Trudno sobie wyobrazić dziś sztukę bez filmu i teatru. Ba, nie tylko sztukę, świat cały bez filmu (bo już nie bez teatru niestety) byłby jakiś niepełny. Jeśli zaś filmy, to i – nieuchronnie – aktorzy. Kiepscy, tacy sobie, nieźli. Dobrzy, znakomici i genialni. I ci, co gdzieś pod koniec życia już nie grają, a ich wielkość objawia się poprzez samo tylko bycie przed kamerą. Na przykład John Gielgud, a ostatnio, w Miłości Hanekego, Jean-Louis Trintignant i Emmanuelle Riva.

[more]
Co innego jednak, gdy zadanie aktorskie sprowadza się do jednego tylko sposobu ekspresji – śpiewania. Zwykle trudno się do czegoś przyczepić. Zdecydowana większość tych pań i panów potrafi to robić. Lekcje dykcji i śpiewu zostały sumiennie odrobione, technika stoi więc na co najmniej przyzwoitym poziomie. Z barwą głosu bywa różnie, ale tego już wypracować się nie da.
Aktorzy śpiewają.
Wielu z nich to lubi, kocha, wielu nagrywa płyty, występuje z recitalami. Aktorzy mają od lat swój przegląd piosenki we Wrocławiu. Piosenka aktorska – cóż to za przedziwna kategoria logiczno-semantyczna. Sugerująca jakoby wyższy stopień wtajemniczenia. Piosenka aktorska nie jest zwykłą piosenką, toteż nie wolno jej mierzyć tą samą, pospolitą miarą. A to niby dlaczego?!
Aktorzy zwykle opierają swój repertuar na piosenkach znanych z innych wykonań, ale, zdarza się, śpiewają całkiem nowe utwory. Poza bardzo nielicznymi przypadkami – nie wierzę im. Ani trochę, w ani jedno wyśpiewane słowo. Każdy ruch, każdy gest zawczasu przemyślany, wyreżyserowany. Nic przecież nie można pozostawić przypadkowi. Gdzie tu jest miejsce na naturalność, spontaniczność?
Krążę wokół rocka, muzyki – pisałem już o tym – w przeważającej mierze oryginału, częstokroć niedoskonałego od strony wykonawczej i realizacyjnej (zwłaszcza gdy mówimy o dawnych latach). Ale oryginału. Wykonawcy rockowemu może czegoś nie stawać: głosu, sprawności jako instrumentalisty, tekściarza, czasem wszystkiego razem, a jednak w dalszym ciągu ma w sobie to coś, czym przyciąga do siebie słuchaczy. Autentyzm, prawdę przekazu. Śpiewanie i granie prosto z serca, z trzewi. Rokendrol to rodzaj psychicznego striptizu, obnażania się przed publicznością, ujawniania własnej osobowości. To przekaz w relacji jeden do jednego, bez żadnego ściemniania, oszukiwania. Nawet sceniczna kreacja pozostaje nadal sposobem na wyrażanie siebie.
Z piosenką w wydaniu aktorskim jest zupełnie inaczej. To, co w teatrze bądź filmie czasem zachwyca, w dekoracjach muzycznych budzi moją niechęć. Jawi mi się jako udawane, sztuczne. Nieprawdziwe. Zadanie aktorskie utkane z cudzych słów, cudzych emocji, cudzych rytmów. Zalatuje mi od tego czymś, co w sztuce – jak ją rozumiem – jest niedopuszczalne.
*
Myślę o wspomnianym już Wrocławiu sprzed lat.
Kombinat, ostatni koncert Republiki:
Krzywański, Biolik i Ciesielski wspierani jeszcze przez Piwowara. A zamiast nieżyjącego już Ciechowskiego – śpiewający aktorzy. Ten występ oglądany w TV w parę miesięcy po śmierci lidera grupy budził ciągle jeszcze wielkie wzruszenie. Deklaracja pozostałych panów, że to ostatni raz, że bez Grzegorza Republika nie może dalej istnieć – robiła wrażenie i napawała smutkiem, tak mocno przypominając o nieuchronności losu. Gdy jednak największe emocje opadły, gdy minęło kilka lat – nie byłem w stanie powtórnie oglądać tego koncertu bez raz po raz zapalającego się w głowie światła (mniejsza, czy żółtego, czy czerwonego).
Dlaczego wspominam akurat to wydarzenie? Bo ono jest idealną ilustracją zderzenia dwóch nieprzystawalnych światów: znakomitych piosenek śpiewanych przez wybitnego, sepleniącego wokalistę oraz profanujących te utwory aktorów, którzy znakomicie przygotowali się do odegrania kolejnej roli. Rokendrolowy oryginał wielkiej próby i aktorska czeska biżuteria. Plagiat lśniący i do porzygania gładki. Czy to przypadek, że koncertu do dziś nie ma na CD i DVD? Błagam, oby nikomu nie przyszło do głowy tego zmieniać. Przez wzgląd na Obywatela G.C. i pamięć o ogrodach.
A co do aktorów… Ktoś kiedyś powiedział, że jeśli poeci piszą tylko dla poetów, to i tak jest ich bardzo dużo. Niech więc aktorzy śpiewają dla aktorów. Z każdym nowym serialem jest ich wciąż więcej i więcej. Niech śpiewają tym, którzy chcą ich słuchać. Ale nie mi.
