Piosenki pełne smaku – Paul McCartney, Flaming Pie, 1997

Koncert Sir Paula w Warszawie coraz bliżej, to sprowokowało mnie do sięgnięcia po jeden z jego najlepszych solowych albumów, Flaming Pie z 1997 roku. Materiał powstawał w okresie, kiedy McCartney zakończył pracę nad antologią Beatlesów i mógł wreszcie zająć się swoimi nowymi pomysłami. Nowymi? Duch czwórki z Liverpoolu tak mocno unosi się nad tymi nagraniami, że nie sposób oprzeć się porównaniom i wzruszeniu.

[more]

Swego dopiął też Jeff Lynne, kiedyś lider Electric Light Orchestra. Zawsze powtarzał, że

dokonania The Beatles

stanowią dla niego wzór. I tak jak najpierw, w czasie gdy intensywnie komponował, miał te harmonie gdzieś z tyłu głowy, tak później wytrwale dążył do bliższej współpracy ze swymi mistrzami. Udało mu się już w 1987 roku, gdy został producentem albumu George’a Harrisona, następnie na pokładzie Traveling Wilburys znalazł się obok Roya Orbisona, Toma Petty’ego, Boba Dylana i – znów – Harrisona. Potem jeszcze produkował album Ringo Starra oraz dwa „nowe” utwory Beatlesów: Free As A Bird i Real Love. No i wreszcie w tym przypadku, gdy wziął udział w nagraniu i produkcji utworów na omawiany krążek.

Oprócz Lynne’a pojawiają się na tej płycie Steve Miller (ten od Steve Miller Band i Abracadabry), Ringo Starr, George Martin, żona Linda, a nawet syn mistrza, James McCartney.

Cudowna lekkość i łatwość,

z jaką przed laty pisał piosenki z Lennonem, znów spłynęła na niego. Jak pomyślę, że zamiast dwóch – trzech bardziej błahych tematów zawartych na tym krążku parę swoich pomysłów dorzuciłby, gdyby żył, John, jeden George, otrzymalibyśmy znakomitą nową płytę najwspanialszej grupy w historii rocka.

Trochę trwało, zanim dotarła do mnie wielkość i uroda tego albumu. Na gorąco zachwycała się nim Beata Pawlikowska, wówczas współpracowniczka Trójki, na mnie spłynęło to trochę później. Po wielu latach, gdy w 2011 roku na okładce polskiego wydania biografii McCartneya przeczytałem słowa tłumacza i Beatlesologa jednocześnie, Piotra Metza –

„Najwybitniejszy autor muzyki rozrywkowej

naszych czasów” – zrobiło mi się przyjemnie i ciepło. I ucieszyłem się, że z taką oceną nie jestem sam, że stoję w tak doborowym towarzystwie. Bo przecież młodsi zdają się już nie doceniać dzieła Beatlesów, a – z drugiej strony – spór o to, czyja wielkość jest większa, Lennona czy McCartneya, do końca nie wygasł.

Chyba nie ma potrzeby długo rozwodzić się nad czternastoma piosenkami składającymi się na tę płytę. O geniuszu Sir Paula świadczy taka perła, jak Somedays, klimatem i smykami przywodząca na myśl Yesterday i Strawberry Fields Forever, a ponadto kilka znakomitych kawałków, m.in. Souvenir kojarzący się nieodparcie z Oh Darling, przepiękne Calico Skies i Little Willow czy świetny na koniec Great Day. A tego, że bandlider jest ciągle rokendrolowcem, dowodzi utwór tytułowy. Świetny krążek!

Osiemnasta rocznica śmierci Ryszarda Riedla

Bodaj w 1988 roku, na urodzinach Dżemu w Spodku (odbywały się przez pewien czas co roku), zespół ogrywał materiał z Najemnika. Riedel szalał. Nigdy wcześniej (i później) nie widziałem go tak aktorskiego. Był niesamowity, pewnie trochę naćpany, ale wiedział, co się dzieje dokoła. Pamiętam, że w moim ukochanym Najemniku II nawet padał na scenę. To naprawdę robiło wrażenie.

[more]

A przecież nigdy nie był dla mnie istotą tej kapeli, istotą było współistnienie sześciu ludzi, oni razem. Moje wykształcenie polonistyczne nigdy nie pozwalało mi na bezkrytyczne przyjmowanie wyśpiewywanych przez Riedla tekstów. Wiele z nich jest bardzo naiwnych, zahaczających o grafomanię. Choć bywa, że nawet w słabych tekstach pojawiały się, ni stąd ni zowąd, wersy dużej próby. To wszystko jednak nie miało znaczenia: naturalność, prawda bijąca od tego faceta, świetna, coraz doskonalej grana muzyka uwiarygodniały jego przekaz. Takie głosy jak jego, tak mokro w gardle mieli i mają nieliczni. Chyba nikomu nie przeszkadzało, że miał coraz większe ubytki w uzębieniu i śpiewał coraz bardziej niewyraźnie. Aż wreszcie, przed Detoksem, wstawił sobie zęby i było fantastycznie.

Nie byłem na ani jednym koncercie instrumentalnym, nie wiedziałem, nie zdawałem sobie sprawy, że jest z nim aż tak źle. Że bywały trasy, gdy zespół nie miał pewności, czy danego wieczoru wyjdzie na scenę.

30 lipca 1994 roku wiele zmieniło się w polskim rocku. Wiadomość nie tylko dla fanów zespołu była straszna. Zmarł ktoś wyjątkowy, jedna z największych postaci w historii rodzimego showbiznesu.

Nie zapomnę tego dnia. Był to czas zapaści programu trzeciego PR, a okres świetności Metzowego RMF. Włączyłem radio, a tam cały czas grali kawałki Dżemu. Jeden, potem drugi i następny. O rany, chyba coś się stało! To „coś” – to mogło być wtedy tylko jedno…

Fleetwood Mac, Rumours, 1977

Moja pierwsza taśma magnetofonowa. Dwa kolejne Minimaksy Piotra Kaczkowskiego – prezentacja Rumours wsparta klasykami zespołu jeszcze z czasów Petera Greena, m.in. The Green Manalishi, Oh Well i Need Your Love So Bad. Każda nuta zapisana w głowie. Wyeksploatowany magnetofon trafił wreszcie szlag, a razem z nim wiele nagrań, do których, bywało, bardzo długo nie dane mi było powrócić. Także – do tej płyty.

[more]

I wreszcie teraz, po trzydziestu pięciu latach od chwili ukazania się analogowego pierwowzoru, trzymam w dłoniach dwupłytowe wydawnictwo: oryginalny album w zremasterowanej wersji oraz różnego rodzaju dodatki – wersje demo i inne niepublikowane wcześniej nagrania.

Wypada zaznaczyć, że ponad rok temu Piotr Metz wspominał ten album w świetnym cyklu Strona 1, strona 2. Wtedy wróciły do mnie stare emocje i wielka ochota, by sięgnąć do tych utworów.

To pop, z całą pewnością, a jednak po tylu latach słucha się tego z ogromną przyjemnością – dlaczego? Wpisuję płytę w jej czas: mamy Abbę, są Electric Light Orchestra, rok później na popowe ścieżki wkracza Genesis.

Co stanowi o sile Rumours?

ELO i Genesis są mocno osadzeni w tamtym okresie: gęste, wręcz przeładowane aranżacje, sporo syntezatorów, coś, co wtedy zachwycało, po latach nieuchronnie zwietrzało. W Abbie jest za mało rocka, to jednak nieco niższy poziom. Fleetwood Mac udała się cholernie trudna sztuka. Wiadomo, że to zespół o sporych tradycjach. Solidne bluesowo-rockowe granie na przełomie lat 60. i 70., kiedy na czele zespołu stał jeden z największych stylistów elektrycznej gitary, Peter Green (to do niego należy linia gitary w Jenny Mayalla), brzmienie oparte na typowej triadzie gitara – bas – perkusja z delikatnie tylko znaczonymi instrumentami klawiszowymi.

I to proste, soczyste i, w sumie, oszczędne brzmienie jest też wielką siłą opisywanego albumu. Feeling, swing, blues, rock’n’roll wyczuwalny jest w każdej, najprostszej z pozoru piosence umieszczonej na krążku. To moc, która nie pozwala zestarzeć się temu albumowi. Bo siłą najlepszych płyt w historii jest połączenie w jednym czasie największych wzlotów kompozytorskich z co najmniej dobrym poziomem wykonawczym.

Wielka sztuka rodzi się z bólu.

Krążek powstawał w momencie, kiedy rozpadały się dwa muzyczne małżeństwa członków grupy. Jednak życiowe kryzysy udało się muzykom przekuć w szlachetny materiał muzyczny. W tych utworach wyczuwalny jest bowiem duch wczesnego Fleetwood Mac oraz mistrzów piosenki drugiej połowy dwudziestego wieku – Beatlesów. A nad tym, że melodyjne kawałki są czasem dowodem na nie całkiem prostą fakturę muzyczną, że są dowodem  kompozytorskiego geniuszu, nie ma co dyskutować. Lepiej ich po prostu posłuchać.

Trochę ponad czterdzieści cztery minuty, dwanaście utworów. Wspaniały miks dynamicznych kawałków, takich jak Go Your Own Way czy The Chain, i urzekających ballad, jak Oh Daddy czy wyjątkowej urody Songbird.

Album był w swoim czasie najlepiej sprzedającą się płytą w historii, a i dziś sytuuje się w czołówce – z wynikiem ponad czterdziestu milionów egzemplarzy. W plebiscycie magazynu „Q” na najlepszy album lat 70. zajął trzecie miejsce – za London Calling The Clash i Dark Side Of The Moon Floydów. Warto sprawdzić albo przypomnieć sobie, dlaczego.


Ewa Winnicka, Cezary Łazarewicz, Zapraszamy do Trójki, 2012. Dwugłos w rzeczonej sprawie. Głos pierwszy: Mariusz

Każdy ma swoją Trójkę. Myśl, byśmy oboje z żoną podzielili się swoimi refleksjami po lekturze książki, zrodziła się spontanicznie. Dlatego też zaniechaliśmy domowej wymiany spostrzeżeń, by w żaden sposób nie wpływać wzajemnie na swoje teksty. Żona spojrzała na temat szerzej, ja skupiłem się na muzyce.

[more]

Nie wiem, czy o to chodziło autorom książki, ale po jej przeczytaniu zacząłem się zastanawiać nad tym, jakim jestem słuchaczem. Nie będziesz miał rozgłośni cudzych przede mną – to oczywiste. Jako rówieśnik Trójki muszę uczciwie powiedzieć, że przydarzyły mi się tylko dwa skoki w bok: w latach 70. jedynkowe Lato z radiem (czas Abby) i w latach 90., okresie pierwszej zapaści Programu Trzeciego PR, Metzowy RMF.

 *

Nie powiem nic szczególnie odkrywczego, stwierdzając, że najsilniejsze doznania to czas młodości. Powolnego, jak się wtedy zdaje, wkraczania w dorosłość. Muzycznie ukształtowała mnie – za pośrednictwem starszych braci – Trójka i tylko Trójka. Świadomym konsumentem płyt stałem się w 1976 roku, dwa lata później zaczęła się moja systematyczna podróż przez muzyczne krainy.

Gdybym miał wymienić jedno nazwisko – byłby to oczywiście Piotr Kaczkowski. Pamiętam jego jeszcze dwudziestominutowe Minimaksy. Gdzieś na starej szpuli, na samym jej końcu, tzw. zapowiedź wsteczna: W Minimaksie zadebiutowała grupa Babe Ruth, B-a-b-e R-u-t-h, z wokalistką Janitą Haan, H-a-a-n. I szybko jeszcze podane utwory z pierwszej strony płyty. Pamiętam środowe Muzyczne poczty UKF, zaczynające się po wiadomościach, o 17.05. Załapałem się akurat na dyskografię Genesis. Pamiętam południowe W tonacji Trójki.

Ale skłamałbym, gdybym wspomniał tylko Pana Piotra. Poza nim – Dariusz Michalski,  który we wtorki prezentował muzykę z demoludów (kupę świetnego grania z Węgier: Omega, Locomotiv GT, Scorpio, Piramis, Fonograf, Czechosłowacji: Collegium Musicum, Jugosławii: Bijelo Dugme, Atomsko Sklonište), a ponadto W tonacji miał pod koniec lat 70. wspaniały cykl o pierwszych rokendrolowcach. To z tych programów dowiedziałem się o istnieniu Haleya, Perkinsa i wielu innych, ale przede wszystkim o Chucku Berrym i Jerrym Lee Lewisie.

Bielszy odcień bluesa Wojciecha Manna i Jana Chojnackiego, Odkurzone przeboje Janusza Kosińskiego (dziś niewyobrażalne, by przeboje sprzed sześciu – dziesięciu lat trzeba było już odkurzać). Pamiętam Studio nagrań Wojciecha Kordowicza, choć nigdy nie zasmakowałem w elektronice. Pamiętam audycje Marka Wiernika, które wpuszczały tyle świeżego powietrza, że czasami, najzwyczajniej, nie nadążałem. Słuchałem też country’owych programów Korneliusza Pacudy, choć country było i jest mi obojętne. Słuchałem programów Romana Waschki. Słuchałem też, oczywiście, Witolda Pogranicznego i Marka Gaszyńskiego, ale ich propozycje jawiły mi się jako co najwyżej szkoła średnia przy uniwersytecie Kaczkowskiego.

Pamiętam Muzykę Młodej Generacji Piotra Nagłowskiego, pamiętam Jerzego Janiszewskiego (obok P. Kaczkowskiego – najbliższego mi jeśli chodzi o gust muzyczny). Wspominam też Wojciecha Zamorskiego.

Potem był stan wojenny i wszystko się zmieniło. Jeszcze muszę wspomnieć Tomasza Beksińskiego (mniejsza o natchnione wypowiedzi, ale on sprawił, że pokochałem U2), jednak kojarzy mi się bardziej ze stereofoniczną Dwójką niż potem z trójkowym adresem. A także Pawła Kostrzewę za mnóstwo znakomitej muzyki pod koniec lat 90.

Dziś, na ile czas pozwala, nadstawiam ucha przy programach Wojciecha Manna i Piotrów: Metza, Barona i Stelmacha. Podsłuchuję Grzegorza Hoffmanna, Artura Orzecha  i Magiel Wagli.

 *

Jestem wierny Trójce, ale jednocześnie, co uświadomiła mi książka, radio dozuję sobie od lat bardzo oszczędnie, zwłaszcza wieczorami. Do czytania znacznie lepsze jako podkład są płyty niż mówione audycje. A jeśli chodzi o wcześniejsze godziny – pracę mam taką, iż nie pozwala mi ona słuchać radia, chyba że znajduję się akurat w samochodzie.

 *

Książka nie rzuciła mnie na kolana. Ale co musiałaby zawierać, by tak się stało? Szczerze mówiąc, nie wiem. Każdy nieco starszy wiekiem słuchacz ma chyba swoją Trójkę, swoje ulubione audycje i ulubionych prezenterów.

Dobrym pomysłem wydaje mi się opisanie historii rozgłośni wykorzystujące, poza samymi początkami, wspomnienia ludzi z radiem związanych. Słabe natomiast są marginalia, zapiski z dyżurów telefonicznych, w większości mało śmieszne i zupełnie pozbawione cech anegdoty. Czy te wspaniałe, rozbawiające czasem do łez historie emitowane przy okazji jubileuszu zachowano dla potrzeb jakiejś innej  publikacji? 

Ale dobrze, że książka powstała. Trójce się to należy. Wielu możnych tego świata, dawniej i całkiem niedawno, próbowało uczynić z tej stacji jeszcze jeden serek homogenizowany. Szerzący wątpliwe racje polityczne i zupełnie niestrawny muzycznie. Dziś znów jest normalnie – i niech tak już będzie. Zostawcie Trójkę w spokoju, bo ona sama świetnie da sobie radę.