SBB – trzech panów w łódce czasu

sbb_1

Ze wszystkich obejrzanych koncertów SBB – ten zrobił na mnie wrażenie największe. Do wielu wcześniej odnotowywanych atutów – doszła ta wyjątkowa chemia trzech panów – oryginalnych członków grupy. Ileż radości sprawia im wspólne granie!

[more]

*
Czy jestem w stanie o SBB – ukochanej grupie mojej młodości, grupie z lat, gdy z okresu inicjacji muzycznej wchodziłem w bardziej świadome słuchanie muzyki –  powiedzieć coś, czego dotąd nie powiedziałem?

Tak się sprawy potoczyły, że wtedy, do roku 1980 i rozpadu zespołu, nie dane mi było zobaczyć go w akcji. I przez długie lata wydawało mi się, że tak już zostanie, że będzie to jedno z tych marzeń, które nigdy już się nie spełnią.

Gdy Józef Skrzek postanowił reaktywować kapelę, z pozostałych dwóch członków zespołu blisko był tylko Apostolis Anthimos. Przez wiele lat grali z wieloma świetnymi perkusistami: Mirosławem Muzykantem, Paulem Wertico, Ireneuszem Głykiem, Gaborem Nemethem czy Frankiem Parkerem. A jednak powrót za bębny Jerzego Piotrowskiego zelektryzował wszystkich fanów, wszyscy poczuli, że to dopiero będzie prawdziwy,

stuprocentowy powrót tria.

Gęba śmiała mi się wczoraj cały czas, bo też bytomski koncert od pierwszej do ostatniej minuty był wielką ucztą. Trzej panowie: Skrzek – kosmita, jak trafnie określił Pana Józefa Piotr Metz, Piotrowski – okładający bębny z pasją Zwierzaka z Muppet Show i koordynator tej międzyplanetarnej ekspedycji – Lakis. Ostatni z wymienionych przypomina Robby’ego Kriegera, gitarzystę The Doors. Anthimos tak jak tamten, sprawiał wrażenie jedynego „przytomnego”, zerkającego, co robią w danej chwili jego rozpędzeni koledzy.

Radość patrzeć, radość słuchać. Przyznam, że od dawna zastanawiam się nad kwestią: dlaczego tak niewielu urodzonych w latach 60. zapoznało się czterdzieści lat temu z muzyką SBB. Wielu moich znajomych słabo lub wcale kojarzy nagrania tria, młodsi podobnie. Jak to możliwe – wtedy, gdy w ogólnym, także muzycznym marazmie mieliśmy ledwie paru naprawdę znaczących wykonawców? Boom rockowy w Polsce lat 80. brutalnie obszedł się z przeszłością, na długo odkładając do lamusa Niemena czy SBB właśnie. Wiele dobrego, by przywrócić nie tylko pamięć o zespole, ale i uświadomić słuchaczom, że działa on nadal i ma się znakomicie, uczynił wspomniany już Piotr Metz. Sala Bytomskiego Centrum Kultury, obliczona na około pięćset miejsc, była wczoraj pełna, jednakże stawili się nie tylko podtatusiali fani kapeli z dawnych czasów, lecz także młodzi miłośnicy tej muzyki.

Pierwsze kilkanaście minut występu przypomniało o

jazzrockowych inklinacjach

formacji, o tym, jak wielkie znaczenie na początku ich drogi miała wspólna trasa po Europie z Mahavishnu Orchestra. Muzyczna formuła grupy sięga od bluesa i rokendrola, poprzez rock progresywny, aż po jazz właśnie.  I bez znaczenia tutaj jest fakt, czy Skrzek obsługuje w danej chwili klawisze, czy gitarę basową.

Zespół go dyscyplinuje, muzyczne ramy, choć niezwykle pojemne, nie są nieograniczone. A mam do tego nieodparte wrażenie, że w paru  przypadkach jesteśmy bliżej pierwotnych wersji utworów niż jeszcze trzy-dwa lata temu, co jest dla mnie wielkim atutem. Doczekałem się wreszcie takiego wykonania Walking Around The Stormy Bay, na jakie czekałem. To arcydzielne – nie mam wątpliwości – nagranie zabrzmiało wczoraj fantastycznie. Z potężną gitarą Lakisa w pierwszej i trzeciej części, ze starannie odegraną, gęstą partią instrumentów klawiszowych w środkowej. Palce same składały się do oklasków. Szalone Wizje i Odlot[, czyli utwory z pierwszego albumu, od lat są stałymi pozycjami w repertuarze koncertowym zespołu – i dobrze, bo miejsce w nich na zaprezentowanie swojego kunsztu mają wszyscy trzej panowie. Kolejny raz ucieszyło mnie potężne, funkujące Rainbow Man. Pięknie zabrzmiało też Memento z banalnym tryptykiem, wciąż skrócone, ale teraz z pełniejszym, wręcz monumentalnym, organowym wstępem, przypominającym nieco Three Fates Emerson, Lake & Palmer. Ze starych rzeczy mieliśmy jeszcze Na pierwszy ogień i – jako pierwszy bis – Z których krwi krew moja.


Znakomita dyspozycja

całej trójki: Skrzek ciągle mocny wokalnie, czego dał dowód zwłaszcza we wspomnianym bisie, zagrał wspaniale linie basu i, co ciekawe, zarówno na gitarze, jak i – zwłaszcza na początku – na klawiszach. Piotrowski odwalił szychtę na przodku, okładał bębny jak za dawnych lat, wciąż gra gęsto, w stylu Gingera Bakera czy swojego mistrza Billy’ego Cobhama. Do tego partia solowa oraz dwa duety perkusyjne z Anthimosem – lekcje obowiązkowe nie tylko dla początkujących perkusistów. W Lakisa grze na gitarze zakochany jestem nie od wczoraj, jego jazzowa lekkość i nieoczywistość dobywania kolejnych dźwięków, porywające, mimo iż niepędzące jak u niektórych innych gitarzystów solówki – to poziom niedostępny dla chyba wszystkich fachmanów nad Wisłą, a i w świecie takich niewielu. Może ktoś powinien namówić Johna Scofielda, by zagrali razem, przynajmniej parę koncertów w Polsce?

No i jeszcze, last but not least, miejsce wczorajszego koncertu, Bytomskie Centrum Kultury. To, które zawsze już będzie takim „powrotem do macierzy”, sceną, gdzie w przeszłości działy się w wykonaniu SBB rzeczy wielkie. Muszę powiedzieć, że ze wszystkich obejrzanych koncertów grupy – ten zrobił na mnie wrażenie największe. Do wielu wcześniej odnotowywanych atutów – doszła ta wyjątkowa chemia trzech panów. Ileż radości sprawia im wspólne granie! „Odmłodnieliśmy wszyscy o dobre dziesięć lat” – powiedział uśmiechnięty lider do wiwatującej publiczności. Oj, zdecydowanie tak.

(SBB, Bytom, Bytomskie Centrum Kultury, 8 kwietnia 2016)

[W NaTemat: 9 kwietnia 2016]

Józefa Skrzeka kęsy najlepsze

150_lat_katowic

Zawartość Skrzeka w Skrzeku wynosi sto procent. Jako wielki fan SBB wciąż wołać będę o większą zawartość SBB w Skrzeku.

[more]

*

Dwie godziny i czterdzieści pięć minut trwał koncert Józefa Skrzeka zatytułowany „Puls Ziemi”. Scena zaprojektowania przez Tomasza Koniora ze scenografią Matyldy Sałajewskiej stanęła w sercu Katowic, pomiędzy rynkiem, Teatrem Śląskim i Skarbkiem. Wymyślona została w ten sposób, by słuchacze mogli stanąć pod nią z każdej z czterech stron i w ten sposób uczestniczyć w koncercie.

Wśród wykonawców pojawili się

przyjaciele

artysty: Misza Ogorodow, Paul Lawler, Natalia Sikora, córka Elżbieta Skrzek, ojciec chrzestny muzyki elektronicznej Manuel Göttschnig (m.in. Ash Ra Tempel), Mirosław Muzykant i SBB, czyli – poza liderem – Apostolis Anthimos i Jerzy Piotrowski. I to dla tej trzyosobowej formacji wybrałem się we wtorkowy, chłodny wieczór na ten występ, będący jeszcze jednym elementem obchodów stupięćdziesięciolecia Katowic.

I nie żałuję, zdecydowanie nie. Oryginalny znów od pewnego czasu skład tria to był wielki magnes prowokujący do wyjścia z domu. Drugim jest niegasnąca ochota, by posłuchać gry Lakisa, trzecim i wcale nie najmniej istotnym zaś fakt, iż – upierałem się przy tym zawsze i upierać będę nadal – nieokiełznanym wyobraźniom takich osobowości jak Pan Józef dobrze robi wejście w określone ramy – w tym przypadku jednej z najważniejszych grup w historii polskiego rocka. I, co istotne, wciąż jednej z najlepiej brzmiących. Ale cóż tu się dziwić, skoro mowa o trzech wybitnych instrumentalistach?

Utworów zagrali raptem kilka, bo 

set SBB

nie miał wymiaru pełnego koncertu, a ich numery, o czym doskonale wiedzą miłośnicy zespołu, do najkrótszych nie należą. Buty i tym razem wbiły mi się głęboko w chodnik przy Rainbow Man. Już przy okazji wcześniejszych koncertów zachwycałem się funkującym, potężnym i porywającym wykonaniem tej pieśni, z liderem znakomicie dysponowanym wokalnie i grającym na basie.

To, co wyczynia na sześciu strunach Lakis, jest czymś zdecydowanie więcej niż mistrzostwem Polski. Zastanawiałem się, w czym tkwi jego fenomen, co stanowi o najwyższym kunszcie. Oczywiście, niewiarygodna technika, rockowe środki wyrazu przy jazzowym momentami podejściu do instrumentu. U Anthimosa nie ma ani skłonności do powłóczystych, lirycznych i wyciskających łzy dźwięków w stylu Davida Gilmoura, ani kaskad szybkobiegaczy, najbliżej mu z pewnością do potężnych, bluesowych solówek w stylu wczesnego Claptona czy Hendriksa, z tej tradycji przecież wyrósł. Jego gra sytuuje się gdzieś pomiędzy tym wszystkim, wiek muzyka powoduje też pewnie, że nie odczuwa on już potrzeby bezustannego wpadania w euforyczny trans przy błyskawicznym przebieraniu palcami – i tymi środkami wywoływania poklasku u słuchaczy.

Lakis

jest krok dalej. I dziś, po wielu latach trawienia wszelakiego rockowego grania, uświadamiam sobie, że umieściłbym go w szpicy zestawienia ukochanych gitarzystów. Kiedyś „dopominałem się” o mój absolutny Number One w twórczości grupy – Walking Around The Stormy Bay – w wersji nie na dwie perkusje i klawisze, lecz z gitarą. Dostałem to wreszcie. Teraz dodam, że przydałby się jeszcze bas. Nie wiem, czy zamiast klawiszy (to ryzykowne w tym kawałku), ale kto wie – może? Doskonała kompozycja w wersji płytowej na żywo ustępuje nieco pola nokautującemu Rainbow Man.

Memento z banalnym tryptykiem, pięknie rozwijające się aż do porywającej solówki gitary w końcowym fragmencie, to także mocny punkt programu. Dane nam było także usłyszeć nowy utwór Odwieczni wojownicy, obecny niedawno na Trójkowej liście przebojów i zapowiadający nową płytę, a tuż przed finałem całego koncertu – popis na trzy zestawy perkusyjne: Piotrowskiego (ach, jak miło jest zobaczyć go w macierzystej formacji!), Lakisa i Muzykanta.

Zawartość Skrzeka w Skrzeku

wynosi sto procent. Jako wielki fan SBB wciąż wołać będę o większą zawartość SBB w Skrzeku. Bo to są, parafrazując słowa pochodzące z drugiej płyty zespołu, Mistrza Józefa kęsy najlepsze.

[W NaTemat: 1 października 2015]

Sławomir Piwowar 1953-2015

piwowar

17 marca 2015 roku zmarł Sławomir Piwowar, świetny gitarzysta i klawiszowiec, współpracownik m.in. Czesława Niemena, SBB, Grzegorza Ciechowskiego, Kasi Kowalskiej i Urszuli.

[more]

*

W póltora miesiąca po Janie Skrzeku zmarł Sławomir Piwowar. Obaj pojawili się na krążku Memento z banalnym tryptykiem SBB nagranym w 1980 roku, a wydanym dwanaście miesięcy później, już po rozpadzie formacji. Piwowar był wtedy pełnoprawnym członkiem zespołu, jego fotografia pojawiła się na okładce płyty tak samo jak Józefa Skrzeka, Apostolisa Anthimosa i Jerzego Piotrowskiego. Jego autorstwa był drugi utwór na krążku – Trójkąt radości.

Piwowar był już wtedy znanym i uznanym muzykiem, przede wszystkim gitarzystą, ale i klawiszowcem. Po raz pierwszy jego nazwisko znalazło się w opisie albumu jazzowej grupy Paradox, Drifting Feather, w 1971 roku. Później wziął m. in. udział w nagraniach płytowych Marianny Wróblewskiej, współpracował z zespołem Piotra Figla. 

Pełną nobilitację przyniosło mu członkostwo w zespole Aerolit. Czesław Niemen po rozwiązaniu grupy Niemen (czyli SBB plus Helmut Nadolski i czasem Andrzej Przybielski) utworzył nowy – ostatni jak się miało okazać – skład towarzyszący: z Andrzejem Nowakiem na klawiszach, zmarłym przedwcześnie w 1975 roku Piotrem Dziemskim na bębnach, Jackiem Gazdą (od lat w Easy Rider) na basie i właśnie Piwowarem na gitarach. Album wydany został w 1975 roku. Trzy lata później drogi Niemena i Piwowara zeszły się powtórnie przy okazji powstawania dwupłytowego Idee Fixe.

Z końcem lat 70. nastąpił krótki okres współpracy Piwowara z SBB. Już po rozwiązaniu formacji, niejako z rozpędu, nazwiska Piotrowskiego i Piwowara widnieją wśród muzyków uczestniczących w nagraniu Józefiny, solowej płyty Skrzeka z 1981 roku, wydanej tak naprawdę dwa lata później. W reaktywowanym SBB pojawiał się okazjonalnie jeszcze dwukrotnie, w 2006 i 2014 roku.

Po dłuższej przerwie Sławomir Piwowar znalazł się w zespole Obywatela G.C., w składzie, który dokonał rejestracji muzyki do filmu Stan strachu (1989). Cóż za smutny zbieg okoliczności: razem ze Stanisławem Zybowskim, bardzo dobrym gitarzystą, prywatnie mężem Urszuli, także – jak SP – urodzonym w 1953 roku, także – jak Ciechowski – zmarłym w 2001 roku.

Nie jest więc zaskoczeniem, że w 1992 roku ma swój udział w nagraniu albumu Urszuli & Jumbo. Nigdy nie byłem fanem tej piosenkarki, ale fakty w przypadku tego krążka są takie: lwią część muzyki napisał Zybowski, tekstów – Bogdan Olewicz (tekściarz Perfectu), w chórkach podśpiewują Kayah i Stanisław Sojka, na basie grają Bodek Kowalewski (Maanam) i Paweł Mąciwoda (w przyszłości Scorpions). Piwowar w zespole Urszuli zakotwiczył na dłużej, słychać go na wielu jej płytach, aż po Eony snu w 2013.

Po drodze jest jeszcze jeden istotny element jego muzycznej drogi: obsługa klawiszy na pierwszej płycie Kasi Kowalskiej – Gemini – w 1994 roku. Dziś, z perspektywy późniejszych dokonań tej piosenkarki, trudno sobie uzmysłowić albo przypomnieć, jak ważny to był debiut, jak ważny (obok Bartosiewicz i Nosowskiej) nowy damski głos w polskiej muzyce. Piwowar pojawia się także na drugiej płycie Kowalskiej: Koncert inaczej (1995). I wreszcie, by dopełnić listy, klawisze Piwowara słychać na krążku Ogrody (1995) Iry. Wspomagał ponadto Ewelinę Flintę i wskrzeszony na krótko Bemibek.

*

Kasia Kowalska napisała na swoim profilu na FB: „Dziś odszedł wspaniały człowiek, wybitny muzyk Sławek Piwowar. Sławku, będziemy nosić pamięć o Tobie w naszych sercach”. A koledzy z SBB pożegnali muzyka słowami: „Dobranoc, Jaśko. Sławomir Piwowar 1953-2015”.

[W NaTemat: 21 marca 2015]

Zmarł Jan „Kyks” Skrzek

kyks

Żeby tu, nad Wisłą – a ściślej: nad Rawą – być bluesmanem na wzór i podobieństwo czarnych Amerykanów, w odwiecznej opozycji natura – kultura cudownie uosabiać tę pierwszą – to zaiste wyjątkowe.

[more]

*

„Jo je najszczynśliwszy, jak moga zajechać do dom, do Michałkowic, i sie po ślunsku pogodać” – tak wiele lat temu, zaraz po rozpadzie SBB, powiedział Józef Skrzek, Józa, starszy brat Jasia.

Który nie miał tych problemów – był Ślązakiem z krwi i kości, naturszczykiem do bólu i łez radości. Takich jak on nie było i nie jest wielu. Żeby tu, nad Wisłą – a ściślej: nad Rawą – być bluesmanem na wzór i podobieństwo czarnych Amerykanów, w odwiecznej opozycji natura – kultura cudownie uosabiać tę pierwszą – to zaiste wyjątkowe. Józef, kształcony w muzycznych szkołach, zrobił karierę wykraczającą poza granice Polski. Obdarzony bez porównania większym, wspanialszym głosem Jan pozostał przez całe życie synem swej ziemi.

Wielokrotnie, zwłaszcza – przyznaję – przed laty, miałem go okazję słuchać na żywo: a to na Rawach Blues, a to na różnych spędach, jakich pełno było w latach 80., na wspólnych występach z bratem Józefem, a także gościnnie występującego przed Dżemem albo razem z tyskim bandem. Ujmujące w swej prostocie i bezpośredniości były jego piosenki i cały przekaz. Nie mogły ujść uwadze niepospolite umiejętności jako pianisty i harmonijkarza. Scena ukazywała inne jego oblicze – świetnego muzyka.

*

Jan Skrzek urodził się w 1953 roku w Siemianowicach Śląskich. Przygodę z muzyką rozpoczął jako dwudziestolatek, w jazzrockowym zespole Rak. Po raz pierwszy na okładce płyty jego nazwisko pojawiło się w 1981 roku – wziął udział w nagraniu ostatniej przed rozwiązaniem płyty SBB, Memento z banalnym tryptykiem. Później także uczestniczył w sesjach nagraniowych Józefa Skrzeka – albumów Wojna światów i Józefina.  W tym samym czasie – w 1983 roku – zagrał na płycie Elżbiety Mielczarek – Blues.

Jego pierwsza solowa płyta, Górnik Blues, ukazała się w 1986 roku, a dwa lata później drugi album, Nikt nie zawróci kijem Wisły. Kyksówka Blues (1989) i Nowy Świat Blues (1992) zostały nagrane z zespołem Bezdomne Psy (Leszek Winder, Jerzy Kawalec – obaj ex-Krzak – i Michał Giercuszkiewicz – ex-Dżem). Ich kolejna wspólna płyta (oraz jeszcze Rafała Rękosiewicza i Bronisława Dużego), Modlitwa bluesmana w pociągu, poświęcona Ryszardowi Riedlowi, uznana została bluesowym albumem roku 1997.

Po śmierci „Kawy” w 2003 roku Bezdomne Psy przekształciły się w Śląską Grupę Bluesową w składzie: Winder, Giercuszkiewicz, Mirosław Rzepa i Jan Skrzek. Kapela wydawała płyty i stale koncertowała. To właśnie koledzy z zespołu znaleźli nieprzytomnego Skrzeka w jego mieszkaniu.

Kyks  zagrał – na płytach, festiwalach czy pojedynczych koncertach – z całą armią muzyków bluesowych w Polsce. Ostatnie takie nagrania to znakomity – byłem, widziałem – koncert Pamięci Pawła Bergera Dżemu (wyd. 2007) oraz Piąta strona świata (2011) śląskiego rapera Miuosha.

Jan Skrzek zmarł 29 stycznia 2015 roku w Katowicach.

*

Pozostał ślunskim chopem, którego nie raz widywałem, jak szedł gdzieś z epą lub dwiema epami (reklamówkami) w rękach – niepozornym człowiekiem, robotnikiem, górnikiem, jakich wielu w tym miejscu na mapie. Na co dzień – zbyt prostolinijnego, naiwnego człowieka, by zabiegać o zaszczyty, sławę, o lepszy czy większy kawałek tortu od życia.

Kyks już umarł przed laty. W „Śmierci jak kromka chleba” Kazimierza Kutza, filmie o tragedii pierwszych dni stanu wojennego i wydarzeniach w kopalni „Wujek” zagrał jednego z zabitych górników. Teraz śmierć naprawdę przyszła po niego.

[W NaTemat: 29 stycznia 2015]

Muzyka elektroniczna – czyli formuła przepastnie otwarta

skrzek_podroz

Tego tekstu miało nie być. Czasem, przez wielki szacunek dla drugiego człowieka, zwłaszcza takiego ze sporymi osiągnięciami, przechodzi się do porządku nad jego słabościami. Miało nie być, bo byłem pełen obaw przed koncertem, a pisanie ze z góry założoną tezą nie jest uczciwe. Ponadto nie powinno się pisać o czymś, czego nie widziało się do końca. A jednak jest powód, który nie pozwala mi milczeć.

[more]

W czwartek w katowickim Rialcie, przy okazji Europejskiego Kongresu Gospodarczego, zagrał 

Józef Skrzek.

By wpisać się w międzynarodowy charakter całości, zaprosił do wspólnego występu także Rosjanina Miszę Ogorodowa i Brytyjczyka Paula Lawlera.

Pisałem już o tym kiedyś – o liderach wspaniałych zespołów, którzy podejmując karierę solową, zatracili umiar. Chodzi o nazwiska największe: Czesława Niemena i Józefa Skrzeka. Tego pierwszego i jego działalność po rozwiązaniu Aerolitu pozostawmy już w spokoju. I tak to drobiazg przy tym, do czego zdolny jest największy jego uczeń.

Gdy w listopadzie 1980 roku Piotr Kaczkowski przekazał informację o rozpadzie SBB, miałem – będąc już osiemnastolatkiem – łzy w oczach. Bo stało się to w szczytowym okresie działalności – zespół w realizacjach studyjnych wreszcie brzmiał rewelacyjnie, nagrywał swoje najlepsze płyty.

Józef Skrzek z marszu rozpoczął solową karierę. Jeszcze w tym samym momencie, w którym kapela nagrywała Memento z banalnym tryptykiem, realizował Ojca chrzestnego Dominika. W 1983 roku ukazała się Józefina, nagrywana w 1981, pierwsza po rozpadzie SBB solowa płyta artysty. Lżejsza, piosenkowa, nagrana z wieloma gośćmi, ale zwarta i rockowa. Z Haliną Frąckowiak zrealizował drugi wspólny krążek – Ogród Luizy. Potem była muzyka do filmu Wojna światów Piotra Szulkina, a następnie przez pewien czas Skrzek grał z Tomaszem Szukalskim. Efektem tej współpracy był album Ambitus Extended. Do tego momentu wszystko było w porządku.

Kolejną pozycją w dyskografii okazała się – uwaga – Podróż w krainę wyobraźni. Pretensjonalny tytuł – i zapis fragmentów solowych występów multiinstrumentalisty w chorzowskim Planetarium. Płyta słaba i zwyczajnie nudna.  W tym miejscu kończę wyliczankę, by wrócić do owej tezy, o której wspomniałem na wstępie. Nie spodziewałem się niczego szczególnego po czwartkowym koncercie, bo 

nie lubię muzyki elektronicznej,

el muzyki (termin wylansowany przez Jerzego Kordowicza, autora „Studia nagrań”, audycji przez wiele lat nadawanej w Trójce). Nie lubię tej muzycznej formuły otwartej, której otwartość kojarzy mi się przede wszystkim z odrzuceniem ram czasowych, a tym samym i dramaturgicznych utworów. Wszystko, a więc i dobre, piękne czasem pomysły, fragmenty – rozmywa się w czasie: ginie w rozciągnięciu do granic wytrzymałości każdej frazy, w jej wielokrotnym, do znużenia i znudzenia, powtarzaniu. 

Muzyka elektroniczna to całkowite zaprzeczenie gitarowego rocka z lat 50. i początku 60. – krótkich, niewiele ponad dwuminutowych form. Skondensowanych maksymalnie – wpierw z racji niedużych możliwości aranżacyjnych, instrumentalnych, a potem – gdy te już w wielu przypadkach były – dalej wielu wykonawców potrafiło utrzymać zbawienny rygor czasowy. Absolutnie sztandarowy dla mnie przypadek, gdy fenomenalna fraza pojawia się zaledwie jeden jedyny raz w piosence, to Badge Cream z tym olśniewającym wejściem Claptona.

W muzyce elektronicznej jest miejsce na wszystko. Najczęściej na to, by pomysły warte w przybliżeniu jakichś dziesięciu, góra piętnastu minut rozdąć do rozmiarów całej płyty analogowej, czyli około trzech kwadransów. O cierpliwości! Nie na moje nerwy takie granie. Bo to już przed laty przypominało – i tym bardziej dziś przypomina – granie a vista z włączonym nagrywaniem. Dobrze, jeśli potem się siada i wyciska z tego sok jak z pomarańczy. Ale jeśli ci mistrzowie elektronicznych klawiatur uparcie serwowali – i nadal serwują – muzykę graną w zwolnionym tempie – to nie dla mnie taka podróż.

I dotyczy to także Józefa Skrzeka. Którego cenię jak mało kogo na polskiej scenie – ale przede wszystkim za to, co zrobił i wciąż potrafi zrobić z SBB. Tyle razy składałem mu hołdy fana, że chyba w tym miejscu nie muszę tego powtarzać. 

*

Muzyka elektroniczna – formuła otwarta. Najczęściej – 

forma bezkształtna, magma 

jakaś. Otwartość kojarząca się raczej z bezdenną przepaścią, w którą wpadają pozbawieni instynktu samozachowawczego artyści. Nawet ci najwięksi. I to boli najbardziej.

Na Boga, Panie Józefie, wyszedł Pan na scenę z kolegami bodaj o 20.10. W paru momentach było pięknie, choć te w większości wzięte były z SBB – Freedom (znów mocny, wspaniały Pana głos) czy maleńki fragment Ze słowem biegnę do Ciebie. Tak jak nie zwykłem wychodzić z koncertów przed ich końcem, tak o 22.10 opuściliśmy z żoną salę. Wydawało się parę razy, że już kończycie, że dźwięki już wybrzmiewają, ale zaraz potem odradzały się, bynajmniej nie jak Feniks z popiołów. To nie jest takie proste: wytrwać, gdy następnego dnia trzeba wstać jak zwykle przed szóstą, a ze sceny wieje głównie nudą.

Skonsternowany dowiedziałem się właśnie – i to sprawiło, że chwyciłem za klawiaturę komputera – o której zakończył się ten występ. Na początku na widowni było około dwieście pięćdziesiąt  osób. Do końca wytrwało dwadzieścia. 

Panie Józefie, 

tak się nie godzi.

Koncert powinien mieć coś ze święta, z misterium. Być czymś wyjątkowym, wyrywającym ludzi na chwilę z codzienności. Winien też cechować się obustronnym szacunkiem – widzów do artysty, ale i artysty do widowni. Zapraszam was na ucztę, do siebie, do domu, raczę was tym, co mam najcenniejszego. Zachowuję błogosławiony umiar, wyczucie tego, co mogę i powinienem. Mówię, ale i słucham. Nie otwieram naraz wszystkich szuflad i schowków, nie wyciągam wszystkiego na stół, podaję tylko kęsy najlepsze. Jezus, Maria, Józefie Święty, była 23.50, gdy skończyliście grać. To nie ludzie wyszli przed końcem koncertu, to Pan grał jeszcze długo po jego zakończeniu. 

Ponieważ niejednokrotnie odwołuje się Pan do chrześcijańskiej tradycji – zakończę w podobny sposób. Jednym z grzechów głównych jest nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu. Oraz graniu innym – bez krztyny refleksji, czy aby nie mają już serdecznie dość.

[W NaTemat: 10 maja 2014]

Rokendrolowe figo-fago – SBB, Katowice, 13 lipca 2013

Gdy się kogoś kocha – ryzyko zawodu zawsze jest większe, bo i oczekiwania ponadstandardowe. Nie zająknę się tu o okolicznościach tego darmowego występu (to zostawiam innym, mnie interesuje muzyka), ale chodzi o względy czysto artystyczne: czy obiekt miłości wciąż jest godzien tego gorącego uczucia.

[more]

Moje

młodzieńcze uwielbienie dla dokonań zespołu

zostało wczoraj, kolejny już raz, wzmocnione. Mniejsza o to, co kiepskie – zawsze takie było i takim pozostało: dykcja i angielszczyzna lidera. Lepiej już nie będzie, dochodzi do tego nonszalancja, z jaką czasem Józef Skrzek traktuje – swój przecież osobisty! – oryginalny zapis nutowy dotyczący wyśpiewywanego tekstu. Tu jednak słabe strony się kończą.

Organizacja całej imprezy zmusiła, jak mniemam, zespół do ograniczenia instrumentarium: niewiele było klawiatur, nie było też drugiego zestawu perkusyjnego. Na bębnach zagrał, w sposób niepodlegający jakiejkolwiek dyskusji, czarnoskóry Frank Parker – muzyk, którego w ostatnich paru miesiącach dane było mi oglądać szczególnie często (wcześniej w składzie Tie-Breaku i Kompanii Adama Struga). Lakis wiosłował tym razem na jednej, elektrycznej gitarze. Jak zawsze – po mistrzowsku. Skrzek natomiast zadziwił chyba nie tylko mnie. Klawiszy, jak już wspomniałem, było niewiele, mnóstwo natomiast, piękne mnóstwo – gitary basowej. Mieliśmy więc

powrót do źródeł

– zarówno jeśli chodzi o SBB, jak i całą muzykę rockową.

Zaczęli od Odlotu, może nie tak szaleńczego jak ten przed ponad rokiem w „Rialcie”, ale daj, Panie Boże, zdrowie. Potem zagrali Memento z banalnym tryptykiem, okrojone w stosunku do płytowej wersji, ale za to z solem na gitarze elektrycznej. Dla mnie (pisałem już kiedyś) najwspanialszym w dziejach polskiego rocka. Następnie zabrzmiało Freedom With Us i słychać było, że muzykom gra się coraz lepiej, że temperatura koncertu rośnie.

Kolejny numer, pochodzący z Welcome (1979) Rainbow Man, był najwspanialszym momentem tego występu. Mocny funk, który wraz z upływającymi minutami porywającego grania stawał się coraz bardziej korzennym bluesrockiem z czasów Cream – to była fantastyczna lekcja bezkompromisowego grania. Oczy i uszy wyszły mi na wierzch. To, że Anthimos jest świetnym gitarzystą, wiem od zawsze, Parker robił swoje, ale Józa przeszedł samego siebie.

Grał na basie jak za dawnych, najlepszych lat,

przypomniały mi się nagrania grupy Niemen czy pierwszy krążek SBB. A najbardziej niesamowite było to, że głos Skrzeka nie tylko nadążał za szaleństwem instrumentów, ale wręcz stał się instrumentem najważniejszym, piekielnie silnym, gdzieś z okolic Rodgersa czy Planta. A do metryki zaglądać przecież nie wypada i, co najistotniejsze, nie ma powodu. Takie wykonanie zasługiwałoby na uwiecznienie, na rejestrację płytową. Po tylu latach grania, w dekoracjach bardzo nieszczególnych panowie wciąż udowadniają, że są artystami przez duże „A”, czasami – największe.

W tych bluesowych klimatach pozostaliśmy już do końca występu, a w mocno odbiegającym od studyjnej wersji Pielgrzymie do słów Norwida wręcz jazzrockowych. Trochę spokojniej zrobiło się przy okazji Singer, oh, Singer, kawałka pochodzącego z pierwszej solowej płyty Skrzeka nagranej po rozpadzie SBB,

Józefiny.

Tu wspomnienie. W 1983 roku byłem na FAMIE w Świnoujściu. W przeddzień rozpoczęcia festiwalu wybraliśmy się z kolegą do Szczecina, gdzie na wystawie jednej z księgarń zobaczyłem tę płytę – i nabyłem ją drogą kupna. Kilkanaście dni później okazało się, że FAMĘ odwiedził Skrzek i nawet zagrał na rozstrojonym fortepianie w amfiteatrze. Po jego występie pobiegłem szybko do wojskowego namiotu, gdzie przy łóżku miałem swoją torbę (przez trzy tygodnie właściwie niestrzeżoną, że nikt mnie – i innych – wtedy nie okradł!), wziąłem płytę i pobiegłem z powrotem. Podszedłem do Pana Józka, otoczonego już wianuszkiem ładnych dziewczyn, prosząc o autograf.

– O, już jest! – powiedział zdziwiony, ale i ucieszony na widok krążka.

Takie to były czasy, że nikt, łącznie z artystą, nie wiedział, kiedy – i czy w ogóle – ukaże się jego nowy album.

Na bis wczorajszego, około półtoragodzinnego występu otrzymaliśmy aktualną mutację Figo-Fago.

Gdzie jest dziś SBB?

Ilu dwudziestolatków na świadomość, że taki zespół kiedyś ścigał się z najlepszymi na świecie, że istnieje i dziś? Pewnie niewielu. A zwłaszcza ci, którzy sami próbują grać, powinni Skrzeka i Lakisa – obojętne, czy z Głykiem, Muzykantem, czy Parkerem – zobaczyć na żywo. Bo to są ludzie, którzy wciąż na scenie wyczyniają takie rokendrolowe figo-fago, że nic, tylko podpatrywać ich i uczyć się.

Trio ma w dyskografii olbrzymią liczbę wydawnictw koncertowych. Ale słuchając go w składzie właściwie „zredukowanym” do zestawu gitara – bas – perkusja, pomyślałem, że nagranie dziś takiego materiału, w miejscu o dobrej akustyce i tak dobrej formie muzycznej, miałoby wiele sensu. To wciąż potężny kawał muzyki.

Madziarska Alfa i – Omega, Nem tudom a neved (Omega 6), 1975

Pod ramię z bratankami Węgrami wiedliśmy rząd muzycznych dusz w demoludach. Z perspektywy lat też wydaje się, że nad Wisłą i Dunajem działo się najwięcej. To nasze ówczesne pochylenie nad muzyką węgierską nie było – najwyraźniej – przypadkowe. Zazdrościliśmy im wielu kapel rockowych w latach 70., pięknie wydanych i bardzo dobrze tłoczonych płyt winylowych.

[more]

Dziewczyna o perłowych włosach

Wśród najważniejszych wykonawców stamtąd przez wiele, wiele lat wymieniana była Omega. Jeśli u nas kuźnią talentów byli Niebiesko-Czarni, to tam taką instytucją była właśnie ta grupa, powstała w 1962 roku. Przez jej skład przewinęło się wielu czołowych muzyków rockowych. Na przełomie lat 60. i 70. jeszcze z Gaborem Presserem, późniejszym liderem Locomotiv GT, zasłynęła zwłaszcza utworami Dziewczyna o perłowych włosach i Dziesięć tysięcy kroków.

Najlepsze lata: 1975-1979

W swój najlepszy, dojrzały artystycznie okres zespół – już w ukształtowanym, pięcioosobowym składzie – wszedł albumem  Nie znam twego imienia wydanym w 1975 roku. Gdy dziś, po latach przerwy, wracam do płyt grupy z drugiej połowy lat 70., widzę wyraźnie, jak wielką inspiracją dla członków zespołu była twórczość Pink Floyd. Krążek, o którym piszę w tym miejscu, jest jednak inny. Więcej na nim rokendrola, ostrych gitar (takie kawałki zwykle wychodziły Omedze bardzo dobrze), mniej powłóczystych dźwięków syntezatorów, które dominowały na kolejnych albumach. To siedem bardzo dobrych i znakomitych utworów. Zaaranżowanych z niezwykłą starannością i dojrzałością, ale jednocześnie z wielkim rozmachem. No i do tego perfekcyjnie wykonanych.

Omega, podobnie jak nasze SBB, wielokrotnie próbowała sforsować „żelazną kurtynę”, przez wiele lat wyjeżdżała na koncerty do krajów Europy Zachodniej, nagrywała płyty dla tamtych wydawców, ale… Mimo tego, że właśnie w tamtym okresie, w latach 1975-1979, skutecznie pod względem artystycznym goniła światową czołówkę, kariery, jak zresztą żaden zespół z tej strony barykady, nie zrobiła. Pozostała natomiast z pewnością wielką instytucją i najpopularniejszą kapelą na wschód od Łaby.

Nie znam twego imienia

Ten album wciąż robi wielkie wrażenie – na pierwszej stronie analoga tytułowa mini, a może wręcz mikrosuita oraz dwa hardrockowe numery: to już jest kawał świetnego grania. Gdy jednak odwrócić krążek – robi się wyśmienicie. Rewelacyjny, gitarowy A büvész, po nim śliczna ballada (mniejsza o tytuł, można sobie połamać język) i na koniec porywające, skonstruowane z wielkim rozmachem Mozgỏ világ i Huszadik századi városlakỏ.

Cóż, węgierskiemu kwintetowi nie dane było zrobić światowej kariery. Proste i brutalne – musieliby urodzić się w innym miejscu na świecie albo tam przenieść na stałe. A kto wtedy żył i pamięta, ten wie, że zostawić w latach 70. wszystko tutaj, karierę, pozycję, i puścić się w niepewność zachodniego rynku muzycznego, narażając jednocześnie na społeczny ostracyzm i represje rodzinę pozostawioną po tej stronie – nie było wcale łatwo. Nikt z najlepszych kadeelowych wykonawców nie zdecydował się na ten krok.

Konteksty ulatują jak łezka spod rzęs – jak powiada stara piosenka – ale zostają płyty. W przypadku wykonawców znad Dunaju trudne do zdobycia i ciągle drogie, ale możliwe do upolowania. Trudno przypuszczać, że jest to propozycja dla młodych odbiorców, ale ci, co sięgają pamięcią do tamtych lat, pewnie nie reagują obojętnie na te kilka – kilkanaście nazw i nazwisk węgierskich. Zaś jeśli już sięgać, to właśnie po krążki najlepsze. A więc – przede wszystkim – po Nem tudom a neved.

Muzyczne odloty

Led Zeppelin BBC Sessions. Po prostu zestaw genialnych utworów genialnego zespołu. Po Creamach i Cepach nikt już nie zrobił w składzie gitara – bas – bębny nic więcej na scenie (i w studiu też). Ale tym razem chciałem zahaczyć o co innego.

[more]

Nie jest to szczególnie odkrywcza myśl, ale wśród wielu znakomitych numerów LedZep – swoistym opus magnum na koncertach jest Dazed And Confused. Ciągle na świeżo w głowie mam koncert SBB w Rialcie i Odlot – i nie mogę oprzeć się wrażeniu, że bardzo wiele te utwory łączy. W obu przypadkach mamy do czynienia z artystycznym odlotem właśnie, wyzwoleniem, przekroczeniem wszelkich granic, z totalną improwizacją, na którą mogą sobie pozwolić tylko najwybitniejsi instrumentaliści.

Takich długich wersji Dazed And Confused znamy – jeśli dobrze liczę – w sumie trzy, Odlot, przynajmniej w domowych zbiorach, mam w dwóch wersjach z 1974 roku. Nie wiem, czy Polacy widzieli na żywo Led Zeppelin, na pewno nie mogli znać wersji z The Song Remains The Same, bo ta – choć zarejestrowana w 1973, na krążku pojawiła się w 1976 roku. To tak a propos inspiracji.

Ktoś pewnie kręci nosem, że śmiem porównywać SBB do jednej z najlepszych kapel w historii rocka. Otóż śmiem, a ponieważ już parokrotnie pisałem, dlaczego – powtarzać się nie będę.

(14 kwietnia 2012)


Polska płyta wszechczasów – Niemen Enigmatic, 1970

Mój ojciec – i nie on jeden – mówił: „Wygląda i drze się jak małpa”. Ani rokendrola, ani kolorowych strojów, ani długich włosów Niemena, a potem innych, wielu nie było w stanie pojąć. A ja dziś, pisząc te słowa i wsłuchując się po raz nie wiadomo który w jego czwartą płytę długogrającą, wciąż jestem zdumiony, w jakie rejony zabrnął w 1969 roku najwspanialszy polski wokalista i jeden z najwybitniejszych kompozytorów. A może, po prostu, najwybitniejszy.

[more]

Niemen był artystą niespokojnym i niepokornym. Po paru latach współpracy z Niebiesko-Czarnymi utworzył własną grupę Akwarele, z którą nagrał swoje trzy pierwsze duże płyty. Ale gnało go dalej i dalej.

To Wojciech Młynarski namówił Niemena do skomponowania muzyki do Norwidowskiego

Bema pamięci żałobnego rapsodu.

Impulsem zaś od strony brzmieniowej była dość ciekawa okoliczność. W 1967 roku przyjechał na Jazz Jamboree Georgie Fame. Zagrał i odleciał, ale o jeden dzień dłużej w Polsce zostały jego organy Hammonda. Anegdota głosi, że Niemena niemal siłą trzeba było od nich odrywać, by móc je wreszcie spakować i odesłać na lotnisko.

No i ten zespół!

Czesław „Mały” Bartkowski na bębnach, Zbigniew Namysłowski i Zbigniew Sztyc na saksofonach, Michał Urbaniak na saksie i flecie, Tomasz Jaśkiewicz na gitarze i Janusz Zieliński na basie i gitarze – to pierwszy skład typu all stars w polskim rocku. A że w większości tworzyli go jazzmani – efekt artystyczny był nieprawdopodobny. Wokalnie wspomagały lidera Alibabki i chór R. Miazgi, co pozwoliło zbliżyć się z jednej strony do soulu, a z drugiej – do monumentalnych chorałów gregoriańskich.

Pamiętam dzień, gdy mój brat, Grzegorz, przyniósł te płytę do domu. Był to co prawda egzemplarz zakupiony za pieniądze kolegi i nazajutrz mu przekazany, ale wkrótce płyta zagościła w naszym domu na stałe (ach, te niedobory kieszonkowego!). Już sama

okładka robiła piorunujące wrażenie

– albumowe wydanie, ciemne, mroczne zdjęcia długowłosego i brodatego artysty przy własnych już Hammondach, te płonące na nich świece – i wszystko w grubej, złotej ramie: absolutny odjazd!

A potem płyta z pietyzmem zostaje położona na talerz gramofonu i… Wtedy, na świeżo, tej świadomości raczej nie mogliśmy mieć, zbyt mało zachodniej muzyki docierało do Polski. Z perspektywy czasu widać jednak bardzo wyraźnie – tym albumem Czesław Niemen zameldował się w ścisłej światowej czołówce, o czym – niestety – mało kto zza żelaznej kurtyny wiedział. Powstała płyta fenomenalna,

arcydzieło.

Przez kilka kolejnych lat, w różnych składach (przede wszystkim z późniejszym SBB) artysta nagrał kilka jeszcze świetnych krążków, ale poziomu NE już nie osiągnął.

Wciąż nurtuje mnie pytanie, dlaczego odmówił współpracy ówczesnej wielkiej gwieździe łączącej klimaty czarnej i białej muzyki – Blood, Sweet & Tears. Podobno w obawie, że będzie musiał zrezygnować z własnych pomysłów. Inaczej postąpił czeski wirtuoz instrumentów klawiszowych, Jan Hammer, który pograł trochę z Mahavishnu Orchestra Johna McLaughlina, a potem podjął solową karierę. Ale to już tylko akademickie rozważania.

Niemen Enigmatic

to cztery utwory skomponowane do wierszy poetów polskich: Norwida, Asnyka, Kubiaka i Przerwy-Tetmajera. Mistrzowskie kompozycje, perły nad perłami, zagrane przez najlepszych muzyków, jakich sobie można było wyobrazić w rockowym składzie. Aż się wierzyć nie chce, że tak znakomitym albumem Niemenowi przybyło niewielu mniej nowych antagonistów niż entuzjastów. Artysta bezustannie drażnił ówczesną władzę, zaś tym krążkiem rozsierdził ortodoksów nabożnie pochylonych nad klasyką literatury polskiej.

Płyta ukazała się w 1970, lecz nagrywana była w październiku 1969 roku. Anglosaskie gitarowe granie notowało już pierwsze wielkie dzieła, jednak rock progresywny najlepsze miał dopiero przed sobą. Co prawda prężnie działał w tamtym czasie The Nice z Keithem Emersonem na klawiszach, ale Pink Floyd mieli za sobą dopiero dwa studyjne albumy. Filmowy More natomiast ukazał się w lipcu, zaś Ummagumma w listopadzie 1969. Fantastyczny debiut King Crimson, In The Court of The Crimson King, pojawił się w sprzedaży 10 października 1969 roku. A tu, nad Wisłą, Czesław Niemen – bez baterii syntezatorów – stworzył swoje opus magnum i zarazem najwspanialszą płytę w historii polskiej muzyki rockowej.

SBB, Welcome, 1979

Album Welcome został nagrany w październiku 1978 roku w studiu Polskiego Radia w Opolu. Pink Floyd rok wcześniej wydali Animals, a The Wall miał się ukazać pod koniec 1979 roku. We wrześniu 1978 roku wyszedł krążek Tormato Yes, kolejny – Drama – w 1980. Emerson, Lake and Palmer dogorywali po słabiutkiej Love Beach (listopad 1978), Genesis właśnie wkroczyli na popową drogę, wydając …and Then There Were Three…. Intensywnie funkcjonuje w tamtym czasie jedynie formacja U.K., która na przestrzeni dwóch lat wydaje trzy albumy. Zarówno na tym tle, jak i całkiem obiektywnie rzecz biorąc, płyta SBB opublikowana w 1979 roku jest po prostu rewelacyjna.

[more]

Gdy zimą 1979 roku Dariusz Michalski zaprezentował w Muzycznej Poczcie UKF jeszcze ciepły materiał przygotowany na drugą RFN-owską płytę zespołu, jako miłośnik takich dźwięków poczułem się znokautowany, a jako Polak i Ślązak – spuchłem z dumy.

Skrzek jako kompozytor uciekał ciągle w stronę długich, rozbudowanych form muzycznych. Na tym albumie natomiast mamy pierwotnie siedem utworów (w wersji CD doszedł jeszcze odrzucony wcześniej Rain). Otrzymaliśmy więc utwory krótsze, w których skondensowane zostało wszystko co najlepsze spod znaku SBB. Welcome to, nie waham się użyć tego określenia, arcydzieło, jedna z najwybitniejszych płyt w historii polskiego rocka, ale także płyta, której nie powstydziłaby się żadna z progrockowych kapel zachodnich.

Zaczyna się znakomicie: instrumentalny Walking Around The Stormy Bay to najlepszy utwór z całego dorobku grupy, porywające połączenie klimatów progressive i hard rocka. Co może się jeszcze wydarzyć po takim początku? Bez obaw, zespół znajduje się w szczytowej formie. Raz jest spokojniej, lirycznie – jak w piosence tytułowej – a czasem bardzo dynamicznie (Rain), zwykle jednak te nastroje bezustannie się mieszają, by doprowadzić nas do fantastycznej solówki Lakisa w finale kończącej płytę minisuity Last Man At The Station.

To, w jakie rejony zawędrowali Skrzek, Anthimos i Piotrowski, do dziś budzi najwyższe uznanie. Trzech wirtuozów stworzyło taki materiał muzyczny, że nawet kiepska angielszczyzna lidera jest zdecydowanie do zaakceptowania – tym bardziej, że siły głosowi Skrzeka bynajmniej nie brakuje. Tym albumem bezdyskusyjnie udowodnili, że należą do światowej czołówki, co nie raz w tamtym czasie sygnalizowali dziennikarze zachodni, którzy mieli okazję usłyszeć polskie trio.

Niestety, wkrótce potem okazało się, że muzycy nie dają rady żyć i pracować w tym tempie. Walka o pozycję na europejskich rynkach, wielomiesięczne trasy koncertowe, problemy Lakisa powodujące, że wielokrotnie Skrzek i Piotrowski musieli grać tylko w dwójkę – to wszystko sprawiło, że w listopadzie 1980 roku powiedzieli „Dość, jesteśmy zmęczeni, musimy odpocząć”.

Dla fanów była to straszna wiadomość, „pośmiertnie” wydane w 1981 roku Memento z banalnym tryptykiem było kolejnym znakomitym krążkiem i raz jeszcze dowodziło wielkiego potencjału twórczego i wykonawczego, ale rozpad zespołu stał się faktem. Miało to miejsce w bardzo znaczącym dla całego rocka symfonicznego czasie, jakim był przełom lat 70. i 80. (piszę o tym w majowym tekście 1980: koniec SBB i rocka progresywnego).

Wiem skądinąd, że nawet dla moich rówieśników – wielbicieli art rocka z lat 70. – twórczość SBB jest często ziemią nieznaną. Zespół zbyt uciekał, zwłaszcza na koncertach, w stronę jazz rocka? Trzy pierwsze albumy były zbyt surowe? Tak trudno było niektórym uwierzyć, że u nas, w Polsce, ktoś może grać na światowym poziomie? Cudze chwalicie, swego nie znacie?

Jeśli miałbym kogoś dziś skłonić do pierwszej próby kontaktu z muzyką SBB – zdecydowanie proponuję Welcome. Obiektywnie, powtarzam, płyty znakomitej. Zaś dla mnie osobiście, w mojej trwającej nieustannie przygodzie z muzyką – zajmującej absolutnie wyjątkowe miejsce.