Bigbitu wybicie się na niepodległość

1967 rok pozostanie w dziejach szarpidructwa elektrycznego rokiem wyjątkowym. Na świecie zabawa zdecydowanie się skończyła. Rokendrol przechodził w fazę dojrzałą artystycznie i zbuntowaną przeciw zastanemu porządkowi – politycznemu, społecznemu i kulturowemu. The Beatles nagrali „Sgt. Pepper’s Lonely Hearts Club Band”, Rolling Stones aż dwa krążki – „Between The Buttons” i „Their Satanic Majestics”, Bob Dylan „John Wesley Harding”

[more]

To także w tamtym, 1967 roku Stonesi wywrócili do góry nogami myślenie polskiej młodzieży, grając w samym sercu socjalistycznego organizmu – Sali Kongresowej Pałacu Kultury i Nauki. Ale nie był to pierwszy w Polsce kontakt na żywo z anglosaską kapelą. Dwa lata wcześniej odwiedzili nas The Animals. A ci zamieszali w kotle nie tylko polskich odbiorców nowej muzyki, ale także ich twórców. Razem z Anglikami jeździli po naszym kraju 

Polanie.

Pal diabli występy, ale to, co nie mniej istotne, rozgrywało się po nich, wieczorami i nocami w pokojach hotelowych. Mimo problemów językowych panowie Puławski, Wander, Nebeski i bracia Bernolakowie spędzili z Burdonem, Price’em i ich kumplami mnóstwo czasu i do reszty zwariowali na punkcie rythm and bluesa.

Gdy dwa lata później, po powrocie z wielomiesięcznego pobytu w RFN i Danii, weszli do studia, by nagrać swoją pierwszą płytę, byli zawodowcami. Nawet jeśli nie sposób nie zauważyć, że świat zrobił kolejny krok naprzód, że „tam” pojawili się tacy giganci ostrego grania jak Cream czy Hendrix, muzyka Polan robi potężne wrażenie. 

Jedyny, jak się miało wkrótce okazać, longplay zawierał tylko siedem piosenek po polsku. Druga strona składała się z coverów: The Animals, Raya Charlesa, The Kinks czy Lovin’ Spoonful. Jeśli dorzucimy jeszcze małą płytkę, wydaną nieco później, zawiarającą trzy kolejne interpretacje, tym razem utworów Charlesa i The Artwoods (zespołu Arta Wooda, w którym zaczynał Jon Lord, późniejszy założyciel Deep Purple), to mamy wyraźnie określone muzyczne credo polskiego kwintetu.

Całkiem niedawno Andrzej Nebeski opowiadał, że zespół rozpadł się przez… kobiety. Cóż, nie pierwszy i nie ostatni to taki przypadek. Osobiście nie mogę tego odżałować – ci faceci grali tak, że do dziś z przyjemnością w każdej sekundzie każdej piosenki można posłuchać dowolnego instrumentu. A mocny wokal Piotra Puławskiego w niczym nie ustępował głosom frontmanów wielu kapel anglosaskich.

Od połowy lat 60. działał w Rzeszowie zespół

Blackout,

na czele którego stał Tadeusz Nalepa. Śpiewał w nim Stanisław Guzek, lepiej znany potem jako Stan Borys. W 1967 roku nagrana została jedyna duża płyta kapeli. Może najmniej znacząca z czterech tutaj wymienianych, ale sygnalizująca coś, co miało się wydarzyć, w zmienionym składzie i pod nową nazwą, kilkanaście miesięcy później. Gitara lidera już wtedy zwracała uwagę, a wielkim przebojem stała się Anna. Pamiętać należy także o prostest songu Te bomby lecą na nasz dom. Osobiście mam wyjątkową słabość do pocztówkowego wspomnienia z dzieciństwa, prostego wyznania artysty rockowego – piosenki Moje srebro to głos gitary.

W 1967 roku ukazała się także debiutancka płyta

Skaldów.

Tutaj mamy do czynienia z innymi inspiracjami – głównie chodzi o The Beatles i to wcale nie o te rokendrolowe numery. Jeśli uwzględnimy fakt, że czwórka z Liverpoolu, choć mająca już za sobą nagranie Revolvera (1966), sama też dopiero wchodziła w swój najlepszy, dojrzały okres twórczy, dzieło braci Zielińskich robi jeszcze większe wrażenie. Zespół równie mocno jak z Wysp Brytyjskich czerpał z folkloru. A co stanowiło kolejny potężny atut – stronę tekstową powierzył poetom, najlepszym, co widać z perspektywy czasu, autorom, którzy zechcieli pisać dla twórców rockowych: Leszkowi Aleksandrowi Moczulskiemu, Agnieszce Osieckiej i Wojciechowi Młynarskiemu.

I wreszcie album, którego tytułowa piosenka jak żadna inna wzbudziła ogólnonarodową dyskusję i międzypokoleniowy spór. Co to za sposób przekazu, jak można tak nie tyle śpiewać, a drzeć się na całe gardło?

Czesław Niemen

nie był już debiutantem, ale Dziwny jest ten świat stanowił pierwszą w całości propozycję jego i jego zespołu, Akwareli. Propozycję bardzo dojrzałą. Tu inspiracje sięgały za ocean, do muzyki czarnych, przede wszystkim Otisa Reddinga oraz Raya Charlesa. Krążek, jako pierwszy w historii polskiej fonografii, otrzymał status „Złotej Płyty”.

Bigbit, ugrzeczniony jak jego nazwa (wymyślona przez Franciszka Walickiego), strawna – w odróżnieniu od imperialistycznego rock and rolla – dla ówczesnych czynników, powoli odchodził w przeszłość. Rola Niebiesko- i Czerwono-Czarnych z Adą Rusowicz, Wojciechem Kordą, Katarzyną Sobczyk czy Karin Stanek nieuchronnie się marginalizowała. Coraz większa część młodzieży chciała już czegoś więcej niż tylko  nieskomplikowanej muzyki. Śmiała się z wielu banalnych piosenek Czerwonych Gitar, cepeliady No To Co czy kiczowatości Trubadurów. Nic dziwnego. Za chwilę do drzwi studiów nagraniowych nad Wisłą mieli zapukać Breakout i Klan. Oraz Marek Grechuta, którego utwory były może nie rockową, ale z pewnością kolejną propozycją dla wymagającego odbiorcy.

[W NaTemat: 11 listopada 2013]

Wszystko mi mówi, że wciąż kocham starych Skaldów

Jest taka grupa, której cztery pierwsze płyty stanowią kanon. Chodzi oczywiście o Led Zeppelin i hard rocka. A w moim domu, dawno, dawno temu, podobny ślad zostawili dwaj polscy wykonawcy: Czesław Niemen i Skaldowie. I on, i oni nagrali znacznie więcej, ale – w obu przypadkach – te pierwsze cztery albumy ukształtowały w sporej mierze kręgosłupy muzyczne moich braci i mój.

[more]

Kochałem je miłością cielęcą, kilkuletniego dzieciaka, kocham te piosenki i dziś. Z jednej strony zakichana to przewaga, że tyle widzę, patrząc wstecz, wciąż bardziej przerażony, że aż tyle i ciągle więcej. A z drugiej – sporo świeżych, dziecięcych i młodzieńczych fascynacji przerodziło się w dojrzałe uczucie. Bardzo przyjemne, bo perspektywa się wydłuża, kontekstów przybywa, a pewne stare płyty smakują jak wina z dobrych roczników.

Skaldowie uosabiają to, co

najszlachetniejsze w polskiej muzyce rozrywkowej,

i to nie tylko przełomu 60. i 70. lat, ale pojmowanej szerzej. Teksty pisali dla nich nawet nie tyle dobrzy tekściarze, co po prostu poeci: Leszek Aleksander Moczulski, Agnieszka Osiecka czy Wojciech Młynarski. To wartość trudna do przebicia przez jakiegokolwiek innego wykonawcę. To jest po prostu literatura.

Gdy myślę o warstwie muzycznej – drugi raz gnę się w pół pełen uznania. Wykształcenie muzyczne braci Zielińskich od początku przekładało się na dużą, coraz większą kulturę muzyczną. Krakowowi szczególnie blisko jest do Tatr, więc tej góralszczyzny nie brakowało w ich kompozycjach. Ale było to wyważone, nieepatujące folklorem i jego rytmami, a umiejętnie wplecione w całość.

Jeśli natomiast szukać anglosaskich tropów, to nasuwają mi się dwa. Przede wszystkim The Beatles. Bezczelna świadomość i pewność, że w piosence można zawrzeć znacznie więcej, niż wydawało się dotąd. Że to, choć forma zaledwie trzy-czterominutowa, mogą być kunsztowne skonstruowane dzieła, pięknie oszlifowane diamenty. No i – chórki oraz obfite korzystanie ze smyków.

Drugi – to Jethro Tull, pochylenie nad klasyką, bogactwo aranżacji, włożenie do jednego utworu tego, co słabsi rozłożyliby na dwie, trzy piosenki.

Wreszcie – nie wolno nie wspomnieć o backing vocals – nikt nie robił tego z takim bezpretensjonalnym i dziewczęcym wdziękiem, jak Alibabki. Trudno więc się dziwić, że na rewersie okładki drugiej płyty znalazł się tekst także i o nich (były to takie czasy, w których wydawca sądził, iż wypuszczenie na rynek krążka w okładce bez artykułu o wykonawcy będzie edytorskim niedopatrzeniem).

Skaldowie, z dłuższą przerwą, funkcjonują do dzisiaj, wciąż jeszcze realizują nowe nagrania, ale recepcja przeciętnego słuchacza urywa się gdzieś na latach siedemdziesiątych. Nieszczęsne pomylenie pierwszego z przywołanych wyżej poetów z liderem podziemnej Konfederacji Polski Niepodległej, które sprawiło, że zespół zniknął z mediów, zbiegło się w czasie z wyraźną obniżką formy artystycznej. Zespół wciąż bardziej i bardziej oddalał się od poziomu prezentowanego w pierwszych latach działalności.

Skaldowie powstali w 1965 roku, dwa lata później ukazał się ich

debiutancki album

(z piosenkami Uciekaj, uciekaj, Nocne tramwaje, Zabrońcie kwitnąć kwiatom). Wygrywali wtedy przeróżne przeglądy, plebiscyty, przebijając w nich nawet Czerwone Gitary, grające przecież znacznie prostszą muzykę. Propozycje krakowian były sporym wyzwaniem dla ówczesnej młodzieży.

Jak wielki dokonał się postęp, widać po materiale składającym się na drugą płytę Wszystko mi mówi, że mnie ktoś pokochał (1968). Na szybko kilka tytułów: Nie całuj mnie pierwsza, Będzie kolęda, Sady w obłokach, Dwudzieste szóste marzenie. W Śpiewam, bo muszę mamy co prawda deklarację literacką, pióra Agnieszki Osieckiej, ale pewnie nieźle obrazującą status materialny ówczesnych artystów: „Za dwa pomidory, za pół kilo gruszek – śpiewam, bo muszę”. Odkuć się nieco pozwoliły dopiero znaczone sukcesami wojaże po Związku Radzieckim, Węgrzech i NRD.

Ledwie co polskim nastolatkom dane było zachłysnąć się gitarami podłączonymi do wzmacniaczy, a już pojawili się ci, którzy, wzorem najzdolniejszych wykonawców zachodnich, zaczęli tę konwencję rozsadzać. Andrzej Zieliński, kompozytor i aranżer większości utworów, nie obawiał się niczego. Cytaty na pograniczu plagiatu – Zapomniany młyn czerpiący ze Still I’m Sad The Yardbirds – zdarzają się w dorobku grupy niezmiernie rzadko.

U Skaldów

nie ma ostrych gitar,

jest sięganie do tradycji piosenki z czasów przedrokendrolowych, odważne stosowanie orkiestry. Kolejne utwory olśniewają urodą, pięknymi i jednocześnie niebanalnymi melodiami i – o czym już wspomniałem – świetnymi tekstami. Wygrywali plebiscyty na najlepszą grupę bigbitową miesiąca czy roku, a wciąż wymykali się rockowi (w wąskim rozumieniu tego zjawiska). Jak w ich piosence z trzeciej płyty, Króliczku – nie chodziło o to, by znaleźć formułę, ale by jej ciągle szukać. I to zespołowi w pierwszych latach, na pierwszych płytach znakomicie się udawało.

Trzeci album Cała jesteś w skowronkach (1969) to szczytowe osiągnięcie grupy. Patrzę na tytuły – perła za perłą, jedenaście znakomitych piosenek. Tytułowa, Prześliczna wiolonczelistka, Medytacje wiejskiego listonosza, Wieczór na dworcu w Kansas City. 20 sierpnia 1968 roku autobus, którym jechał zespół, uczestniczył w poważnym wypadku. Andrzej Zieliński tak wspominał swoje szpitalne myśli: „Że trzeba walczyć do ostatniej szansy, do ostatniego tchu. Że jeszcze w życiu wszystkiego nie powiedziałem. Że życie jest piękne…”. Również z takich doświadczeń zrodziły się te znakomite kompozycje.

W 1970 roku wyszła czwarta płyta Od wschodu do zachodu słońca. Mocniejsza, rockowa. Z pobytu zespołu w USA lider przywiózł organy Hammonda – i to one zdominowały brzmienie. Najlepiej znany kawałek to Mateusz IV, dedykowany Niemenowi. Wtedy wydawało się, że materiał zawarty na tym krążku jest bardzo nowoczesny, nadążający za obowiązującymi trendami. Dziś widać, że zespół rzeczywiście bardziej zanurzył się w rocku, ale na kolejnych albumach z coraz słabszym artystycznie skutkiem.

Tu urywam tę i tak już długą opowieść. Historia zespołu toczyła się dalej, ale te cztery pierwsze płyty są najlepsze, kanoniczne. Nie zapominajmy o nich. I nie zapominajmy o Skaldach, bo to był w tamtym czasie  znakomity zespół. I jeśli wracamy do jego dokonań, to przede wszystkim właśnie tych z pierwszych płyt.

Po drugiej stronie bigbitu – Breakout, Na drugim brzegu tęczy, 1969

Blackout i potem Breakout – kolejne wspomnienie z dzieciństwa. Pocztówka z utworami Anna i Moje srebro to głos gitary, śpiewanymi jeszcze przez Stanisława Guzka, czyli Stana Borysa. A jakiś czas później w domu pojawia się w albumowej okładce Na drugim brzegu tęczy.

Kochałem tych polskich hipisów miłością kilkuletniego miłośnika muzyki. Ich kolorowe stroje, długie włosy i bardzo nowe wtedy w Polsce brzmienie. Moim szczególnym ulubieńcem był Michał Muzolf, basista, który nagrał z zespołem tylko tę jedną płytę, by potem stanąć na czele formacji Hard Road, którą nawet miałem okazję zobaczyć na żywo w Wiśle.

[more]

Oszaleliśmy wtedy na punkcie

Gdybyś kochał, hej.

Ilu zdawało sobie sprawę z tego, że jest to jeden wielki cytat (zostańmy przy tym terminie) z Hey Joe Hendriksa? Po Polanach, Skaldach i Niemenie był to kolejny wykonawca wyrastający ponad średnią krajową, intensywnie koncertujący nie tylko w Polsce, ale i Holandii, skąd członkowie zespołu poprzywozili sobie świetny na owe czasy sprzęt.

Głos Miry Kubasińskiej, nosowy i niezbyt duży, nie budził nigdy zachwytów, Nalepa wyczuwał od samego początku, że ten „instrument” niekoniecznie dobrze pasuje do całości. Dlatego kolejne płyty – w tym bardzo ważnego w dziejach polskiego rocka Bluesa – nagrał bez swojej ówczesnej żony. Ten debiut fonograficzny był jednak wyjątkowy. W składzie, zamiast planowanego pierwotnie drugiego gitarzysty, pojawił się Włodzimierz Nahorny, świetny muzyk jazzowy (kompozytor m.in. słynnego Jej portretu) i zagrał na saksofonie oraz flecie.

Płyta powaliła

ładunkiem energii i mocą gitar.

Józef Hajdasz niemiłosiernie okładał swoje bębny – o czym po latach mówił lider, że za gęsto i za głośno – ale nie on jeden wtedy tak grał. Jak posłuchać Gingera Bakera (Cream) czy Nebeskiego (Polanie), jest bardzo podobnie. I, przyznam, wcale mi to nie przeszkadza. Jeśli Polanie poruszali się w klimatach rhytmandbluesowych, Skaldowie bogatymi harmoniami przywodzili na myśl Beatlesów, to Nalepa z koleżeństwem wyraźnie wychwycił najnowsze trendy w zachodniej muzyce – początki hard rocka spod znaku Hendriksa i Led Zeppelin. Nahorny nie był pierwszy, bo saksofony albo flety, w rękach Wandera czy Polarka, pojawiały się już w rockowych składach, ale swoimi solówkami wyraźnie dodał smaku tej odkrywczej wtedy u nas muzyce.

Krążek stanowił

piękne zwieńczenie lat sześćdziesiątych.

I zbyt niepokorne zdaniem ówczesnych decydentów – muzyka była za głośna, włosy za długie, stroje za kolorowe. Wniosek? Breakout mają zniknąć z mediów, a już szczególnie z telewizji.

Longplay ten jest w dorobku grupy dziełem osobnym. Słychać bowiem na nim fascynacje wspomnianymi już czołowymi gitarami rockowymi, a  niedługo potem lider zespołu skłonił się ku klimatom Mayallowskim – kierując się w stronę czystego bluesa, czemu pozostał wierny do końca swej artystycznej drogi.

Choroby, okrutne i bezlitosne, przedwcześnie zabrały z tego świata zarówno Mirę Kubasińską, jak i Tadeusza Nalepę. Jednak ich dzieło znacznie lepiej znosiło i znosi próbę czasu niż polityczne i gospodarcze dokonania sekretarzy sprzed lat. I jest w tym, na szczęście, jakaś dziejowa sprawiedliwość.

Gorąco zachęcam do sięgnięcia po te nagrania. Dlatego, że należą one do najbardziej znaczących w pierwszych latach mocnego grania nad Wisłą. Dlatego, że przeprowadzają to granie przez rzekę dzielącą nieporadny jeszcze czasem bigbit od dojrzałego rocka. I wreszcie dlatego, że

Nalepa

jest jedynym konsekwentnym stylistycznie łącznikiem pomiędzy dawnymi i nowymi czasy w polskim gitarowym graniu. Przez kilka dekad należał do najważniejszych postaci na muzycznym rynku, a przez jego zespoły przewinęło się kilkudziesięciu znaczących instrumentalistów z Józefem Skrzekiem na czele. Poszłabym za tobąNa drugim brzegu tęczy albo Powiedzieliśmy już wszystko zasługują na naszą szczególną pamięć. Lecz przecież całej płyty słucha się z dużą przyjemnością.


O dojrzewaniu talentów

W trójkowej Historii pewnej płyty była dziś mowa o pierwszym LP Myslovitz. Na koniec padły znamienne słowa. Krążek sprzedał się w nakładzie dwunastu-trzynastu tysięcy egzemplarzy, co w przełożeniu na dzisiejsze warunki daje jakieś pięćset-siedemset sztuk. Poniesione nakłady nie zwróciły się. Obecnie oznaczałoby to koniec – żaden wydawca nie zaryzykowałby wydania drugiej, nie mówiąc o kolejnych, płyty.

[more]

Nie byłoby więc Miłości w czasach popkultury – jednego z najważniejszych albumów w historii polskiego rocka. Muzycy zawiesiliby instrumenty na kołkach i zajęli się pracą zawodową – w kopalni, szkole, na uczelni. Talenty zostałyby – najpewniej – bezpowrotnie zakopane. Ilu jest teraz takich wykonawców, którzy wiele lat czekają na swoją kolejną szansę, ilu takich, którzy zrezygnowali z czekania?

A przecież twórczość – to najczęściej dojrzewanie, rozwój, powolne dochodzenie, odkrywanie siebie, rozpoznawanie tego, co skrywają, banalnie rzecz ujmując, serce i głowa. Ilu artystów było od razu w pełni ukształtowanych, gotowych? Garstka zaledwie. Dziś książka, film, obraz, płyta – są takim samym towarem jak żywność, ciuch, telewizor, samochód. Mają przyciągać wzrok, rozbudzać chęć posiadania. Coś, co się nie sprzedaje dość dobrze, nie zwraca kosztów, nie przynosi zysków – niewarte jest ryzyka kolejnych nakładów. Okrutne.

Z twórczością i mecenatem (tak czy inaczej rozumianym) jest jak z łowieniem bursztynów albo poszukiwaniem złota. Trzeba strawić wiele czasu, poświęcić sporo sił, wydać nieraz dużo pieniędzy, by osiągnąć pożądany efekt. Czyli z masy produkcji, wielu rzeczy zbędnych, takich sobie, wyprodukowanych w studiu – wyłowić perły, ochronić je, dać spokój – czas i trochę pieniędzy – by mogły rosnąć, rozwijać się. I owocami swego talentu cieszyć wielu, bardzo wielu ludzi. W szczególnych przypadkach, talentów największych – przez długie lata.

Po Gomułce zostało tylko niezbyt dobre wspomnienie. Po Niemenie, Grechucie, Skaldach czy Nalepie – nie tylko Wspomnienie, ale mnóstwo znakomitej, nadal aktualnej muzyki. Która wciąż pyta zupełnie niepotrzebnie Czy mnie jeszcze pamiętasz?, bo kolejne pokolenia mają świadomość, że należy ją Ocalić od zapomnienia. Bo jest tego warta i, co najważniejsze, słuchana. A przecież z wymienionych tylko Grechuta objawił się od razu jako artysta gotowy.

29 kwietnia 2012

 

Moje From The Begining. Część pierwsza

Z niepokojem i niedowierzaniem, że to o mnie chodzi, patrzę w kalendarz. Pięćdziesięciu gramów wódki, ani pierwszych, ani – tym bardziej – kolejnych nie wychylę za swoje półwieczne zdrowie. Może po prostu wysączę szlachetnie oszronioną szklankę dobrego piwa. Z każdym łykiem zatrzymując się nad kolejną spośród najważniejszych piosenek w moim życiu.

[more]

Skąd się wziąłem – muzycznie?
Ab ovo – od jajka. Łacińskie, dumne, pretensjonalne. No i – nierokendrolowe.  Od początku – ? Ciepło. From The Begining. Tak! Jestem w domu, w dodatku to tytuł przepięknego numeru Grega Lake’a…
Nieoczywista lista osobista. Bo niekoniecznie chodzi w niej o kamienie milowe w historii rocka. To raczej kawałki poznane kiedyś tam, u zarania, we wczesnym dzieciństwie, czasem – odkryte na własny użytek w wieku czternastu – szesnastu lat. Pochodzące z nielicznych płyt, które moi starsi bracia, Grzegorz i Andrzej, za uciułane pieniądze zdołali kupić. Albo równie nielicznych taśm magnetofonowych, zwykle zawierających nagrania z programów Piotra Kaczkowskiego – Minimaksu i Muzycznej poczty UKF.
Może właśnie dlatego, że było tego w sumie niewiele, a jakościowo – sądzę nieskromnie – najczęściej rzeczy znakomitych i bardzo dobrych – tak zapadło w pamięć. Cóż, to efekt niezapisanej tablicy, jaką jest głowa bardzo młodego człowieka, wielkiej chłonności i otwartości na wszelkie doznania, muzyczne w szczególności. Jakąż radość sprawia docieranie do tych nagrań po latach, już w wersji CD. Mimo wszystko – dożyliśmy pięknych czasów, w których realizują się takie na przykład niedościgłe przed laty marzenia, jak posiadanie tamtych płyt  w swojej kolekcji.

1. Tę listę nieoczywistą zaczynam jednak od piosenki oczywistej do bólu. Cóż jednak poradzę na to, że we trzech – bracia i ja – doświadczyliśmy wielkości numeru Dziwny jest ten świat tak bardzo na własnej skórze i na własnych uszach. 1968 rok, styczeń, miałem pięć i pół roku. Zawsze wyczekiwana na urodziny mojej mamy wizyta kuzynki z mężem (tak to jest w przypadku najmłodszego syna najmłodszej wśród rodzeństwa mamy). I, oprócz prezentu dla jubilatki, upominek w postaci pierwszej płyty Niemena i Akwareli. Nie zapomnę błysku w oczach braci, tej nabożnej czci, z jaką brali krążek do rąk.
Cóż, pewnie i bez tego impulsu ich zainteresowania  skręciłyby w stronę rock’n’rolla. Ale to był katalizator, to była wspaniała inicjacja muzyczna. Od tamtej niedzieli nic już nie było takie jak dotąd. 

2. Nie pamiętam natomiast, w jakich dokładnie okolicznościach pojawiła się w domu płyta Polan. Jako jedna z dwóch, obok Krzysztof Sadowski And His Hammond Organ, ostała się z tego pierwszego zbioru. Była ze mną zawsze. W latach 80., gdy ukazywały się reedycje w serii Z archiwum polskiego beatu, kupiłem ją oczywiście także. I wtedy, już dwudziestoparoletnim uchem, nieźle otrzaskanym, doceniłem ją w pełni. A przed paru laty nabyłem wersję CD. Świetną, bo uzupełnioną o trzy  nagrania z małej płyty oraz parę radiowych juweniliów.
Polanie to pierwsza łojąca aż miło kapela z Polski. Na LP tylko siedem nagrań autorskich, reszta to covery rythmandbluesowych numerów anglosaskich. Ale jaki warsztat wykonawczy! Szkoda, że żywot grupy był tak krótki. Wybieram Nieprawda, nie wierzę.

 3. „Pocztówkowy szał”. Bracia mieli ich zaledwie kilkanaście. Grzegorz, z wrodzonym sobie poczuciem estetyki oraz dbałością o przedmioty, do każdej dorobił papierową kopertę z opisem i – czasem – zdjęciem wykonawcy wyciętym z gazety. A o te zdjęcia wówczas było bardzo trudno.
Nie rozumiałem, jak moi muzyczni nauczyciele mogli się pozbyć pocztówki Czerwonych Gitar śpiewających „Nikt na świecie nie wie, że się kocham w Ewie” i wymienić ją na Nalepowy Blackout. Ale AnnaMoje srebro to głos gitary, utwory śpiewane przez Stanisława Guzka, lepiej znanego jako Stan Borys, szybko znalazły drogę do mojego serca. Decyduję się na drugi utwór, mniej znany, z dobrym gitarowym riffem i ciekawą linią basu.

4. Skaldowie. Ich i Niemena cztery pierwsze płyty to polska klasyka. Wszystkie były w naszym domu. Rozmach aranżacyjny piosenek Skaldów z tego okresu przywodzi na myśl dokonania Beatlesów albo Jethro Tull. Ponieważ jako pierwsza znalazła się u nas druga ich płyta – wybieram z niej Śpiewam, bo muszę. „Za dwa pomidory, za pół kilo gruszek”. Artyści w Polsce nigdy nie mieli lekko.