Co łączy spółkę autorską Holland – Dozier – Holland, The Birds – kapelę, w której zaczynał karierę późniejszy gitarzysta Rolling Stones, Ronnie Wood, The Who, Motörhead i Pearl Jam? Ano jeden fantastyczny numer: „Leaving Here”.
[more]
*
Nie będę udawał, że poznałem ten kawałek jako osesek, ciągnąc mleko z butelczyny, albo tylko trochę później, bawiąc się klockami gdzieś pod stołem. Nastąpiło to dopiero w 2003 roku, gdy którejś soboty zabraliśmy się z żoną od znajomych przed północą, aby zdążyć jeszcze do MM i – w ramach weekendowych okazji – nabyć świeżo wydany podwójny album Lost Dogs Pearl Jam za całe cztery dychy.To wtedy wśród bezmiaru muzyki pomieszczonej na dwóch CD pierwszy raz wyłowiłem w pewnym utworze stare, tak ukochane przeze mnie brzmienie lat 60. Dopiero potem skonstatowałem, że nic w tym dziwnego, bo pochodzi on z tamtych właśnie czasów.
Soul, rhythm & blues – swing, dęciaki, chórek, czyli jedyne w swoim rodzaju brzmienie Motown. Piosenka Leaving Here wyszła spod rąk słynnej spółki autorskiej Holland – Dozier – Holland. Pierwsze wykonanie – Eddiego Hollanda – ujrzało światło dzienne w postaci singla w grudniu 1963 roku. Co tu dużo mówić – wersja to wzorcowa, znakomita i pełna ognia.
I wkrótce dzieje się z tym kawałkiem coś idealnie wpisującego się w tamte czasy – czyli młodzi Brytyjczycy zachłystują się muzyką czarnej Ameryki. The Birds, formacja, w której zaczyna swoją karierę Ronnie Wood, późniejszy gitarzysta Rolling Stones, nagrywa ten utwór w kwietniu 1965 roku.
W tym samym czasie The Who dokonują trzech podejść do tego numeru. Ale trzeba było długo czekać, aby odnaleźć któreś z nich na płytach zespołu. Stało się to dopiero w 1985 roku na kompilacji Who’s Missing, a następnie kompaktowej wersji Odds & Sods (1998). W 2000 roku ukazał się album BBC Sessions, na którym znalazła się wersja live. No i – tak jak w przypadku Birds – mamy gitarowe, bezkompromisowe łojenie. Trudno się dziwić, że w stronę The Who mocno zerkali dekadę z okładem później punkowcy – ze szczególnym uwzględnieniem The Jam.
Nie zaskakuje też fakt, że wielki fan Birds, Lemmy, umieścił ten utwór na EPce England w 1977 roku, a następnie pierwszym krążku Motörhead, On Parole (1979).
W stronę brytyjskich wykonań z lat 60. zerkał też Eddie Vedder, który wprost przyznaje, że bardzo bliskie są mu losy głównego bohatera rockopery The Who Tommy (1969), że ta muzyka pozwoliła mu przetrwać trudne chwile w młodości. Nie jest więc zaskoczeniem, że utwór ten mają w swoim repertuarze Pearl Jam. Pierwszy raz znalazł się on na płycie Home Alive (1996), a siedem lat później powrócił wśród stron B singli i innych rarytasów na wspomnianym wyżej Lost Dogs. I w ten sposób dokonało się, jakże charakterystyczne, pełne rokendrolowe koło: czarni Amerykanie – Brytyjczycy – biali Amerykanie.
Moją uwagę zwróciło ponadto całkiem świeże wykonanie tego utworu przez młodziaków z Zielonej Wyspy – The Strypes.
Jak to się stało, że kwartet nigdy nie zaistniał w szerszej świadomości rockfanów nad Wisłą? The Who przecież byli tam, gdzie działy się wielkie rzeczy – w 1967 roku na Monterey Pop Festival, dwa lata później wystąpili w Woodstock. Wystawili także dwie znaczące rockopery.
[more]
*
Przez całe dziesięciolecia muzyka przedostawała się
z Zachodu nad Wisłę
w bardzo skromnym wymiarze. Poza wybrańcami losu mającymi z tych czy innych względów dostęp do wydawnictw zza żelaznej kurtyny, gardło to bardzo długo było wąskie jak Program III Polskiego Radia, jego ramówka reglamentująca audycje muzyczne – i w końcu upodobania redaktorów je prowadzących.
Co mi, rocznikowi 1962, zostało w pamięci? „Muzyczne Poczty UKF” – Witolda Pogranicznego z muzyką polską („Co mam zrobić, jeśli Państwo ciągle proszą o Czerwone Gitary, Marylę Rodowicz i Czesława Niemena?”), Dariusza Michalskiego z graniem z demoludów i, jak przyszło co do czego, nowymi nagraniami SBB, Marka Gaszyńskiego z ostrzejszą odmianą rocka, ale zbyt często gitarową popeliną w stylu Sweet, Slade czy Suzi Quatro.
Długo okrętami flagowymi rozgłośni były środowe „Poczty” i „Tonacje” oraz zmieniający swoje miejsce – raz we wtorki, raz w czwartki – „Minimax” Piotra Kaczkowskiego. Był oczywiście jeszcze „Bielszy odcień bluesa” Wojciecha Manna i Jana Chojnackiego, ale skupiony, jak podpowiada sama nazwa, na bluesie, był Janusz Kosiński z „Odkurzonymi przebojami” (bajko ty moja, w 1978 na przykład odkurzał Cream albo Free, czyli utwory okołodziesięcioletnie zaledwie), trochę później pojawił się Marek Wiernik serwujący nowe gitarowe brzmienia. Był – niestety sporadycznie – Jerzy Janiszewski. Zmierzam do tego, że nieuchronne filtrowanie i tak niewielkiej rzeczki zamiast oceanu muzyki przez gusta kilku – kilkunastu radiowców powodowało, że pewne nazwy – nawet z tych największych – nie były darzone szczególną atencją, a ich nagrania stanowczo zbyt rzadko pojawiały się na antenie.
Z pierwszego pokolenia brytyjskich rokendrolowców – nawet jeśli weźmiemy poprawkę na, generalnie, tendencję spadkową w latach 70. – nie dano polskim fanom zapomnieć o Stonesach. Beatles, choć prawdziwy renesans zaczęli przeżywać dopiero od następnej dekady, zawsze mogli liczyć na łaskawość i przychylność. Ale, przejdę do konkretów, The Kinks czy The Who już niekoniecznie.
*
W 1986 roku wraz z rodzicami, na pokładzie FSO 1500 (już nie Fiata 125p, bo zirytowani jakością produktu Włosi odebrali nam licencję) udawałem się na dwa tygodnie do Grecji. Tuż po przekroczeniu granicy w Cieszynie, w jego czeskiej części namierzyłem sklep z płytami, a na wystawie The Best of The Who, wydany przez Supraphon na licencji Polydoru. Wtedy takie wydawnictwa były rzadkością i
rozpalały wyobraźnię…
Wracaliśmy tą samą drogą (ja z pieczołowicie chronioną L.A. Woman Doorsów), zatrzymaliśmy się tuż przed przekroczeniem ostatniej granicy. Uprosiłem tatę, by odpalił mi odpowiednią ilość koron. Wszedłem do sklepu. I zupełnie nie pamiętałem w tym momencie, że płyta to po czesku deska.- The Who…- Dehu? – zażywna, trzymająca skrupulatnie knedlikową dietę pani za ladą bez cienia uśmiechu wyraziła swe niezrozumienie tematu. – Jaku dehu?! – No, The Who… – Dehu? – spytała raz jeszcze, nie kryjąc niechęci. Nie umiejąc się porozumieć, wskazałem odpowiednią okładkę z witryny. – Aaa, Dehuvku…
*
W 2010 roku rzuciłem się na zremasterowane wersje płyt The Beatles, w tym samym czasie w domowym zbiorze pojawiły się upragnione Get Yer Ya Ya’s Out i Let It Bleed Rolling Stones (dziś można już upolować większość płyt The Glimmer Twins z lat 60.). I chyba wtedy też zakupiłem My Generation – The Very Best of – w końcu coś The Who na CD.
Ale dopiero w ostatnich kilku miesiącach nabyłem wreszcie – bo wreszcie dostępnych w Polsce – osiem katalogowych płyt zespołu. Co nie bez znaczenia – w cenie 19,99 zł za sztukę. I właśnie teraz mam taki okres, że domięśniowo i dożylnie aplikuję sobie, bez jakiegokolwiek znieczulenia, nagrania kwartetu. Wspaniałe są takie korepetycje – jeśli nie dane mi było poznać tych płyt wcześniej (poza Who’s Next), tym świeższym uchem docierają one do mnie teraz.
Jest bosko. Genialność Who’s Next doceniłem już dawniej. Live At Leeds powala swoją mocą, żywiołowością wykonań na żywo. Sell Out to klasyka – ten wyjątkowy 1967 rok! Odds & Sods to potężna, blisko osiemdziesięciominutowa w wersji kompaktowej dawka rarytasów. By Numbers zadziwiająco pięknie nawiązuje do brzmień z poprzedniej dekady, a i na Who Are You, wydanej tuż przed śmiercią bębniarza, Keitha Moona, jest wiele dobrych momentów.
*
The Who zaczynali jako naśladowcy Beatlesów i Stonesów, by błyskawicznie stać się w
trzecią siłą brytyjskiego rocka.
I wciąż czerpiąc z pionierskich lat rokendrola, przeistoczyli się w rasowy i nowoczesny band gitarowy w końcu lat 60. Rozwalali instrumenty na zakończenie swych występów, ale – co bez porównania istotniejsze, tak jak Rolling Stones – mieli uszy i oczy otwarte na wszystko to, co działo się u schyłku dekady. Psychodelia czy hard rock spod znaku Cream i Led Zeppelin – to wszystko umiejętnie przeszczepili na swój grunt. Nie atakując nadmiarem przystawek (co słychać w Live At Leeds), potrafili powalić mocą brzmienia. Nie mam pojęcia, jak to się stało, że kwartet nigdy nie zaistniał w szerszej świadomości rockfanów nad Wisłą. The Who przecież byli tam, gdzie działy się wielkie rzeczy – w 1967 roku na Monterey Pop Festival, dwa lata później wystąpili w Woodstock. Wystawili dwie znaczące rockopery: Tommy’ego w 1969 roku i Quadrophenię w 1973.
Po przedwczesnej śmierci Keitha Moona w 1978 roku Pete Townshend, Roger Daltrey i John Entwistle nie bardzo wiedzieli, co dalej ze sobą począć. Pierwszy z nich zastanawiał się, czy nie należałoby zatrudnić dwóch perkusistów, częściej jednak dominowała myśl o rozwiązaniu zespołu – jak w przypadku Led Zeppelin po śmierci Bonhama. Stało się to w 1982 roku, po nagraniu jeszcze dwóch albumów z Kenneyem Jonesem na perkusji. Jednak kolejne trzy lata później zameldowali się na Live Aid i ostatecznie dali spokój z deklaracjami o zawieszeniu instrumentów na kołkach – czyli występowali nadal. Nawet śmierć basisty Johna Entwistle’a w 2002 roku nie odwiodła ich od tego. Ich – już tylko dwóch oryginalnych członków bandu.
W 2013 roku kolejny raz wystawili w Londynie Quadrophenię, a jej zapis można na różnych nośnikach nabyć także w polskich sklepach. W ubiegłym roku w sieci pojawił się nowy kawałek kapeli – Be Lucky. Wyraźnie dowodzi to, że Townshend i Daltrey, wbrew młodzieńczej deklaracji wokalisty w słynnym numerze My Generation z 1965 roku, że chciałby umrzeć, nim się zestarzeje, mają zamiar grać póki sił im starczy.
Ufam, że przyjdzie niebawem pora, by zatrzymać się na dłużej przy jednym czy drugim albumie The Who.
Tego nie zmienimy. Nie wszystko z równą mocą docierało za żelazną kurtynę. Świadomość przeciętnego polskiego nastolatka przed czterdziestu – czterdziestu pięciu laty zwykle mocno była zainfekowana piosenkami Beatles albo Rolling Stones, lecz znacznie trudniej było o bliższą znajomość z nagraniami Kinksów czy The Who. I tak już zostało.
[more]
Ci ostatni zaczynali jako hałaśliwi naśladowcy wymienionych wcześniej grup, a byli ledwie o rok – dwa – trzy lata młodsi. Ale szybko okazało się, że Townshend z kolegami mają sporo do powiedzenia od siebie. Nagrali mnóstwo świetnych utworów, kilka bardzo znaczących albumów z Who’sNext (1971) na czele. Trochę zostało to rozwodnione przez długie, choć z przerwami, lata działalności i serwowanie materiału o znacznie mniejszym znaczeniu niż ten z pierwszych lat istnienia grupy.
Podobnie jak w przypadku The Kinks – warto pochylić się nad kawałkami zespołu z lat 60. i początku 70. I nie zapominać, że czym dla Stonesów jest Satisfaction, dla Kinks You Really Got Me, tym dla The Who MyGeneration.
Jest rok 1965, a Roger Daltrey wykrzykuje: „Mam nadzieję, że umrę, nim się zestarzeję!”.