Włodek Pawlik Trio – liryzm i ekspresja

pawliktrioregio

Trudno sobie dziś w Polsce wyobrazić muzyka, którego koncert w ramach szóstej już edycji festiwalu RegioFun byłby bardziej à propos. Włodzimierz Pawlik to jedna z najważniejszych postaci polskiego jazzu ostatnich lat, a od momentu nominacji i potem przyznania nagrody Grammy za album „Night In Calisia” (nagrany przez trio wespół z Randym Breckerem i Filharmonią Kaliską) chyba najbardziej pożądana. Jego nazwisko na afiszu jest dziś wielkim magnesem przyciągającym wielu chętnych, by zobaczyć artystę na żywo.

[more]

Jeśli mowa o pianistach jazzowych tworzących 

muzykę filmową,

pamięć od razu przywołuje Krzysztofa Komedę. Tamta, wspaniale zapowiadająca się światowa kariera, została przedwcześnie przerwana na cztery dni przed trzydziestymi ósmymi urodzinami – 23 kwietnia 1969 roku. Dwaj ludzie z szafą, Do widzenia, do jutra i, przede wszystkim, Dziecko Rosemary Romana Polańskiego ze słynną Kołysanką to tylko trzy z długiej listy filmów zilustrowanych muzycznie przez Komedę. Lista Pawlika (rocznik 1958) także jest  imponująca – i są na niej obrazy znajdujące się wśród tych najważniejszych w dwóch pierwszych dekadach XXI wieku, mające szanse wejść do kanonu filmu polskiego: Pora umierać Doroty Kędzierzawskiej czy Rewers Borysa Lankosza. Nie wolno zapomnieć także o muzyce do Straży nocnej Petera Greenawaya.

Kiedy pochylić się nad 

składami trzyosobowymi,

nie sposób nie zestawiać propozycji Pawlika z innymi uznanymi rodzimymi formacjami – triem Marcina Wasilewskiego i RGG. I choć w każdym z przypadków tropy wiodą tyleż do ojczyzny jazzu, co do Skandynawii, to jednak ekspresja WPT jest zupełnie inna. MWT i RGG to raczej asceza, powściągliwość przechodząca czasem w dostojny chłód, natomiast u Pawlika – obok podobnych klimatów – nie brak też grania forte – mocnej, acz bardzo smakowitej, jazdy do przodu. Mimo to moje skojarzenia i tak pozostają po drugiej stronie Bałtyku – i muzyki tria E.S.T. nieodżałowanej pamięci Esbjörna Svenssona. Pawlik otwarcie przyznaje się do fascynacji bluesem, rock and rollem, muzyką Jimiego Hendriksa – trudno więc dziwić się, że echa tego są tak wyraźnie słyszalne w jego muzyce.

Na półtoragodzinny występ zespołu – obok lidera: na kontrabasie Paweł Pańta, a na bębnach Adam Zagórski (na płycie gra Cezary Konrad) – w katowickim Rialcie złożył się przede wszystkim materiał z ostatniego krążka – 

America.

Nowego, zawierającego niepublikowane wcześniej utwory, ale jednocześnie podsumowującego trzydzieści lat działalności artysty na scenie.

Zaczęło się od znakomitego tytułowego numeru, który chyba wszystkich wybudził  z jesiennego półsnu. A zaraz potem zrobiło się lirycznie, gdy zabrzmiał temat z Rewersu. Tych filmowych konotacji – jakże mogło być inaczej? – było więcej. Usłyszeliśmy także fragment muzyki z Wron, które były kinematograficzną inicjacją Pana Włodzimierza.

Z uroczej, z lekka „odjechanej”, ale zupełnie bez śladów mistrzowskiego zadęcia konferansjerki lidera dowiedzieliśmy się też między innymi, iż uwielbia on polskie kino z lat 50. i 60. – stąd obecność w zestawie (zarówno płyty, jak i koncertu) Blue Munk oraz Zezowatego tanga.
Wśród 

muzycznych fascynacji,

do których przyznaje się pianista, nie zabrakło Chopina (Mazurek f-moll) i Paderewskiego (Nokturn B-dur). Usłyszeliśmy także opracowanie On Green Dolphin Street Bronisława Kapera, polskiego kompozytora, który skomponował muzykę do wielu filmów hollywoodzkich, laureata Oscara. Pawlik pochylił się też nad poezją, prezentując w Prego… Grazie… muzyczną ilustrację wiersza Jarosława Iwaszkiewicza.

Na zmianę z delikatniejszymi fragmentami mieliśmy zdecydowane podkręcanie tempa. Pawlik zresztą skomentował to przy okazji utworu Speed Limited – opowiedział, jak zdarza się, w trasie koncertowej i częstym niedoczasie, łamać ograniczenia prędkości – i potem toczyć rozmowy z drogówką. Całość, już na bis, zespół zakończył bardzo energetycznym wykonaniem tytułowej kompozycji z Night In Calisia. 

Wielka to była frajda dla uszu – dziewięćdziesiąt minut bardzo smakowitego grania. A komu było mało, mógł nabyć po koncercie któryś z albumów artysty i zdobyć autograf. Ludzie bowiem nie zdążyli jeszcze opuścić sali, a Włodzimierz Pawlik już zameldował się przy stoliku i z uśmiechem podpisywał płyty.

(Włodek Pawlik Trio, Katowice, Rialto, 23 października 2015)

[W NaTemat: 25 października 2015]

Urodziłem się, by grać na gitarze

guy_born

Jeśli dwudziestolatek oświadcza, że rythm & blues jest tym, co chce grać, że urodził się, by grać na gitarze, spotykają go albo pełne wyższości, ironiczne spojrzenia, albo dobrotliwe, ojcowskie uśmiechy kwitujące młodzieńcze deklaracje: „Pożyjemy, zobaczymy”. Jeśli podobne rzeczy mówi stary człowiek, który wiele już przeżył, a przede wszystkim o którym świadczą jego dokonania, kłaniamy się mu nisko, pełni szacunku i uznania.

[more]

Buddy Guy, wysoko ceniony przez branżę, przez gitarowych następców w osobach m.in. Hendriksa, Claptona czy Rolling Stones, długo czekał na należne mu, 

powszechne uznanie.

Doczekał go dopiero po pięćdziesiątce, w latach 90. (pewnie też dlatego zabrakło dla niego miejsca w pierwszym wydaniu „Rock Encyklopedii” Wiesława Weissa z 1991 roku). Już pod koniec lat 50. stosował na koncertach sprzężenia, ale Leonard Chess, szef Chess Records, nie godził się na nagrania studyjne z wykorzystaniem tego efektu. Jak wielki był to błąd, okazało się parę lat później, gdy podobną technikę zastosowali wspomniani Jimi Hendrix, dla którego Guy był wielkim mistrzem, i Eric Clapton w barwach The Cream.

W tamtym czasie, na przełomie lat 50. i 60., Guy zetknął się z największymi: Muddym Watersem, Williem Dixonem, Howlin’ Wolfem. Zwłaszcza ten pierwszy, pionier elektrycznego bluesa, wywarł na młodego muzyka olbrzymi wpływ. Dziś, po wielu latach, gdy nie ma już ani Watersa, ani Dixona czy Johna Lee Hookera, a w maju zmarł B.B. King (1925-2015) –

bluesowy tron

został zajęty przez dziadka Buddy’ego. Gitarzysta i wokalista 30 lipca skończył siedemdziesiąt dziewięć lat, więc przejęcie korony dokonało się po cichu, spokojnie i z pokorą oraz wielkim szacunkiem dla mistrzów. Krzepy i pomysłów mógłby mu pozazdrościć niejeden młodziak. Wciąż regularnie, co rok – dwa lata proponuje nowy materiał. W 2013 wydał znakomity Rythm & Blues, a w sierpniu bieżącego roku ukazał się nieustępujący mu Born To Play Guitar. (W nieskomplikowanym tytułowaniu kolejnych albumów jest sobie wierny od początku, weźmy ich tylko parę, tych sprzed lat: A Man And The Blues, Blues Today czy Play The Blues). Guy do nagrania płyty zaprosił kilku

dobrych znajomych,

na przykład z Van Morrissonem złożyli wspólnie hołd B.B. Kingowi w przepięknej, bodaj najlepszej na płycie piosence Flesh & Bone. Album kończy się jeszcze jednym wspomnieniem: Come Back Muddy. Muddy Waters zmarł w 1983 roku, ale – widać – wiekowy dziś Guy coraz częściej kieruje swe myśli ku wspaniałym poprzednikom, którzy przeszli już na drugą stronę. Tęsknie śpiewa:

Come back Muddy, the blues ain’t been the same.

Jednakże oprócz bluesów molowych, spokojniejszych, BG – jak na prekursora sprzężeń zwrotnych przystało – raz po raz dosypuje do pieca. Czyni to albo wespół z innym kumplem, Billym Gibbonsem (ZZ Top) w numerze Wear You Out, albo w „podstawowym” składzie na tym krążku – choćby w Whiskey, Beer & Wine czy wyjątkowo mi podchodzącym, stylowym 

Turn Me Wild.

Wiele razy już zdradzałem wielką słabość do mocnych, gitarowych pieśni utrzymanych w średnim tempie – mają takie w repertuarze na przykład Rolling Stones czy Pearl Jam. Ma też nasz Dżem – i jak się wsłuchać w Turn Me Wild, to trudno nie dostrzec… podobieństw do Detoksu. Równie znakomicie brzmi inny energetyczny numer – Smarter Than I Was. Przypuszczam, że refleksja typu „Ile mi jeszcze zostało?” u osoby dobiegającej osiemdziesiątki pojawia się nieco częściej niż u dwudziestolatka. Witalność Buddy’ego Guya i, co nie mniej istotne, dyspozycja artystyczna godne są najwyższego uznania. Król wciąż jest w bardzo wysokiej formie. A w otwierającym płytę, tytułowym utworze śpiewa:

I’m gonna keep on playing And on my dying day

A polka-dot guitar will be resting on my grave.

[W Natemat: 13 października 2915]

Matko kopana – czyli futbolowa racja stanu

Albo drugie miejsce w zakończonych dopiero co eliminacjach okaże się wielkim otwarciem, przełamaniem, wyjściem z cienia, albo tylko kolejnym wynurzeniem głowy nad powierzchnię wody. Na chwilę i bez trwałych konsekwencji.

[more]

*

Po ostatnim gwizdku sędziego wstałem z fotela i odetchnąłem z ulgą. Uff, nareszcie, tym razem się udało, panowie dowieźli prowadzenie do końca. Obrona oblężonej Częstochowy zakończyła się powodzeniem, choć utratą bramki „śmierdziało” wielokrotnie.

I zaraz dopadła mnie oskarżycielska wobec siebie myśl: 

jakie to polskie!

Toż to jak, nie przymierzając, z tymi dwiema paniami:- Jaką masz ładną sukienkę!- A, daj spokój, stara już, rok w szafie wisiała…

Futboliści całkiem niedawno jeszcze mieli problemy z Mołdawią, a przez lata całe, gdy przyszło grać z bardziej wymagającymi rywalami, robili wszystko, by jak najszybciej pozbyć się piłki, oddać ją byle jak i byle komu, zaś po godzinie biegania oddychali rękawami.

Nawet w czasach największej chwały, w 1973 i 1974 roku, też z obroną nie było wcale różowo. Kto pamięta tamto Wembley, ten wie, że przez cały w zasadzie mecz kotłowało się pod bramką Tomaszewskiego. Szczęście było wówczas po naszej stronie – tak samo jak w inauguracyjnym meczu MŚ z Argentyną, gdy ta przy stanie 2-3 stawała na głowie, by doprowadzić do wyrównania. Nawet Włosi, ówcześni – jeszcze – wicemistrzowie świata, choć widmo klęski i przedwczesnego powrotu do domu zaglądało im w oczy, nieźle kręcili Gorgoniem, Żmudą, Szymanowskim i Musiałem.

Czas drugiej wielkiej chwały, rok 1982, dla mnie na zawsze pozostanie bladym odbiciem tej pierwszej, pod wodzą Kazimierza Górskiego. Kadra Piechniczka zagrała wówczas tak naprawdę dwa wielkie mecze, a może wręcz tylko półtora: drugą połowę z Peru i całe starcie z Belgią. To wystarczyło wtedy do trzeciego miejsca – którego nikt nigdy tej ekipie nie zabierze.

Dziś polscy reprezentanci gryzą trawę, Lewandowski szaleje przez dziewięćdziesiąt minut praktycznie w każdej części boiska,

przetrącany i kopany 

na niezliczoną ilość sposobów, pokazując, że jest nie tylko obdarzonym wybornym instynktem strzeleckim egzekutorem, ale i liderem z prawdziwego zdarzenia. W środku jest Krychowiak, w obronie Glik, w bramce Fabiański – cała czwórka, przeżywająca akurat swój najlepszy piłkarsko okres, tworzy szkielet, wokół którego można już zbudować naprawdę niezły zespół.

Który – prawda – męczył się ze Szkocją, jeszcze bardziej z Irlandią, ale dziś nikt już tanio skóry nie sprzedaje, właściwie nie ma już chłopców do bicia, może poza Gibraltarem i San Marino. Z tą samą przecież Irlandią Niemcy trzy dni wcześniej polegli – i co z tego, że są dziś bladym odbiciem drużyny sprzed kilkunastu miesięcy, z MŚ w Brazylii? (Jak uczy doświadczenie, poczekajmy z oceną naszych zachodnich sąsiadów do kolejnej dużej imprezy, czyli finałów ME).

Przed rokiem zastanawiałem się, ile znaczy bezprecedensowy triumf nad Niemcami właśnie. Teraz pojawia się podobna refleksja związana z wywalczeniem awansu do finałów ME. Czy da się go porównać z wygraniem eliminacji do MŚ 1986 i wyprzedzeniem Belgii, eliminacjami do MŚ 2002 i przeskoczeniem Ukrainy oraz mocnej wtedy Norwegii, eliminacjami do ME 2008 i czterema punktami w meczach z Portugalią? Oby nie, bo finały wszystkich tych imprez okazały się, delikatnie rzecz ujmując, porażką biało-czerwonych.

I tak samo jest dzisiaj – i będzie za rok i przez wszystkie następne lata. Albo drugie miejsce w zakończonych dopiero co eliminacjach okaże się wielkim otwarciem, przełamaniem, 

wyjściem z cienia,

albo tylko wynurzeniem głowy nad powierzchnię wody na chwilę i bez trwałych konsekwencji. O tyle – czujemy – jest inaczej – że nigdy albo od bardzo dawna nie mieliśmy w składzie aż tylu piłkarzy  światowego czy europejskiego formatu. I serce się wyrywa, chciałoby, by to – jak dziś z upodobaniem powiadają dziennikarze zajmujący się sportem – w grze zespołu z orzełkiem na piersiach uczyniło różnicę.

By tych czterech wymienionych z nazwiska nie utraciło do czerwca 2016 niczego ze swej obecnej dyspozycji, a pozostali jeszcze mocniej zbliżyli się poziomem do nich. By drużyna wstydu nie przyniosła, wyszła z grupy i napędziła stracha najlepszym. Ale też, co jeszcze bardziej istotne, by to, co stało się w tych eliminacjach, było początkiem długiego, brzemiennego w skutki przez lata procesu. By reprezentacja Polski, gdy już przestaną w niej grać Lewandowski i Krychowiak, była nadal liczącą się siłą w futbolu, grającą regularnie w finałach wielkich imprez i groźną dla najlepszych. Czy to takie dziwne w trzydziestoośmiomilionowym kraju, że już zawsze mielibyśmy możliwość oparcia oka na 

dwudziestu paru młodych ludziach

potrafiących nawiązać równorzędną walkę z reprezentacją kilkunastomilionowej Holandii czy porównywalną gdy chodzi o zasoby ludzkie Argentyną?

Jakże bym nie chciał, byśmy po trzech meczach w czerwcu przyszłego roku z goryczą powtarzali za Kumką Olik: „Podobno nie ma już Francji”. Jakże bym chciał, by duetowi Boniek – Nawałka udało się coś, co nie udaje się od ponad trzydziestu lat (i chowam głęboko takie czy inne swoje spostrzeżenia na temat obu panów, są bez znaczenia). Piłkarski talent ich obu objawił się światu w Meksyku, w 1978 roku. Boniek stał się w ciągu kilku lat graczem światowego formatu, zaś Nawałka wskutek grzechów młodości przedwcześnie zakończył karierę.

 

Dziś im obu świeci słońce nad głową, mimo iż temperatura w Polsce niewiele wykracza ponad kreskę oznaczającą zero stopni. Niech donoszą tę ciążę – i za kolejnych dziewięć miesięcy uśmiechają się do nas z ekranów telewizorów i zdjęć. Skoro są już w Polsce stadiony, są – coraz częściej – spore pieniądze w piłce kopanej, niech też wreszcie w dużej liczbie pojawią się rodzimi piłkarze z prawdziwego zdarzenia, a nie tylko zawodnicy z numerami na koszulkach.

[W NaTemat: 12 października 2015]

Józefa Skrzeka kęsy najlepsze

150_lat_katowic

Zawartość Skrzeka w Skrzeku wynosi sto procent. Jako wielki fan SBB wciąż wołać będę o większą zawartość SBB w Skrzeku.

[more]

*

Dwie godziny i czterdzieści pięć minut trwał koncert Józefa Skrzeka zatytułowany „Puls Ziemi”. Scena zaprojektowania przez Tomasza Koniora ze scenografią Matyldy Sałajewskiej stanęła w sercu Katowic, pomiędzy rynkiem, Teatrem Śląskim i Skarbkiem. Wymyślona została w ten sposób, by słuchacze mogli stanąć pod nią z każdej z czterech stron i w ten sposób uczestniczyć w koncercie.

Wśród wykonawców pojawili się

przyjaciele

artysty: Misza Ogorodow, Paul Lawler, Natalia Sikora, córka Elżbieta Skrzek, ojciec chrzestny muzyki elektronicznej Manuel Göttschnig (m.in. Ash Ra Tempel), Mirosław Muzykant i SBB, czyli – poza liderem – Apostolis Anthimos i Jerzy Piotrowski. I to dla tej trzyosobowej formacji wybrałem się we wtorkowy, chłodny wieczór na ten występ, będący jeszcze jednym elementem obchodów stupięćdziesięciolecia Katowic.

I nie żałuję, zdecydowanie nie. Oryginalny znów od pewnego czasu skład tria to był wielki magnes prowokujący do wyjścia z domu. Drugim jest niegasnąca ochota, by posłuchać gry Lakisa, trzecim i wcale nie najmniej istotnym zaś fakt, iż – upierałem się przy tym zawsze i upierać będę nadal – nieokiełznanym wyobraźniom takich osobowości jak Pan Józef dobrze robi wejście w określone ramy – w tym przypadku jednej z najważniejszych grup w historii polskiego rocka. I, co istotne, wciąż jednej z najlepiej brzmiących. Ale cóż tu się dziwić, skoro mowa o trzech wybitnych instrumentalistach?

Utworów zagrali raptem kilka, bo 

set SBB

nie miał wymiaru pełnego koncertu, a ich numery, o czym doskonale wiedzą miłośnicy zespołu, do najkrótszych nie należą. Buty i tym razem wbiły mi się głęboko w chodnik przy Rainbow Man. Już przy okazji wcześniejszych koncertów zachwycałem się funkującym, potężnym i porywającym wykonaniem tej pieśni, z liderem znakomicie dysponowanym wokalnie i grającym na basie.

To, co wyczynia na sześciu strunach Lakis, jest czymś zdecydowanie więcej niż mistrzostwem Polski. Zastanawiałem się, w czym tkwi jego fenomen, co stanowi o najwyższym kunszcie. Oczywiście, niewiarygodna technika, rockowe środki wyrazu przy jazzowym momentami podejściu do instrumentu. U Anthimosa nie ma ani skłonności do powłóczystych, lirycznych i wyciskających łzy dźwięków w stylu Davida Gilmoura, ani kaskad szybkobiegaczy, najbliżej mu z pewnością do potężnych, bluesowych solówek w stylu wczesnego Claptona czy Hendriksa, z tej tradycji przecież wyrósł. Jego gra sytuuje się gdzieś pomiędzy tym wszystkim, wiek muzyka powoduje też pewnie, że nie odczuwa on już potrzeby bezustannego wpadania w euforyczny trans przy błyskawicznym przebieraniu palcami – i tymi środkami wywoływania poklasku u słuchaczy.

Lakis

jest krok dalej. I dziś, po wielu latach trawienia wszelakiego rockowego grania, uświadamiam sobie, że umieściłbym go w szpicy zestawienia ukochanych gitarzystów. Kiedyś „dopominałem się” o mój absolutny Number One w twórczości grupy – Walking Around The Stormy Bay – w wersji nie na dwie perkusje i klawisze, lecz z gitarą. Dostałem to wreszcie. Teraz dodam, że przydałby się jeszcze bas. Nie wiem, czy zamiast klawiszy (to ryzykowne w tym kawałku), ale kto wie – może? Doskonała kompozycja w wersji płytowej na żywo ustępuje nieco pola nokautującemu Rainbow Man.

Memento z banalnym tryptykiem, pięknie rozwijające się aż do porywającej solówki gitary w końcowym fragmencie, to także mocny punkt programu. Dane nam było także usłyszeć nowy utwór Odwieczni wojownicy, obecny niedawno na Trójkowej liście przebojów i zapowiadający nową płytę, a tuż przed finałem całego koncertu – popis na trzy zestawy perkusyjne: Piotrowskiego (ach, jak miło jest zobaczyć go w macierzystej formacji!), Lakisa i Muzykanta.

Zawartość Skrzeka w Skrzeku

wynosi sto procent. Jako wielki fan SBB wciąż wołać będę o większą zawartość SBB w Skrzeku. Bo to są, parafrazując słowa pochodzące z drugiej płyty zespołu, Mistrza Józefa kęsy najlepsze.

[W NaTemat: 1 października 2015]

Jazzowe bramy i furtki

img268

Ze sterty wakacyjnych zakupów, płyt całkiem nowych i bardzo już starych, wybieram dziś, na jesienne przełamanie oporu elektronicznej materii, fragmenty krążka Kurta Ellinga – wokalisty jazzowego urodzonego w 1967 roku w Chicago, a mającego holenderskie korzenie. Wybieram – przede wszystkim – interpretacje piosenek King Crimson i The Beatles.

[more]

*

Lwią część wydawnictwa The Gate (2011) stanowią covery, między innymi Milesa Davisa (Blue In Green), Joego Jacksona, Herbiego Hancocka, Earth, Wind & Fire czy Steviego Wondera. W zestawie moją szczególną uwagę zwróciły dwie pieśni – pochodzące z repertuaru wykonawców szczególnie przeze mnie ulubionych.

Najpierw Matte Kudasai. Gdy w 1981 roku kwartet w składzie Fripp, Bruford, Levin i Belew zdecydował się na powtórne przywołanie do rzeczywistości nazwy King Crimson, z górki nie było. Bo Robert Fripp uparł się, że nie będzie powrotu do starego materiału, którego pragnęła publiczność. Natomiast w zamian zaproponował taki odlot, że chyba nie tylko ja, wówczas jako dziewiętnastolatek, nie byłem na coś podobnego przygotowany. 

Płytę zaprezentował w Trójce Piotr Kaczkowski, a ja skwapliwie zarejestrowałem ją na swym wysłużonym ZK. Ale dopiero parę lat później, gdy Tomasz Beksiński w stereofonicznej Dwójce przypomniał trzy albumy reaktywowanego KC – poza Discipline jeszcze Beat (1982) i Three As A Perfect Pair (1984) – zwariowałem. Uświadomiłem sobie, jak bardzo – który to już raz? – profesor Fripp popchnął muzykę do przodu, jak bardzo na początku lat osiemdziesiątych urwał się peletonowi. Trudno się dziwić, że stylowy śpiewak jazzowy, pokorny uczeń Ala Jarreau, jakim jest Elling, sięgnął po utwór znajdujący się na pierwszej z wymienionych płyt.

Klasyk Norwegian Wood (This Bird Has Flown) Lennona i McCartneya pochodzi z 1965 roku, z płyty Rubber Soul. W wersji Ellinga piękne solo na gitarze należy do Johna McLeana – tego samego, który współpracował m.in. z Grażyną Auguścik.

*

A na koniec perełka podpisana przez Marca Johnsona i samego Ellinga: Samurai Cowboy. Na płycie jest wyraźnym ukłonem w stronę Bobby’ego McFerrina. W przywołanym tutaj wykonaniu na żywo – fantastycznym, kameralnym opracowaniem na głos, gitarę wspomnianego McLeana i robiące także za instrument perkusyjny pianino.

[W NaTemat: 6 września 2015]

„Amy” – czyli to nie my toniemy

amy

Nigdzie nie uczą, jak być gwiazdą – padają z ekranu mocne słowa. Podmiot zdarzeń raz po raz traci ostrość – zarówno w oczach innych, jak i – co gorsza – własnych.

[more]

*

Z racji wieku bez entuzjazmu i ze sporą dozą nieufności odnoszę się do nowinek technicznych, ze szczególnym uwzględnieniem tych o kieszonkowych czy kieszeniowych rozmiarach. I oto pierwszy raz w takim wymiarze przychodzi mi docenić ich istnienie. Film zmontowany jest bowiem ze strzępów, okruchów – tego, co przeróżni ludzie mieli nagrane w swoich – najczęściej – telefonach komórkowych i co udało się od nich z nieraz wielkim trudem wydobyć reżyserowi Asifowi Kapadii. A ile takiego materiału do dwugodzinnego z okładem obrazu nie weszło, można się tylko domyślać. Film bez tych śladów rozsianych w setkach miejsc nie mógłby powstać. Najwyraźniej jesteśmy świadkami narodzin

nowego rodzaju filmu dokumentalnego.

*

Całość jest chwilami wzruszająca, ale niebędąca w stanie nas – mojej żony i mnie – poruszyć do głębi, sprawić, byśmy wzięli bezwarunkowo stronę głównej bohaterki.

Dom rodzinny Amy Winehouse, choć z pewnymi niespełnionymi – za sprawą ojca – ambicjami artystycznymi do szczególnych nie należał. Rozpadł się też jak wiele innych dzisiaj. Przyszła wokalistka może i odznaczała się większą niż przeciętna wrażliwością, ale na pewno nie inteligencją. Film bezwiednie obnaża niemal całkowitą pustkę jej życia, w którym potrzeby tzw. wyższego rzędu sprowadziły się do pisania tekstów – powiedzmy szczerze, nie znowu takich wybitnie poetyckich – oraz rozpaczliwego szukania miłości. Co niesamowite w tym piekle – uczuciach wytrwale lokowanych przez wiele lat w tym samym, niezbyt ich godnym mężczyźnie.

Żyjąc w ten sposób, mając całymi miesiącami w żyłach

więcej alkoholu i dragów niż krwi,

z góry podpisuje się wyrok na siebie. Kwestią czasu tylko pozostaje, kiedy i w jakich dokładnie okolicznościach zostanie on wykonany. Ta baśń, w zdecydowanie Andersenowskim, skandynawsko-beznadziejnym klimacie, nie jest moją baśnią.

A co do bohaterów pierwszo- i drugoplanowych tej opowieści – sądzę, że to towarzystwo niczym nie różniło się od wielu podobnych w szołbiznesie. Ktoś robi karierę i, co najistoniejsze, pieniądze, a grupa satelicka próbuje się w blasku tej sławy ogrzać i wyszarpać dla siebie kawałek finansowego tortu.

Film niczego w tym względzie nie sugeruje. Do tego stopnia nie, że powodów, dla których powraca do Amy jej chłopak (późniejszy mąż), możemy się tylko domyślać, ale z ekranu nie dowiadujemy się na ten temat niczego. Niesmak natomiast może powodować między innymi fragment, gdy odpoczywającą od zgiełku i dochodzącą z oporami do jako takiej formy Amy odwiedza w Hiszpanii jej ojciec. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie ekipa filmowa, którą zabrał ze sobą. Po co, to chyba nie pozostawia wątpliwości.

Świat dziś taki, że wszystko w nim jest na sprzedaż, zwłaszcza cudze nieszczęścia. Los AW jest więc od pewnego momentu stałą pożywką dla nie tylko brukowej prasy, gonią za wokalistką paparazzi, komicy robią sobie żarty z tego, że kroczy ona cieniutką miedzą oddzielającą „być” od „nie być”. Trzeba dopiero rozwiązań ostatecznych, by choć na chwilę uświadomić sobie niestosowność takich zachowań.

Człowiek to czy maszynka do robienia pieniędzy?

Nigdzie nie uczą, jak być gwiazdą

– padają z ekranu mocne słowa. Podmiot zdarzeń raz po raz traci ostrość – zarówno w oczach innych, jak i – co gorsza – własnych. Bolesny paradoks polega na tym, że wszystkim, bez wyjątku, łatwiej jest wzruszyć się w obliczu czyjejś  śmierci, niż zmagać z uchodzącym z drugiego człowieka życiem, podjąć próbę pomocy w walce z ciężką chorobą, jaką jest uzależnienie od gorzały i narkotyków. Nikt nie ma pomysłu, jak temu zaradzić, a sama bohaterka, mimo kilku przerw w tym szaleńczym zjeździe, też nie ma dość sił albo ochoty, by zeskoczyć z karuzeli. W chwili największej chwały, w dniu otrzymania pięciu nagród Grammy (2008), gdy wreszcie ma dłuższą przerwę od używek, mówi do przyjaciółki: „Bez dragów jest tu strasznie nudno”.

*

Wiedza o prywatnym wymiarze życia artystów wydaje się, w takim przypadku, nieszczególnie potrzebna. Przedwczesna śmierć, zwłaszcza ta wprowadzająca do nobliwego „Klubu 27”, którego członkami zostali wcześniej Hendrix, Joplin, Morrison czy Cobain, znakomicie wpływa na utrwalenie legendy oraz sprzedaż płyt. Biografia tworzy kontekst, rzuca pewne światło na dokonania, ale może też po prostu przeszkadzać.

Po co mi wiedzieć, z jak wielką pustką czy emocjonalną dziurą nie do zasypania Winehouse wkroczyła w dorosłe życie i na światowe sceny? Że z dzieciństwa nie wyniosła

fundamentów,

na których mogłaby w miarę bezpiecznie oprzeć się w przyszłości? Że w tym Kopciuszku, z pulchnej nastolatki przeistaczającym się w piękną kobietę, bardziej widzę wytatuowaną panienkę w wyzywających strojach, takimże makijażu i fryzurze, osobę, która połyka życie łapczywie, bez umiaru i refleksji, niż kogoś o dużej wrażliwości i delikatności?

Najistotniejsze powinno być to, że w białej skórze czaił się fantastyczny, czarny głos. Mnie akurat nie uwiódł, ta nadekspresyjność przywodzi na myśl minione dziesięciolecia, Joplin na przykład. Dziś śpiewa się trochę inaczej, ale w przypadku AW wiele mogło jeszcze ulec zmianie. Ten głos mógł, powinien pojawiać się ku radości milionów słuchaczy na wielu jeszcze płytach przez najbliższych kilkadziesiąt lat.

Tymczasem zapamiętujemy z filmu między innymi fragment rejestrujący początek występu z Belgradu – tego, który miał być wstępem do nowej trasy koncertowej. Winehouse broniła się całą sobą przed tym, by wykonywać piosenki z krążka Back To Black. Jakby próbowała zamknąć ten rozdział, w którym główną postacią był jej – uwięziony teraz – mąż. Zmuszona przez sztab ludzi, weszła do samolotu, a potem na scenę ledwie trzymając się na nogach, zupełnie niezdolna do śpiewania. I, jak się miało niebawem okazać, do dalszego życia.

Mistrz Tony Bennett, z którym AW nagrała wspólnie klasyk Body And Soul, mówi pod koniec filmu coś, co jest z jednej strony mądrością starego człowieka, a z drugiej puentuje opisany dramat: „Gdybym spotkał Amy raz jeszcze, powiedziałbym jej, że jeśli będzie żyła dostatecznie długo, nauczy się żyć”.

(Amy, reż. Asif Kapadia, 2015)

[W NaTemat: 24 sierpnia 2015]

„Undead” – nieśmiertelny swing Ten Years After

tya_undead

W sierpniu, tyle że – bagatela – czterdzieści osiem lat temu wśród nowości płytowych zameldował się „Undead”, drugi w dyskografii, a pierwszy koncertowy album formacji dowodzonej przez Alvina Lee. Materiał został zarejestrowany trzy miesiące wcześniej w dusznym i pełnym kurzu londyńskim klubie jazzowym o nazwie Klooks Kleek, w bezpośrednim sąsiedztwie studiów wytwórni Decca.

[more]

Rok później, latem 1969 roku Ten Years After występują na Newport Jazz Festival, pierwszej jego odsłonie, do której zostali dopuszczeni wykonawcy o proweniencji bluesowo-rockowej, niedługo potem są bohaterami jednego z najlepszych fragmentów pamiętnego Woodstocku, grają wielominutową wersję sztandarowego I’m Going Home, a Lee zostaje okrzyknięty

najszybszym gitarzystą świata. 

W 1970 roku ukazuje się pierwszy w Wielkiej Brytanii singiel grupy – Love Like A Man.

Do 1973 roku TYA święcą największe triumfy. Płyty jednak, śmiem twierdzić, nagrywają nierówne, obok znakomitych numerów pojawiają się tylko takie sobie, stylistycznie krążki także nie całkiem są spójne – pewnie dlatego dziś – jeśli w ogóle – częściej mówi się o wybranych utworach niż całych albumach. Jest jednak w ich dyskografii pozycja, będę się upierał, wyjątkowa.

Z analogową wersją Undead zapoznałem się gruntownie jako bodaj dwudziestodwuletni człowiek. Nie była to łatwa lektura, a jednak było w tej muzyce coś, co nakazywało mi raz po raz wracać do taśmy magnetofonowej z tymi utworami. Gdy parę miesięcy temu wpadło mi w ręce wydawnictwo kompaktowe, nie wahałem się ani chwili. W domu włożyłem płytę do szufladki i… oniemiałem z zachwytu.

Gra czterech chłopaków w wieku dwudziestu dwóch – dwudziestu pięciu lat. 

Potrafią już wszystko:

gitara, bas, organy i perkusja nie stanowią dla nich żadnych tajemnic. Zachwyca jednak nie tylko to, że poruszają się swobodnie zarówno w zakresie rozbudowanych form bluesowych, ale i z młodzieńczą bezczelnością aranżują utwory na jazzowy sposób. Nie są w tej kwestii jedyni, bo jazz-rock wybucha właśnie w drugiej połowie lat sześćdziesiątych, a wśród pierwszych romansujących z muzyką improwizowaną grup bluesowych i rockowych wymienia się Paul Butterfield Blues Band. Jednak rzeczony krążek jawi mi się jako najbardziej brawurowy przykład grania na styku rokendrola – i to, z racji techniki zastosowanej przez Alvina Lee, raczej rodem z lat 50., tyle że z perfekcyjną już obsługą gitary – bluesa i jazzu właśnie. 

Jeśli rozszerzone wydawnictwa kompaktowe proponują zwykle jako dodatki utwory wcześniej niepublikowane, ale niewiele lub zgoła nic niewnoszące do jakości pierwotnego zestawu, o tyle w przypadku Undead rzecz ma się zdecydowanie inaczej. Przykrojenie zarejestrowanego podczas dwóch występów 14 maja 1968 roku materiału do wymogów płyty analogowej zmusiło do rezygnacji z części zapisu, po latach otrzymaliśmy zestaw z zupełnie innym układem utworów, bogatszy o cztery kawałki, w tym trzy wcześniej nigdy niepublikowane. Z trzydziestu ośmiu minut zrobiło się siedemdziesiąt.

Po zwartym bluesowym wprowadzeniu w postaci Rock Your Mama dostajemy mutację creamowskiej wersji Spoonful W. Dixona, w której po raz pierwszy na tej płycie sekcja rytmiczna, grając w zdecydowanie jazzowej konwencji, stanowi wspaniałe tło dla popisów lidera. Te dwie pieśni tworzą niezłą rozgrzewkę przed I May Be Wrong, But I Won’t Be Wrong Always, blisko 

dziesięciominutowym szaleństwem

całego kwartetu. To fenomenalne boogie to jeden z kilku-kilkunastu utworów w dorobku zespołu naznaczonych muzycznym geniuszem. Jest tutaj, jak zwykle rozpędzona, gitara, która jednak od brawury rokendrolowej przechodzi raz po raz w jazzowe frazowanie, podczas gdy organy, bas i bębny nieustannie, porywająco swingują. Jazzowa struktura utworu daje znać o sobie także w odniesieniu do solowych popisów kolejnych instrumentalistów. To, co wyczynia zwłaszcza Leo Lyons na gitarze basowej, godne jest najwyższego uznania (znakomita jest też jego partia w I Can’t Keep From Crying, Sometimes – okraszona cytatem z Petera Gunna Manciniego). 

Kolejny w zestawie jest Summertime Gershwina. Główny temat zostaje tylko zarysowany, trzech panów idzie ma piwo, a na scenie na kilka minut zostaje perkusista Ric Lee, całość zaś wieńczy krótki finał (coś podobnego ma miejsce rok później na drugiej płycie Led Zeppelin, w popisowym numerze „Bonzo” Bonhama, Moby Dicku). Pora na uspokojenie nastrojów: zespól serwuje stylowe bluesidło Spider In My Web, w którym lider ustępuje na kilkadziesiąt sekund pola Chickowi Churchillowi, do którego należy wyjątkowej urody solo na organach. 

I tak, na najwyższym „C”, jazda odbywa się do samego końca, do I’m Going Home. Ric Lee wspomina, że stracił tamtego wieczoru parę kilogramów. Rzeczywiście, zdjęcia dołączone do książeczki potwierdzają

spartańskie warunki

występów – w małej sali, na ciasnej scenie pot musiał lać się strumieniami. Tym większy podziw i uznanie budzi efekt końcowy. Bardzo wiele zdawało się wskazywać, że supergrupie Cream wyrosła piekielnie silna konkurencja, czy – precyzyjniej – pojawili się godni następcy Bruce’a, Bakera i Claptona.

Płyta – ta przed laty – mogła, jak sądzę, zapowiadać zespołowi wielką przyszłość, rychłe wejście do panteonu rockowych gwiazd. Kolejne płyty studyjne jednak tego nie potwierdziły, nawet Cricklewood Green (1970) ze słynnym Love Like A Man. Prawdziwy żar i ogień pojawiał się „dopiero” podczas występów na żywo. Starsi z pewnością pamiętają wspomniany wyżej set TYA na festiwalu w Woodstocku, klasę formacji w tamtym okresie potwierdza też dwupłytowy Live At The Fillmore East – znakomity materiał zarejestrowany w 1970 roku, a wydany dopiero trzydzieści jeden lat później.
(Ten Years After, Undead, 1968)

[W NaTemat: 9 sierpnia 2015]

God

gfd_here

– Oczywiście, nasz styl powoli powinien dojrzewać, z drugiej jednak strony chcemy sobie pozostawić otwarte drzwi, którymi moglibyśmy czmychnąć w inne rejony muzyczne – mówi lider zespołu Olek Kopka. – Od wpływów nie uciekniesz, ale zawsze możesz być ich beneficjentem.

[more]

*

W historii rocka zbiegły się w czasie dwa zjawiska: narodziny grunge’u i koncerty unplugged. Wśród wielu realizacji tego typu nagrań ważne miejsce zajmują albumy Nirvany (MTV Unplugged in New York, 1994) i Alice In Chains (Unplugged, 1996). Gdy w 1997 roku ukazał się debiutancki krążek Days of The New serwujący dawkę solidnego akustycznego grunge’u, skojarzenia zwłaszcza z kapelą Jerry’ego Cantrella były nieuchronne. Mózg całego przedsięwzięcia, Travis Meeks, miał wtedy zaledwie osiemnaście lat.

Mija kolejnych osiemnaście lat, jest lipiec roku 2015. Nakładem katowickiej oficyny Regio Records ukazuje się pierwszy pełnowymiarowy krążek God’s Favorite Drug. Ta swojsko brzmiąca nazwa określa kwartet, którego członkowie – Olek Kopka, Kuba Makowiecki, Maciek Nowak i Mariusz Jasiński – legitymują się górnośląskimi adresami zamieszkania, a siedzibą główną zespołu są
Łaziska Górne. 

Dragi są najwyraźniej zaraźliwe, bo album dystrybuowany jest przez Universal, a w dużych sklepach muzycznych można go znaleźć na półkach z płytami… obcych wykonawców. I potraktujmy to jako komplement dla rezultatów kilku lat pracy młodych muzyków.

– Tak, wiemy, że krążek można znaleźć w dziale muzyki zagranicznej. Cieszymy się, bo trochę amerykańskiego splendoru spływa także na nas – śmieje się lider kapeli, Olek Kopka.

gfd_zdjcie

Czternaście numerów, ponad czterdzieści trzy minuty muzyki. Akustyczne granie nie jest łatwą sztuką, taka formuła musi czymś zrekompensować skromniejsze instrumentarium – na przykład dodatkiem w postaci wiolonczeli czy choćby tylko zaznaczonej gitary elektrycznej. Jednakże nie mamy do czynienia z ortodoksami – zespół zaczynał przecież jako skład elektryczny, w ten sposób zrealizował w 2009 roku EPkę Now!, a i teraz też nie pada ze strony muzyków żadna „akustyczna” deklaracja, odczytajmy raczej nową płytę jako podsumowanie pewnego etapu w jego historii. Pytany o to Kopka również daleki jest od jednoznacznego i upraszczającego zdefiniowania muzyki GFD jako grunge, post grunge czy akustyczny grunge – i ma rację.

Wpływy grania spod znaku wymienionych Alice In Chains i Days of The New stanowią duży procent zawartości albumu, mamy mocne uderzenia w struny pudeł w otwierającym płytę Stone Ritual, w bardzo przebojowym Burning Alive, Wait albo Where Is Your Place?

duch Seattle

unosi się nad materiałem. Ale nie on jeden. Grunge przecież nie pojawił się znikąd, a panowie z GFD także wykazują się znajomością historii rocka. Może nie ma w ich muzyce – jeszcze? – wirtuozowskich inklinacji w stylu Jimmy’ego Page’a, ale echa Led Zeppelin słyszalne są choćby w pierwszym z kilku intermediów – On The Road I. A z kolei wspaniałe fragmenty Larks’ Tongues In Aspic King Crimson wyraźnie dają o sobie znać w zmiękczonym smykami Traveloque For Exiles. Wiolonczela ponadto przydaje smaku pięknym Fireflies i Resurrection Song (w tym drugim znów w stylu skrzypiec Eddiego Jobsona).

Olek Kopka wskazuje jeszcze jeden trop: chodzi o 

folk

i, przede wszystkim, o przedwcześnie zmarłego Townesa Van Zandta. Rzeczywiście, utwory GFD czerpią tyleż z grunge’owo naznaczonego rokendrola, co z amerykańskiego folku – i w ten sposób sytuują się również niedaleko dokonań tego artysty (choćby w Nothin’). Jest to tym istotniejsza informacja, że dopiero co ujrzała światło dzienne Here, a już gotowy jest materiał na kolejną płytę.

– Będzie z prądem, choć znajdą się na niej instrumenty akustyczne: trąbka, saks, smyczki, fortepian. To taki ukłon w stronę rdzennego rocka i muzyki soul oraz twórczości The Afghan Whigs czy The Twilight Singers. Diametralnie inna muzyka, ale jaki jest cel, by nagrywać dwa razy to samo – uśmiecha się frontman zespołu. – Zimą wchodzimy do studia, bo płyta jest praktycznie skomponowana. Od akustycznych brzmień jednak nie uciekamy. Równolegle pracuję nad jeszcze jednym krążkiem, który będzie bardzo folkowy – taki amalgamat ścieżki dźwiękowej do Into the Wild, twórczości Townesa Van Zandta i Godspeed You! Black Emperor.

– Zespół działa

od 2007 roku,

to spory kawał czasu w muzyce, no i w Waszym życiu.

– Niezależnych twórców rynek nie rozpieszcza. Grasz koncerty, ludziom się podoba, a i tak do tego jeszcze dopłacasz – i to sporo. Ciężko utrzymać ten płomień w sobie. Szczególnie że zapaleńców wyławiających takie kapele jest niewielu. Ale poderwaliśmy się jeszcze raz, zrealizowaliśmy tę płytę częściowo w Maq Records (bębny), a resztę w moim domowym „studiu”. Nagrania masterował mój dobry kolega Jarek Toifl, który wie, jak sprawić, by rockowa muza zabrzmiała porządnie. Jarek wysłał ten materiał (czego nie byłem nawet świadom) szefom Regio, Marcinowi Kindli i Michałowi Kuczerze, którym bardzo się spodobał. I nagle okazało się, że mamy kontrakt. 

– Jak sprzedaje się płyta?

– Jak na nasze możliwości marketingowe i siłę przebicia w mediach mainstreamowych – której de facto nie mamy – bardziej niż przyzwoicie. Cały czas liczymy na to, że zostaniemy dostrzeżeni, bo nie czujemy się gorsi od zespołów, które „są grane”. Zgadzasz się przecież ze mną, że taki Burning Alive to potencjalny przebój radiowy… przynajmniej w tych radiostacjach, które utrzymują, że są zainteresowane w pierwszej kolejności propagowaniem muzyki rockowej. A kilka ich przecież w naszym kraju jest.

– Jakie macie plany koncertowe?

– Ponieważ po premierze krążka niemal od razu przyszło lato, a wraz z nim wakacje, nie mieliśmy dotąd okazji zagrania intensywnej 

trasy promującej

nasze wydawnictwo. Planujemy to zrobić jesienią. Najpierw będziemy chcieli przypomnieć się na Górnym Śląsku, by w dalszej kolejności stopniowo zwiększać „pole rażenia”. Nie wykluczamy także występu na jednej scenie przed bardziej znanymi zespołami, których muzykę cenimy. Z nadzieją spoglądamy też za zachodnią granicę. Oby się nam to udało.

– Stare powiedzenie mówi, że co cię nie zabije, to cię wzmocni. Parę lat niełatwych zmagań za Wami, roszad personalnych i zwrotów stylistycznych. Czy wiecie już, w którą stronę chcecie pójść, czy nie pora się dookreślić?

– Z jednej strony masz słuszność, że nasz styl powoli powinien dojrzewać, z drugiej jednak chcemy sobie pozostawić otwarte drzwi, którymi w razie czego moglibyśmy czmychnąć w inne rejony muzyczne. Wierzę natomiast, że sposób, w jaki podchodzimy do muzyki – czy jest to muzyka folkowa i akustyczna, czy ostrzejszy rock z soulowym pazurem – wywiera na nią na tyle silne piętno, że będzie można określić je mianem naszego unikatowego stylu. Nie chcemy też kosztem stylistycznej identyfikacji popaść w rutynę. To, co interesuje nas z – nazwijmy to – strategicznego punktu widzenia, to 

sięganie do korzeni

amerykańskiej muzyki i transformowanie, ożywianie, chciałoby się wręcz powiedzieć, dekonstruowanie jej schematów. Oczywiście, bez inwencji własnej taki projekt skazany byłby na wtórność – i tym samym, z naszego punktu widzenia, na porażkę – ale mam wrażenie, że ta konwencja daje akurat duże pole do popisu i o wiele więcej swobody niż każda inna rockowa stylistyka. Sprawdziło się to przecież na Here i obiecuję, że sprawdzi się w jeszcze większym stopniu na kolejnej płycie.

Młodzi muzycy nie od dziś wbijają łopaty w różne miejsca rockowej gleby. Takiego grania w Polsce chyba jednak dotąd nie było, wydaje się więc, że wszystko przed panami z God’s Favorite Drug. Pomysłów najwyraźniej im nie brakuje, potrzebować więc będą trochę szczęścia, korzystnego splotu paru wydarzeń. Mają stylowego wokalistę, którego głos dodatkowo zyskuje, gdy dociska mocniej gardło, a to nie takie częste wśród Słowian. Mają warsztat, który może stać się jeszcze lepszy, mają świadomość – nie tylko muzyczną – pokorę oraz mądrość. I oby były one pomocą, a nie dodatkową trudnością.

– Od wpływów nie uciekniesz, ale zawsze możesz być ich beneficjentem – mówi Olek Kopka.

[W NaTemat: 26 lipca 2015]

Knopflerologia stosowana

knopfler_krakow

Pan Marek sprawia wrażenie, jakby nie do końca ważne było dla niego to, że gra dla ludzi. Gra przede wszystkim dla siebie, nie przejmując się czymś takim jak operowanie nastrojami lub budowanie dramaturgii występu i dbałość o jego tempo.

[more]

*

Tauron Arena w Krakowie wypełniła się wczoraj po brzegi, a pełna hala zawsze cieszy oko i robi imponujące wrażenie. Ale też powszechnie wiadomo, że muzyka Dire Straits oraz solowe dokonania Marka Knopflera mają w Polsce wielkie rzesze wyznawców. Co prawda coraz bardziej zaawansowanych w latach, ale taka to już nieuchronna kolej rzeczy.

Zaczęło się punktualnie – chwilę po 20.00 zgasły światła i muzyka z taśmy płynnie przeszła w tę dobiegającą ze sceny. Broken Bones zabrzmiało jednak licho, dźwięk był fatalny – i dopadły mnie 

złe wspomnienia

ze Stadionu Narodowego i występu Paula McCartneya. Byłem tym niemile zaskoczony, bo przecież siedziałem na wprost sceny, a więc lepiej niż kilka miesięcy temu podczas koncertu Eltona Johna – wtedy ludzi było zdecydowanie mniej, a dźwięk bez zarzutu. W drugim Come Beef City wszystko się powtórzyło, więc mój niepokój tylko wzrósł. A przecież, po Lynyrd Skynyrd, ZZ Top i rewelacyjnym Santanie jechałem do Krakowa na swój najważniejszy koncert w tym roku. Wiosen mam za sobą trochę i w ostatnich paru latach czuję, że snuje JJ Cale’a, Erica Claptona czy gwiazdy wczorajszego koncertu zdecydowanie mocniej do mnie trafiają. W trzecim numerze – Privateering – Knopfler zamienił gitarę elektryczną na akustyczną i stał się cud – jakość tego, co dobiegało z głośników, wyraźnie się poprawiła. Bodaj od piątego numeru wszystko wreszcie było w najlepszym porządku.

Tyle że do mnie wróciły „alchemiczne” demony. Za tym słynnym koncertowym wydawnictwem nigdy nie przepadałem. Nawrócić się próbowałem wielokrotnie, ale za każdym razem dyskwalifikujące było dla mnie to, że już na samym wstępie, w otwierającym występ Once Upon a Time In the West, zamiast mocnego wprowadzenia słuchaczy w koncert, zaczyna się przynudzanie. I tego, niestety, nie zabrakło także wczoraj. Pan Marek sprawia wrażenie, jakby nie do końca ważne było dla niego to, że gra dla ludzi. Gra przede wszystkim 

dla siebie,

nie przejmując się czymś takim jak operowanie nastrojami lub budowanie dramaturgii występu i dbałość o jego tempo.

 

Nigdy nie uciekał w mainstreamowe klimaty bluesowo-rokendrolowe, w mocne molowe czy durowe solówki na wzór Hendriksa czy wspomnianego już Claptona, nigdy nie interesował go taki lub inny sprint po gryfie. Toteż szczególnie czekałem na to, za co kocham MK niezmiennie bardzo mocno: za mistrzostwo w wymyślaniu melodii (kłaniają się Peter Green i JJ Cale) i tak naprawdę najbardziej uszczęśliwiały mnie te momenty, w których serwował właśnie takie pieśni, w wersjach bardzo nieodległych od studyjnych, ale nie było tego wczoraj wiele. 

Jeśli nie otrzymuję zapierających dech w piersiach solówek, niekoniecznie mam ochotę na to, co lider ansamblu lubi chyba najbardziej: pobrzdękiwanie w irlandzkim stylu – te sola muzyków towarzyszących niespecjalnie mnie przekonały, może lepiej sprawdziłyby się w niewielkim klubie, gdzie scenę mielibyśmy na wyciągnięcie ręki, ale w wielkiej hali powodowało to jedynie, że koncert tracił 

tempo,

stanowczo zbyt szybko umykał wspaniały nastrój zbudowany w kilku momentach (najczęściej chodzi tu o kawałki DS). Rozgrzało publiczność wykonanie Romeo and Juliet (ukochany numer mojej żony), w którym drażnił jednak dość banalnie brzmiący saksofon. Zaraz potem byli Sułtani, lecz znowu – choć do gry lidera nie można się w żadnym wypadku przyczepić, zabrakło wyrazistej gitary rytmicznej, co w tak znakomitym, dynamicznym przecież kawałku nie powinno mieć miejsca.

I w ten sposób, ledwie udało się rozruszać widownię, zagrać jeden czy drugi utwór w bardziej skondensowanej formie, to zaraz potem emocje opadały i gubiliśmy się w niespecjalnie wyrafinowanych przypisach do zasadniczych tematów. Dopiero Telegraph Road na koniec części głównej, dostatecznie długi i bliski studyjnej wersji, spowodował prawdziwą

eksplozję

wśród publiczności – ta siedząca na płycie ruszyła pod scenę. To był porywający moment: owacjom nie było końca – dawno nie słyszałem, by polska publiczność tak uparcie i głośno, bardzo głośno, domagała się bisów. Nic więc dziwnego, że panowie po paru minutach wrócili, by zagrać Brothers In Arms. Od zawsze niezrozumiała jest dla mnie wyjątkowa atencja, jaką moi rodacy darzą właśnie tę pozycję z dyskografii DS, odczytuję to raczej jako wyraz uwielbienia dla całego dorobku, który – jeśli pominąć On Every Street  – kończy się właśnie na tej pieśni.

Co tu dużo mówić, zabrzmiała pięknie, choć jeszcze piękniej piosenka otwierajaca tamtą płytę, So Far Away. A na ostatni bis otrzymaliśmy Going Home: Theme From The Local Hero, co skojarzyło mi się trochę z równie błahą muzycznie piosenką Eltona Johna z „Króla Lwa”. Ale i tak zwartość bisów była wreszcie tym, na co czekałem. 

Najbardziej jednak zabrakło mi w całym zestawie tych urzekająco pięknych melodii, których Knopfler także w solowym dorobku ma mnóstwo, a na które nie znalazł miejsca nie tylko wczoraj, ale – jak spojrzeć na koncertowe setlisty – często podczas całej tej trasy. Mam na myśli piosenki w rodzaju Mighty Man czy The Fish And The Bird, a gdy mowa o DS – Why Worry albo Across The River. Ale cóż, takie już prawo artysty, by grać to, co sam uważa za stosowne, a nie dogadzać takim czy innym gustom i guścikom. 

Mam niedosyt po tym koncercie, mimo iż trwającym bite dwie godziny. Niedosyt tym większy, że dopiero co widziałem w akcji Carlosa Santanę, któremu ognia i żywiołowości nie brakowało ani przez moment, a o tym, żeby napięcie na widowni opadało, nie było w ogóle mowy. Zdaję sobie sprawę, że stawianie obok siebie latynoskich upałów i celtyckich chłodów nie do końca jest uzasadnione. Porównywanie głębi doznań już jednak  tak, tym bardziej że były to moje pierwsze spotkania z obu artystami. Piękna w Dolinie Charlotty miałem cały Bałtyk, a w Krakowie jego poziom stanowił najczęściej zaledwie średni stan Wisły. Pozostaje mi więc czym prędzej powrócić do płyt studyjnych – i ich wielkiego bogactwa.

(Mark Knopfler, Tauron Arena Kraków, 13 lipca 2015)

[W NaTemat: 14 lipca 2015]

Carlos Santana – czyli najpiękniejszy sen o dolinie

charlotta1

Żywioł rokendrolowo-latynoski okazał się zaraźliwy: nastrój nieskrępowanej i radosnej zabawy od samego początku przeniósł się na widownię, która niespotykanie gorąco jak na Polaków reagowała na płynące ze sceny nuty – cała w nich zanurzona i roztańczona.

[more]

*

Zanim na scenie pojawiła się gwiazda wieczoru, mieliśmy okazję zobaczyć set estońskiej formacji 

Ziggy Wild.

To było coś naprawdę zaskakującego i miłego dla ucha. Kapelę tworzy czworo bardzo młodych ludzi – trzech sporo już potrafiących chłopaków zasłuchanych w klimatach Led Zeppelin i tym podobnych, a wraz z nimi frontmenka – bestia zdecydowanie sceniczna – przywodząca na myśl trochę Grace Slick, a trochę Beth Hart. Nie wiem, czy dane będzie jeszcze kiedyś usłyszeć o nich (oby tak), tym bardziej więc warto po(d)słuchać na YT.

*

Carlos Santana

nigdy nie należał do szczególnie ukochanych przeze mnie artystów. Jednakże z racji metryki jest obecny w mojej muzycznej świadomości od zawsze, no i gra ten rodzaj muzyki, który z wiekiem szanuje się, ceni i lubi coraz bardziej. Wcześniej jakoś się nie składało, by zaliczyć któryś z jego polskich występów, dopiero teraz, gdy uwolniły się pieniądze z odwołanego koncertu Simona i Stinga w Krakowie, a znajomi oświadczyli, że wybierają się do Doliny Charlotty, klamka zapadła.
Znaczący rockmani debiutujący w latach 60., jeśli przetrwali okresy wszelakiego nadużywania oraz kryzysów artystycznych – dopadających ich różnie, w latach 70., 80. czy 90. – w całkiem sporej grupie przeżywają od co najmniej kilkunastu lat drugą młodość i wciąż zapełniają jeśli nie stadiony, to spore hale lub miejsca plenerowe, nieodmiennie serwując granie na bardzo wysokim poziomie, wykonując nie tylko numery z początków karier, ale i o wiele młodsze, często niczym nieustępujące tym sprzed lat.

Santana zakochał się w niezwykle pięknie położonym i urokliwym amfiteatrze niedaleko Słupska i Ustki dwa lata temu, kiedy to dał swój pierwszy w tym miejscu koncert. Obiecał wówczas, że wróci, i obietnicy dotrzymał. Stąd wyświechtane zwykle, rytualne frazesy wygłaszane przez artystów do publiczności na całym świecie, że jest cudowna i niepowtarzalna, że czuje się tutaj wyjątkowo, w ustach giganta gitary zabrzmiały wzruszająco i prawdziwie. Znów – jak w lipcu 2013 – zaprosił na scenę pomysłodawcę festiwalu, Mirosława Wawrowskiego, którego nazwał swoim bratem i przyjacielem i serdecznie uściskał. Czy muszę dodawać, że wywołało to ogromny aplauz na widowni?

Zastanawiałem się w trakcie kolejnych numerów, jak to jest, że napieprzanie spod znaku Satrianiego czy Vai nudzi mnie i męczy już po minucie pierwszej solówki, a odwalającego jedno solo za drugim Santany słucha się cały czas z zapartym tchem i 

stereofonicznym uśmiechem

od ucha lewego do prawego i z powrotem. Z pewnością chodzi o to, że jego gra nie ma nic wspólnego z narcystycznym popisywactwem, a pełni zdecydowanie służebną rolę wobec dramaturgii utworów i ich zwartych ram czasowych. Tym bardziej, że instrument lidera nie stanowi jedynego bogactwa, jedynej wartości dodanej, lecz jest „tylko” częścią pulsującej, rozwibrowanej całości. Jedenastu w porywach ludzi na scenie tworzy perfekcyjnie działający mechanizm, w którym każdy ma wielokrotnie okazję zademonstrować swój kunszt wykonawczy. Ognista ze swej natury muzyka latynoska rozpala najintensywniej krew, gdy mamy możliwość jej odbioru na żywo.

*

Trwający sto trzydzieści minut koncert był znakomitym spektaklem.

Żywioł rokendrolowo-latynoski

(dwa zestawy perkusyjne plus konga) okazał się zaraźliwy: nastrój nieskrępowanej i radosnej zabawy od samego początku przeniósł się na widownię, która niespotykanie gorąco jak na Polaków, fantastycznie reagowała na płynące ze sceny nuty – cała w nich zanurzona i roztańczona.

Santana za dwa tygodnie kończy sześćdziesiąt osiem lat. Jest w znakomitej formie i wciąż udowadnia, że należy do gitarowej ekstraklasy. Jest jedyny w swoim rodzaju, olśniewa bajeczną techniką, wykonując zarówno stare, bardziej rozbudowane utwory, jak i kunsztownie skonstruowane piosenki z ostatnich kilkunastu lat. Bawi się ze słuchaczami, ozdabiając swą muzykę mnóstwem cytatów z klasyki rocka (choćby z grających dzień wcześniej w tym miejscu ZZ Top), soulu i popu.

Kto był, widział i słyszał, ten wie, o czym mówię, kto nie był – ma czego żałować i nad czym się zastanowiać – na przykład jak nadrobić tę zaległość w przyszłości. Zwłaszcza że señor Santana już obiecał kolejną wizytę w Dolinie Charlotty.

(Carlos Santana, 9. Festiwal Legend Rocka, Dolina Charlotty)

[W NaTemat:7 lipca 2015]