
Gdyby nasi kopacze oddali wczoraj choć w przybliżeniu tyle strzałów na bramkę rywali, ile decybeli zaaplikowali zgromadzonej w hali Torwaru publiczności panowie z Queens Of The Stone Age, wynik meczu byłby zupełnie inny.
[more]
Amerykańska formacja nieprzypadkowo uchodzi za sztandarowego przedstawiciela stoner rocka, a jeśli ktoś miałby po ostatnich dwóch płytach co do tego jakieś wątpliwości, zostały one rozwiane we wtorkowy wieczór. Od pierwszych sekund A Song For The Deaf stopa perkusyjna do spółki z basem wgniatały mi żebra w dość skromnych rozmiarów wnętrzności, zaś resztki włosów najchętniej odleciałyby z miejsca koncertu przynajmniej za drzwi, do holu hali.
Jeśli jest gdzieś
kres rokendrola,
jeśli jest w ogóle ta ściana, skalista półka, za którą nie ma już nic, to z pewnością nie są to żadne metale, death, speed, black czy inne crashe, które – niech starcowi będzie wybaczone – jawią mi się jako karykatura rocka, muzyczny kabaret stworzony z wywróconych na drugą stronę gardeł wokalistów, strzelistych gitar, czarnych strojów i cyrkowych albo w najlepszym razie pantomimicznych makijaży tych, co stoją na scenie i wywołują niestrawność żołądka i recepcji po paru minutach. Prawdziwe napieprzanie, bezkompromisowość niepodlegająca jakimkolwiek protestom i dyskusjom – to granie QOTSA. Spokojny wokal i falsety Josha Homme’a w stylu nieodżałowanej pamięci Jacka Bruce’a tylko wzmacniają efekt, są wspaniałą wartością dodaną. Spotkałem się kiedyś z opinią, że muzyka Queens wykoncypowana została na zimno, w postaci algorytmu: tak spreparowana całość musi znaleźć nabywców. Trudno było mi wtedy i jest dzisiaj oprzeć się wrażeniu, że było to stwierdzenie podszyte w najlepszym razie zazdrością, w najgorszym – zawiścią. W życiu, a w sztuce w szczególności, jest ciągle sporo miejsca na to, co zwie się talentem.
Bardzo żałowałem przed paru laty swej nieobecności na Open’erze podczas występu kwintetu, odgrażałem się po Orange Warsaw Festival na Stadionie Narodowym w 2014 roku, że muszę raz jeszcze zobaczyć kapelę w akcji, gdy zagra w jakimś normalnym, gdy mowa o akustyce, miejscu. Torwar daleki jest od ideału, ale bez porównania lepszy od futbolowej, ale tylko futbolowej, bazyliki (która katedrą stanie się, jeśli awansujemy do 1/8 mistrzostw). Uwzględniwszy ponadto fakt, iż przez te kilka lat dorobek zespołu mam znacznie lepiej przetrawiony, mój odbiór dźwięków dochodzących ze sceny był, mniemam nieskromnie, należyty.
Można by oczywiście skonstruować playlistę z utworów bardziej melodyjnych, wręcz przebojowych, których nie brak w dorobku grupy, można by z pewnością odrobinę przesunąć w dół
potencjometry głośności,
ale… Może wtedy bylibyśmy świadkami zwykłego tylko odstrzału w kamieniołomach, a nie tego, jak królowe ciskają na ziemię nie drobne kamyki, lecz wielkie i potwornie ciężkie bloki skalne, przed którymi nie sposób uciec. Takie to już prawo zespołu o określonym dorobku, takie prawo jego lidera, by na żywo proporcje były podobne do tych na płytach.
Dźwięk na granicy bólu nie sposób potraktować jako epatowanie słuchaczy, nie była nim też oprawa wizualna – z mocnymi i często wymierzonymi w publiczność światłami, ale niezawierająca niczego, czego byśmy wcześniej nie znali. Kokietowania także nie było, trudno bowiem za takowe uznać typowe zawołania frontmana, których często doświadczają bywalcy koncertów.
*
Nie mogę powiedzieć, że to był koncert mojego życia, ani że wymieniłbym go wśród tych szczególnie dobrze odebranych i zapamiętanych (za wcześnie zresztą, by o tym mówić). Lecz zafascynowany jestem kojarzącą się z punkiem
bezkompromisowością przekazu,
nawet jeśli dziś, z racji scenicznego stażu, w takim graniu jest więcej zawodowstwa niż młodzieńczej spontaniczności. Widać to świetnie choćby przy przeglądaniu zestawów wykonywanych w trasie kawałków – nie jest tak, że im bliżej końca, tym bliżej list przebojów. Ba! – na bis dostaliśmy co prawda największy hicior, Make It Wit Chu, ale jak wszystkie inne utwory doprawiony na ostro, zaś całość zakończyła się znów kaskadą ciężkich riffów, czyli numerem A Song For A Dead.
To ciągle rokendrol, nie mam wątpliwości. Natomiast co parę minut zerkałem na moją lepszą połowę, czy daje radę i czy przypadkiem nie jest innego zdania. O dziwo, usłyszałem po wszystkim, że podobało jej się. Wiem jednak, że byłaby odosobniona w tej opinii w gronie naszych znajomych – i to nie tylko jego damskiej części. Ale sama tego chciała – kupiła bilety bez konsultacji ze mną, jako prezent jeszcze gwiazdkowy.
P.S. Osobistym papierkiem lakmusowym dotyczącym wrażeń z koncertów jest to, jakie wrażenia towarzyszą mi przy słuchaniu płyt wykonawcy dopiero co obejrzanego na żywo. Po paru dniach w szufladce wylądował krążek Lullabies To Paralyze z 2005 roku i po prostu mnie zachwycił.
(Queens of The Stone Age, Torwar Warszawa, 19 czerwca)

