Grad kamieni rzucony na Warszawę

pobrane23

Gdyby nasi kopacze oddali wczoraj choć w przybliżeniu tyle strzałów na bramkę rywali, ile decybeli zaaplikowali zgromadzonej w hali Torwaru publiczności panowie z Queens Of The Stone Age, wynik meczu byłby zupełnie inny.

[more]

Amerykańska formacja nieprzypadkowo uchodzi za sztandarowego przedstawiciela stoner rocka, a jeśli ktoś miałby po ostatnich dwóch płytach co do tego jakieś wątpliwości, zostały one rozwiane we wtorkowy wieczór. Od pierwszych sekund A Song For The Deaf stopa perkusyjna do spółki z basem wgniatały mi żebra w dość skromnych rozmiarów wnętrzności, zaś resztki włosów najchętniej odleciałyby z miejsca koncertu przynajmniej za drzwi, do holu hali. 

Jeśli jest gdzieś 

kres rokendrola,

jeśli jest w ogóle ta ściana, skalista półka, za którą nie ma już nic, to z pewnością nie są to żadne metale, death, speed, black czy inne crashe, które – niech starcowi będzie wybaczone – jawią mi się jako karykatura rocka, muzyczny kabaret stworzony z wywróconych na drugą stronę gardeł wokalistów, strzelistych gitar, czarnych strojów i cyrkowych albo w najlepszym razie pantomimicznych makijaży tych, co stoją na scenie i wywołują niestrawność żołądka i recepcji po paru minutach. Prawdziwe napieprzanie, bezkompromisowość niepodlegająca jakimkolwiek protestom i dyskusjom – to granie QOTSA. Spokojny wokal i falsety Josha Homme’a w stylu nieodżałowanej pamięci Jacka Bruce’a tylko wzmacniają efekt, są wspaniałą wartością dodaną. Spotkałem się kiedyś z opinią, że muzyka Queens wykoncypowana została na zimno, w postaci algorytmu: tak spreparowana całość musi znaleźć nabywców. Trudno było mi wtedy i jest dzisiaj oprzeć się wrażeniu, że było to stwierdzenie podszyte w najlepszym razie zazdrością, w najgorszym – zawiścią. W życiu, a w sztuce w szczególności, jest ciągle sporo miejsca na to, co zwie się talentem.

Bardzo żałowałem przed paru laty swej nieobecności na Open’erze podczas występu kwintetu, odgrażałem się po Orange Warsaw Festival na Stadionie Narodowym w 2014 roku, że muszę raz jeszcze zobaczyć kapelę w akcji, gdy zagra w jakimś normalnym, gdy mowa o akustyce, miejscu. Torwar daleki jest od ideału, ale bez porównania lepszy od futbolowej, ale tylko futbolowej, bazyliki (która katedrą stanie się, jeśli awansujemy do 1/8 mistrzostw). Uwzględniwszy ponadto fakt, iż przez te kilka lat dorobek zespołu mam znacznie lepiej przetrawiony, mój odbiór dźwięków dochodzących ze sceny był, mniemam nieskromnie, należyty.

Można by oczywiście skonstruować playlistę z utworów bardziej melodyjnych, wręcz przebojowych, których nie brak w dorobku grupy, można by z pewnością odrobinę przesunąć w dół 

potencjometry głośności, 

ale… Może wtedy bylibyśmy świadkami zwykłego tylko odstrzału w kamieniołomach, a nie tego, jak królowe ciskają na ziemię nie drobne kamyki, lecz wielkie i potwornie ciężkie bloki skalne, przed którymi nie sposób uciec. Takie to już prawo zespołu o określonym dorobku, takie prawo jego lidera, by na żywo proporcje były podobne do tych na płytach.

Dźwięk na granicy bólu nie sposób potraktować jako epatowanie słuchaczy, nie była nim też oprawa wizualna – z mocnymi i często wymierzonymi w publiczność światłami, ale niezawierająca niczego, czego byśmy wcześniej nie znali. Kokietowania także nie było, trudno bowiem za takowe uznać typowe zawołania frontmana, których często doświadczają bywalcy koncertów.

*

Nie mogę powiedzieć, że to był koncert mojego życia, ani że wymieniłbym go wśród tych szczególnie dobrze odebranych i zapamiętanych (za wcześnie zresztą, by o tym mówić). Lecz zafascynowany jestem kojarzącą się z punkiem

bezkompromisowością przekazu,

nawet jeśli dziś, z racji scenicznego stażu, w takim graniu jest więcej zawodowstwa niż młodzieńczej spontaniczności. Widać to świetnie choćby przy przeglądaniu zestawów wykonywanych w trasie kawałków – nie jest tak, że im bliżej końca, tym bliżej list przebojów. Ba! – na bis dostaliśmy co prawda największy hicior, Make It Wit Chu, ale jak wszystkie inne utwory doprawiony na ostro, zaś całość zakończyła się znów kaskadą ciężkich riffów, czyli numerem A Song For A Dead.

To ciągle rokendrol, nie mam wątpliwości. Natomiast co parę minut zerkałem na moją lepszą połowę, czy daje radę i czy przypadkiem nie jest innego zdania. O dziwo, usłyszałem po wszystkim, że podobało jej się.  Wiem jednak, że byłaby odosobniona w tej opinii w gronie naszych znajomych – i to nie tylko jego damskiej części. Ale sama tego chciała – kupiła bilety bez konsultacji ze mną, jako prezent jeszcze gwiazdkowy.

P.S. Osobistym papierkiem lakmusowym dotyczącym wrażeń z koncertów jest to, jakie wrażenia towarzyszą mi przy słuchaniu płyt wykonawcy dopiero co obejrzanego na żywo. Po paru dniach w szufladce wylądował krążek Lullabies To Paralyze z 2005 roku i po prostu mnie zachwycił.

(Queens of The Stone Age, Torwar Warszawa, 19 czerwca)

Królowe Kamiennego Zachodu albo szwarccharaktery

pobrane12

Warto było czekać. Bardzo warto. A byłbym zawiedziony, rozczarowany, gdyby nie. Gdyby się okazało, że wielka forma z „…Like Clockwork” (2013) oraz „Post Pop Depression” (2016) nagle gdzieś umknęła.

[more]

Nie umknęła. I jestem szczęśliwy, bo gdy emocje związane z Pearl Jam przestały już być tymi z gatunku najmocniejszych, zastanawiałem się wielokrotnie, czy w rocku doczekam kiedyś jeszcze – po domknięciu piątego krzyżyka – wykonawcy, który zdoła mnie poruszyć, uruchomić tę kruchą nić zachwytu zastrzeżoną dla szczególnie mocnych doznań.

Do Josha Homme’a i jego QOTSA podchodziłem z poślizgiem i z niejakimi oporami. Uparte lektury wcześniejszych płyt doprowadziły mnie jednak  do zachwytu nad poprzednim albumem zespołu. Zachwytu, dodam, dawno w takiej mierze nieodnajdywanego podczas słuchania płyt. Wydawnictwo firmowane nazwiskiem Iggy’ego Popa tylko utwierdziło mnie w przekonaniu, że Homme robi teraz rzeczy w rocku najlepsze.

*

I oto wreszcie jest 

upragniony nowy krążek.

W tle mamy zamachy – ten w Paryżu w listopadzie 2015, zwłaszcza  w klubie Bataclan podczas koncertu Eagles of Death Metal, czyli kumpli JH. Oraz ten tegoroczny, majowy po koncercie Ariany Grande w Manchesterze. Poruszony lider QOTSA mówi, że z niczym nie należy zwlekać, bo będzie się tego żałować. Trzeba działać natychmiast – jeśli chce się coś zrobić, należy to robić niezwłocznie. 

Dużo przy okazji Villains mówi się też o Marku Ronsonie, producencie znanym dotąd raczej ze współpracy z wykonawcami  lżejszej muzyki. Osobiście nie przeceniałbym jego roli. W ostatnich dniach w domowej szufladce wylądowały też wcześniejsze krążki Queens i, najzwyczajniej, dostrzegam na nich klawiszowo-komputerowo-syntezatorowe patenty bliźniaczo podobne do tych najnowszych. Zresztą sam Homme stwierdził, że przy powstawaniu nowego materiału najpierw był pomysł na pewne rozwiązania brzmieniowe, a dopiero potem koncept, by Ronson, notabene wielki fan QOTSA, został producentem całości. Josh H. jest po prostu artystą tej miary, że płyty, w których zanurzy swoje wszystkie dziesięć palców, będą bardziej jego niż jakiegokolwiek producenta.

On robi swoje. Gra 

ostro, ostrzej

niż na poprzedniej płycie. Chwilami, jak dawniej, z wielotonowym ładunkiem, ciężko. A czasem wręcz punkowo, jak w Head Like A Haunted House. Tyle tylko, że ostro gra się od ponad czterdziestu lat. Ostro – może być na kształt Deep Purple, z mocnym, często na pograniczu krzyku, pełnym ekspresji wokalem, ale może też być na podobieństwo The Cream, gdzie ani Clapton, ani wykonujący lwią część partii wokalnych Bruce nie forsowali swoich głosów. Ba! Bruce miał jeszcze swoją wartość dodaną w postaci falsetów. Homme został przez naturę wyposażony w niemal identyczny sposób: śpiewa więc lekko, zdecydowanie łagodząc barwą swego gardła to, co wydobywa się z instrumentów. Gdyby do tych ostrych gitar dołożyć głos w stylu nieodżałowanej pamięci Chrisa Cornella, otrzymalibyśmy zupełnie inną jakość. Zdecydowanie – jestem przekonany – mniej interesującą i statystycznie znacznie częściej jako produkt finalny występującą. W jakiś sposób: wyeksploatowaną, czasem wręcz zajechaną jak łysa rokendrolowa kobyła. Cóż, śpiew Homme’a zdecydowanie bardziej odwołuje się do 

tradycji bluesowej

niż rockowej.

Jednakże jego wokal to jeszcze nie wszystko. Bo do  charakterystycznego stylu Dżej Ejcza należy przecież granie na gitarze – w sposób w wielu momentach oldskulowy, tak jak grało się w latach 60. albo wręcz 50.: szarpany, akordowy. Zamiast ściany dźwięku – znów dość typowej, najczęściej stosowanej przez rockowych wykonawców, otrzymujemy krótkie, urywane dźwięki – coś, co pozwala natychmiast rozpoznać Queens w tłumie. Jeśli grzebać w historii, próbujac znaleźć jakieś odniesienia, do głowy przychodzi mi Marc Bolan i T. Rex.
No i, last but not least, do tego wszystkiego dodać należy jeszcze jeden, niebagatelny i nieodzowny warunek – proste, a jednocześnie zgrabne,

fantastyczne piosenki.

Obok tych zbudowanych na mocnych riffach – łagodniejsze, czerpiące z tradycji  beatlesowskiej, choćby w kończącym całość Villains of Circumstance czy w partii smyków w Un-Reborn Again. Reasumując: takiej muzyki nie da się wykoncypować na zimno jako przepisu na popularność i wielomilionową sprzedaż (spotkałem się z taką opinią wygłoszoną przez osobę z okolic tzw. branży). Do tworzenia takich dźwięków potrzeba artysty świadomego historii pop music i potrafiącego z niej czerpać oraz twórczo przetwarzać. Trzeba człowieka o talencie miary niepospolitej, największej.

Villains to znakomita płyta. Wszystko mi mówi, że – choć  właśnie ukazał się krążek Gizmodrome, a w październiku pojawi się nowy Robert Plant – moja płyta roku.

(Queens of The Stone Age, Vallains, 2017)

[W NaTemat: 17 września 2016]

Pop i Homme w objęciach depresji

pop_post

To nie jest album, podczas słuchania którego można odetchnąć, niepokój wyczuwalny jest cały czas. Wsiadłeś, słuchaczu, na depresyjną karuzelę, z której zejść nie sposób.

[more]

*
W kwietniu 2013 roku ukazała się płyta Ready To Die, piąta w dyskografii The Stooges i do 18 marca br. ostatnia, w której nagraniu wziął udział Iggy Pop. Artysta, który przez większą część swojej kariery balansował

na krawędzi,

złożył takim tytułem wyraźną deklarację. A nieco później nawiązał kontakt z liderem Queens of The Stone Age, Joshem Homme’em, wyrażając ochotę, by dokonać wspólnych nagrań.

Okrutny los mógł sprawić, że Homme nie doczekałby wydania wspólnego materiału. Niewiele brakowało, by 13 listopada, jako gość kapeli Eagles of Death Metal, stanął na scenie paryskiego klubu Bataclan (z pierwszych doniesień wynikało, że tam był). Podczas tego koncertu rozegrały się najbardziej krwawe sceny czarnego nie tylko w historii Francji dnia. Muzykom udało się uciec, natomiast z rąk zamachowców zginęło w klubie  kilkadziesiąt osób, w tym menedżer zespołu.

*
Pop – który 21 kwietnia skończy sześćdziesiąt dziewięć lat – przy okazji wydania najnowszej płyty oświadczył, że przechodzi na emeryturę, że ten album to jego pożegnanie. Damy temu wiarę albo nie, nieważne, czas pokaże. Osobiście nie mam nic przeciwko powrotom, byle w dobrej formie.

Póki co można wziąć do ręki czarno-białą okładkę z żółtym napisem u góry: IGGY POP – POST POP DEPRESSION. Czyli? Postpopowa depresja? Albo – po zamilknięciu Popa czeka nas już tylko depresja? Ale na awersie mamy też zdjęcie czterech najważniejszych osób spośród tych, które wzięły udział w nagraniu dziewięciu numerów – i te cztery nazwiska wydrukowane są u dołu tym samym rozmiarem czcionki: od lewej – Homme, Pop, Dean Fertita, kumpel Homme’a z QOTSA, oraz Matt Helders, bębniarz Arctic Monkeys (JH udziełał się wokalnie w nagraniu kilku piosenek na dwóch ostatnich ich albumach).

Jeśli faktycznie stary mistrz miałby wziąć

rozbrat z muzyką,

to wiedział, z kim zabrać się do ostatniej roboty. Joshua Homme zachwycił fantastycznym, szóstym studyjnym krążkiem swej macierzystej formacji, …Like A Clockwork (2013). Krążkiem, którym usadowił się na samym szczycie mojego prywatnego rankingu, jeśli chodzi o rock w XXI wieku. Nikt nie jest podpisany jako autor muzyki na Post Pop Depression, ale nie trzeba szczególnie wyrobionego ucha, by stwierdzić, że główną pracę w tym zakresie odwalił właśnie lider QOTSA. I, co za radość od pierwszego słuchania, dając kolejny dowód  wybornej formy.

Kończąc jeszcze „sprawy wzrokowe”, nie wiem, na ile symboliczna jest, równie czarna jak okładka, książeczka dołączona do płyty. A ściślej: dwa zdjęcia. Z przodu – patrzący wprost na nas Iggy Pop. Oj, nie jest to twarz starszego pana, który spokojnie, po mieszczańsku przeszedł przez życie. Lecz przecież, chciałoby się rzec, still alive. Nie przekroczył tej cienkiej linii, nie zapił się na śmierć, nie zaćpał, nie zmogła go, jak jego męża opatrznościowego, Davida Bowiego, żadna paskudna choroba. Tyle że, jeśli uwierzyć w deklaracje i symbolikę zdjęcia z tyłu książeczki, młodsi od niego panowie jadą dalej, a on już nie. Jeszcze opiera się o bok ich kabrioletu, ale za chwilę auto ruszy i nabierze prędkości, a on zostanie.

*
Muzyka na płycie to dziewięć utworów, nieco ponad czterdzieści minut. „I’m gonna break into your heart/ I’m gonna crowl under your skin” – zaczyna Pop i natychmiast wdziera mi się pod skórę i mości w serduchu.

Druga w kolejności jest singlowa, znana więc już trochę wcześniej  Gardenia. I jeśli wyrwana z kontekstu może nie do końca przekonywała i powodowała pytania, jaka też będzie całość, to na płycie brzmi świetnie. I tak jest do samego końca.

Iggy Pop debiutował w 1969 roku, gdy z The Stooges wydał pierwszy album. Jego producentem był John Cale, znany z Velvet Underground. I nie ma chyba w historii pop music żadnych innych dwóch równie ważnych jak te grup, które w chwili startu i nagrywania swych najważniejszych płyt nie odgrywały praktycznie żadnej istotnej roli. Sława przyszła dopiero

po latach,

The Stooges uznawani są za prekursorów punka, ale kasy na swych trzech pierwszych płytach nie zrobili. Jednak gdy dziś słuchamy nowych piosenek Popa, znaczek wytwórni Electra, dla której nagrywali Stooges, przypomina się nie bez kozery. Electra była też wydawcą Doors, a wokale Popa raz po raz są równie przejmujące, jak te Jima Morrisona na przykład w The End. Bodaj najbardziej w Vulture i Paraguay.

Muzyka – fantastyczna. Homme’owa. Nie z tych, co to od razu wpadają w ucho. Joshua H. jak wino, coraz lepszy, coraz bardziej oszczędniejszy. Zaryzykowałbym nawet porównanie z Milesem Davisem. Coraz więcej operowania gitarową ciszą, akordowymi uderzeniami w stylu lat 60., ściany dźwięku nie usłyszymy na tej płycie ani razu. Nad wszystkim dominuje  mocno nabijany rytm basu wzmacniany jeszcze bębnami. Gitara natomiast nieoczywistymi dźwiękami potęguje efekt deliryczno-schizofrenicznego śpiewu frontmana. Czasem – jak w Sunday – przechodzi to w walczyk. Tyle że jego delikatna faktura już po kilku sekundach przeistacza się w istne szaleństwo.

To nie jest album, podczas słuchania którego można odetchnąć, niepokój wyczuwalny jest cały czas. Wsiadłeś, słuchaczu, na depresyjną karuzelę, z której zejść nie sposób. Ale w zamian uczestniczysz w wielkim święcie, którym jest każde odtworzenie tej płyty. W moim odczuciu – znakomitej.

(Iggy Pop, Post Pop Depression, 2016)

[W NaTemat: 29 marca 2016]