Gniew w moim domu

ira_1993

Bodaj 1995 rok, sytuacja pod osiedlowym warzywniakiem. W podwójnym, spacerowym wózku wielcy fani Dżemu i Iry – moi synowie – czteroletni wówczas bliźniacy. Jak przystało na młodych adeptów muzyki rockowej, zamiast piosenek z „Domowego przedszkola” zgodnie podśpiewują: „Seks jest tym co ja/ Chciałbym ci, maleńka, dać/ Seks to zmysłów czar/ W rytmie naszych ciał”. To sprawia, że przechodzący obok mężczyzna zatrzymuje się, spogląda na bardzo nieletnich wokalistów, po czym przenosi wzrok na ich matkę a moją żonę i mówi: „Hmm, to młodzież teraz śpiewa takie piosenki?”.

[more]

*

IRA znaczy gniew. IRA to, najkrócej rzecz ujmując, trzy zespoły, 

trzy odsłony.

Pierwsza z okresu debiutu fonograficznego, końca lat 80. – jakiś koszmarek, stylistyczny i realizacyjny. Chyba wszystko na tej płycie było złe. A potem formację Kuby Płucisza i Artura Gadowskiego zasilił Piotr Łukaszewski. I tak zaczął się spełniać amerykański sen o pucybucie. Do 1995 roku, gdy zespół się rozpadł, by po następnych kilku latach wznowić działalność. I coraz bardziej rozpaczliwie gonić własny ogon.

A sen był piękny. Do paru chłopaków z Radomia dołączył były członek TSA Evolution i Skawalker, jeden z najbardziej rasowych gitarzystów, jakich nosiła polska ziemia rockowa. Kontrakt z Mustangiem sprawił, że odziano ich w porządne, markowe dżinsy i skóry, a przede wszystkim – mieli za co kupić bardzo dobry na owe czasy sprzęt, otwarły się też przed nimi najlepsze studia nagraniowe nad Wisłą.

Włożone pieniądze zwróciły się – panowie odwdzięczyli się  za otrzymane dobra. Łukaszewski, bardzo pojętny uczeń Eddy’ego Van Halena, zabłysnął zarówno techniką, jak i sporym talentem kompozytorskim. Wpuścił do zespołu mnóstwo świeżego powietrza – inna sprawa, że warsztat wszystkich muzyków poszybował mocno w górę. Gadowski, obdarzony świetnym, pełnym piasku w gardle głosem frontman, bił na głowę większość polskich rywali po fachu. 

Nic to, że teksty były naiwne, banalne, momentami wręcz grafomańskie. Przekaz, choć niezbyt wyrafinowany, był 

wiarygodny:

młodzi, długowłosi muzycy ze średniej wielkości miasta zapatrzeni byli w ideały ruchu hipisowskiego (ówczesna naiwna wiara prawie nas wszystkich, Polaków ufających, że wreszcie, po 1989 roku, jesteśmy we własnym domu, pięknie łączyła się z ideałami epoki dzieci-kwiatów).Muzycznie IRA była na czasie, bliska amerykańskiego, miękkiego metalu – przebojowego, ale i wystarczająco mocnego, by usatysfakcjonować nie tylko nastoletnie panienki.

Dziś, gdy Złotą Płytę otrzymuje się za piętnaście tysięcy sprzedanych egzemplarzy, już prawie nie sposób odtworzyć w głowie tamtych lat: szalejącego piractwa i pierwszych rodzimych wytwórni, wielusettysiecznych nakładów kaset magnetofonowych, które stopniowo zaczynały być wypierane przez CD, i światowych koncernów przymierzających się do zawładnięcia rynkiem. To było Eldorado, wolna amerykanka i Dziki Zachód jednocześnie.

A IRA była wtedy jedną z największych 

gwiazd

–  krążki Mój dom i 1993 wyniosły ją na szczyty popularności. Znamię (1994) było zdecydowanie cięższe i nie przekonało wielu dotychczasowych fanów. Ogrody, pierwsza płyta nagrana dla dużej wytwórni – Zic Zac Marka Kościkiewicza (De Mono) – sygnalizowała powrót do sprawdzonych patentów. Nie przyniosła jednak spodziewanego sukcesu – nie udało się zespołowi wylansować żadnego przeboju dorównującego hitom z drugiej i trzeciej płyty. Album sprzedawał się słabo, a trasa promocyjna też okazała się porażką.

Zespół nie poradził sobie z tymi niepowodzeniami i zawiesił działalność. Reaktywacja nastąpiła w 2001 roku. Rozczarowała mnie wtedy informacja, że nie ma w składzie Łukaszewskiego, zabrakło też Płucisza, a nowe nagrania tylko potwierdziły moje obawy. Zupełnie straciłem serce do kapeli, z dawnej sympatii pozostał jedynie sentyment do wspomnianych czterech, naprawdę niezłych krążków. Dziś bardzo już chyba przykurzonych, jeśli chodzi o świadomość większości konsumentów rodzimego rocka. Tymczasem jak się lubi – tak jak ja – stare dobre Van Halen z okresu z Davidem Lee Rothem, tak trudno nie lubić IRY z lat 1991-95. Nawet jeśli gniew jest tu terminem na wyrost, to soczystość i solidność brzmienia oraz chwytliwe melodie nadal sprawiają dużo przyjemności.

[W NaTemat: 8 marca 2015]

Wyrwane z kontekstu: Chickenfoot, Soap On the Rope

Jakie to do bólu proste, nieskomplikowane w warstwie tekstu, a muzycznie – zwrotka, refren, zwrotka, solo i finał. It’s only rock’n’roll (but I like it) – mam ochotę krzyknąć za Mickiem Jaggerem. Mijają kolejne dziesiątki lat, a dobrze zrollowany, nowo powstały kawałek wciąż potrafi dopieścić moje uszne małżowiny. Bo wciąż, na szczęście, są tacy, którzy potrafią wymyślić świetny riff.

[more]

Sammy’ego Hagara i Michaela Anthony’ego kojarzymy przede wszystkim z Van Halen, Chad Smith to przecież bębniarz Red Hot Chili Peppers, zaś Joe Satriani należy do bardzo nieulubionej przeze mnie grupy wymiataczy-narcyzów-nudziarzy. Tyle że – co pokazuje przypadek Kurzej Stopki – jak złapać go za bary, wepchnąć między świetnego wokalistę, porządną sekcję i cztery minuty z niewielkim okładem, udowadnia, że umie się streszczać i robić to w wyśmienity sposób.

Kwartet, w którym dwóch panów ma swoją podstawową robotę, a pozostałych dwóch niekoniecznie, powinien okazać się efemerydą. I może jeszcze ze dwadzieścia lat temu tak by było. Dziś jest inaczej, kapela ma na koncie dwa studyjne albumy i, najwyraźniej, mnóstwo frajdy ze wspólnego grania. A także plany na przyszłość.

Soap On the Rope pochodzi z pierwszej płyty, wydanej w 2009 roku. To numer, którego – jestem przekonany – żadna grupa w historii by się nie powstydziła. Który każda, łącznie z największymi, chciałaby mieć w swym repertuarze. Eddiego van Halena pewnie ścisnęło w dołku z zazdrości, Jimmy Page mógł pomyśleć, że to powinien być kawałek Led Zep. Nic, zupełnie nic w tym graniu nie ma nowego, ale jak te nuty pięknie nawijają się do przodu! 

 

Przeciw narcyzom, czyli – wiwat Eddie van Halen!

Van Halen. Długo czekaliśmy, by Eddie zszedł się ponownie z Davidem Lee Rothem, bardzo długo. Chyba dopiero aktywność byłych kumpli z zespołu, Hagara i Anthony’ego, którzy weszli w skład supergrupy Chickenfoot, sprowokowała ich do działania. W ogóle, tych zejść po latach jest coraz więcej, by przywołać tylko przypadek Black Sabbath. Ale też – ani tu, ani tu nie udało się tego uczynić w oryginalnym składzie.

[more]

Z amerykańskim zespołem

zetknąłem się bardzo dawno temu, chyba przy okazji pierwszej prezentacji jego nagrań w polskim radiu, w stereofonicznym programie czwartym. Utwory z pierwszej płyty VH tak spodobały się słuchaczom, że tydzień później zaprezentowano następne piosenki – kończące debiutancki album oraz kilka z drugiej płyty. Musiał to być więc 1979 rok.

Potem dotarły do Polski kolejne krążki zespołu. Pojawiły się też wspólne nagrania Edwarda z Brianem Mayem. Miałem ponadto okazję widzieć fragmenty jubileuszowego koncertu na cześć Lesa Paula, słynnego konstruktora gitar. Starszego już wtedy pana, który – o ile pamięć mnie nie zawodzi – sam był też konferansjerem.

Jako pierwszego zaprosił na scenę Edka. Młodego, długowłosego, z nagim torsem. Samego – a ten zaczął wycinać różne dziwne rzeczy na swym wiosełku. To było niesamowite dla mnie przeżycie. Eddie bawił się, serwując

mnóstwo przeróżnych zagrywek, riffów.

Trwało to dobrych kilka minut, uśmiech nie schodził ani z twarzy grającego, ani z twarzy jubilata, który z czułością przypatrywał się, co też można zagrać na gitarze jego konstrukcji.

Wiele lat minęło od tamtego wydarzenia. Wiele zdążyło przez ten czas uleżeć się w  mojej głowie. A więc i to, że dokonania zespołu van Halen nie sytuują go w rokendrolowej ekstraklasie wszechczasów. Jednakże…

Ma ta muzyka (myślę o płytach do 1984 roku) bardzo wiele atutów. Żywiołowość, niesforność nastolatków, jedna wielka, niekończąca się balanga, awanturnictwo i rebelianctwo. Potężne łojenie i zabawa. Szokujący poziom opanowania instrumentu przez lidera.

I jeśli gdzieś pojawia się żal, że maestria techniczna nie szła całkiem w parze z możliwościami twórczymi, że te piosenki okazywały się czasem zbyt pospolite, błahe i za proste, to wciąż jednak nie chcę i nie będę podważać dorobku zespołu z uwagi na fakt, że jego muzyka stanowi istotę rokendrola.

To radość grania – i dawanie radości słuchaczom. Zdjęcie na rewersie okładki Diver Down, zrobione gdzieś z tyłu sceny, na zakończenie koncertu, gdy czterech młodych ludzi pozdrawia wypełniony po brzegi stadion, jest bardzo wymowne. Był czas, gdy w Stanach byli bożyszczami tłumów.

W tym miejscu, ze świadomością, iż należy zachować odpowiednie proporcje,

dwa polskie skojarzenia,

dwa porównania. Pierwsze – Oddział Zamknięty, ten z Krzysztofem Jaryczewskim – to też była bezustanna impreza. Drugie – Jan Borysewicz. Świetny gitarzysta, który nie był nigdy wybitnym kompozytorem (choć napisał trochę całkiem niezłych numerów), a którego kunszt objawiał się na płytach ambitniejszych niż Lady Pank wykonawców – np. Obywatela G.C. czy Edyty Bartosiewicz.

Van Halen jest dla mnie jednym z gitarowych mistrzów świata. Wirtuozem instrumentu, spadkobiercą Hendriksa, Page’a czy Claptona. (Nieprzypadkowo przecież na pierwszych płytach VH znajdują się covery – Kinks, Roya Orbisona i innych – będące wyraźnym ukłonem zespołu w stronę tradycji). Facetem, który nigdy nie nadużywał cierpliwości słuchaczy – wystarczy tylko popatrzeć, jak krótkie są kolejne płyty – te do 1984 roku –  prawie jak wczesnych Beatlesów, ledwie ponad pół godziny. Jak krótkie zwykle znajdują się na nich piosenki.

Właśnie – piosenki: zwrotka – refren – zwrotka, a gdzieś między to wplecione olśniewające nieraz, brawurowe, zaledwie

kilku- lub kilkunastosekundowe solówki.

W których jest wszystko. Tyle czasu wystarcza Edwardowi, by wprawić słuchaczy, a już na pewno innych gitarzystów, w osłupienie. Ci wszyscy napier…acze, którzy dopiero dopasowują swoje palce do gryfu w miejscu, w którym on już kończy, nudzą mnie okrutnie.

Wiem, że niektórym z Was ta opinia się nie spodoba. Ale za tymi zdaniami stoi wiele lat słuchania muzyki, uświadamiania sobie, co w niej najbardziej mi się podoba. I nikt mnie nie przekona, że panowie Vai, Satriani (chyba że we wspomnianym wyżej Chickenfoot), Malmsteen czy paru innych im podobnych są wielkimi muzykami. Technika i warsztat to bardzo dużo, ale w sztuce, nawet w tej przez mniejsze „s”, chodzi o coś więcej. Popisy nie powinny być celem samym w sobie, bo wtedy scena koncertowa zamienia się w cyrk narcyzów. Lepiej, gdy służą muzyce, a o tym Eddie van Halen nigdy nie zapominał.

Już całkiem na koniec powiem tylko, że o pierwszym albumie grupy, o Women And Children First i 1984 chciałbym napisać kiedyś parę słów. Zwłaszcza o debiucie z 1978 roku, bo chyba w żadnym innym miejscu nie widać tak wyraźnie granicy, a ściślej – przenikania się – rokendrola i metalu. Ciężar tego ostatniego wzięty został z Black Sabbath, natomiast zagrywki Edwarda, z krwi i kości rokendrolowca, stały się najlepszym podręcznikiem albo dziesięciorgiem przykazań metalowych gitarzystów.