Wiele lat temu w Trójkowym „Bielszym odcieniu bluesa” panowie Mann i Chojnacki kończąc prezentację nagrań Johna Mayalla, zaproponowali słuchaczom stworzenie listy dziesięciu najlepszych utworów artysty. Ku chyba nie tylko ich zaskoczeniu na samym szczycie zestawienia pojawiła się „Jenny”.
[more]
Na krążku Looking Back (1969), siódmym w dorobku Mayalla, ojca i mistrza brytyjskiego bluesa, zebrała się cała plejada znakomitych muzyków, w sporej mierze jego wychowanków: między innymi Eric Clapton i Jack Bruce (obaj Cream), Mick Taylor (Rolling Stones), bębniący z wieloma bardzo i trochę mniej znaczącymi Aynsley Dunbar, basista John McVie, perkusista Mick Fleetwood i Peter Green. Trzej ostatni wymienieni to podpory pierwszego, nie tylko dla mnie najlepszego wcielenia Fleetwood Mac.
O wielkiej urodzie ballady, której autorem jest sam Mayall, w olbrzymiej mierze decyduje – obok zrezygnowania z perkusji – jeden z gigantów bluesowej i rockowej gitary, Peter Green – dobywający ze swojego instrumentu dźwięki wyjątkowe i pełne szlachetnej delikatności. Ktoś, kto z pewnością wytyczył nowy szlak gitarowego elektrycznego grania. Wielu do dziś podąża jego tropem, a do absurdu i całkowitego spospolitowania (śmiem twierdzić) doprowadził ten sposób obsługi sześciostrunowego instrumentu Gary Moore. Green to jednak zupełnie inna bajka…
Szperanie wśród starych nazw, nazwisk i płyt od dawna powoduje we mnie szczególny rodzaj emocji. Bo to muzyka z lat, gdy większość Polaków mogła jedynie marzyć o posiadaniu oryginalnej płyty, a już samo jej trzymanie w dłoniach – jeśli zdarzyło się, że ktoś ze znajomych był akurat szczęśliwym właścicielem – powodowało szybsze bicie serca.
[more]
Dziś czas wielu dawnym wydawnictwom sprzyja szczególnie. W większości są zremasterowane, oczyszczone i kosztują niewielkie pieniądze. Tak niewielkie, jak rzeczony album (24,99 zł w MM), że można by nakłaść ich do koszyka za kilkaset, a może po prostu kilka tysięcy złotych. I powtarzać ten ceremoniał jeśli nie codziennie, to choć raz na tydzień. Niestety, nie stać mnie na takie zakupy, ale może dzięki temu mam chwilę, by podelektować się każdym kolejnym nabytkiem.
Chyba równo dwadzieścia lat temu kupiłem inny składak Fleetwood Mac z nagraniami z okresu, gdy dowodził zespołem Peter Green (The Hitsof…). Wciąż jednak chodziły za mną dwa znakomite numery, których zabrakło na tamtej płycie. Tutaj już są i w dodatku w otoczeniu wielu innych smakowitości w dawce blisko osiemdziesięciominutowej.
Kapela powstała w 1967 roku, utworzyli ją
współpracownicy Johna Mayalla
– perkusista Mick Fleetwood oraz bodaj pierwszy i najwspanialszy liryczny gitarzysta rockowy w historii, Peter Green, wkrótce w składzie znalazł się jeszcze trzeci członek Bluesbreakers, basista John McVie. Od nazwisk pierwszego i ostatniego z wymienionych wzięła się nazwa zespołu, nie trzeba chyba dodawać, że bluesowego. I tak było do roku 1970, kiedy odszedł Green. Potem w składzie pojawiły się panie, zrobiło się bardziej popowo, niemniej w 1977 roku, w zupełnie już innej stylistyce, zespół nagrał znakomity Rumours.
Wróćmy jednak do pierwszego, najlepszego okresu w historii. Omawiany album, szczególnie wartościowy w obliczu poważnych trudności z nabyciem wydawnictw katalogowych, serwuje nam wszystko to, co w Greenowskim FM najlepsze.
A więc
te dwa numery
– The Green Manalishi (znów riff, przy którym buty spadają z nóg) i dwuczęściowy Oh Well, najpierw gwałtowny, rockowy, choć z kapitalną gitarą akustyczną na pierwszym planie, a potem akustyczny, trochę filharmoniczny w klimacie, mający coś z Vivaldiego, Rodriga, ale też Beatlesów i King Crimson. Znaczenia obecności tych dwóch utworów w zestawie przydaje fakt, iż w swoim czasie pojawiły się one tylko na singlach i dopiero to kompaktowe wydawnictwo z 2002 roku przypomniało je po latach.
A prócz nich mamy takie perełki, jak znakomity Man ofThe World czy Albatross, stylowe bluesy Merry Go Round, Worried Dream albo Need Your Love So Bad oraz dynamiczne My Heart Beat Like AHammer, Looking For Somebody czy Shake Your Moneymaker.
Znakomity to wybór,
esencja tamtego grania.
I okazja, by przypomnieć sobie lub zaznajomić się z jeszcze jednym wirtuozem gitary, czasem bardzo lirycznym (czyż to nie on był patronem niektórych dokonań Snowy’ego White’a albo Gary’ego Moore’a?), a czasem zdrowo łojącym. Dziś, zdaje się, zapomnianym, a to przecież jeden z tych, którzy tworzyli kanon rockowej gry na gitarze elektrycznej. Gorąco polecam.
Moja pierwsza taśma magnetofonowa. Dwa kolejne Minimaksy Piotra Kaczkowskiego – prezentacja Rumours wsparta klasykami zespołu jeszcze z czasów Petera Greena, m.in. The Green Manalishi, Oh Well i Need Your Love So Bad. Każda nuta zapisana w głowie. Wyeksploatowany magnetofon trafił wreszcie szlag, a razem z nim wiele nagrań, do których, bywało, bardzo długo nie dane mi było powrócić. Także – do tej płyty.
[more]
I wreszcie teraz, po trzydziestu pięciu latach od chwili ukazania się analogowego pierwowzoru, trzymam w dłoniach dwupłytowe wydawnictwo: oryginalny album w zremasterowanej wersji oraz różnego rodzaju dodatki – wersje demo i inne niepublikowane wcześniej nagrania.
Wypada zaznaczyć, że ponad rok temu Piotr Metz wspominał ten album w świetnym cyklu Strona 1, strona 2. Wtedy wróciły do mnie stare emocje i wielka ochota, by sięgnąć do tych utworów.
To pop, z całą pewnością, a jednak po tylu latach słucha się tego z ogromną przyjemnością – dlaczego? Wpisuję płytę w jej czas: mamy Abbę, są Electric Light Orchestra, rok później na popowe ścieżki wkracza Genesis.
Co stanowi o sile Rumours?
ELO i Genesis są mocno osadzeni w tamtym okresie: gęste, wręcz przeładowane aranżacje, sporo syntezatorów, coś, co wtedy zachwycało, po latach nieuchronnie zwietrzało. W Abbie jest za mało rocka, to jednak nieco niższy poziom. Fleetwood Mac udała się cholernie trudna sztuka. Wiadomo, że to zespół o sporych tradycjach. Solidne bluesowo-rockowe granie na przełomie lat 60. i 70., kiedy na czele zespołu stał jeden z największych stylistów elektrycznej gitary, Peter Green (to do niego należy linia gitary w Jenny Mayalla), brzmienie oparte na typowej triadzie gitara – bas – perkusja z delikatnie tylko znaczonymi instrumentami klawiszowymi.
I to proste, soczyste i, w sumie, oszczędne brzmienie jest też wielką siłą opisywanego albumu. Feeling, swing, blues, rock’n’roll wyczuwalny jest w każdej, najprostszej z pozoru piosence umieszczonej na krążku. To moc, która nie pozwala zestarzeć się temu albumowi. Bo siłą najlepszych płyt w historii jest połączenie w jednym czasie największych wzlotów kompozytorskich z co najmniej dobrym poziomem wykonawczym.
Wielka sztuka rodzi się z bólu.
Krążek powstawał w momencie, kiedy rozpadały się dwa muzyczne małżeństwa członków grupy. Jednak życiowe kryzysy udało się muzykom przekuć w szlachetny materiał muzyczny. W tych utworach wyczuwalny jest bowiem duch wczesnego Fleetwood Mac oraz mistrzów piosenki drugiej połowy dwudziestego wieku – Beatlesów. A nad tym, że melodyjne kawałki są czasem dowodem na nie całkiem prostą fakturę muzyczną, że są dowodem kompozytorskiego geniuszu, nie ma co dyskutować. Lepiej ich po prostu posłuchać.
Trochę ponad czterdzieści cztery minuty, dwanaście utworów. Wspaniały miks dynamicznych kawałków, takich jak Go Your Own Way czy The Chain, i urzekających ballad, jak Oh Daddy czy wyjątkowej urody Songbird.
Album był w swoim czasie najlepiej sprzedającą się płytą w historii, a i dziś sytuuje się w czołówce – z wynikiem ponad czterdziestu milionów egzemplarzy. W plebiscycie magazynu „Q” na najlepszy album lat 70. zajął trzecie miejsce – za London Calling The Clash i Dark Side Of The Moon Floydów. Warto sprawdzić albo przypomnieć sobie, dlaczego.