Śmierć Kliniczna – największy z zapomnianych zespołów?

pobrane20

Nie da się uprawiać punk rocka w czystej postaci, jeśli posiada się całkiem spore umiejętności w obsłudze instrumentów, jeśli umie się śpiewać, w dodatku na dwa głosy, i ma dobrze odrobione lekcje z historii muzyki rockowej.

[more]

Stan Śmierci Klinicznej na FAMIE

Lipiec 1983 roku. Pierwsza FAMA od czasu wprowadzenia stanu wojennego i pierwsza – z trzech – moja. Z głośników radiowęzła na placu namiotowym codziennie rozbrzmiewają przeboje The Police pochodzące z albumu Synchronicity na zmianę z piosenkami Lady Pank, które później znajdą się na pierwszej płycie zespołu. 

W amfiteatrze znakomity koncert daje Przemysław Gintrowski – Jacka Kaczmarskiego nie ma już od pewnego czasu w kraju. Gintrowskiemu towarzyszą Zbigniew Łapiński na fortepianie oraz Duo Laboratorium, czyli Janusz Grzywacz na elektronicznych klawiaturach i Marek Stryszowski na saksofonie. Gintrowski, ponieważ nie stosuje się do wytycznych cenzury i wyśpiewuje dwa zatrzymane teksty, zostaje wyrzucony z festiwalu. 

Do Świnoujścia dociera nawet Józef Skrzek, dając ad hoc recital na kiepsko strojącym fortepianie w tymże amfiteatrze (po jego występie pobiegłem szybko do namiotu po świeżo nabytą w Szczecinie Józefinę, pierwszy solowy album nagrany po rozwiązaniu SBB. „O, już jest!…” – zdziwił się mistrz, podpisując krążek). 

Jeśli chodzi o młody narybek – muzycznie, jazzowo, na scenach namiotu albo Miejskiego Domu Kultury szaleją częstochowski Tie Break z Jorgosem Skoliasem na wokalu, Januszem Iwańskim na gitarze i Antonim Gralakiem na trąbce, katowicki Pick Up Formation z Krzysztofem Popkiem i Henrykiem Gembalskim oraz A New Coast (myślę, że nie przekręcam nazwy zespołu).  Gdy chodzi o gitarowe klimaty – nie ma sobie równych załoga z Gliwic: Darek Dusza, Mercik i koledzy – czyli Śmierć Kliniczna.

*

Moja 

punkowa inicjacja

dokonała się późno, zaledwie kilka tygodni przed FAMĄ, w Toruniu. Znalazłem się tam niespodziewanie na koncercie, a z niespełna godzinnego występu kapeli, której nazwy nie pamiętam, w głowie pozostał mi tylko bezprzykładny łomot, pogo kilkunastu chłopaków z jedną upatrzoną, zdrowo przetrącaną ofiarą oraz najbardziej melodyjny fragment, czyli refren kawałka na bis: „Wypierdalaj, wypierdalaj jak najdalej stąd”. Była to deklaracja dość oczywista, jeśli uwzględnić fakt, iż stan wojenny, wprowadzony niecałe półtora roku wcześniej, trwał nadal. Niezapomniane przeżycie.

*

Bunt buntem, ale ja – choć nie umiałem wtedy tego tak nazwać – szukałem w muzyce, podobnie jak dziś, swingu. Tak się jednak składało, że mimo hałasu i wykrzykiwanych tekstów – w graniu Śmierci Klinicznej swingu nie brakowało. Nie sposób bowiem uprawiać punka w czystej postaci, jeśli posiada się całkiem już spore umiejętności w obsłudze instrumentów, jeśli umie się śpiewać, w dodatku na dwa głosy, i ma się dobrze odrobione lekcje z historii muzyki rockowej. W ten sposób punk i nowa fala mieszają się z klasycznym, rodem z lat 50., rokendrolem, a ponadto z coraz odważniej sygnalizującym obecność na muzycznej scenie w Polsce reggae. Tak jak ładne dzieci rodzą się z pomieszania nacji, tak interesujące i niebanalne rzeczy wychodzą z pomieszania stylistyk, gdy ma się kulturę grania i talent niepospolitej miary, pozwalający penetrować dziewicze dotąd ostępy.

*

Longplay

jest pięknie wydany. Dziś to już nikogo nie dziwi, ale jeśli wspomnieć polskie edytorstwo, w tym płytowe, z czasów słusznie minionych, odlot jest zupełny. Twarda, kartonowa okładka, bez zarzutu wytłoczona i, co zaskakujące – zważywszy, iż nagrania pochodzą sprzed ponad trzech dekad, a część z nich jest w dodatku rejestracją na żywo – świetnie brzmiąca płyta. Do tego obszerna wkładka, a w niej historia zespołu napisana z biglem, dowcipnie, oraz wycinki prasowe.

Nie będę udawał, że pamiętam, bo nie pamiętam. Moje wspomnienia dotyczące Śmierci Klinicznej to tamta FAMA i dwa single na pólkach z płytami. Oficjalne media  omijały nowe w polskim graniu jak długo się dało, a uszy Trójkowych redaktorów – czemu zupełnie się nie dziwię – niekoniecznie przyswajały punkrockowy zgiełk. Posiłkuję się więc rzeczoną wkładką.

*Początki zespołu sięgają września 1981 roku. W listopadzie, w czasie studenckich strajków, do Dariusza Duszy, Wojciecha Jaczyczki i Marka Czapelskiego dołącza szesnastoletni wokalista, Jerzy Mercik. W marcu następnego roku, po lekkim poluzowaniu reguł stanu wojennego, ruszają próby. Dwa miesiące później zespół daje pierwszy koncert, a w lipcu wysyła kasetę z nagraniami 

do Jarocina

W sierpniu radość i panika, bo kapela, mająca za sobą jeden występ na żywo (na podwórku klubu „Gwarek” w Gliwicach), kwalifikuje się do festiwalu. Tam gliwiczanie poznają kolegów z innych kapel: SS-20 (późniejszego Dezertera), Bikini, Rejestracji, Kontroli W czy WC. Występ Śmierci obywa się bez większych wpadek i zostaje dobrze przyjęty.

Zespół trochę koncertuje. Paweł Karpiński kręci o nim film, a jesienią ŚK wchodzi po raz pierwszy do profesjonalnego studia nagraniowego – WFDiF w Warszawie – i rejestruje cztery utwory. Następuje czas intensywnych prób, a wiosną 1983 w zespole pojawia się nowy człowiek – grający na kongach i śpiewający Jacek Szafir, zupełnie zakręcony na punkcie reggae.

W maju, w gliwickim Kino-Teatrze X, razem z Brakiem (późniejszym Rendez-vous) Ziemka Kosmowskiego, dają znakomity koncert, którego fragmenty dwie dekady później znajdą się na jedynym CD zespołu.

Latem występują w Opolu. Nadal ćwiczą, by w lipcu znaleźć się na FAMIE w Świnoujściu. Tam skład uzupełnia saksofonista Piotr Malak. W Jarocinie, gdzie występują już jako gwiazdy (przesłany materiał z gliwickiego koncertu zachwyca Waltera Chełstowskiego), dają znów świetny koncert, przez wielu uważany za najlepszy z całej imprezy. Niestety, jesienią odchodzi Mercik, a ciągle napływają zaproszenia do grania koncertów. Podczas pierwszej edycji Róbrege śpiewa – i daje radę – Szafir.

W Tonpressie nagrywają swojego 

pierwszego singla.

Nienormalny świat wchodzi nawet na listę przebojów Programu III PR, gdzie wspina się do 9. miejsca. Drugi utwór, Nasza edukacja, na antenie pojawia się tylko raz – interweniuje ktoś z Komitetu Centralnego jedynie słusznej partii i piosenka dostaje szlaban.

W listopadzie na Rockowisku w Łodzi zespół występuje bez Malaka, za to z Gralakiem (Tie Break). Zimę i wiosnę 1984 kapela spędza na próbach i tworzeniu nowego materiału. Mimo sukcesów, pochlebnych ocen w prasie, w zespole zaczyna zgrzytać. Dusza chce grać punka i rokendrola, Szafir reggae, Jaczyczko jazz-rocka, a Czapelski kotłowe połamańce. Męczący jest brak perspektyw: koncertów aż tak wiele nie ma, o wydaniu dużej płyty nie ma co marzyć – nie z tą nazwą, nie z takimi tekstami. A na inną opcję muzycy się nie zgadzają. Dusza i Czapelski ciągną kolegów do Warszawy, licząc, że tam zespół będzie miał większe szanse na przebicie, ale reszta nie chce. Koniec zbliża się wielkimi krokami.

Dusza nawiązuje współpracę z Ireneuszem Dudkiem. Na Rock Arenie jednego dnia gra z nim, następnego ze Śmiercią, ale ostatecznie postanawia odejść z macierzystej formacji. Wspólnie nagrywają jeszcze drugiego singla – Jestem ziarnkiem piasku i Psychopatę. Ten drugi utwór zatrzymuje jednak cenzura, toteż na jego miejsce wskakuje ASP z poprzedniej sesji. Płytka, podobnie jak pierwsza, sprzedaje się świetnie, ale piosenek w radiu nie słychać.

Latem 1984 znów świnoujska FAMA, a potem wspólna trasa z Klausem Mitffochem. W Jarocinie ostatni koncert z Duszą, tym razem niezbyt udany. Kapela walczy jeszcze przez jakiś czas, Szafir, Jaczyczko i Mercik w końcu zakładają reggae’owy R.A.P., Czapelski gra z Voo Voo i Manaamem, Dusza tworzy punkowy Absurd i działa w Shakin’ Dudi.

*

Żal.

Śmierć Kliniczna została zniszczona przez panujący wtedy system. Zupełnie jak Rhythm & Blues na przełomie lat 50. i 60. XX wieku, chciałoby się westchnąć. Zbyt niepokorna w warstwie tekstowej – o wiele mocniej waląca prosto w twarz niż Lech Janerka, Kora czy Grzegorz Ciechowski, a jednocześnie z kapel nowych, wywodzących się z okolic punka, zespół będący chyba najbliżej mainstreamu – z racji posiadanych umiejętności i świadomości tego, czym rokendrol był wcześniej, oraz  umiejętnego czerpania z jego dorobku. Można dziś tylko gdybać, czy, a jeśli tak – jak bardzo inna byłaby ówczesna scena rockowa w Polsce, gdyby Śmierci Klinicznej pozwolono rozwinąć skrzydła, nagrywać płyty, grać koncerty, a piosenki emitowano by w radiu. I jak bardzo grupa wpłynęłaby na dalsze losy rodzimego rocka.

Kamil Sipowicz pisał w 1983 roku, po Jarocinie, na łamach „Magazynu Muzycznego”:

„Najlepszą grupą festiwalu okazała się moim zdaniem Śmierć Kliniczna. (…) Wszystko to tworzy muzykę w zaskakujący sposób świeżą i w niczym nieprzypominającą zachodnich zespołów, choć grupa wykorzystuje świadomie zdobycze reggae i nowej fali, budując z tego jednak własny styl”.

Natomiast nieżyjący już Robert Leszczyński w „Gazecie Wyborczej”, po latach – w 2000 roku, wspominał:

„Śląsk zawsze był ostoją bluesa i heavy metalu, więc pojawienie się w 1982 roku ŚK z Gliwic było zaskoczeniem. Zespół Darka Duszy miał znakomite, często autoironiczne teksty oraz dwóch wokalistów lepszych niż w innych grupach punkowych. Śmierć Kliniczna rozpadła się po interwencji samego wojewody katowickiego, który uniemożliwił jej nagranie albumu”.

Krążek, wydany w dwóch wersjach, winylowej i – szerszej – kompaktowej, ocala tę muzykę od zapomnienia. W pełni zasłużenie, a jednak nie sposób oprzeć się wrażeniu, że jest działaniem dzielnego kustosza skierowanym do siwawych i łysawych fanów. Rewelacyjny materiał muzyczny nie zaistniał w szerszym odbiorze wtedy, w latach 80., trudno więc się dziwić, że teraz trafia już tylko do nielicznych.

(Śmierć Kliniczna, Nienormalny świat, Zima Records 2016)

WykopaLISKA PRZEBOJÓW 2016

Nigdy dotąd nie bawiłem się w jakiekolwiek rankingi. Skoro jednak uległem i dałem się namówić kolegom blogerom, by sporządzić osobistą listę płyt 2016 roku, nie będę tego faktu ukrywał, a wręcz czuję wewnętrzny imperatyw, by się ze swoich wyborów choć trochę wytłumaczyć.

[more]

Takie zestawienia to bardzo trudna sprawa. Nagle próbujemy zaprząc statystykę i matematykę do dziedziny niechętnie poddającej się takim zabiegom, niewymiernej. I w ten sposób odbijamy się od  

boków trójkąta 

niekoniecznie równobocznego: boku pierwszego, czyli tego, co spodobało nam (mi) się szczególnie; drugiego, czyli tego, co uznajemy za ważne, choć niekoniecznie mocno nas (mnie) ujęło; trzeciego wreszcie, czyli tego co – wydaje się – że wypada odnotować. I wpadamy w pułapkę, kręcąc się jak mucha w zamkniętym słoiku. Nie pozostaje więc nic innego, jak mrugnąć okiem, uśmiechnąć się, raz jeszcze podkreślić, że to tylko zabawa – i, też nie pierwszy raz, z uporem starego ramola stwierdzić, że dopiero czas pokaże, co było przez te dwanaście miesięcy najbardziej istotne, co przetrwa(ło) próbę dni i lat. 

*

Tak przy okazji, tytułem pierwszej dygresji – ciekaw jestem, czy za parę lat odkryję – na swój osobisty użytek – jakiegoś wykonawcę, który pojawił się właśnie teraz – bo to są bardzo miłe, czasem po wielu latach, zaskoczenia.
I druga dygresja – chyba równie ciekawa byłaby osobista lista typu The Best of 2016 sporządzona w odniesieniu do płyt zakupionych w tym właśnie roku (pod warunkiem, że gdzieś takie nabytki się odnotowuje). W tym miejscu trzeba by przyznać się nie tylko do wcześniejszego nieposiadania, ale wręcz nieznajomości tego czy innego krążka. 
Nie powiem nic odkrywczego – ani dla siebie, ani dla tych, którzy jakoś tam obserwują tego bloga – jeśli nazwę siebie archeologiem albo raczej 

pospolitym dinozaurem,

coraz bardziej uparcie wyszukującym płyty stare i bardzo stare, ze szczególnym uwzględnieniem tych, których wcześniej nie dane mi było poznać (chodzi jednak najczęściej o wykonawców, których nazwiska lub nazwy nie są nieznane). W ten sposób odwalam robotę Syzyfa, próbując zasypać dół nie do zasypania albo skonsumować ocean łyżeczką do kawy. A ocean rozlewa się wciąż bardziej, bo nawet jeśli po przekroczeniu pięćdziesiątki coraz trudniej zachwycić się nową płytą, książką czy filmem, to – na szczęście – nadal wychodzą na świat dzieła większe i mniejsze, które powodują szybsze bicie serca. Dzięki którym człowiek nadal potrafi się wzruszyć. A to pozwala z kolei z pewną ulgą odnotować, że wciąż jeszcze się żyje.

*

1. Mając problem z miejscami na podium i zupełnie nie radząc sobie z ustaleniem dalszej kolejności, jednego jestem absolutnie pewien: moją płytą ubiegłego roku jest

Post Pop Depression  Iggy’ego Popa 

i Josha Homme’a. I nie mam też wątpliwości, że to zasługa przede wszystkim drugiego z wymienionych. Homme, lider Queens of The Stone Age, stał się dla mnie ukochanym artystą rockowym XXI wieku. Nie doszło do tego nagle, ale płyta …Like Clockwork (2013) znokautowała mnie zupełnie. A ta nowsza, podpisana przez Popa, Homme’a, Fertitę i Heldersa, utwierdza mnie tylko w przekonaniu o wybornej formie JH. Ale Popa także, oddajmy cesarzowi co cesarskie. IP dobrał sobie dużo młodszych od siebie współpracowników i bez wątpienia nagrał jedną z najlepszych płyt w swoim dorobku.

2. Nie sądziłem, że ten krążek kiedykolwiek się ukaże. Gdy zobaczyłem go na redakcyjnym stole, w trakcie podsumowania roku w „Tygodniku Kulturalnym”, serce zabiło mi mocniej. Moja żona – który to już raz? – stanęła na wysokości zadania, co zaowocowało prezentem od moich synów: zupełnie zaskoczony, w Wigilię odpakowałem winyla

Śmierci Klinicznej pt. Nienormalny świat

Album zdecydowanie zasługuje na odrębny tekst, tu powiem tylko, że gliwicki zespół mógł – powinien! – stać się jedną z najważniejszych grup nie tylko punkrockowych w Polsce lat 80. Jestem przekonany, że mocno popchnąłby rodzimego rocka do przodu, stając w jednym szeregu z Klausem Mitffochem i potem Lechem Janerką. Stało się inaczej, bardzo wielka to szkoda. Lecz wspaniale, mimo że po z górą trzydziestu latach, iż ten materiał wreszcie ukazał się na płycie. Teksty Dariusza Duszy wciąż są o czymś, a muzycznie… – ba! Jak wiele można było wycisnąć z pomieszania stylistyki punka, reggae i klasycznego rokendrola, gdy umiało się grać!

3. Trzecie miejsce to pierwsze moje rozterki. Przyznaję je albumowi

Blackstar Davida Bowiego

– za przejmujący, ostatni głos umierającego bardzo ważnego artysty.

 

Reszty raczej nie odważę się klasyfikować, wymienię więc tylko:

– Rolling Stones: Blue & Lonesome – za bezpretensjonalny – i zupełnie niespodziewany! – powrót do źródeł. Za wciąż wyborną formę. Jagger wokalnie i jako harmonijkarz przechodzi sam siebie.

– Bob Dylan: Fallen Angels – za kolejną przepiękną płytę z piosenkami z amerykańskiego kanonu. No i za Nobla i tzw. w ogóle.

– Paul Simon: Stranger To Stranger – Simon wytęskniony, bo nagrywający bardzo rzadko – wciąż w wysokiej formie, wciąż tworzący w klimatach z okolic Graceland i innych solowych albumów – wierny sobie.

– Van Morrison: Keep Me Singing – za kolejną porcję fantastycznych piosenek.

– Jack White: Acoustic Recordings – za jego other kind of, za prostotę i powrót do akustycznych korzeni.

– Pixies: Head Carrier – za zdrowy łomot, za ładne piosenki i konsekwencję.

– Radiohead: A Moon Shaped Pool – za oniryczność znów wysokiej próby, za (moim skromnym zdaniem) powrót może nie do wielkiej, ale bardzo dobrej formy.

– Nick Cave and The Bad Seeds: Skeleton Tree – za niepokój, dojmujący smutek i piękną muzykę ledwie znaczoną brzmieniem instrumentów.

– Hey: Błysk – za – jak oni to robią?! – ocalenie swingu pośród elektroniki. I za teksty, to już oczywiste.

Próbując ułożyć to zestawienie, miałem też w rękach płyty Erica Claptona i Santany, Martyny Jakubowicz i SBB, a nawet Joego Bonamassy i Blackberry Smoke. I pewnie co najmniej paru nie miałem – bo nie mam ich (jeszcze?) na półkach, a może powinienem mieć.

[W NaTemat: 15 stycznia 2017]