Basia razem z chłopcami

pobrane32

Chłopcy kontra Basia to zespół funkcjonujący chyba nie najgorzej w świadomości słuchaczy, choć zdecydowanie poza mainstreamem. I szkoda, i dobrze.

[more]

*

Chłopcy kontra Basia to kapela, którą już trzeci raz miałem okazję oglądać w akcji. Najpierw gdy grali na żywo w spektaklu „Morfina” według prozy Szczepana Twardocha (w katowickim Szybie Wilsona), potem na koncercie w Teatrze Śląskim i teraz – znów w stolicy województwa – w kinoteatrze „Rialto”. Wcześniej gorąco kibicowałem im w 2012 roku, gdy brali udział w edycji „Must Be The Music”, dochodząc aż do finału.

Krystalicznie czysta dykcja

frontmanki, dobry głos, talent do pisania tekstów czerpiących z tego, co ludowe, inspirowanych albo  pieśniami wykonywanymi przez naturszczyków, albo osadzonymi w podobnej tradycji tekstami literackimi, swoboda i wręcz – dobrze pojęte, nieprzerysowane – aktorskie zacięcie, gdy chodzi o ruch sceniczny, uroda i znacznie subtelniejsze od średniej krajowej poczucie humoru – to wszystko wielkie atuty. Określenie „kontra” w nazwie zespołu wzięło się stąd, że zanurzona w folku Barbara Derlak spotkała na swej drodze dwóch panów, Marcina Nenkę oraz Tomasza Waldowskiego, których „źródłosłów” jest zdecydowanie jazzowy.

 

Zderzenie dwóch muzycznych światów

daje bardzo ciekawe rezultaty: jesteśmy bardzo daleko od plebejskości i przaśności w stylu na przykład Golec uOrkiestra, za to – przy zachowaniu lekkości – w kręgu dużej kultury muzycznej i wykonawczej. Kontrabas i perkusja, wspierane w dodatku w piątek świetną trąbką Łukasza Korybalskiego, w rękach kształconych w muzycznych uczelniach panów dają szlachetne rezultaty. Jazz stanowi co prawda punkt wyjścia muzycznych realizacji, ale swobodne poruszanie się w różnych stylistykach powoduje, iż ucho słuchacza bez trudu jest w stanie wyobrazić sobie te same nuty, czasami po prostu świetne zagrywki na basie oraz swingujące miotełki przy bębnach w nieco innej konfiguracji brzmieniowej, choćby rockowej. Stąd takie moje skojarzenie pomysłów ChkB z tym, co robi Wojciech Waglewski z kolegami z Voo Voo (kłania się jego Osjanowy rodowód) – myślę, że połączone siły obu kapel mogłyby zaprowadzić słuchaczy w nieoczywiste, a bardzo interesujące rejony.

Chłopcy kontra Basia to zespół funkcjonujący chyba nie najgorzej w świadomości słuchaczy, choć zdecydowanie 

poza mainstreamem.

W ten sposób antena radiowa nie jest dla nich zbyt przychylna i zespół raczej nie ma szans na szeroką popularność. Chyba zresztą w tym przypadku nie o to chodzi – raczej o prawo do istnienia, do uprawiania swego subtelnego ogródka: muzyki inspirowanej folklorem rodzimym, ale także naszych sąsiadów zza wschodnich granic albo bałkańskim. Póki co, w ośmioletniej historii zespołu, osiągnięć jest całkiem sporo: dwie wydane płyty, trzecia lada chwila zostanie ukończona, szereg nagród – nominacja do Fryderyka za najlepszy debiut (w 2014), triumf w plebiscycie World Music Network na najlepszy utwór w nurcie world music A Battle of Band, czego skutkiem była obecność piosenki pt. Jerzy na składance The Rough Guide to Undiscovered World. W 2015 roku natomiast utwór A gdzież moje kare konie w ich wykonaniu został umieszczony na albumie Grzegorz Ciechowski – spotkanie z legendą (obok utworów wykonanych przez kilkunastu innych artystów). Ponadto napisali muzykę do czterech spektakli, którą wykonywali bądź wykonują na żywo. Mało?

A jednak – w uroczy sposób – wokalistka powiedziała w piątkowy wieczór, że rzadko zdarza się im 

grać na tak… dużej scenie

(na której np. składy rockowe mają biedę się pomieścić). Rozbawiła nas też żartem o schodach przykrytych czerwonym dywanem – bo takie prowadzą na scenę w „Rialcie”. I poprosiła kolegów, by razem z nią usiedli na nich i wykonali jedną z piosenek – kończącą część zasadniczą występu. A potem był jeszcze bis – na głos i kontrabas. Kawał muzyki, kawał świetnego grania.
(Chłopcy kontra Basia, Katowice, „Rialto”, 20 kwietnia)

[W NaTemat: 23 kwietnia 2018]

Voo Voo – więcej niż z środy na czwartek

pobrane6

Waglewskiego wszędzie pełno. Książki Bonowicza i Metza, wywiady w telewizjach i gazetach, jego zdjęcie pojawia się nawet na okładce „Tygodnika Powszechnego”. No, celebryta po prostu. Tyle tylko, że mi to zupełnie nie przeszkadza, zupełnie nie wkurza. Z jednego powodu: bo lubię Pana WW.

[more]

Bo nie opowiada, jak bardzo jest zakochany w nowym obiekcie uczuć, gdzie zamierza spędzić miodowy weekend, na którym najczęściej śpi boku i co jada na śniadanie. Jako współprowadzący „Magiel Wagli” poraża skalą zainteresowań muzycznych, prezentując zwykle nieszczególnie znanych wykonawców z bardzo odległych od siebie półek. Jest w tym bardzo daleki od tych pobratymców w graniu, którzy mówią, że słuchają niewiele albo wcale, ponieważ nie chcą zaśmiecać sobie głowy, albo twierdzą, że nic ciekawego od lat się nie nagrywa. Jak widać na przykładzie WW, mimo pewnego zaawansowania już w latach („godzina młoda/a ciało już mniej”), można ciągle być ciekawym tego, co robią inni, i nie obawiać się, że przeszkodzi to twórczości własnej.

Bo Wagiel senior ciągle jest, by użyć jednej z jego ulubionych formułek, 

ciekawski świata i ludzi.

A że ma zwyczaj ciągłego używania rozumu i zachowuje równowagę między tym rodzajem pychy, który pozwala być artystą, a pokorą i dystansem do siebie – zwykle (co niezwykłe wśród szarpidrutów) mówi mądrze. A jak ktoś mówi mądrze, starannie i powoli dobierając słowa, zawsze – uważam – warto go posłuchać.

Nie mam więc wrażenia, że WW wokół mnie za dużo. Raczej nieśmiało przyznaję, że wreszcie za nim nadążam. Bo – chyba się nie mylę? – trochę zwolnił tempo nagrywania kolejnych płyt, powodując tym samym, że, najzwyczajniej, zaczynam nasłuchiwać i tęsknić za jego nowymi piosenkami. Nie odważę się napisać, że Voo Voo jest teraz lepsze niż dawniej, natomiast jednego jestem pewien – że jest mi od dwóch płyt bliskie jak nigdy. Bo bliska jest mi refleksja człowieka, który ma świadomość, że już schodzi ze swojej góry. Nadstawiam uważniej niż wcześniej ucha – słuchając krążków Dobry wieczór i teraz 7 – gdy przemierza ścieżki miłości i jednej „tylko” kobiety u swego boku, gdy – mimo iż spełniony („Gdybym miał jutro zaczynać od nowa, nie zmieniałbym niczego”), wciąż mocuje się ze światem.

Przede wszystkim jednak 

oszałamia dźwiękami.

Dobieranymi starannie i coraz oszczędniej – i myślę, że gdyby legitymował się paszportem amerykańskim lub angielskim, wymieniany byłby dziś jednym tchem ze starymi mistrzami: Dylanem, Simonem, Stonesami, Van Morrisonem czy Neilem Youngiem. Ale i tak ciągle mam nadzieję – i to coraz mocniejszą, słuchając 7 widoków w drodze do Krakowa i teraz 7 – że drogi WW (Voo Voo) i Grzegorza Turnaua zejdą się wreszcie na dłużej, na całą wspólną płytę. I że będzie to wielkie wydarzenie muzyczne nad Wisłą i trasa z koncertami zupełnie niezwyczajna.

7 to muzyka kameralna, rockowego largo i allegro właściwie tutaj nie ma, żadnego gęstego brzmienia: w każdej sekundzie każdego utworu można pochylić się ku wybranemu instrumentowi. Zachwycić się gitarą, oszczędnym saksofonem, gitarą basową na przemian z kontrabasem czy też perkusją. Wszystko starannie ułożone na muzycznym talerzu, wyważone w swych proporcjach, a przy tym nie ma wątpliwości, że to 

granie z serca,

że spływające z palców nuty naznaczone są lekkością, a nie rodziły się w studyjnych i wystudiowanych bólach. Muzyka snuje się niespiesznie – to nie wodospady gorzały spadające do kieliszków albo wręcz szklanek i pite całymi haustami, do dna. To wino małymi łykami rozprowadzane po języku i podniebieniu, smakowane z uwagą i przełykane po cichu i z żalem, jaki budzą tylko rozstania z kimś bliskim.

Tak grających rodzimych muzyków jest zaledwie garstka, takich płyt, co to mogłyby się ścigać z całym światem – bardzo, bardzo niewiele. I nawet jeśli jest to świat odchodzący, taka kwalifikacja nie ma dla mnie znaczenia, bo to jedyny świat, w którym czuję się choć trochę u siebie. Jednakże Panowie Waglewski, Pospieszalski, Martusewicz i Bryndal z nikim ścigać się nie chcą. Raczej prowokują pytania o to, jak bardzo stępiała nasza – słuchaczy – wrażliwość. Czy jesteśmy jeszcze w stanie usiąść i wysłuchać pięćdziesięciu minut muzyki w skupieniu, nie jako tła, ale jako dania głównego. Jedynego. Bo warto się zatrzymać – ze szczególną uwagą nad znakomitym, jazzującym Czwartkiem. Warto dać się ponieść – do samego końca, aż do fantastycznego, okraszonego partią fortepianu oraz rewelacyjnym solem saksofonu, beatlesowskiego finału Wtorku.

(Voo Voo, 7, 2017)

[W NaTemat: 26 marca 2017]

Voo Voo – siódme niebo tuż

voo_voo_dw

Cholernie to inteligentne. Wszystko. Jazzowa swoboda grania, Współbrzmienie gitary i saksofonu, oszczędne wokalizy Pospieszalskiego. No i – teksty Waglewskiego, z pewnością jedne z najlepszych nad Wisłą, nie tylko w rockowych kategoriach.

[more]

*

To była nasza – żony i moja – pierwsza wizyta w siemianowickim 

Parku Tradycji.

Nazwa niezbyt trafiona, bo kojarząca się raczej z cmentarzem niż ośrodkiem kultury. Chyba że mamy na myśli to, co zostało z górnictwa kopalnego na Śląsku… 

park_tradycji

Stary obiekt zyskał drugie życie, wzorem tego, co uczyniono w Chorzowie w miejscu po KWK „Prezydent” czy – na znacznie większą skalę – w Katowicach na zgliszczach kopalni noszącej imię miasta (czyli wybudowanie nowych siedzib NOSPR i Muzeum Śląskiego). Wraz z przyległym terenem został przepięknie, jak to się dziś mówi, zrewitalizowany. Połączenie surowej cegły z szarościami, srebrzystościami i czerniami elementów wykończenia oraz wszelkich instalacji sprawia imponujące wrażenie. Sala na około dwieście miejsc lśni nowością i zaskakuje bardzo porządnym, przemyślanym wystrojem (tu kłania się, oczywiście z zachowaniem proporcji, katowicka Akademia Muzyczna).

W tych poprzemysłowych okolicznościach przyrody przyszło nam degustować – nie zliczę który raz, bo nazbierało się tego trochę przez lata – występ Voo Voo. I chyba w ubiegły czwartek smakował on najbardziej. Nie dlatego, że zespół zrobił jakiś spektakularny krok naprzód w ostatnim okresie. Oczywiście nie – uśmiecham się – bo to wykluczone w tym przypadku. Ale chyba jest coś w panach Waglewskim i Pospieszalskim, wspieranym przez Martusewicza i Bryndala, co przypomina 

wino z bardzo dobrego rocznika.

Im później, po upływie większej ilości lat otwieramy butelkę, tym wyborniej ono smakuje.

Lider rzeczywiście w ostatnich latach poczynił postępy jako gitarzysta. Rockowy, dodam od razu. Te dwie czy trzy solówki, jakie odwalił w trakcie stuminutowego koncertu, zrobiły świetne wrażenie. Waglewski potrafi – i to bardzo dużo – w zakresie obsługi sześciostrunowego instrumentu. Przypominają się starzy mistrzowie wiosłowania, których przez szacunek dla garstki moich stałych odbiorców w tym miejscu wymieniać już nie będę: świetnie wiecie, o których chodzi. Pan Wojciech, jak napisałem, zrobił to zaledwie parę razy: pokazał, że umie, i nie widział powodu, by epatować napieprzaniem w każdym utworze (jak to mają w zwyczaju ci, których nie lubię, a o których także wiecie). I za to mistrzostwo i powściągliwość kłaniam mu się nisko.

To, co także wpływa na znacznie gorętszy mój odbiór tej muzyki – także, a może wręcz przede wszystkim – to rola Mateusza Pospieszalskiego. Nigdy nie byłem orędownikiem jego euforycznego i przytłaczającego „łobi-jabi”. MP chyba wreszcie… wydoroślał. Nie ma już bezustannej potrzeby wychodzenia na plan pierwszy i „zaśpiewywania” na śmierć świetnych – no właśnie: jednych z najlepszych nad Wisłą tekstów (nie tylko w rockowych kategoriach) swojego starszego kolegi. Jeśli miałbym się do czegoś przyczepić, to tylko do niepotrzebnego zachęcania publiczności do aktywnego udziału w koncercie: Polacy z niesłabnącym upodobaniem klaszczą na raz. To nijak nie pasuje do – bardzo mi bliskiego – stwierdzenia: „Są pojęcia niedefiniowalne jak swing w muzyce”.*

Więc z jednej strony wszystko jest zgodne z dawno już wypracowanym stylem zespołu, w którym rockowe klimaty przenikają się z – rodem z Osjana – wszelkim folkiem i etno; oraz oczywiście jazzem (saksofony Pospieszalskiego i kontrabas Martusewicza), a z drugiej – w ostatnich latach bliższe to rockowych źródeł, te riffy czasem żywcem wyjęte z klasycznych numerów, ale, oczywiście, zaraz odpowiednio zakręcone i to bynajmniej nie z powodu konieczności uniknięcia podejrzeń o plagiat.

Cholernie to inteligentne. 

Wszystko. Kultura muzyczna. Całkowita, iście jazzowa swoboda grania: odejścia od głównego tematu, mniej lub bardziej szalone improwizacje i płynne powroty do meritum. Fantastyczne współbrzmienie gitary i saksofonu. Gdy ta pierwsza gra solo, sax krótkimi dmuchnięciami robi za instrument rytmiczny – lub na odwrót. A sekcja cały czas wykonuje swoje. Wokalizy Pospieszalskiego – rzadsze, oszczędniejsze, bardziej wyważone niż dawniej – są przez to zdecydowanie szlachetniejsze. Teksty Waglewskiego – mądre jak ich autor. „Z wiekiem doszedłem do tego, że liczą się trzy tematy – powiedział kiedyś. – Kosmos i Bóg. Śmierć i przemijanie. Miłość i lęk przed utratą miłości”. W tym samym wywiadzie powiedział też, „że trzeba się przyzwyczaić, że już minął kryzys wieku średniego, trzeba przejść do grupy mędrców i z tej perspektywy patrzeć na okoliczności życiowe”.*

Jak się tyle muzycznie i literacko potrafi, co frontman Voo Voo, jak się tyle przeżyło i ma tyle dystansu do świata i – przede wszystkim – do samego siebie, zabiera się słuchaczy na półtorej godziny do szóstego nieba. A jeśli – cytując autora – jesteśmy w szóstym niebie już, to siódme jest tuż-tuż. I komuś takiemu jak Wojciech Waglewski, rocznik 1953, wolno ze spokojem obwieszczać: „A ty już wiesz, że wyścig nie ma znaczenia. Nic już nie musisz poza tym, by fantastycznie przeżyć życie”.*

Czyli także – przeżyć i odebrać koncert. Może nie jakiś wyjątkowy w historii zespołu, ale po prostu bardzo dobry. Natomiast dla słuchaczy stanowiący z  pewnością wyjątkowe chwile. „Jeszcze tego pożałujecie” – zażartował WW, zaczynając wśród niemilknących braw bisy. Oj, zdecydowanie nie.

(Voo Voo, Siemianowice, Park Tradycji, 19 marca 2015)_

______________________________

* „Kocham Grażynę W.”. Z Wojciechem Waglewskim rozmawia Piotr Pacewicz. W: Wysokie Obcasy, 14 marca 2009.

[W NaTemat: 22 marca 2015]