Znów Borówki na talerzu

pobrane27

Dawno tyle przyjemności nie sprawiło mi słuchanie tak bezpretensjonalnie skrojonej płyty.

[more]

Dziś nadrabiam zaległości: oto recenzje dwóch kolejnych wydawnictw agencji Borówka Music Bartosza Borowicza: przeciętnego singla Henry David’s Gun oraz świetnej pełnowymiarowej płyty Ragnara Ólafssona.

*

Henry David’s Gun 

W niedługim czasie po ukazaniu się singla Henry No Hurry, otrzymaliśmy zapowiedź nowego albumu Henry David’s Gun. W obu przypadkach chodzi o Jana Wawrzyńca Dąbrowskiego oraz – choć pierwsza z wymienionych nazw to jego solowy projekt – wspierających go Michała Sepiołę oraz Macieja Rozwadowskiego.

Jeśli kręciłem nosem nad HNH, aczkolwiek nie tyle z powodów artystycznych, co pomysłów na ciągnięcie kilku bardzo podobnych projektów jednocześnie, to tym razem moje wątpliwości są ściśle merytoryczne. Chwaliłem bowiem pierwszy krążek Henry David’s Gun, tymczasem trzy nowe utwory rozczarowują mnie bardzo. Mogę oczywiście wziąć poprawkę na to, że niekoniecznie stanowię target takiego grania, ale nie zmienia to faktu, że zachowuję prawo do własnych opinii. Zwłaszcza gdy mam w sobie wielką dozę ufności, a tak jest zawsze, gdy nowe odwołuje się do bardzo szeroko pojętej tradycji, nie tylko pop music. 

Trzy utwory, dziewięć minut – a nie umiem uwolnić się od wrażenia, że jest nużąco, monotonnie i w dodatku – w odróżnieniu od płytki HNH – nieswingująco. Jeśli Dąbrowski z kolegami pragnie dotrzeć do szerszego grona odbiorców, powinien coś z tym fantem zrobić. Urozmaicić fakturę muzyczną, ożywić to granie – tak aby umknąć wrażeniu liniowości i podobieństwa jednej piosenki do drugiej. Nie sądzę bowiem, że chodzi mu o usypianie słuchaczy. Potencjał jest, wrażliwości i kultury muzycznej nie brakuje, trzeba natomiast wpuścić w to granie więcej życia. (Te słowa pisałem kilka miesięcy temu. Ostatnio dotarła do mnie druga długogrająca (choć niespełna czterdziestominutowa) płyta Henry David’s Gun. I chyba – na szczęście – jest lepiej, niż się obawiałem).

Tego ostatniego nie brakuje natomiast w solowej propozycji

Ragnara Ólafssona.

Muzyk znany wcześniej z udziału m.in. w Árstíðir debiutuje jako solista. Dawno tyle przyjemności nie sprawiło mi słuchanie tak bezpretensjonalnie skrojonej płyty. Dyskutowanie nad kwestiami wrażliwości i wyobraźni muzycznej jest trudne i, najczęściej, bezprzedmiotowe. Jeśli propozycje Henry David’s Gun muskają mnie i płyną gdzieś dalej, o tyle Ólafsson trafia mnie w samo serce.

Ten mężczyzna o posturze drwala potrafi oczarować pokładami delikatności, przejawiającymi się zarówno w sposobie śpiewania, jak i w warstwie instrumentalnej. A ja, obok zamiłowania do mocniejszych gitarowych dźwięków, zawsze znajdowałem w sobie sporo przestrzeni dla nut łagodnych i niespiesznych. Mam nieodparte przekonanie, iż inspiracje Islandczyka są tym, co stanowi lwią część mojej osobistej edukacji muzycznej: zostajemy przeniesieni do lat 60. i 70., w przestrzenie ballady – rozpisanej najczęściej na instrumenty akustyczne, wśród których prym wiodą raz gitary, a kiedy indziej instrumenty klawiszowe. W zaśpiewanym w damsko-męskim duecie [i]War[/i] kłaniają się więc Simon i Garfunkel w swym najbardziej aksamitnym numerze Scarborough Fair, a także klasycy rocka symfonicznego w swej lirycznej odsłonie – Pink Floyd (Dozen albo znakomity, łączący kameralność z monumentalnością Scar), z głosem dziecka przywodzącym mi na myśl  Yesowy Circus of Heaven), Genesis z czasów, gdy był kwartetem (A Prayer czy przepiękne, kończące album Red Wine) oraz wczesny Radiohead – tytułowy Urges.

Oczywiście – i na szczęście – u Ólafssona nie ma mowy o tak rozbudowanym instrumentarium klawiszowo-komputerowym. To pozwala ocalić kameralność piosenek i uniknąć wtórności i epigoństwa. Ponadto, co niebagatelne, pozwala bronić się tej muzyce wykonywanej na żywo w skromnym, dwuosobowym składzie, na gitary akustyczna i elektryczną, czego doświadczyłem w październiku na koncercie w Chorzowie.

Słucham tej płyty z niemalejącą przyjemnością. Dostrzegam w niej wielki potencjał, który powinien uczynić jej autora kimś o powszechnej popularności, pożądanego i wyczekiwanego, nie zaś znanego nielicznym. Muzycznie niczego tu nie brakuje, potrzeba „tylko” trybów machiny promocyjnej o trochę innych gabarytach. Krążek ma bowiem wszelkie dane, by na dłużej zagościć na antenie Programu III Polskiego Radia. A przede wszystkim – w sercach słuchaczy.

(Ragnar Ólafsson, Urges; Henry No Hurry, Black Desaese, 2017)

[W NaTemat; 3 marca 2018 ]

Borówkowy Kombinat, czyli prawdziwy festiwal eurowizji

pobrane15

Dwóch Islandczyków o posturach drwali, pięciu pięknych chłopców z Litwy, kowboj z Ukrainy oraz Ukrainka i Polka w strojach ludowych – międzynarodowo i kolorowo było wczoraj na dwóch scenach Chorzowskiego Centrum Kultury. W odróżnieniu od „prawdziwego” Festiwalu Eurowizji – kameralnie, bez kamer, za to z przekazem na więcej niż sensownym poziomie wykonawczym.

[more]

*

Dwóch Islandczyków, o posturach, nie przymierając, drwali, pięciu pięknych chłopców w garniturach lub kamizelkach i białych koszulach z Litwy, kowboj z Ukrainy oraz Ukrainka i Polka w strojach ludowych, mające u boku dwóch panów –  międzynarodowo, kolorowo i różnorodnie było wczoraj na aż dwóch scenach Chorzowskiego Centrum Kultury. W odróżnieniu od „prawdziwego” Festiwalu Eurowizji – kameralnie, bez kamer, za to z przekazem na więcej niż sensownym poziomie wykonawczym.

Wykonawcy, poza ostatnim, raczej tzw. ogółowi nieznani. Nieobecni z Zetkach, Eskach czy RMF-ach, a i w Trójce chyba też nie. Łączy ich fakt, iż związali swe losy, przynajmniej gdy chodzi o nasz rynek, z Bartkiem „Borówką” Borowiczem. Patrzyłem wczoraj (pierwszy raz) na niego, słuchałem konferansjerki – i podziwiałem sympatycznego, normalnego faceta. Parę lat temu nie brakowało złośliwych komentarzy, gdy agencja Borówka Music legitymowała się jedną wydaną płytą. Dziś Piotr Brzeziński, czyli Peter J. Birch, przebija się powoli do mainstreamowej świadomości, zaś Bartek… 

Miał wczoraj na sobie białego tiszerta w czarne albo szare ołówki. A więc tym, muzyką – pomyślałem – zajmuje się w dorosłym życiu 

Zaczarowany ołówek (Ołówek),

bohater jednej z moich ulubionych kreskówek z dzieciństwa. Życie jest brutalne: nie da się, jak w animowanym filmie, jednym rysunkiem wyczarować Złotych Płyt, pełnych sal koncertowych, Grammy czy Fryderyków. A jednak – wbrew rynkowi opanowanemu przez potężne koncerny płytowe i agencje koncertowe – można walczyć o kawałek tortu, realizując przy tym swoją największą życiową pasję.

Na pierwszy ogień „poszedł” Ragnar Ólafsson. O gusta nie sposób się spierać, ale z wielu propozycji Borówka Music  pierwsza solowa płyta Islandczyka, znanego wcześniej niektórym z występów w  formacji Árstíðir)  idealnie wpisała się w moją wrażliwość. Pewnie m.in. dlatego, że odwołuje się do rzeczy „starych”: Simona i Garfunkela, rocka progresywnego – mimo swej kameralności – i Radiohead z okolic O.K. Computer. Obawy, jak staranna i bogata chwilami aranżacja płytowych wersji piosenek przełoży się na koncert, w którym RÓ grający na gitarze akustycznej wspierany jest tylko przez gitarę elektryczną (i damski wokal w jednym numerze), były niepotrzebne. Choć 

Ólafsson

nie gra wybitnie – bo akordami, a nie palcami – całość świetnie się wybroniła. Dzięki przyzwoitej grze na instrumencie połączonej z bardzo ciekawym głosem (Islandczyk to duży mężczyzna operujący o wiele częściej delikatnością niż dociskaniem, przy tym świetnie radzący sobie z falsetami) oraz dającej oddech, lirycznej najczęściej – w stylu floydowsko-gilmourowym – gitarze elektrycznej dało się osiągnąć naprawdę przedni efekt. Wydaje mi się, że Ólafsson ma wszelkie dane, by przebić się na naszym rynku, że gra coś, co stary wyjadacz Piotr Kaczkowski lubi najbardziej, a w ślad za nim – wielka rzesza wyznawców Minimaksu.

Po artyście z Islandii na scenie stanęło pięciu ładnych i dobrze ubranych młodzieńców z sąsiedniej Litwy. Chłopaki podobno są tam sporą gwiazdą, zbierającą wiele krajowych nagród. Choć rozumiem Borowicza, który szuka w Polsce i ościennych krajach nieodkrytych jeszcze przez rodzimego słuchacza wykonawców, tym razem wydaje mi się, że to strzał chybiony. Bardzo schematycznego pop-rocka mamy w rodzimym wydaniu dostatecznie dużo, by nie mieć ochoty  zwrócić baczniejszej uwagi na towar z importu. 

Colours of Bubbles 

to, z zachowaniem proporcji, taki Coldplay. Czyli, jak powiedział onegdaj w wywiadzie dla „Rzeczpospolitej” Piotr Metz, ilustrując rozróżnienie między pojęciami „muzyka” i „entertainment”, zdecydowanie to drugie. Schemat goniący schemat, banalne piosenki ubrane czasem w niby ostry aranż – może to coś nowego na Litwie, ale w świecie znane od lat. Do dojrzałego Myslovitz Colours daleko, ale tak sobie przypomniałem, dlaczego nie wypaliła kariera Rojka i kolegów na Zachodzie: w Wielkiej Brytanii podobnie grających zespołów mieli mnóstwo, w dodatku lepiej śpiewających po angielsku.

O wiele przyjemniej zrobiło się podczas seta 

Sashy Boole’a, 

niewysokiego, ale z potężnymi barami artysty z Ukrainy. Niezwykle sympatyczny songwriter zagrał sam (inaczej niż na swojej trzeciej, najnowszej płycie), ale wybronił się znakomicie. Wyposażony był nieźle – w gitarę akustyczną na ramieniu, przystawkę do harmonijek ustnych (szeroki pas na biodrach z ich zestawem wyglądał groźnie, na Ślonsku godajom: choby z handgranatami), a pod prawym butem urządzenie dające efekt stopy perkusyjnej, wzmocnionej jeszcze w końcowych fragmentach występu założonym „tamburynem”. Ach, i jeszcze dwa mikrofony – drugi brzmiący niczym megafon (przepraszam, brakuje mi fachowej wiedzy, by właściwie nazwać instrumentarium Sashy). 

To była porcja muzyki przeznaczona szczególnie dla miłośników amerykańskiego Południa, bluesa, country, folku, porcja bardzo świeża i okraszona na dodatek uroczą konferansjerką (w głowie od razu pojawiły się jakieś skojarzenia z Aloszą Awdiejewem).

Całość zwieńczył występ 

Dagadany

– kwartetu niezwiązanego bezpośrednio z Borówka Music, ale z racji pomieszania tego, co ukraińskie i polskie, co ludowe, jazzowe i elektroniczne, świetnie wpisującego się w międzynarodową formułę agencji. To muzyka, która nie całkiem jest moją bajką, zwłaszcza gdy – jak na początku – elektroniki było sporo, nie jestem też wyznawcą bezustannego forte, wokalnego natarcia, a tak śpiewa Dana Vynnytska (pisownia z oficjalnej strony zespołu). Jednak gdy melodii, ludowości i piana pojawiło się więcej, gdy odnalazłem klimaty z okolic wczesnej Kate Bush czy Tori Amos, serce zabiło zdecydowanie żywiej.

*

Pozostaje, mimo zgłoszonych zastrzeżeń,

pogratulować pomysłu

organizatorom koncertu. Sto dziewięćdziesiąt minut za niewygórowane trzydzieści złotych to przyjazna dla ucha i kieszeni dawka. Bardzo dobrą i pozwalającą zachować dobre tempo koncepcją było też przenoszenie akcji z sali koncertowej do foyer i z powrotem. Po występie Ragnara Ólafssona obejrzeliśmy wystawę zdjęć Bartka Busza, dokumentującą jedną z tras Sashy Boole’a po Polsce i jednocześnie zapowiadającą publikację książkową. Wróciliśmy do sali, by obejrzeć występ litewskiego kwintetu, potem, znów we foyer, wysłuchaliśmy grającego na specjalnie zbudowanej małej scenie ukraińskiego solisty, a na koniec wróciliśmy na fotele, by wziąć udział w koncercie Dagadany. Oszczędzono w ten sposób słuchaczom nużącego czekania, aż scena zostanie przeinstalowana na potrzeby kolejnego wykonawcy.

Kiedyś w Chorzowskim Centrum Kultury odbywały się cyklicznie koncerty, które wraz z gospodarzami przygotowywał nieodżałowanej pamięci Marcin Babko. Wówczas prezentowali się wykonawcy rekrutujący się głównie z województwa śląskiego. Czy teraz – choć formuła inna, międzynarodowa – możemy spodziewać się, iż Kombinat nie będzie jednorazowym wydarzeniem?
(Festiwal Kultury Nieprzymuszonej Kombinat – Dagadana, Sasha Boole, Colours of Bubbles, Ragnar Ólafsson, Chorzowskie Centrum Kultury, 27 października)

[W NaTemat: 28 października 2017]