
Bodaj 1995 rok, sytuacja pod osiedlowym warzywniakiem. W podwójnym, spacerowym wózku wielcy fani Dżemu i Iry – moi synowie – czteroletni wówczas bliźniacy. Jak przystało na młodych adeptów muzyki rockowej, zamiast piosenek z „Domowego przedszkola” zgodnie podśpiewują: „Seks jest tym co ja/ Chciałbym ci, maleńka, dać/ Seks to zmysłów czar/ W rytmie naszych ciał”. To sprawia, że przechodzący obok mężczyzna zatrzymuje się, spogląda na bardzo nieletnich wokalistów, po czym przenosi wzrok na ich matkę a moją żonę i mówi: „Hmm, to młodzież teraz śpiewa takie piosenki?”.
[more]
*
IRA znaczy gniew. IRA to, najkrócej rzecz ujmując, trzy zespoły,
trzy odsłony.
Pierwsza z okresu debiutu fonograficznego, końca lat 80. – jakiś koszmarek, stylistyczny i realizacyjny. Chyba wszystko na tej płycie było złe. A potem formację Kuby Płucisza i Artura Gadowskiego zasilił Piotr Łukaszewski. I tak zaczął się spełniać amerykański sen o pucybucie. Do 1995 roku, gdy zespół się rozpadł, by po następnych kilku latach wznowić działalność. I coraz bardziej rozpaczliwie gonić własny ogon.
A sen był piękny. Do paru chłopaków z Radomia dołączył były członek TSA Evolution i Skawalker, jeden z najbardziej rasowych gitarzystów, jakich nosiła polska ziemia rockowa. Kontrakt z Mustangiem sprawił, że odziano ich w porządne, markowe dżinsy i skóry, a przede wszystkim – mieli za co kupić bardzo dobry na owe czasy sprzęt, otwarły się też przed nimi najlepsze studia nagraniowe nad Wisłą.
Włożone pieniądze zwróciły się – panowie odwdzięczyli się za otrzymane dobra. Łukaszewski, bardzo pojętny uczeń Eddy’ego Van Halena, zabłysnął zarówno techniką, jak i sporym talentem kompozytorskim. Wpuścił do zespołu mnóstwo świeżego powietrza – inna sprawa, że warsztat wszystkich muzyków poszybował mocno w górę. Gadowski, obdarzony świetnym, pełnym piasku w gardle głosem frontman, bił na głowę większość polskich rywali po fachu.
Nic to, że teksty były naiwne, banalne, momentami wręcz grafomańskie. Przekaz, choć niezbyt wyrafinowany, był
wiarygodny:
młodzi, długowłosi muzycy ze średniej wielkości miasta zapatrzeni byli w ideały ruchu hipisowskiego (ówczesna naiwna wiara prawie nas wszystkich, Polaków ufających, że wreszcie, po 1989 roku, jesteśmy we własnym domu, pięknie łączyła się z ideałami epoki dzieci-kwiatów).Muzycznie IRA była na czasie, bliska amerykańskiego, miękkiego metalu – przebojowego, ale i wystarczająco mocnego, by usatysfakcjonować nie tylko nastoletnie panienki.
Dziś, gdy Złotą Płytę otrzymuje się za piętnaście tysięcy sprzedanych egzemplarzy, już prawie nie sposób odtworzyć w głowie tamtych lat: szalejącego piractwa i pierwszych rodzimych wytwórni, wielusettysiecznych nakładów kaset magnetofonowych, które stopniowo zaczynały być wypierane przez CD, i światowych koncernów przymierzających się do zawładnięcia rynkiem. To było Eldorado, wolna amerykanka i Dziki Zachód jednocześnie.
A IRA była wtedy jedną z największych
gwiazd
– krążki Mój dom i 1993 wyniosły ją na szczyty popularności. Znamię (1994) było zdecydowanie cięższe i nie przekonało wielu dotychczasowych fanów. Ogrody, pierwsza płyta nagrana dla dużej wytwórni – Zic Zac Marka Kościkiewicza (De Mono) – sygnalizowała powrót do sprawdzonych patentów. Nie przyniosła jednak spodziewanego sukcesu – nie udało się zespołowi wylansować żadnego przeboju dorównującego hitom z drugiej i trzeciej płyty. Album sprzedawał się słabo, a trasa promocyjna też okazała się porażką.
Zespół nie poradził sobie z tymi niepowodzeniami i zawiesił działalność. Reaktywacja nastąpiła w 2001 roku. Rozczarowała mnie wtedy informacja, że nie ma w składzie Łukaszewskiego, zabrakło też Płucisza, a nowe nagrania tylko potwierdziły moje obawy. Zupełnie straciłem serce do kapeli, z dawnej sympatii pozostał jedynie sentyment do wspomnianych czterech, naprawdę niezłych krążków. Dziś bardzo już chyba przykurzonych, jeśli chodzi o świadomość większości konsumentów rodzimego rocka. Tymczasem jak się lubi – tak jak ja – stare dobre Van Halen z okresu z Davidem Lee Rothem, tak trudno nie lubić IRY z lat 1991-95. Nawet jeśli gniew jest tu terminem na wyrost, to soczystość i solidność brzmienia oraz chwytliwe melodie nadal sprawiają dużo przyjemności.
[W NaTemat: 8 marca 2015]



