Blackout i potem Breakout – kolejne wspomnienie z dzieciństwa. Pocztówka z utworami Anna i Moje srebro to głos gitary, śpiewanymi jeszcze przez Stanisława Guzka, czyli Stana Borysa. A jakiś czas później w domu pojawia się w albumowej okładce Na drugim brzegu tęczy.
Kochałem tych polskich hipisów miłością kilkuletniego miłośnika muzyki. Ich kolorowe stroje, długie włosy i bardzo nowe wtedy w Polsce brzmienie. Moim szczególnym ulubieńcem był Michał Muzolf, basista, który nagrał z zespołem tylko tę jedną płytę, by potem stanąć na czele formacji Hard Road, którą nawet miałem okazję zobaczyć na żywo w Wiśle.

[more]
Oszaleliśmy wtedy na punkcie
Gdybyś kochał, hej.
Ilu zdawało sobie sprawę z tego, że jest to jeden wielki cytat (zostańmy przy tym terminie) z Hey Joe Hendriksa? Po Polanach, Skaldach i Niemenie był to kolejny wykonawca wyrastający ponad średnią krajową, intensywnie koncertujący nie tylko w Polsce, ale i Holandii, skąd członkowie zespołu poprzywozili sobie świetny na owe czasy sprzęt.
Głos Miry Kubasińskiej, nosowy i niezbyt duży, nie budził nigdy zachwytów, Nalepa wyczuwał od samego początku, że ten „instrument” niekoniecznie dobrze pasuje do całości. Dlatego kolejne płyty – w tym bardzo ważnego w dziejach polskiego rocka Bluesa – nagrał bez swojej ówczesnej żony. Ten debiut fonograficzny był jednak wyjątkowy. W składzie, zamiast planowanego pierwotnie drugiego gitarzysty, pojawił się Włodzimierz Nahorny, świetny muzyk jazzowy (kompozytor m.in. słynnego Jej portretu) i zagrał na saksofonie oraz flecie.
Płyta powaliła
ładunkiem energii i mocą gitar.
Józef Hajdasz niemiłosiernie okładał swoje bębny – o czym po latach mówił lider, że za gęsto i za głośno – ale nie on jeden wtedy tak grał. Jak posłuchać Gingera Bakera (Cream) czy Nebeskiego (Polanie), jest bardzo podobnie. I, przyznam, wcale mi to nie przeszkadza. Jeśli Polanie poruszali się w klimatach rhytmandbluesowych, Skaldowie bogatymi harmoniami przywodzili na myśl Beatlesów, to Nalepa z koleżeństwem wyraźnie wychwycił najnowsze trendy w zachodniej muzyce – początki hard rocka spod znaku Hendriksa i Led Zeppelin. Nahorny nie był pierwszy, bo saksofony albo flety, w rękach Wandera czy Polarka, pojawiały się już w rockowych składach, ale swoimi solówkami wyraźnie dodał smaku tej odkrywczej wtedy u nas muzyce.
Krążek stanowił
piękne zwieńczenie lat sześćdziesiątych.
I zbyt niepokorne zdaniem ówczesnych decydentów – muzyka była za głośna, włosy za długie, stroje za kolorowe. Wniosek? Breakout mają zniknąć z mediów, a już szczególnie z telewizji.
Longplay ten jest w dorobku grupy dziełem osobnym. Słychać bowiem na nim fascynacje wspomnianymi już czołowymi gitarami rockowymi, a niedługo potem lider zespołu skłonił się ku klimatom Mayallowskim – kierując się w stronę czystego bluesa, czemu pozostał wierny do końca swej artystycznej drogi.
Choroby, okrutne i bezlitosne, przedwcześnie zabrały z tego świata zarówno Mirę Kubasińską, jak i Tadeusza Nalepę. Jednak ich dzieło znacznie lepiej znosiło i znosi próbę czasu niż polityczne i gospodarcze dokonania sekretarzy sprzed lat. I jest w tym, na szczęście, jakaś dziejowa sprawiedliwość.
Gorąco zachęcam do sięgnięcia po te nagrania. Dlatego, że należą one do najbardziej znaczących w pierwszych latach mocnego grania nad Wisłą. Dlatego, że przeprowadzają to granie przez rzekę dzielącą nieporadny jeszcze czasem bigbit od dojrzałego rocka. I wreszcie dlatego, że
Nalepa
jest jedynym konsekwentnym stylistycznie łącznikiem pomiędzy dawnymi i nowymi czasy w polskim gitarowym graniu. Przez kilka dekad należał do najważniejszych postaci na muzycznym rynku, a przez jego zespoły przewinęło się kilkudziesięciu znaczących instrumentalistów z Józefem Skrzekiem na czele. Poszłabym za tobą, Na drugim brzegu tęczy albo Powiedzieliśmy już wszystko zasługują na naszą szczególną pamięć. Lecz przecież całej płyty słucha się z dużą przyjemnością.





