Niekoncertowy Stadion Narodowy

orange_warsaw

Po sobotnim koncercie AC/DC rozpętała się akustyczna burza z piorunami. Powiem z pożal się, Boże, satysfakcją, że wreszcie. Niech pewni ludzie przestaną udawać, że na warszawskim Stadionie Narodowym można tak samo organizować koncerty, jak na przykład na Wembley. Burza ma jednak to do siebie, że przechodzi, a za jakiś czas, jak gdyby nigdy nic, dowiemy się o nowym koncercie planowanym w tym miejscu. Jednak tych, którzy – podobnie jak ja – stwierdzili, że więcej tam się nie wybiorą, przybywa.

[more]

* * *

Wrażenie, jakby kapele rockowe zainstalowano w pustej, wielkiej i starej hali poprzemysłowej, miałem wczoraj przez cały czas. Na Stadionie Narodowym byłem drugi raz i nie mam pojęcia, co musiałoby się stać, bym znalazł się tam raz jeszcze. Dziś mogę powiedzieć, że zaliczyłem występy trzech kolejnych zespołów. Nawet to, że zobaczyłem. Ale powiedzieć, że usłyszałem – nie, to już przez gardło ani klawiaturę mi nie przejdzie.

*

Do krótkiej, acz już obfitującej w niepowodzenia piłkarskie historii Stadionu Narodowego uzupełnionej finansową aferą z koncertem Madonny dopisać należy jeszcze jedną klęskę. Z tą zasadniczą różnicą, że kopacze – w co dziś trudno komukolwiek uwierzyć – mogą w przyszłości zbliżyć się poziomem gry do futbolowych przeciętniaków i bez lęku przystępować do spotkań ze starannie wyselekcjonowanymi graczami Azerbejdżanu albo Luksemburga, natomiast konstrukcji, kształtu oraz użytych materiałów rzeczonego obiektu nikt już nie zmieni (pisał o tym niedawno Marcin Piątek na łamach „Polityki”).

Cóż, wypada 

powinszować wizjonerstwa

inwestorom, projektantom i wykonawcom tego przybytku. Pierwszym nieustannie przyświecającej idei, czemu ten obiekt w przyszłości ma służyć, by nie stać się tylko kolejnym pomnikiem narodowego zrywu i niekompetencji, drugim i trzecim tempa, w jakim lano tysiące ton betonu – zgodnie z projektem i zapisanymi w umowach terminami.

Rok temu byłem na koncercie Paula McCartneya. Nie wyobrażałem sobie, by nie być na pierwszym w Polsce występie Beatlesa, który w dodatku zewsząd zbierał w ostatnich latach pochwały za wysoką formę artystyczną. Gdyby nie ogrom emocji związanych z tym, jakie miejsce zajmuje w moim życiu muzyka rockowa, a w niej z kolei jak wyjątkowa jest pozycja The Beatles, pewnie nic nie potrafiłoby odmienić moich pierwszych akustycznych wrażeń z Narodowego. Wtedy zwyciężyła miłość do muzyki, do piosenek genialnej czwórki, poczucie, że biorę udział w najpiękniejszej z możliwych podróży sentymentalnej.

Gdy organizatorzy tegorocznej edycji 

Orange Warsaw Festivalu

zapowiedzieli przyjazd Queen of The Stone Age, także nie wahałem się ani chwili, mimo bagażu wątpliwości wyniesionych z Alei Księcia Poniatowskiego przed rokiem. Gdy dowiedziałem się, że w pakiecie dostanę jeszcze Pixies i Kings of Leon, mogłem się tylko cieszyć. Jak to zwykle jednak bywa, wątpliwości rosną, im mniej czasu pozostaje do rozpoczęcia imprezy. 

Jadąc wczoraj na koncert razem z siedmioma znacznie młodszymi od siebie ludźmi, przypadkowymi towarzyszami podróży, zastanawiałem się, co też tym razem spotka mnie w stolicy. Zaskoczenia często spadają na człowieka z najmniej oczekiwanej strony. Weszliśmy na stadion, gdy walczyła już fińska formacja French Films. Grała dla garstki ludzi pod sceną oraz nielicznej publiki rozrzuconej po sektorach. Widok mnie przeraził, bo takich pustek się nie spodziewałem, a pomny wrażeń sprzed dwunastu miesięcy, czułem, co się święci. Finowie grali, a dźwięk odbijał się od wszystkiego, co było w pobliżu, a więc przede wszystkim od wyzierającego zewsząd szarego betonu. Masakra.

Skończyli, następni mieli wyjść

Pixies.

Przemontowanie sceny przebiegało zawodowo, sprawnie. Stan widowni ledwie drgnął. Już wiedziałem, że klęska jest nieunikniona, że z tym nie poradzi sobie nikt, nawet ten, kto zdobył mistrzostwo świata w nagłaśnianiu koncertów.

Wymarzony na pierwszy występ w Polsce zestaw greatest hits wsparty paroma numerami z dopiero co wydanego albumu powinien wielu z nas – słuchaczy powalić, znokautować. Na scenie wszystko było w najlepszym porządku: ochota do gry, poziom artystyczny. Numery, które wpłynęły na wyobraźnię milionów odbiorców na całym świecie i na wielu tych, co sami postanowili uprawiać muzyczną grzędę. A i osobistą, neoficką, też, bo przez dwa ostatnie miesiące ich nagrania wciąż rozbrzmiewały w moim samochodzie. Tyle że po drugiej stronie przyszło raczej wszystkiego się domyślać, niż doświadczyć, nie mówiąc już o delektowaniu się, a po to przecież jedzie się taki szmat drogi. Wszystko dudniło, świszczało, miast dawać autentyczną, dziecięcą radość. Jako pięćdziesięciodwuletni człowiek byłem zdegustowany, jako fan – zrozpaczony.

Queens of The Stone Age

z Joshem Homme’em na czele byli tymi, na których czekałem szczególnie. Żałowałem już rok temu, gdy wystąpili na Open’erze, więc nie było mowy o odpuszczeniu ich warszawskiego występu. Widzów trochę przybyło, ale nie na tyle, by wyraźnie miały się zmienić warunki odsłuchu. Na otarcie łez pozostało to, że QOTSA grają ciężej niż Pixies, używają więcej niskich tonów, więc brzmieli odrobinę lepiej. 

Kapela stała się po ostatnim albumie moim zdecydowanym faworytem wśród łojących zespołów. Ten występ, choć stanowczo za krótki, siedemdziesięciominutowy, w pełni potwierdził jej klasę. Pozostaje tylko mieć nadzieję, że jeszcze kiedyś dane mi będzie usłyszeć ich w pełnym wymiarze i w normalnych warunkach.

Najgęściej pod sceną zrobiło się podczas ostatniego punktu programu, a tym był set 

Kings of Leon.

Najgęściej i najpiskliwiej, a to za sprawą licznych fanek zespołu. Kwartet jednak wystawił je na niełatwą próbę, gdyż zagrał o wiele mocniej, niż brzmią jego nagrania studyjne. Zadanie kwartet miał jednak piekielnie trudne. Wystąpić po Pixies i QOTSA i dotrzymać kroku – ba! To nie mogło się udać i się nie udało, mimo melodyjności przywodzącej na myśl U2 od czasów The Joshua Tree. Sto minut z bisem (oczywiście Sex On Fire na finał) i… Publiczność bez zbędnego ociągania się ruszyła do wyjścia.

Festiwal dopiero się rozpoczął, podsumowywać go będą ci, co zobaczą (prawie) wszystko. Ci natomiast, z którymi wczoraj zamieniłem parę zdań, widzowie tacy jak ja, byli podobnego zdania: Stadion Narodowy jako miejsce koncertowe jest 

nieporozumieniem.

Ale jasne, że obiekt stoi i ludzie, którzy o tym decydują teraz i będą decydować w przyszłości, zorganizują na nim kolejne muzyczne imprezy. Warto jednak, by pamiętali przy tym, że złe wieści rozchodzą się bardzo szybko. Nie wnikam, w czym tkwi przyczyna słabej frekwencji wczoraj, ale sądzę, że coraz bardziej pustych trybun należy się po prostu spodziewać. Można oczywiście udawać, że zapraszając kogoś do (z całym szacunkiem) Fiata Punto, sadzamy go na kanapie w BMW serii 5, albo że w naszym ogródku dobrze słychać muzykę, którą puszcza w swoim mieszkaniu sąsiad, ale chyba coraz mniej ludzi będzie się na to dawało nabrać.

Wrażenie, jakby kapele rockowe zainstalowano w pustej, wielkiej i starej hali poprzemysłowej, miałem wczoraj przez cały czas: radości niewiele, za to odczułem wielką ulgę, gdy koncert dobiegł końca. Więcej w takim święcie muzyki udziału brać nie mam zamiaru. Na Narodowym byłem drugi raz i nie mam pojęcia, co musiałoby się stać, bym znalazł się tam raz jeszcze. Dziś mogę powiedzieć, że zaliczyłem występy trzech kolejnych zespołów. Nawet to, że zobaczyłem. Ale powiedzieć, że usłyszałem – nie, to już przez gardło ani klawiaturę mi nie przejdzie.

Pomarańczowa fiesta

miała miejsce wczoraj, ale za oceanem, w Brazylii, gdzie moi ulubieni od czasów Ajaksu z początku lat 70. i reprezentacji z 1974 oranje dokopali 5-1 Hiszpanom (co jeszcze nic nie znaczy, ale jest bardzo przyjemne).

Witold Gombrowicz zadał w swoich Dziennikach pytanie: co zrobią Polacy, gdy już wszystkie inne narody napiszą dysertację o słoniu? I szybko odpowiedział, że przygotują rozprawę pt. „Słoń a sprawa polska”. Ponieważ nasze narodowe ego, tak jak każde inne, domaga się wzmocnień pozytywnych, dowartościowania, jedyną receptą na 

spektakularny sukces

na Stadionie Narodowym może okazać się karkołomny chyba nie tylko pozornie pomysł zorganizowania konkursu skoków narciarskich w ramach Pucharu Świata. Wyobrażacie to sobie – w obecności prezydentów RP i miasta stołecznego, premiera, marszałków sejmu i senatu grają Mazurka Dąbrowskiego, a na podium stają Stoch, Kot i Żyła? Tylko niech odpowiedni ludzie poprzeliczają zawczasu wszystkie działające siły fizyczne i naprężenia. Bo zawalenie się wczoraj Warsaw Stage (drugiej, mniejszej sceny) sprawiło, że nie wystąpiło trzech wykonawców, ale jak zapadnie się bula, to co Tajner powie Hoferowi?

[W NaTemat: 14 czerwca 2014]

Dodaj komentarz