Czy ciągle jest tylko jeden rokendrol?

Już starożytni Rzymianie zżymali się na młodzież. Z kolei młodzi zdają się coraz głośniej wyrażać swoją niechęć do starszego pokolenia, niewiele rozumiejącego ze zmian dokonujących się w świecie.
Jest taki dowcip z brodą. Otóż bardzo wiekowy pan stwierdza:
– Zawsze mi mówili, że gdy się zestarzeję, nie będę mógł. A mi się po prostu nie chce…

[more]

Przenosząc to na grunt

muzyki

rokendrolowej – i przesuwając nieco środek ciężkości – myślę sobie, że jestem trochę jak ten dziadek z kawału. O wiele lepiej czuję się w starych dźwiękach, wciąż z radością odkrywam kolejnych wykonawców i kolejne płyty z dawnych czasów. I coraz mniej mam ochoty na to, by nadążać.

Z jednej strony widzę, że większość przedstawicieli mojego pokolenia już dawno wysiadła z tego pociągu, a z drugiej sam czuję, że w tym bezmiarze wciąż powstających dźwięków orientuję się coraz gorzej i – najpewniej – w ten sposób coś wartościowego mnie omija.

Jednak z pięcioma krzyżykami na karku łatwiej się z taką koleją rzeczy pogodzić. Już od dość dawna wiem, że wszystkich

smaków życia

nie popróbuję, wiem, że wielu próbować nie warto. Że wiele mnie ominie – i to całkiem szerokim łukiem. Więc godzę się z tym, że tak samo jest i będzie w odniesieniu do muzyki.

Przepraszam. Wiem, że młodzi myślą teraz: a ten znowu o czarno-białej telewizji i monofonicznym radiu. A ja, co wtorek będąc świadkiem bezustannego przekomarzania się Wojciecha Manna i Anny Gacek, śledząc ten ich międzypokoleniowy przekładaniec muzyczny, słuchając wybranych przez, za przeproszeniem, niemłodego redaktora i młodą redaktorkę utworów, wzajemnych – choć wygłaszanych z sympatią – uszczypliwości oraz oznak znudzenia (nawet jeśli są scenariuszowym elementem wspólnego bądź co bądź programu), zastanawiam się, czy jest jeszcze ciągle

tylko jeden rokendrol.

Bo może – tak samo jak wypadają ze spisu lektur Mickiewicz i Sienkiewicz – nie jest konieczna świadomość, że na długo przed tym, kiedy niejedną dzisiejszą gwiazdę zawinięto w pierwszego pampersa, świat zachwycał się Berrym, Beatlesami czy The Smiths.

Anna Gacek jest akurat świadoma tego „przed”, ale moi synowie na przykład już niekoniecznie. Lecz przecież nie uniemożliwia to odbioru muzyki. I czy sprawia, że – ewentualne – wzruszenia albo fascynacje są słabsze, gorsze? I czy mam mieć pretensje do nich, że niespecjalnie pochylają się nad tym, co sam usiłuję im – coraz zresztą rzadziej – podsuwać?

Bo gdzieś – i to niekoniecznie na koniec – pojawia się myśl, że skoro praca zawodowa nie jest całym życiem każdego z nas, tak samo muzyka nie musi.



ZaGrammy to jak zwykle po swojemu – JJ Cale & Eric Clapton: The Road to Escondido, 2006

Jako wychowanek radiowej Trójki raz po raz sprawdzam swoje stare i nowsze ślady na katowickiej częstotliwości 99,7 MHz. Wychodzi na to, że moje muzyczne upodobania, kształtowane przed laty przez Piotra Kaczkowskiego, są dziś dość odległe od klimatów wciąż bardzo obecnych w programach redaktora. Nie przesadzając z wpływami, bo to w moim wieku po prostu niemożliwe, już od dawna znacznie bliżej mi do propozycji Wojciecha Manna. Wielokrotnie zabarwionych niegdysiejszym „Bielszym odcieniem bluesa”, kiedyś – wspólnym dziełem jego i Jana Chojnackiego.

[more]

Bliżej do źrodeł rokendrola,

do nieskomplikowanego gitarowego grania, które – w moim odczuciu – lepiej znosi upływ czasu niż uwznioślające próby progrockowe. Świetne kiedyś, w swych pierwszych i najlepszych realizacjach, ale dziś zwykle nieświeże i pretensjonalne. Bliżej do źródeł, choć niekoniecznie do bluesa w czystej postaci.

Lay Down Sally, czyli piosenka z płyty Slowhand (1977), zaprezentowana przed laty przez P. Kaczkowskiego, wydała mi się, nastolatkowi, błaha i zupełnie na aucie rockowych dokonań. A dziś jest tak, że wciąż lubię, jak band dosypie do pieca, ale coraz bardziej pomlaskuję z zachwytu nad takim, bez przeproszenia, popierdalaniem Knopflera czy Claptona. A ten ich luz to – najwyraźniej – patent nieodżałowanej pamięci JJ.

Na The Road to Esondido składa się

czternaście utworów,

dwanaście z nich to kompozycje Cale’a, pod dwiema, raz jako współautor, podpisany jest Clapton. A więc znane proporcje. E. C., wiadomo, jako instrumentalista jest majstrem z tych najprzedniejszych. Tyle że od dawna już nienadużywającym, także ślizgania się po gryfie. Dzięki temu lekkie i zwiewne piosenki JJ zyskują rys gitarowego mistrzostwa, nie tracąc nic ze szlachetnej prostoty i łagodności. Plejada gwiazd wśród sajdmenów tak samo doskonale wie, jak należy wykonać swoją robotę.

Efekt jest wspaniały,

zdecydowanie ponadczasowy, godzien tej jednej jedynej Grammy, jaka stała się udziałem Cale’a – w 2008 roku. Wchodzimy w świat dźwięków daleki od wypełnionych terminarzy, szalonego tempa wielkich miast, hałasu klaksonów i wykrzykiwanych przekleństw. Co prawda tylko na niespełna godzinę, ale jak to dobrze, że byli i ciągle wśród nas są tacy, którzy z ucieczki od zgiełku potrafili i potrafią uczynić sposób na życie. Bo to właśnie dzięki ich muzyce my sami możemy codziennemu wariactwu uszczknąć kwadranse smakowitego wyciszenia.



Wśród hodowców najlepszych pieczarek – Leaf Hound, Growers of Mushroom, 1971

Może gdybym był szalonym poszukiwaczem, trafiałbym na takie wynalazki częściej. Może nie dość pasji we mnie, może zbyt wiele oporu wewnętrznego, by szperać w internecie. Jeśli tego brak, co pozostaje innego, jak zdać się na przypadek – słuchanie, zwykle nie w całości, pewnych Trójkowych audycji?

[more]

Chyba już kilkanaście tygodni temu, dzięki Wojciechowi Mannowi, natknąłem się na Leaf Hound. Fenomenalną kapelę z przełomu lat 60. i 70., która nagrała

jedną, jedyną płytę

i przepadła bez wieści na całe dziesięciolecia. To, co zagrał Pan Wojciech, dotknęło najczulszych muzycznych miejsc we mnie. Jeszcze w trakcie audycji poszperałem trochę – i wrzuciłem żonie, lepiej obeznanej z elektronicznymi mediami, zadanie domowe na bliżej nieokreśloną przyszłość: zakupić album na Amazonie. I oto wielkanocny zając przykicał pod nasz dach, niosąc m.in. „nowego” Hendriksa  (serdeczne pozdrowienia dla Pań i Panów z działu muzycznego katowickiego MM – za uśmiech i życzliwość) oraz właśnie LH.

Zaczynali jako Black Cat Bones w 1969 roku, z Paulem Kossoffem i Simonem Kirke’em, którzy szybko się zwinęli, by utworzyć Free. I jeśli mamy szukać porównań, to chodzi właśnie

o Free, o Cream i Led Zeppelin.

Słucham tego materiału i kręcę głową: jak taka kapela mogła się nie przebić, rozpaść nagle? Peter French, świetny wokalista, odszedł do Atomic Rooster, by jeszcze w tym samym 1971 roku nagrać z nimi płytę, a zaraz potem trafił do Cactusa. O reszcie słuch zaginął, może z wyjątkiem kuzyna Frencha, Micka Hallsa, który do dziś jest uznanym muzykiem sesyjnym. Reaktywacja – w innym składzie – nastąpiła w 2006 roku, w 2007 ukazał się album Unleashed, ale o nim może przy innej okazji.

Zdaję sobie sprawę, że ciągle skręcam w stronę grania, które ma już czterdzieści i więcej lat. Nie jest to muzyka mojej młodości, byłem wtedy za smarkaty. Ale nuty posiane w mojej głowie przez starszych braci, gdy wystawałem ledwie nad stół, wydały owoc stokrotny. I co poradzę na to, że właśnie wtedy w rocku działo się najwięcej, że wspaniałych wykonawców było tak wielu, że na niektórych świat się nie poznał, że niektórym zabrakło cierpliwości, szczęścia, łaski krytyków i słuchaczy?

W przypadku Leaf Hound

zapomnienie to bardzo niezasłużone.

Trafnie napisał na swoim blogu Gregor – że ten krążek nie zawiera utworów szczególnie wybijających się ponad inne, ale wszystkie prezentują poziom, który składa się na znakomity wynik dziesięcioboisty. List nie cierpię, klasyfikacji, kto przed, a kto za – i kim. Ale LH to bez wątpienia czołówka. Mocne, stylowe łojenie. Coś, co kocham najbardziej.

Ten album ma dziś – poza wieloma innymi – walor szczególnie nie do pogardzenia: to stara, znakomita muzyka, której nie tylko nie zdążyliśmy nauczyć się na pamięć, ale nawet polizać. Tym większa więc radość słuchania.

I na koniec jeszcze jedna refleksja. W momentach bardzo nieodległych od White Room czy Crossroads Creamów albo Thank You czy What Is And What Should Never Be LedZep, w chwilach gdy frazowanie frontmana jednoznacznie kojarzy się z wokalem Planta, moja myśl wraca do pewnego passusu zawartego w haśle Budgie w Rock Encyklopedii Wiesława Weissa (skądinąd znakomitym wydawnictwie): „Zyskała opinię epigońskiej grupy hardrockowej, zachłannie i bez skrupułów korzystającej z osiągnięć takich zespołów, jak Black Sabbath i Led Zeppelin”.

Leaf Hound tak samo czerpali, ale z pojęciem epigoństwa w odniesieniu do materiału powstającego pól roku, rok, a nawet trzy lata po utworach, z którymi kojarzy nam się to, co słyszymy – byłbym dziś bardzo ostrożny. Zmiana perspektywy, jaka dokonuje się wraz z upływem lat, przewartościowuje, nieraz wielokrotnie, dokonania w sztuce. Także – w rocku.

Tom Waits, Bad As Me (2011)

Wojciech Mann powiedział kiedyś, że nie cierpi tych wszystkich podsumowań, klasyfikacji, tego określania, co w mijającym roku było “naj”. Zgadzam się z nim. Sztuka (mówmy o rzeczach, o których mówić warto) nie poddaje się tego typu opisowi. Można się w to bawić, sporządzać rankingi, patrzeć, co sprzedaje się najlepiej, ale jest to niewiele warte, bo bardzo doraźne, sporządzane na szybko, na kolanie. Potem mijają lata, dekady całe – i z tych na gorąco tworzonych zestawień niewiele zostaje. Ważne okazuje się częstokroć wcale nie to, co zebrało najpochlebniejsze opinie recenzentów. Wiele domniemanych arcydzieł ginie bezpowrotnie w mrokach czasu.

[more]

Nie wiem, jak będzie z Waitsem. Moje ucho podpowiada mi, że chyba nieźle, ale pewności nie mam. Bo takich płyt ukazuje się trochę od pewnego czasu. Inność Waitsa polega na instrumencie, którym się posługuje – czyli głosie.

Bo z jednej strony jest to wszystko znakomicie wyprodukowane, zgrane w odpowiednich proporcjach. Szlachetna – jak się zdaje – ponadczasowa muzyka, nowa, ale odwołująca się do starych brzmień, tych z lat 60. i 70. Plejada znakomitych gości z Richardsem na czele, co dziś akurat jest bardzo modne – kto z tych wielkich ocalał, przeżył, nie zapił się i nie zaćpał, ma dziś koło sześćdziesiątki albo i więcej –  często gra razem z innymi podobnymi sobie. Rockmani, podobnie jak jazzmani, coraz częściej spotykają się przy okazji takich jednopłytowych, jednotrasowych projektów.

Ale z drugiej strony – właśnie ten aparat gębowy Wuja Toma: to coś absolutnie pierwotnego, niewystudiowanego, a przez lata wypracowywanego w różnych zapyziałych, pełnych papierosowego dymu i oparów alkoholu barach czy po prostu spelunach. Coś, co przywodzi na myśl pierwszych, czarnych bluesmanów z Południa. Ta pierwotność, która nie pozwoliłaby Waitsowi przecisnąć się przez pierwsze selekcyjne sito ogniska muzycznego na poziomie przedszkolnym, a jest wartością z okolic muzycznego doktoratu co najmniej.

I to – zderzenie perfekcji wykonawczej, świetnych realizacji studyjnych z barwą jego głosu – jest czymś, co Waitsa wyróżnia wśród wykonawców nagrywających dzisiaj. Z jednym może wyjątkiem, którego nb. bardzo mi – jako gościa – na tym krążku brakuje, ale ten pan nie udziela się na płytach innych artystów – Boba Dylana. Śmiem twierdzić, że jego dokonania z ostatnich kilkunastu lat są bardzo bliskie Waitsowi.

Dziś nowa płyta Toma W. wydaje się znakomita (i zwarta – jak pięknie, że trwa tyle, co stare winyle, trochę ponad czterdzieści minut!). Ale czy ta znakomitość i smakowitość ocaleje przez lata, trudno wyrokować. Starzy, dobrzy rockmani często idą w ostatnich latach w takie muzyczne klimaty, które wymykają się prostym stylistycznym określeniom i czasowym przyporządkowaniom, ale czy ta brzmieniowa ponadczasowość, dziś wydająca się dużą wartością tych płyt, będzie taką za lat dziesięć, trzydzieści – nie wiadomo.

grudzień 2011