Black Sabbath: Sabbath Bloody Sabbath, 1973

Rok 1973 jest jednym ze szczególnie znaczących w historii rocka. Wśród albumów, które należą do najważniejszych w tamtych dwunastu miesiącach, znajduje się bez wątpienia Sabbath Bloody Sabbath. I tak jak nie budzi we mnie entuzjazmu najnowsze wydawnictwo grupy, mimo że pierwsze od lat, znów z Ozzym Osbourne’em, tak niezmiennie ten krążek cieszy moje uszy.

[more]

Tam gdzie rock gubi swoje wspaniałe bluesowe korzenie, gdzie pokazuje światu wielki, ciężki

metalowy korpus,

gładkie, wypolerowane i zimne oblicze – tracę grunt pod stopami, wchodzę w ciemny las, w którym jedno drzewo wydaje mi się zbyt podobne do drugiego. Robi się nieprzyjaźnie i, zbyt często, strasznie (czasami strashnie). Epatowanie mocą, tonami gitar, szybkością nigdy nie zastąpi mi korzennego, swingującego rokendrola. Przepraszam wszystkich, którzy myślą inaczej, dla których klasycy gatunku, a więc i Black Sabbath, są świętością. W tamtą stronę zapuszczam się z rzadka i, z wiekiem, coraz bardziej niechętnie. Tym niechętniej, że uświadamiam sobie, jak wiele jest do odkrycia starej i nowej muzyki po tej stronie gitarowego grania, które upodobałem sobie szczególnie.

Sabbath Bloody Sabbath pozostaje jednak dowodem na to, że ruch w odwrotnym kierunku,

od metalu do mainstreamu,

jest nie tylko możliwy, ale potrafi przynieść wspaniałe efekty. Muzyka kwartetu na piątej płycie zelżała, przyspieszyła, odeszła od rozciągniętych, dołujących nut. Została nawet obficie zmiękczona brzmieniem instrumentów klawiszowych, które – no właśnie – obsługiwał jeden z ówczesnych największych mistrzów rockowej klawiatury, Rick Wakeman. Utwory nabrały lekkości i tempa, w najlepszy z możliwych sposobów zbliżając się do klasyków gatunku – Led Zeppelin, Cream (końcówka Looking For Today to wręcz cytat z White Room) czy Hendriksa. Imponują rozmachem, pomysłami aranżacyjnymi i maestrią wykonawczą.

Dla mnie jest to album wyjątkowy, jedyny taki w dyskografii grupy. Parę lat później, gdy frontmanem BS został Ronnie James Dio, próbowano chyba – mniej lub bardziej świadomie – przywołać klimat nagrań z 1973 roku (a może to po prostu nieuchronne echa Rainbow?), ale o różnorodności pomysłów, wielorakich smaczkach aranżacyjnych na podobną skalę nie było już mowy.

Na omawianym albumie jest tak od początku. Tytułowy numer niby zaczyna się

atakiem artyleryjskim,

ale w refrenie pojawia się łagodność gitary akustycznej i przestrzeń instrumentów klawiszowych. W drugiej części utworu otrzymujemy jeszcze dwa inne rozwiązania melodyczne. Gorszy zespół albo zespół w gorszej formie wycisnąłby z tego cztery odrębne kawałki. Scenariusz powtarza się w doskonałym A National Acrobat. Utwór skrzy się od pomysłów, jeden wspaniały czasem po pół minucie ustępuje miejsca kolejnemu.

Fluff z dzisiejszej perspektywy może wydać się banalny – takie chwilowe, akustyczne wyciszenie w zgiełku gitar, które zastosowano w setkach metalowych płyt. W 1973 roku nie było to jednak takie oczywiste, a wyraźny ukłon Iommiego w stronę Petera Greena i Albatrossa dowodzi szacunku dla klasyki. Potem mamy numer Sabbra Cadabbra – posiadający te same atuty, co dwa pierwsze kawałki na płycie.

Z piątą płytą BS jest chyba trochę jak z czwartą Led Zeppelin. Po znakomitej stronie pierwszej mamy – aż się boję to napisać – nieco słabszą drugą. Ale tak jak warto czekać na potężne When The Levee Breaks, tak tutaj album wieńczy porywający Spiral Architect.

Czterdzieści dwie i pół minuty, muzyka sprzed czterdziestu już lat. Fragmenty tego krążka gdzieś tam na szpuli nagrane mieli moi bracia. Gdy wrzucam go dziś do szufladki, odnajduję w sobie jedenastoletniego chłopca, którym byłem, kiedy pierwszy raz usłyszałem te dźwięki. Krew wciąż żywiej podryguje w żyłach.

Dodaj komentarz