Wreszcie posiadana na płycie CD – zremasterowanej, z trzema bonusami. Pierwsze odpalenie jeszcze w samochodzie. Nie wiem, ile lat minęło od ostatniego włożenia kasety z tymi nagraniami do wieży, bardzo wiele. Ale dla takich doznań muzycznych pewnie warto sobie takie (mimowolne) przerwy zrobić.
To było coś zupełnie porażającego.

[more]
Magiczny 1967 rok, pierwszy spośród tych, które przyniosły wiele rockowych arcydzieł. Pierwsza płyta Doorsów bez wątpienia do nich się zalicza. Siła rażenia jest ciągle olbrzymia, aż trudno uwierzyć, że wtedy można było tak grać. To przecież już ponad czterdzieści lat, dostatecznie długo, by oddzielić ziarna od plew. By mieć pewność, że Morrison, Manzarek, Krieger i Densmore mają swoje miejsce w historii muzyki. Ten krążek to jeden z kamieni milowych w historii rocka.
Właśnie w tamtym czasie zaczyna do ludzkości docierać, że coraz bardziej długowłosi grajkowie to nie tylko muzykanci podłączeni do prądu, że w rock’n’rollu chodzi nie tylko o hałas dotychczas niespotykany. Pojawiają się artyści – znakomici instrumentaliści, genialni kompozytorzy, wybitni wokaliści, którzy nie chcą już tylko śpiewać o tym, że on ją kocha, a ona go nie (lub odwrotnie). Rock, po kilkunastu latach, osiąga dojrzałość i szczyt artystycznych możliwości. Dzieje się to za sprawą pierwszego pokolenia, które żyje bez wojen (jeśli nie liczyć Amerykanów w Korei), ludzi urodzonych w większości już w latach czterdziestych. Dzieje się to za sprawą Amerykanów, którzy chcą bawić się, grać muzykę, uprawiać seks, którzy chcą żyć, a nie ginąć za dziwne sprawy dziwnych ludzi, gdzieś daleko – w Wietnamie. Młodzi Brytyjczycy natomiast zachłystują się muzyką czarnej Ameryki – bluesem – czerpiąc z niej inspirację, przetwarzając i budując na jej podstawie coś o zupełnie nowej jakości, coś po prostu wspaniałego.
Debiut The Doors: granie na wskroś nowoczesne, świetnie zaaranżowane, z genialnymi kawałkami kończącymi strony analogowego wydawnictwa – Light My Fire i The End. Był dopiero 1967 rok – rozmach czasowy i aranżacyjny tych utworów, brawurowe, wirtuozowskie solówki Manzarka i Kriegera – to coś absolutnie pionierskiego. W tym zestawie jedyny znak tamtych czasów – I Looked At You – brzmi po prostu wzruszająco. Doors popchnęli muzykę rockową tak niewiarygodnie mocno do przodu. Z piosenek stworzyli poważne utwory muzyczne, grając we trzech (Morrison przecież śpiewał) zabrnęli w rejony właściwie dziewicze – choć nie sposób oczywiście zapomnieć o np. Jefferson Airplane. Z rock’n’rollowego grania uczynili sztukę przez duże „S”. Osiągnęli to w sensie czysto muzycznym, nie szokującym nowatorstwem brzmieniowym (jeśli nie liczyć klawiszowego basu), nie eskalacją decybeli czy tempem grania – nie, pozostali jakby w strukturze piosenki: zwrotka – refren – zwrotka, ale „zakręcili” te utwory nieprawdopodobnie: sajkedelik w czystej postaci. (Parę lat później pojawia się podobna grupa, choć w odróżnieniu od Doors daleka od rockowego mainstreamu – Steely Dan. Tu odkrywcze było pójście w stronę jazzu, ale przecież jednak wciąż należy mówić o piosenkach). Manzarek chyba czuł, co się święci, gdy w 1965 roku Jim M. wyśpiewał mu a capella, siedząc w kucki na plaży, Moonlight Drive. „To najlepszy pieprzony utwór, jaki słyszałem w życiu!” – miał powiedzieć. Nie jest więc dziełem przypadku fakt, iż wśród bonusów do tego krążka pojawiają się aż dwie wersje wspomnianego kawałka, który przecież zespół umieścił dopiero na drugim swoim albumie.
Wielka szkoda, że Morrison wpisał się do klubu „27”. L.A. Woman (1971) był znów znakomitym albumem, zespół muzycznie złapał drugi oddech. Dużo jeszcze dobrego mogło się wydarzyć. Ale z drugiej strony – czy można sobie wymyślić genialniejszą codę niż Riders On The Storm ?
jesień 2011
