzo dobra forma całego zespołu, wyraźna ochota do gry mimo ciągnącej się już od pewnego czasu trasy, zawodowstwo niepozwalające zagrać poniżej pewnego, naprawdę wysokiego poziomu – to wszystko sprawiło, że sympatycy LS mogli opuścić Torwar usatysfakcjonowani.
[more]
*
Coś, o czym młodzi muzycy pewnie marzyli całymi latami. By kiedyś móc stanąć i zagrać na jednej scenie ze swoimi mistrzami. Latem, przy pięknej pogodzie, na wielkim stadionie albo, niech tam, w Spodku pełnym wiwatujących fanów.
Włosy niektórym
panom z Dżemu
zdążyły posiwieć, a nawet powypadać z głów, dwóch po drodze odeszło do lepszego (?) świata. Niedościgłe marzenia powoli zamieniały się w nie takie znów absurdalne pragnienia, w coś niezupełnie już nierealnego. Rok temu, na trzydziestopięciolecie, były plany, by wraz z jubilatami zagrała wielka firma. Szczegółów nie znam, mogę się tylko domyśłać, że dotyczyło to dwóch nazw: The Allman Brothers Band lub Lynyrd Skynyrd. Co nie udało się przed rokiem, zmaterializowało się teraz, 3 maja w Warszawie.
Rzeczywistość jednak skrzeczy – i to okrutnie. Nieprzepastny przecież Torwar ział i straszył pustkami. W hali zebrało się raptem około półtora tysiąca osób. W czasie występu Dżemu pod sceną była taka garstka, że ogarnęło mnie przerażenie. Koncert, który powinien być wielkim świętem muzyki, świętem bluesa i rokendrola, stał się czymś na kształt tajnego spotkania tych, co wiedzą lepiej, jakiejś sekty – a już na pewno rockowej sekcji dinozaurów na scenie i widowni. Smutne to, niepojęte, ale czy na fakty można się obrażać?
Dżem, na ćwierć mocy – zgodnie z ideą supportu, dał godzinny set złożony z od lat ogrywanych na żywo utworów: od najstarszych Małej alei róż i Cegły (na bis) po Do przodu i Partyzanta z wciąż ostatniej płyty studyjnej, czyli Muzy.
Sześćdziesiąt minut to – jak wiedzą bywalcy ich koncertów – czas, po którym zespół dopiero wchodzi na obroty piątego – szóstego biegu, tu natomiast okoliczności wymusiły opuszczenie sceny. Szału nie było, bo być nie mogło, ale Dżem jak zawsze zagrał znacznie powyżej średniej krajowej.
Lękałem się o to, jak wypadnie gwiazda wieczoru. Po sprawdzeniu w internecie danych z poprzednich koncertów wiedziałem, że należy oczekiwać
czternastu numerów,
w tym jednego na bis. Zestaw stale powtarzany, czy nie będzie więc odczuwalny efekt zmęczenia materiału (muzycznego i ludzkiego), dodatkowo spotęgowany pustawą halą? Byłoby to trudne do zniesienia, po tylu latach wyczekiwania na pierwszy w naszym kraju występ legendarnej grupy.
Już pięć kawałków puszczonych w antrakcie – w tym Kashmir Led Zep, All Along the Watchtower Hendriksa, Crossroads Cream, Highway Star Deep Purple – zabrzmiało potężniej niż polski sekstet. Przy stole mikserskim dołożono więc mocy, ale to i tak – na szczęście! – była tylko zapowiedź tego, co miało wydarzyć się za chwilę.
Przy ostatnim klasyku, Thunderstruck AC/DC, zgasły światła, a w ułamek sekundy po jego zakończeniu powaliły nas potężne uderzenia gitar w utworze stanowiącym „list motywacyjny” Lynyrd Skynyrd – Workin’ For MCA. Wokal, bębny, klawisze, bas i aż trzy gitary (którym w niektórych kawałkach towarzyszył dwuosobowy damski chórek) uderzyły w bębenki z taką siłą, że zostaliśmy natychmiast ogłuszeni. Ale stało się to w sposób najprzyjemniejszy z możliwych. Półtoragodzinny występ LS to zbiór w stylu „The Best of”, co tu dużo mówić, po prostu wymarzony na
pierwsze spotkanie
z muzyką zespołu na żywo. Ale jednocześnie też nieco bolesna refleksja, że klasyczne albumy z lat 1973-78 znaczą zdecydowanie więcej w dorobku kapeli niż cały okres po reaktywowaniu, czyli 1987-2015, z którego nie usłyszeliśmy ani jednej piosenki. Nie czynię z tego zarzutu, bo lepiej otrzymać w pakiecie najstarsze, świetne numery aniżeli te późniejsze, w większości, niestety, słabsze.
*
Smakowity zestaw utworów, bardzo dobra forma całego zespołu, wyraźna ochota do gry mimo ciągnącej się już od pewnego czasu trasy, zawodowstwo niepozwalające zagrać poniżej pewnego, naprawdę wysokiego poziomu – to wszystko sprawiło, że sympatycy LS mogli opuścić Torwar usatysfakcjonowani.
Brzmienie formacja ma bardzo,
bardzo mocne,
po coś w końcu są te trzy gitary. Na szczęście wśród decybeli nie zabrakło tego, co dla LS pierwotne: stylowego grania na granicy rokendrola i bluesa doprawionego czasem elementami country, czyli tego, co definiowane jest jako southern rock. Maszyna od razu wskoczyła na najwyższe obroty i pędziła bez zbędnych przerw między kolejnymi numerami, mimo iż Johnny Van Zant, jak na prawdziwego Amerykanina przystało, nie szczędził trzeciomajowych grepsów (miał nawet na sobie biało-czerwony element garderoby) i wciąż domagał się od publiczności aktywnego udziału w koncercie oraz gorącej reakcji. Ufam jednak, że uprzedzono go, iż lwia część fanów rekrutuje się z roczników nieuczonych w szkołach w mowie Szekspira i Yeatsa i że nie powinien oczekiwać chóralnego odśpiewywania kolejnych piosenek. Sytuację pod samą sceną – jak usłyszałem od osoby tam stojącej – ratowali podobno młodsi sympatycy kapeli.
*
Muzyczne marzenia wciąż się spełniają. Może niekoniecznie za każdym razem w upragnionych dekoracjach, ale na to wpływu już nie mam. Tym razem do pełni osobistego szczęścia zabrakło może jakichś trzydziestu minut, by jeszcze mocniej, jeszcze pełniej nasycić się ukochanymi od wielu lat utworami – których zestaw nieuchronnie przywodził na myśl wspaniały, koncertowy One More From The Road (1976). Ale i tak Sweet Home Alabama na zakończenie części zasadniczej oraz potężniejący z każdą minutą Free Bird na bis – aż do ekstatycznego finału – to coś, czego raczej nie da się zapomnieć.
Rokendrol eksplodował w latach 50. XX stulecia, mój pesel zaczyna się od szóstki – i 3 maja wieczorem kolejny raz miałem w serdecznym poważaniu opinie, że takie granie jest stare i niemodne. Otóż, jak widać i słychać, wciąż się tak gra. I raz jeszcze dane mi było dostąpić muzycznego nieba. Bo od środka cały jestem wyklejony rockiem, a w tej układance southernowych elementów nie brakuje.
(Lynyrd Skynyrd, Dżem, Warszawa, Torwar, 3 maja 2015)