Ptasie mleczko na czerwonym jęzorze

pobrane33

Tylko Fripp mógł wpaść na pomysł pełnoprawnego zatrudnienia w zespole faceta grającego na skrzypcach nie jako instrumencie tworzącym tło, lecz jednym z wiodących. I jeszcze tego perkusjonisty, nie bez kozery pozującego do zdjęcia w piłą w rękach…

[more]

*

1973? Należy do Pink Floyd i ich dzieła nad dziełami, opus magnum – The Dark Side of The Moon. 1973? Dla mnie

jeden z tych magicznych,

wspominałem bowiem o tym parokrotnie, że czas zastąpienia w moim domu pocztówek dźwiękowych magnetofonem szpulowym zbiegł się z zamianą dominujących gitar na syntezatory. A przecież tamten rok dla muzyki progresywnej jest zdecydowanie najlepszy – poza wymienioną wyżej, ukazują się wtedy krążki: Genesis – Selling England By The Pound, Yes – Tales From Topographic Ocean i Emerson, Lake & Palmer – Brain Salad Surgery. Gdzieś bardzo blisko są Jethro Tull z A Passion Play, a nawet Electric Light Orchestra z On The Third Day, kolejne płyty wydają m.in. Manfred Mann’s Earth Band czy Gentle Giants. Jak dorzucić do tego jeszcze Houses of The Holy Led Zeppelin, Sabbath Bloody Sabbath Black Sabbath,  The Who i ich Quadrophenię, Lou Reeda z Berlinem, Roxy Music z For Your Pleasure, McCartneya i Band On The Run, Eltona Johna z Goodbye Yellow Brick Road, Mike’a Oldfielda z Tubular Bells, Steely Dan z Countdown To Ecstasy oraz szalony Raw Power The Stooges – uświadamiamy sobie, że było to wyjątkowe dwanaście miesięcy, nie pierwsze i nie ostatnie, ale jedne z niewielu aż tak znaczących. Jednakże zarówno ten zestaw, jak i mój prywatny wybór najlepszych płyt wszech czasów byłby niepełny, gdyby zabrakło w nim Larks’ Tongues In Aspic kapeli dowodzonej przez Roberta Frippa, czyli King Crimson. Albumu, który – tak jak krążek Floydów – ukazuje się w marcu 73.

*

Jedna z niewielu płyt, które moi bracia mieli nagrane w całości – bo też 

taśm magnetofonowych

mieli niewiele. Dziś aż trudno się nie dziwić, gdy rozebrać na części pierwsze operację nagrywania muzyki z audycji radiowych na dość podłym sprzęcie, w wersji monofonicznej. Lecz przecież tak było: wielu fanów miało dostęp do muzyki taki – albo żaden.
Więc znałem tę płytę, zaprezentowaną z pewnością w jednej z audycji Piotra Kaczkowskiego, od zawsze. W 1977 roku, gdy zawartość nielicznych taśm poddawałem wielokrotnej samodzielnej lekturze – zwariowałem i pokochałem. I nie odkochałem się nigdy, a gdy teraz słucham tych nagrań z jubileuszowego, wydanego w trzydzieści lat po analogowej premierze krążka kompaktowego, mój zachwyt nie jest ani trochę mniejszy. Ba! – raczej większy, ponieważ emocje wspiera jeszcze głowa, ponieważ teraz mam świadomość, jaki ogrom znakomitych płyt ukazał się do marca 1973, a jaki – choć już znacznie mniejszy – przez kolejne czterdzieści pięć lat. I jak ciągle znakomicie na tym tle wypada Larks’.
W 1972 roku, w zaledwie trzy lata po genialnym debiucie, Fripp montuje zupełnie nowy skład, można rzec – trzecią odsłonę KC. Przy mikrofonie, z gitarą basową przewieszoną przez ramię, staje John Wetton (pozyskany z Family), za bębnami zasiada Bill Bruford, do niedawna w Yes, ponadto formację zasilają skrzypek David Cross i Jamie Muir grający na przeróżnych instrumentach perkusyjnych, który niedługo po nagraniu płyty zamyka się w buddyjskim klasztorze. Zmiana dokonuje się także na posadzie autora tekstów: Richard Palmer-James (nb. pierwszy gitarzysta Supertramp) zastępuje Pete’a Sinfielda (który niebawem znajduje zatrudnienie w EL&P).

Bruford wspomina: 

„To naprawdę było piekło

– bo nikt nie mógł się zdecydować, jaką muzykę mieliśmy grać”. Ostatecznie dochodzi do nagrania swoistej trylogii, którą uzupełniają Starless And Bible Black oraz Red, płyt – wreszcie? – spójnych stylistycznie, zaś fanom dających oddech w postaci głosu tego samego frontmana. Tyle tylko, że po kolejnych dwóch latach, w 1974, jest już pozamiatane: Fripp rozwiązuje zespół. I to w chwili, gdy ten wspina się na sam szczyt.
Spójnych stylistycznie? Dekadę później sporą karierę zrobiło określenie „odjazd”, na przykład w odniesieniu do niesamowitych nowych płyt. Pierwszy raz usłyszałem je z ust znajomego, który zachwycił się… Three of A Perfect Pair (1984), zupełnie innego zespołu o tej samej nazwie: King Crimson. Larks’ to piekielny odjazd – z jednej strony potężne riffy gitary znane już z 21st. Century Schizoid Man, liryczność, zwłaszcza olśniewającej miniatury Book of Saturday, w stylu I Talk To The Wind, symforockowa przestrzeń w stylu Epitaph czy tytułowych kompozycji z dwóch pierwszych albumów w Exiles, ale wszystko to zaprawione jest szalonymi improwizacjami z okolic muzyki współczesnej, tzw. konkretnej, albo jazzu. Tylko Fripp mógł wpaść na pomysł pełnoprawnego zatrudnienia w zespole Crossa, faceta grającego na skrzypcach (lub altówce), nie jako instrumencie tworzącym tło, lecz jednym z wiodących. I jeszcze ten perkusjonalista Muir, nie bez kozery pozujący do zdjęcia w piłą w rękach… Jednak ucho, przynajmniej moje, ogarnia to zdecydowanie lepiej niż dokonania Zappy. Amerykanin nie daje słuchaczowi większych szans, by zaczepić się o melodię czy harmonię, jego muzyka sprawia wrażenie, jakby była niemożliwa do odtworzenia na żywo bez pomocy partytury. Fripp tymczasem raz po raz daje wytchnienie, powracając do odwiecznego kanonu muzyki europejskiej. Jego i jego kolegów 

odloty

w jakiś sposób przywodzą na myśl te o kilka lat wcześniejsze The Cream – Bruce’a, Claptona i Bakera. Jeśli jednak trio BBC robiło to na bazie bluesa, gitar i przystawek, u Frippa żadne granice już nie istnieją.
Cream przypominam tu nieprzypadkowo. Jeden z najpiękniejszych w moim odczuciu fragmentów muzyki rockowej, finał pierwszej części utworu tytułowego z Larks’  – te niespełna dwie minuty od jedenastej minuty i czterdziestej sekundy – całego wyjętego jakby z ówczesnych telewizyjnych teatrów sensacji („Kobry”) jest tak niesamowity także z tego powodu, że ani nie eksploatuje, ani nawet nie ogrywa fantastycznego konceptu z gitarą basową w roli głównej i wtóryjącym jej skrzypcom (lub altówce, nie potrafię rozstrzygnąć). Całkiem jak w Badge Claptona i Harrisona, gdzie powalające wejście gitary rozbrzmiewa tylko raz. 
Dlatego tak cenię sobie robotę Roberta Frippa i różnych jego kolegów. Poszukiwacz ciągle żądny nowych wrażeń przez wiele lat gnał ciągle do przodu, ani myśląc okopać się w rozpoznanych rewirach – w tej strefie komfortu własnego, ale też – i może przede wszystkim – słuchaczy. Stąd tyle wcieleń – jego i jego formacji. Stąd bezustanne wymykanie się wszelkim szufladom: 

progresja Frippa

zdaje się nie do opanowania, nie do ogarnięcia. Zupełnie inaczej niż ta floydowska, yesowa czy Genesis (oczywiście do 1976 roku). Może tylko Keitha Emersona da się jakoś z nim porównać, choć w tym przypadku mamy do czynienia z fascynacją klasyczną muzyką europejską i czerpaniem z jej formuły. Zaś z tych zasłuchanych, umiejętnie czerpiących z – między innymi – KC z tego okresu wymienić należy rodzime SBB.

Na zasadzie żartu jeszcze jedno spostrzeżenie. Mocny, pulsujący w refrenie gitarowy numer, jakim jest Easy Money, został umieszczony w tym samym miejscu na krążku analogowym – jako otwierający drugą stronę – co Money Pink Floyd. To oczywiście przypadek (przypominam, że obie płyty ukazały się w marcu 73), ale…
Dark Side of The Moon zgarnęła całą pulę: dziewięćset trzydzieści siedem tygodni obecności na liście „Bilboardu” to rekord już chyba nie do pobicia. Od lat uparcie uciekając od rankingów i innych zestawień wiem jednak, że gdybym miał spędzić resztę życia na bezludnej wyspie i mógł zabrać na nią tylko dziesięć płyt, i Dark Side, i Larks’ znalazłyby się wśród nich. 

(King Crimson, Larks’ Tongues In Aspic, 1973)

[W NaTemat: 26 marca 2018]

Camel: taki ładny bezdech

camel_breathless

Miałbym opory, by Camel wymienić jednym tchem z King Crimson czy Pink Floyd. Jeśli największe firmy tamtych czasów stanowiły szpicę „First Division”, to Wielbłąda usytuowałbym gdzieś w środku stawki. Ale jak to bywa z ligowymi średniakami, czasami potrafią skutecznie powalczyć z drużynami z czołówki.

[more]

*

Powroty do przeszłości bywają ryzykowne. Dlatego też, pominąwszy permanentny niedoczas, lękam się powrotu do lektur, które zachwyciły mnie w studenckich czasach, boję się  – kto wie? – może wręcz brutalnej weryfikacji wrażeń po latach, a tym samym odebrania sobie ciepłych wspomnień i… jakiejś cząstki siebie.

Podobnie jest z muzyką, pewnymi wykonawcami, płytami z różnych powodów odłożonych na całe dziesięciolecia na bok. Im wcześniej, im bliżej początku dźwiękowych penetracji usłyszanych, tym bardziej naznaczonych emocjami i w ten sposób bardziej wystawionych na bolesną konfrontację.

Za krążkiem 

Breathless

grupy Camel rozglądałem się w ogólnie znanych sklepach muzycznych od dawna. Nie intensywnie, ale miałem go, jak wiele płyt poznanych dawno temu, w pamięci. Breathless to moje osobiste początki – już nie pakiet z dzieciństwa otrzymany od starszych braci, a samotne mierzenie się z muzyką. Jakieś dwa zimowe „Minimaksy” i zarejestrowanie na jednej z pierwszych swoich taśm magnetofonowych całego materiału.

Było wtedy tej muzyki tak mało – a jeszcze mniej miałem możliwości jej zapisu – że wszystko, co posiadałem w domu w postaci płyt i taśm, zostało wielokrotnie, gruntownie odsłuchane – z taką intensywnością, że niemal każda nuta z tamtych lat odciśnięta została na twardym dysku, czyli w głowie.

*

Koniec lat 70. był 

schyłkową fazą rocka progresywnego

w swym pierwotnym kształcie, wyraźnym wyczerpywaniem się artystycznej formuły, gdy chodzi o czołowych reprezentantów tego nurtu (choć, trzeba od razu dodać, że nie inaczej działo się z bliższą źródeł muzyką gitarową: rozpadały się albo dołowały takie formacje jak np. Deep Purple czy Black Sabbath).

Miałbym opory, by Camel wymienić jednym tchem, w jednym szeregu z King Crimson czy Pink Floyd. Jeśli największe firmy tamtych czasów stanowiły szpicę „First Division”, to Wielbłąda usytuowałbym gdzieś w środku stawki. Ale jak to bywa z ligowymi średniakami, czasami potrafią skutecznie powalczyć z drużynami z czołówki – i to niekoniecznie licząc na słabszą tamtych dyspozycję.

Rok 1978 jest – przypadek? – dość osobliwym momentem w dziejach rocka symfonicznego. Dla pełnego obrazu warto może jeszcze zacząć niniejszy wywód od krążka o kilkanaście miesięcy starszego: wydanego w styczniu 1977 roku Animals Pink Floyd. Zawierającego trzy co prawda rozbudowane, jak dawniej, kompozycje, ale jak nigdy dotąd i nigdy potem dające bardzo dużo miejsca mocno brzmiącej gitarze Davida Gilmoura. Gitarze, nigdy co do tego nie miałem wątpliwości, doskonałej, zwłaszcza w numerach z drugiej strony wydawnictwa analogowego: Pigs (Three Different Ones) oraz Sheep. Na podobne łojenie pozwalał sobie wcześniej tylko lider King Crimson, Robert Fripp, ale KC to w ogóle osobliwy i całkiem osobny rozdział w dziejach rocka.

W marcu 1978 okrojone do tria Genesis wydaje ...And Then There Were Three..., 20 września, na swoje dziesięciolecie, grupa Yes publikuje Tormato, dwa dni później ukazuje się album Camel, zaś 18 listopada Love Beach Emerson, Lake & Palmer, zdecydowanie najsłabszy z wymienionych.

*
Camel, podobnie jak Genesis, Yes i EL&P w pierwszej części swej płyty, 

odchodzi od długich form,

nawiązuje do struktury – częstokroć bardzo przebojowej – piosenki. A podobnie jak u Floydów – na plan pierwszy raz po raz wypuszczana jest soczysta gitara elektryczna, niebylejakiego zresztą majstra, jakim jest Andy Latimer, czasem riffująca jak u zespołów hardrockowych. Ta mieszanka progresywno-hardrockowo-popowa przyniosła bardzo ciekawe efekty. 

Rozbuchane formy zdecydowanie dożywały swoich dni, zaś w późniejszych realizacjach, grup-następców, częstokroć przybierały karykaturalną i wręcz niestrawną postać. Pop spod znaku Genesis też broni się średnio, ale jest to pewnie skutkiem kontekstu wielkiej próby, jaki tworzą wcześniejsze dokonania bandu w pięcio- i czteroosobowym składzie. 

Camelom natomiast udała się na tym krążku trudna sztuka połączenia tych elementów w zwartą i artystycznie bardzo udaną całość. Wpłynęło na to, jak zawsze, kilka czynników. Świetna forma kompozytorska i wykonawcza – utwory w zdecydowanej większości są po prostu bardzo dobre i po mistrzowsku wykonane. Typowe motywy progresywne, wygrywane na klawiszach, ścieśnione zostały do skondensowanych, kilkuminutowych utworów. Nie ma miejsca na nudę, jest za to na konstatację, ile się może wydarzyć w tak krótkim czasie. 

Urzekają głosy

– aż trzech muzyków na tej płycie śpiewa główne partie wokalne, trudno powiedzieć, który lepiej. Uwodzi już na samym początku, w tytułowej piosence, ciepły, ale nie przesłodzony głos Richarda Sinclaira. Przez gitarę akustyczną i nieco jazzujący bas przebija się – na zmianę – a to obój, a to flet, a to saksofon drugiego wielkiego fachury, Mela Collinsa (trudno zliczyć tych, z którymi zagrał w swej karierze), stanowiące wielką ozdobę całości. Z krainy łagodności i powłóczystych dźwięków klawiszy raz po raz wytrącają nas soczyste uderzenia gitary Latimera, dodając piosenkom tempa i dynamiki. 

Od progresji Camel ucieka jeszcze na dwa inne sposoby: czuje się wpływ znakomitej i bardzo popularnej w tamtym okresie formacji amerykańskiej, Steely Dan i, szerzej, całego kwitnącego wówczas, elektrycznego ze swej natury jazz-rocka (choćby Weather Report – w The Sleeper). Muzycy nie wzbraniają się też przed podróżami w minione wieki, jak w stylowym i bardzo nastrojowym Starlight Ride.

*

Album po latach brzmi bardzo dobrze, pewnie – paradoksalnie – tym lepiej, że nigdy nie był szczególnie popularny nad Wisłą i utwory z niego właściwie są na antenie radiowej nieobecne. Kompozycje brzmią zdecydowanie szlachetniej niż wspomniane wyżej, zbyt popowe wydawnictwo Genesis, a jednocześnie – w wielu przypadkach – są bliższe przebojowej, mainstreamowej piosence niż połamane faktury Yes. Poczucia humoru też członkom zespołu nie zabrakło, czego dowodem jest Down On The Farm.

Sześć lat później Tomasz Beksiński zaraził mnie – i nie tylko mnie – muzyką ze Stationery Traveller. Dynamiczny Breathless broni się jednak zdecydowanie lepiej niż momentami przelukrowany album z 1984 roku.

(Camel, Breathless, 1978)

[W NaTemat: 18 stycznia 2016]

Pocztówki dźwiękowe ze Szwajcarii

swiss

Od czasu do czasu człowiek zaplącze się na chwilę w nieco innej rzeczywistości (to jeden z tych przyjemnych skutków zmian sprzed ćwierćwiecza). Na przykład w Szwajcarii – kraju znanym z paru rzeczy, natomiast dość słabo kojarzącym się z muzyką. Słabo jednak nie znaczy wcale.

[more]

Zacznę od tzw. akcentu. W grupie

Refugee,

powołanej do życia przez byłych kumpli Keitha Emersona z formacji The Nice, basistę Lee Jacksona i perkusistę Briana Davisona, na klawiszach grał szwajcarski multiinstumentalista Patrick Moraz (rocznik 1948). Trio wydało tylko jeden album – w 1974 roku. 

W tymże 1974 roku powstała hardrockowa kapela 

Krokus.

Nigdy nie stanowiła czołówki rockowo-metalowego grania, ale nie jest też nieznana. Największą popularnością cieszyła się w latach 80. w Ameryce Północnej. Supportowała m.in. AC/DC (był taki czas, gdy brzmiała jak kopia  Australijczyków), Motorhead i Judas Priest. Działa do dzisiaj. 

Wśród podalpejskich przedstawicieli mocniejszego grania wymienić można jeszcze Celtic Frost i Lacrimosę.

O Yello,

formacji powstałej pod koniec lat 70., zawsze ciepło wyrażał się Grzegorz Ciechowski. Produkcja produkcją, ale elektropop to zdecydowanie nie są moje klimaty, Jeśli jednak mowa o muzyce popularnej z okolic Jezior Bodeńskiego i Genewskiego, o duecie Boris Blank – Dieter Meier zapomnieć nie można. (W podobnej konwencji porusza się także The Young Gods).

Urodzony w 1953 roku Andreas Vollenweider to kolejny, po Morazie, multiinstrumentalista – przede wszystkim harfista – z krainy Wilhelma Tella. Jego muzyka definiowana jest jako world music, new age, a nawet jazz i muzyka poważna. Odnotowuję, pozostając obojętny na jej oddziaływanie.

W 1973 roku w Zurychu powstała jazzrockowa 

Shivananda.

Zespół koncertował m.in. na Montreaux Jazz Festival i Jazz Festival w Le Castellet we Francji (dla osiemdziesięciu tysięcy widzów). Zniknął ze sceny na początku lat 80., mając w dorobku trzy albumy. I pewnie nigdy bym o nim nie usłyszał, gdyby nie fakt, iż pierwszy album, Cross Now (1977) nieco później ukazał się też w Polsce i mam go w swoich zbiorach. Kawał solidnego grania z wyraźnymi wpływami Weather Report.

Skoro dźwięki wydobywane z takich czy innych instrumentów przez wykonawców z serca Alp mnie nie powalają, wrócę na koniec do Patricka Moraza i jego angielskich kolegów. Powodem, dla którego Refugee nagrali tylko jedną płytę, było odejście klawiszowca do 

Yes.

Gdy z tymi ostatnimi rozstał się Rick Wakeman, Anderson i spółka zaproponowali współpracę Vangelisowi. Sprawa rozbiła się jednak o pozwolenie na pracę w Wielkiej Brytanii i ostatecznie to Moraz zasilił szeregi grupy. 

Jeszcze w tym samym 1974 roku powstał album Relayer. Pierwszą stronę analogowego wydawnictwa zajmowała suita Gates of Delirium, w finale której pojawia się wyjątkowej urody fragment – Soon

Współpraca nie trwała długo. W działalności Yes nastąpiła przerwa, panowie zajęli się solowymi projektami, Moraz także. Gdy zaś rozpoczęto pracę nad Going For The One, do zespołu wrócił Wakeman. 

Patrick Moraz

rozpoczął karierę solową (w 1976 roku wydał album Story of I, a rok później Out In The Sun, którego fragmenty miałem nawet nagrane na taśmie magnetofonowej).  Jednocześnie też, w 1978 roku, został członkiem The Moody Blues. Na całe trzynaście lat, biorąc udział w nagraniu takich albumów, jak Long Distance Voyager (1981), The Other Side of Life (1986) czy Sur La Mer (1988).

[W NaTemat: 4 czerwca 2014]]

Radio z głową lepsze od komputera – Radiohead, OK Computer, 1997

Moja znajomość z Radiogłowymi rozpoczęła się dopiero od tego albumu. Po pewnym czasie, w swoim prywatnym nierankingowym zestawieniu, uznałem ten krążek za ostatnie rockowe arcydzieło XX wieku (i tu mi ręka zadrżała, bo chyba mam jeszcze na oku debiutancki album z 1998 roku innej brytyjskiej grupy, o hiszpańskiej nazwie). Dziś wiem także, że ten zespół jest w moim pojmowaniu tzw. muzyki rockowej jednym z tych granicznych.

[more]

Jednym z tych, którego dokonania te

granice

przekroczyły, powodując, iż stałem się obojętny na jego ostatnie propozycje artystyczne. Zawsze zadziwiać mnie będzie, jak kapele mające w swym składzie rasowego gitarowego wymiatacza potrafią daleko odejść od sześciu strun, perkusji – i zapuścić się w klimaty tak bardzo komputerowo-syntezatorowe, których już moja głowa pojąć nie jest w stanie, a – co istotniejsze – serce nijak pokochać nie potrafi.

Ale, wbrew tytułowi albumu z 1997 roku, w tym przypadku mamy jeszcze w przytłaczającej większości instrumenty, a nie studyjną, elektroniczną robotę, jeśli komputer, to zdecydowanie OK. Jeśli nawiązanie do tradycji, to powłóczystość melodii, ich nieoczywista harmonia, instrumentarium, którym posłużyli się członkowie zespołu – kojarzą się nieodparcie z najlepszymi dokonaniami grup symforockowych. Jestem zdania, że to właśnie dzięki takim albumom widać, że

formuła art nie uległa całkowitemu wyczerpaniu,

że w tych klimatach da się jeszcze coś bardzo ważnego powiedzieć, że taka jedna płyta Radiohead znaczy więcej niż cała dyskografia Marillionu czy Pendragonu. Ale ja tu o definicjach, a to przecież muzyka. Wspaniała, najpiękniejsza.

I jednak od porównań nie potrafię uciec. Ramy czasowe utworów bardzo zwarte, przywodzące na myśl dokonania Genesis z A Trick of The Tail czy Wind And Wuthering albo Yes z Tormato, ale i Fragile. Z jednej strony album wieńczy pierwszy okres działalności grupy, dopełniając swego rodzaju trylogii z Pablo Honey i The Bends, a jednak gitary wyraźnie ustępują tu miejsca klawiszom. Kunsztownie opracowane utwory, po mistrzowsku wykonane, zdecydowanie – w odróżnieniu od tych pomieszczonych na następnej płycie, Kid A – nawiązują do wielowiekowej tradycji muzyki europejskiej, czyli oparte są, powtórzę, na melodii i harmonii.

Wspaniałym instrumentem jest

głos Thoma Yorke’a,

gdzieś w pewnym rejestrze łudząco podobny do Roya Orbisona, ale wnoszący zdecydowanie inne cechy do całości brzmienia – Orbison jest piosenkowy, popowy, Yorke natomiast wyraźnie neurotyczny, dzięki czemu nawet z pozoru banalny pomysł staje się oniryczny i niepokojący. Aranżacje są w ogóle cholernie mocną stroną tego albumu.

Trudno wskazywać na nim utwory lepsze od innych, bo to dwanaście w większości znakomitych numerów. Na przykładzie tego krążka wyraźnie widać, jak rokendrol zatoczył koło i stanął w miejscu, w którym dozwolone jest sięganie do absolutnie wszystkiego. Bo mija już – strach liczyć – szesnaście lat, a ten materiał równie dobrze mógłby powstać dzisiaj. Swoisty bezczas stał się cechą immanentną rocka, ale – już to sygnalizowałem kiedyś wcześniej – stanowi atut chyba tylko w przypadku płyt wybitnych. A OK Computer po tylu latach można już bez większego ryzyka w gronie takich albumów umieścić.

  

Po trzykroć tak – Yes, Close To The Edge, 1972

Zespól Yes został powołany do życia w 1968 roku. Po trzech latach uformował się jego najlepszy skład (Anderson, Bruford, Howe, Squire i Wakeman), w którym nagrali bardzo dobry Fragile.

Ten okres – koniec lat 60. i początek 70. – był najlepszym dla muzyki progresywnej, symfonicznej. Zresztą, młody krzew o nazwie rock’n’roll osiągnął wtedy dojrzały już kształt. Każda nowa gałąź wydawała smakowite owoce w takich ilościach, że dziś możemy tylko z zazdrością patrzeć w przeszłość.

[more]

Yes za sprawą wspomnianego albumu stał się

ekstraklasowym zespołem rockowym,

a wśród wykonawców symforockowych do dziś wymieniany jest jako jeden z najlepszych. Pierwszorzędne znaczenie dla takich ocen  ma krążek wydany w 1972 roku – Close To The Edge.

To muzyka, która była ze mną właściwie zawsze. Jakie to przyjemne – uświadomić sobie w dojrzałych już latach, że te nuty wyryte we wczesnej młodości w głowie są naprawdę znakomite. Najpierw na jednej z taśm magnetofonowych mieli nagraną tę płytę moi bracia. W 1978 roku Piotr Kaczkowski prezentował dyskografię zespołu, a ja – na swej pierwszej szpuli! – zapisałem cały materiał z tego albumu. A kilkanaście lat później był to jeden z pierwszych zakupów kompaktowych. (Bardzo nie lubię pożyczać płyt, ale tę zdarzyło mi się kiedyś wypuścić z rąk i wróciła do mnie w opłakanym stanie. Wciąż nie mogę pojąć, co niektórzy ludzie robią z płytami – czy traktują je jako podstawki pod filiżankę kawy, jedzą na nich jajecznicę, czy się nimi rzucają? Co trzeba robić, by tak porysować i wybrudzić CD?!).

Album zawiera

tylko trzy utwory.

Na pierwszej stronie analoga ten tytułowy, na drugiej And You And I oraz Siberian Khatru. Mam do tej muzyki nabożny stosunek – to symfoniczne mistrzostwo świata. Jedna z tych płyt, na przykładzie których najlepiej i najłatwiej opisywać albo uświadamiać sobie, na czym polegał ten rodzaj grania. Tak jakoś „dziwnie” się składa, że w najlepszych kapelach tego nurtu grali wybitni instrumentaliści – słabi po prostu nie sprostaliby wymaganiom formalnym, jakimi były misternie zbudowane i niekrótkie najczęściej utwory.

Rockowe arcydzieła to zwykle efekt twórczego szczytu kilku ludzi, tej szczególnej chemii, jaka musi towarzyszyć powstawaniu wyjątkowego materiału muzycznego. Chemii, która bynajmniej nie musi oznaczać bliskości innej niż muzyczna. Historia Yes naznaczona jest wyjątkowo dużą ilością nieporozumień – bijatyk na scenie, procesów sądowych, rozstań i powrotów.

To wydarzyło się jednak później. Yes A. D. 1972 oznacza

wszystko, co najlepsze.

Charakterystyczny, wysoki głos Iona Andersona, wspaniałe chórki, bębny jednego z najlepszych rockowych perkusistów, Billa Bruforda, mocny bas Chrisa Squire’a i natychmiast rozpoznawalna gitara Steve’a Howe’a – a nad tym wszystkim bogata faktura instrumentów klawiszowych Ricka Wakemana. Każdy z nich ma tu swoje momenty. Smakujemy zarówno fragmenty allegro i adagio utworu tytułowego, monumentalne, katedralne organy towarzyszące zmaganiom sił życia i śmierci w głowie młodego twórcy (o tym jest ten utwór), potem oszałamiająco piękne harmonie And You And I, jak i podziwiamy rozpędzony rockowy walec w finale płyty.

Tak ułożyło mi się to w głowie – wielki szacunek dla dokonań kilku zespołów tego nurtu sprzed mniej więcej czterdziestu lat, kilka – kilkanaście ukochanych już na zawsze płyt. A drugiej strony – wielka niechęć i nieufność do tego, co nastąpiło potem: przede wszystkim do następców (np. Marillion, Pendragon czy Archive), ale i do odgrzewanych kotletów w wykonaniu niektórych z grona wielkich kiedyś artystów. Prosty rokendrol w najlepszym wydaniu broni się nadal, rozbudowane formy oparte na brzmieniu instrumentów klawiszowych – od dawna już zjadają własny ogon, wydając nieświeżą woń epigoństwa.

Ale jak było na początku, jak to robili najlepsi – warto posłuchać. To ciągle wielka muzyka.


Polska – Grecja, czyli Rain and Tears

Słuchanie muzyki dostarcza jednak o wiele zdrowszych emocji niż oglądanie meczów piłkarskich, zwłaszcza tych z udziałem polskich piłkarzy. Stary już jestem, wiele widziałem i przeżyłem, a ciągle się łudzę, że stanie się cud. A po ostatnim gwizdku pozostaje tylko modlitwa o cud niepamięci. Bardzo chciałbym się mylić, ale zdaje się, że jesteśmy – który to już raz? – po pierwszym akcie Sienkiewiczowskiej trylogii. W ostatnim usłyszymy znów: „Pułkowniku Wołodyjowski, Rzeczpospolita w potrzebie!…”. Co prawda poległa, ale, jak zawsze, z honorem. O tym, że poległa, dowie się cały świat, zaś o tym, że z honorem, będą wiedzieć tylko rodacy. Powtarzam, obym się mylił, ale coś czuję, że będzie jak zwykle.

[more]

*

Przed laty, w 1968 roku, greccy emigranci we Francji, m. in. Vangelis i Roussos, założyli zespół Aphrodite’s Child. Bodaj ich największym przebojem była rzewna piosenka Rain and Tears. Dziś rain w Warszawie mieliśmy przed meczem, a tears w drugiej połowie.

 *

Ze słuchaniem muzyki jest przyjemniej. Z domowego zestawu, w którym szczęśliwie niewiele jest chybionych zakupów, mogę wybrać coś, na co w danej chwili mam ochotę. Po raz piąty, pięćdziesiąty czy dwusetny. Meczu oglądać drugi raz zwykle nie mam zamiaru, a przy pierwszym – nie mam wyboru i nie wiem, co mnie czeka. Po meczu z udziałem naszych piłkarzy – zwykle nie jestem szczęsny.

 *

Od lat zastanawiam się nad pewną sprzecznością, którą noszę w sobie. Otóż nie lubię angielskiej piłki, w reprezentacyjnym wydaniu w szczególności. Jestem zdania, że nigdy nie powtórzą sukcesu, w dodatku osiągniętego przy wydatnej pomocy panów z gwizdkiem, z 1966 roku.

Uwielbiam natomiast angielską muzykę. Z wielkim oddaniem fana myślę o wielu wspaniałych zespołach, instrumentalistach i wokalistach. A sporo z nich to też przecież kibice piłkarscy.

I tak żyję, w tej dychotomii, od wielu, wielu już lat.

 *

Niewykorzystane sytuacje, wyborne pozycje niedostrzeżone przez partnerów z drużyny. Transfery, które nie doszły do skutku, a mogły dać nieoczekiwane, wspaniałe efekty. Choćby raz. Na jednej płycie.

Na początku lat 70. członkowie zespołu Yes złożyli propozycję Robertowi Frippowi, by ten stał się członkiem ich grupy. Było to, jeśli dobrze pamiętam, po nagraniu In the Wake Of Poseidon. Fripp odmówił w obawie, że nie będzie mógł realizować swych pomysłów. A muzycy Yes chcieli, do czego przyznali się później, by pokierował ich zespołem.

Muzyczny strach pomyśleć, ilu znakomitych płyt by nie było – zarówno King Crimson, jak i Yes. A jakie byłyby zamiast tych, które się ukazały?

I, na odmianę, transfer dokonany. Byli kumpel Emersona z The Nice, Brian Davison i Lee Jackson, w 1973 roku utworzyli wspólnie ze szwajcarskim multiinstrumentalistą Partickiem Morazem formację Refugee. Po nagraniu pierwszej, bardzo dobrej płyty Moraz odszedł do Yes, zajmując tam miejsce zwolnione przez Ricka Wakemana. Refugee przestali istnieć, a o Davisonie i Jacksonie słuch zaginął.