1977: Francja, St. Vallier, Paryż i płyty

Wiosną 1977 roku, kiedy powoli dobiegała końca moja edukacja na poziomie podstawowym – tu zacytuję klasyka – wziął mnie ojciec i tak do mnie rzekł: „Chcesz jechać na trzy tygodnie na kolonie czy na dwutygodniowy obóz we Francji?” (połączenie obu nie wchodziło w grę z powodów finansowych). Odpowiedź, mimo chwili żalu, że ominą mnie ostatnie już kolonie, była oczywista.

[more]

Gdzieś z początkiem lipca wyruszyliśmy nowoczesnym autokarem wyprodukowanym przez Mercedesa ze Śląska do Warszawy. Tam Okęcie i po dwóch godzinach lotu, wczesnym popołudniem, znaleźliśmy się w rozgrzanym słońcem Lyonie. W oczy uderzył nas mieniący się tysiącami kolorów, zupełnie inny świat. Kto tego nie przeżył, ten nie zrozumie. Ja, piętnastoletni, nigdy wcześniej nie miałem okazji widzieć nic innego poza Bałtykiem i Tatrami, tym większy przeżyłem więc

szok.

Choć nie taki, jak po kolejnych kilkunastu dniach. Przed południem Paryż, Orly, Concorde na jednym z pasów startowych – najnowocześniejszy wtedy samolot na świecie – a po dwóch godzinach Poznań. Coś, co trudno nawet nazwać lotniskiem. Szarość, cisza i bezruch. Celnik z rentgenem w oczach wypytujący nas, nastolatków, co mamy w bagażach. Potem powrót na Śląsk „ogórkiem” – telepiącym się, wysłużonym autobusem z rozłożonymi siedzeniami na środku, gdzie zamiast w miarę normalnego oparcia był tylko pas zapinany między rzędami na wysokości pleców, starsi pewnie pamiętają. I w tych warunkach powrót na Śląsk. To było naprawdę twarde lądowanie.

Mimo iż wielokrotnie sygnalizowałem w różnych wpisach, że

moja przygoda z muzyką

– za sprawą starszych braci – zaczęła się bardzo wcześnie, jeszcze w okresie przedszkolnym, jednak to, co miałem wówczas w głowie, było bardzo przypadkowe, zupełnie nieuporządkowane. Raczej funkcjonujące na zasadzie haseł – nazwisk, nazw grup, ale bez szczególnego pojęcia, co tak naprawdę za nimi się kryje. Niemniej początek był już zrobiony, a w kwietniu 1977 roku dokonałem pierwszego samodzielnego zakupu płytowego. Był to Live holenderskiego kwartetu Livin’ Blues.

Każde wejście do muzycznego marketu we Francji przyprawiało mnie o ból głowy. Nagle mogłem dotknąć krążków wykonawców, o których nad Wisłą jedynie słyszałem. W odróżnieniu od wspomnień dziennikarzy muzycznych, którzy mieli już za młodu kontakt z tymi płytami – z kolegami mogłem o nich rozprawiać jak o UFO: wielu tego słuchało, wielu o tym mówiło, ale nikt (bądź prawie nikt) nie widział. A tu kolorowy oczopląs: pełna materializacja odwiecznych mitów.

Czułem się, jakbym wstąpił w

progi świątyni,

w której w dodatku pozwalają mi dotknąć relikwii. Najsłynniejsze nazwy, tytuły – na wyciągnięcie ręki. Każda płyta, co jedna to piękniej wydana, pozwalała się musnąć, popieścić. Każda szeptała czule w ucho: „Kup mnie…”. A pieniędzy jak na lekarstwo – na książeczkę walutową wymienione dziesięć dolarów, czyli niecałe pięćdziesiąt franków (cena jednej płyty: 33-40 F), ponadto sto franków pozostawione w ramach wymiany przez francuskiego kolegę, który w tym samym czasie spędzał wakacje na obozie w Polsce. Strach i dziś myśleć, jakie wrażenia z naszej ojczyzny młodzi Francuzi zabrali ze sobą do domów.

A wśród nas, nastoletnich obozowiczów, krążył wtedy następujący dowcip:

Polska, rok 2000, sklep mięsny. Ludzie kupują – pięć deko szynkowej, osiem deko salcesonu, piętnaście deko zwyczajnej, dziesięć deko frankfurterków. Wchodzi facet i mówi:

– Proszę pół kilo szynki.

– A, na handelek, na handelek!

– Słowo honoru, że na wesele…

Ostatecznie przywiozłem do domu pięć krążków, wśród nich nowy wówczas Animals Pink Floyd oraz It’s Only Rock’n’roll  Rolling Stones. Ponadto Edith Piaf dla rodziców oraz dwa bazarowe albumy z piosenkami Beatlesów, zbyt tanie, by mogły zawierać oryginalne wykonania. Wszystkie wzbudziły w domu niemałą sensację. Dwa pierwsze, w całkiem niezłym stanie, są ze mną do dziś.

 

Dodaj komentarz