Robert Plant: „The Road Remains The Same”

plant__lullaby

8 września 2014 w sprzedaży pojawił się nowy, bardzo udany album Roberta Planta. Nawiązujący do klimatów z „No Quarter” (1994), czyli stonowanej muzyki rockowej nasączonej sporą dawką orientalnych, wschodnich brzmień, oraz – choćby z racji podobnego składu – do „Mighty ReArranger” (2005), bodaj najbardziej zeppelinowskiego albumu w solowej karierze wokalisty.

[more]

*

Ludzki głos to jeden z najwspanialszych, a może po prostu najwspanialszy instrument muzyczny, jaki znamy. Rokendrol, tak samo jak w przypadku gitary, basu, perkusji i czego tam jeszcze, ustalił trochę inne niż obowiązujące wcześniej sposoby jego używania, inne normy, gdy chodzi o to, co dobre, a co zaledwie takie sobie.

Nie wiem, czy Robert Plant jest 

najwspanialszym wokalistą

w dziejach rocka, od dawna uciekam od podobnych zestawień rodem z wymiernych dziedzin, choćby sportu. Ale gdy się chwilę zastanowić, to pewnie znalazłby się jeśli nie na czele, to w szpicy takiego rankingu. Powiedzmy sobie też od razu, że niemożliwe jest być przez wiele lat świetnym wokalistą w kiepskim zespole. Jakość muzycznego materiału musi być kompatybilna z klasą wykonawczą, inaczej pojawiają się wątpliwości bądź całkowity brak zainteresowania dla czyichś dokonań. 

Plant to frontman jednej z najwybitniejszych kapel w dziejach rokendrola (Jack Black, muzyk i aktor, prowadzący w 2012 roku wielką galę na cześć LZ nazwał zespół „The greatest rock’n’roll band all of the time, better than Beatles, better than The Stones”, czym wzbudził nerwowy śmiech widowni i samych zainteresowanych), współkompozytor większości jej utworów, człowiek obdarzony przez naturę głosem, który pozostanie na zawsze jednym z niewielu 

wzorców z Sèvres,

gdy mówimy o wokalistyce rockowej. A jeśli spojrzeć na trzydzieści cztery lata dzielące nas od rozpadu formacji i solowy dorobek trzech żyjących jej członków – wychodzi na to, że też, najzwyczajniej, Zeppelinem najbardziej utalentowanym, twórczym i najaktywniejszym. Nie dziwota więc, że i najmniej zainteresowanym jakąkolwiek formą trwalszej reaktywacji LZ.

Po czterech latach od wydania Band of Joy, w dwa lata po Celebration Day Zeppelinów – ukazała się nowa płyta Roberta Planta. Nie poszerza ona terytoriów eksplorowanych przez tego sześćdziesięciosześcioletniego dziś człowieka, słuchaczom nie mówi o nim niczego, czego dotąd by nie wiedzieli. Ale to przecież nie zarzut. 

Po wymienionych wyżej powrotach do źródeł, po znakomitym romansie z country na wspólnym z Alison Krauss Raising Sand z 2007 roku, otrzymaliśmy album nawiązujący do klimatów z No Quarter (1994), czyli stonowanej muzyki rockowej nasączonej sporą dawką orientalnych, wschodnich brzmień. (To jeden ze znaków rozpoznawczych panów P – takie nuty zaserwowali nam już na debiutanckim krążku LZ w numerze Black Mountain Side, a parę lat później pojawił się słynny Kashmir). Album nawiązujący też, już choćby z racji podobnego składu personalnego, do Mighty ReArranger (2005), bardzo dobrego i bodaj najbardziej zeppelinowskiego krążka w solowym dorobku RP.

Droga, 

którą przebiega kariera Planta, wydaje się, że jest już dobrze rozpoznaną, choć zawsze chętnie przyjmiemy tak świetne artystycznie odmiany – bo już raczej nie całkowite zaskoczenia – jak wspomniany Raising Sand. W tym zestawie najnowsza płyta jawi się jako udana, nawet bardzo, ale jednocześnie w tym „kołysaniu i nieustannym krzyku” tworząca aurę rockowego misterium nie na tyle często, by – w moim odczuciu – zasłużyć na oceny najwyższe. Cóż, w przypadku artysty tej miary poprzeczka zawieszona jest bardzo wysoko. I wiadomo też, że wciąż jest pokonywana, czasem efektownie, czasem z pewnym wysiłkiem.

Pilotującą album piosenkę Rainbow zdążyliśmy już poznać, zaś na drugiego singla typowałbym Somebody There. Jeśli wskazywać najmocniejsze punkty nowego programu, to wyjątkowej urody jest delikatny A Stolen Kiss, zaś Poor Howard stanowi nawiązanie do klimatów folkowo-country’owych. Uwagę zwraca też zdecydowanie Embrace Another Fall. Natomiast puls rośnie mi – wybaczcie, nic na to nie poradzę – tam, gdzie niepokojące dźwięki rozsiewane są przez struny elektrycznej gitary. W ten sposób moimi faworytami, przynajmniej na etapie zaznajamiania się z krążkiem, są Turn It Up oraz Up On The Hollow Hill (tutaj pod koniec dostrzegam pewne podobieństwa do patentów basowo-gitarowych U2). W pierwszym z nich wokalista śpiewa:

On Charley Patton highway

The mist, the rain, the mud

Somewhere east of Tunica

I’m close to giving up

The car goes round in circles

The road remains the same

For help and consolation

I’ll turn it on again

Turn it up

Turn it up

I jak tu wers The road remains the same może się nie kojarzyć, nawet jeśli jest w tym skojarzeniu trochę nadinterepretacji?

*

Może to za mało, by rozpływać się w zachwytach nad całą płytą, ale z nawiązką wystarczy, by nie wolno było tylko wzruszeniem ramion podsumować jedenastu nowych utworów jednego z gigantów rocka. I, w zaledwie kilka dni od ich ukazania się, z radością i ciekawością wkładać CD kolejne razy do szufladki z przekonaniem, że jest na nim jeszcze sporo do odkrycia.

(Robert Plant and The Sensational Space Shifters, [i]Lullaby and… THE CEASELESS ROAR[/i], 2014)

[W NaTemat: 14 września 2014]

Dodaj komentarz