Z remanentów 2014: maestro Neil Young

young_storytone

Nietrudno sobie wyobrazić tę muzykę jako soundtrack – ilustrację westernu. Mamy samotnego wilka, takiego Johna Wayne’a, którego sylwetka zaciera się coraz bardziej w ostatnich ujęciach filmu, ginie w tumanach preryjnego kurzu i piasku przechodzących w napisy końcowe.

[more]

*

Gdy przypatruję się niesłabnącej aktywności Neila Younga, do głowy przychodzi mi inne nazwisko z artystycznego świata: Woody Allen. Metrykalnie dzieli ich co prawda dziesięć lat – Allen urodził się w 1935, Young w 1945 roku – ale młodziakami przecież już od dawna nie są. Obaj zdają się, bynajmniej nie ze starczym ADHD, walczyć z uciekającym czasem: reżyser kręcąc jeden film za drugim, muzyk raz po raz wchodząc do studia nagraniowego. Young w 2014 roku wydał aż dwa albumy – i, co najistotniejsze, oba prezentują poziom zdecydowanie powyżej średniej.

Niedawno zachwycałem się nowym krążkiem Boba Dylana, stylistycznie łącząc go z przedostatnimi nagraniami Paula McCartneya czy ostatnimi Erica Claptona. Younga należy dopisać do tego 

zacnego grona.

Pewnie jest w moich emocjach mieszanka typowa dla ludzi będących w średnim wieku: coś z – ciągle – synowskiego uwielbienia, sporo nostalgii, bo najsłynniejsze dokonania zwłaszcza trzech pierwszych to moje dzieciństwo i młodość, na pewno też pragnienie posiadania jeśli już nie autorytetów (szczególnie – moralnych), o co po pięćdziesiątce coraz trudniej, bo ważni dla mnie ludzie w większości są w zaświatach, to przynajmniej mistrzów w dziedzinach szczególnie bliskich sercu. A przecież tych czterech panów to wielkie postacie muzyki ostatnich kilkudziesięciu lat.

Young poszedł w podobne klimaty, w czasy przedrokendrolowe lub w muzyczne rewiry sąsiednie. Odróżnia go od pozostałej trójki to, iż serwuje nam, choć wystylizowane, zupełnie nowe kompozycje. Wymyślił, że nagra album z orkiestrą – raz prawie stuosobową, raz ponadsześćdziesięcioosobową, z chórem, do tego utwory z towarzyszeniem big-bandu oraz fragmenty solo – z partiami na przykład fortepianu i harmonijki. W wersji de luxe wydawnictwa mamy okazję posłuchać odmiennych aranżacji tych samych utworów.

Otrzymujemy więc coś z klimatu wielkich sal koncertowych, tyle że Young podchodzi do orkiestrowego rozmachu w osobliwy sposób: „Chciałbym nagrać płytę z wielką orkiestrą, na żywo, 

w technice mono,

z jednym mikrofonem”. Siebie jako wokalistę nagrywa na setkę, bez korekt i dziesiątek podejść w studiu nagraniowym. Słychać więc wszelkie potknięcia, niedoróbki, niedostatki niemłodego już głosu. 

Ale jest w tym, paradoksalnie, realizacja głęboko przemyślanego pomysłu. Gdyby orkiestrę nagrać z rozmachem, na jaki pozwala dzisiejsza technologia, gdyby przed mikrofonem postawić Matta Duska, Barbrę Streisand lub Celine Dion, otrzymalibyśmy zapewne produkt najwyższej jakości, tyle że – właśnie – produkt. Sporządzony w innej estetyce: wymuskany, dopieszczony i, najprawdopodobniej, nieznośnie w przypadku pań egzaltowany (Glimmer w ich wykonaniu ociekałby lukrem, natomiast fałszujący Young uczynił z tej pieśni przejmujący numer). Produkt, powtórzę, gładki i lśniący jak Ameryka w blasku świateł i w tym samym pochodzący z zupełnie innej galaktyki niż przekaz folkowo-bluesowo-rockowy: 

chropowaty,

zacinający się jak stary winyl – głęboko prawdziwy w swej naturalności.

Do tego jeszcze, gdy nadstawić tylko trochę uważniej ucha, płyniemy razem ze smykami nie tyle w klimaty symfoniczne, z okolic tzw. muzyki poważnej, co raczej w muzykę filmową, nie przymierzając: kompozycje Ennio Morricone. Mamy więc właściwie gotowy soundtrack (czyli nic nowego w dyskografii Younga). 

Nietrudno to sobie wyobrazić – coś na kształt sekwencji filmu o kowbojach. Mamy samotnego wilka, takiego Johna Wayne’a, którego sylwetka zaciera się coraz bardziej w ostatnich ujęciach filmu, ginie w tumanach preryjnego kurzu i piasku przechodzących w napisy końcowe. Albo który znów zostawia ukochaną kobietę i odjeżdża, by walczyć z odradzającym się złem – słychać monolityczny dźwięk orkiestrowych smyków, harmonijkę ustną i folkowy wokal Younga. To wszystko na przykład w przecudnej urody I’m Glad I Found You płynnie przechodzącym w When I Watch You Sleeping. Z jednym wszakże zastrzeżeniem: w warstwie tekstowej jest trochę inaczej – album powstawał w trudnym dla artysty okresie rozpadu wieloletniego małżeństwa i wchodzenia w nowy związek.

Prócz tych westernowych klimatów otrzymujemy też z rozmachem zaaranżowane numery nagrane z towarzyszeniem big-bandu, z mocną i stylową gitarą (I Want To Drive My Car, Say Hello To Chicago czy smakowite bluesidło Like You Used To Do), a ponadto, w rozszerzonej edycji albumu, kameralne wersje kilku utworów. 

Young sięga do wielu muzycznych szuflad i robi to 

z pewnością starego mistrza.

Przy okazji tego krążka znów przypomina mi się najkrótsza zapewne w historii świata korespondencja dotycząca ukończonego dzieła – Wolter do wydawcy: „?”, wydawca do Woltera: „!”. Young jest w takiej formie artystycznej, że chyba nikt nie ośmieliłby się ingerować w jego zamysły, nie mówiąc o uniemożliwieniu ich realizacji.

Rokendrol, zelektryfikowany i gwałtowny jak żaden przed nim rodzaj muzyczny, został gdzieś u swych początków i jeszcze bardziej dorastania obficie podlany buntem oraz chęcią wywrócenia do góry nogami zastanego porządku. Dokonania starych rockmanów od wielu już lat dowodzą wyraźnie, iż rock jest jeszcze jednym ogniwem w historii muzyki. Integralnym i mocno splecionym z innymi.

(Neil Young, Storytone, 2014)

[W NaTemat: 6 kwietnia 2015]

Błazen i złodziej na wieży strażniczej

jwh1

Pod pozycją numer cztery na pierwszej stronie płyty znalazł się jeden z najsłynniejszych utworów w historii muzyki rockowej – „All Along The Watchtower”, w 2004 roku sklasyfikowany przez magazyn „Rolling Stone” na czterdziestym ósmym miejscu.

[more]

*

W maju 1966 roku ukazuje się podwójny album Boba Dylana Blonde On Blonde, zawierający takie utwory jak I Want You czy Just Like A Woman. Dwa miesiące później muzyk ulega bardzo poważnemu wypadkowi motocyklowemu i milknie na długie wtedy półtora roku. 

Psychodelia

opanowuje świat, do boju ruszają Jefferson Airplane, Grateful Dead, The Doors, Velvet Underground i Pink Floyd, The Beatles nagrywają Sierżanta Pieprza, tymczasem Dylan najpierw przez długie tygodnie walczy o życie i zdrowie, a potem zamyka się w swej posiadłości w znanej skądinąd miejscowości Woodstock pod Nowym Jorkiem. Nie udziela wywiadów, unika ludzi, za to intensywnie oddaje się lekturze Biblii i Tory. Z kumplami z The Band tworzy prywatne studio nagraniowe, w którym wciąż nagrywa nowe piosenki.

Wreszcie, w ostatnich dniach 1967 roku, do sklepów trafia krążek

John Wesley Harding.

Chyba najbardziej oczekiwany – i zaskakujący – w tamtym okresie. Krytycy kolejny raz porównują artystę do proroka. W pełnym rozkwicie flower power oraz psychodelii Dylan przedstawia niezwykle oszczędnie zaaranżowany materiał rozpisany na głos i obsługiwane przez siebie gitarę akustyczną, harmonijkę oraz pianino, a ponadto gitarę basową, gitarę hawajską i bębny: dwanaście piosenek nagranych w trzy- lub czteroosobowym składzie, bliższe wiejskiej Ameryce niż czemukolwiek innemu. Pod prąd kolorowym czasom jest też czarno-biała okładka płyty, a na niej zdjęcie przypominające fotografie pionierów albo band rabusiów. 

W tym zestawie pod pozycją numer cztery na pierwszej stronie znalazł się

jeden z najsłynniejszych utworów w historii 

muzyki rockowej – All Along The Watchtower, w 2004 roku sklasyfikowany przez magazyn „Rolling Stone” na czterdziestym ósmym miejscu. Stąd musi być jakieś wyjście – mówi błazen do złodzieja. A ten drugi powiada: Między nami wielu jest takich, co sądzą, że życie to tylko żart. Lecz ty i ja mamy to już za sobą. Dość udawania, robi się późno. Album Dylana jest ostatnim z grona najistotniejszych wydawnictw w zachwycającym muzycznie 1967 roku.

Piosenka doczekała się olbrzymiej liczby coverów, ale bezdyskusyjnie najważniejszym z nich jest ten pierwszy. Ten, w którym dominującym instrumentem jest gitara elektryczna, a jej przecież nie było w pierwowzorze. Wersja pojawiła się dziesięć miesięcy później, w pażdzierniku 1968, na ostatnim albumie grupy

The Jimi Hendrix Experience

Electric Ladyland.

Bardzo wielu znaczących artystów znajduje się na liście interpretatorów tego utworu: niedawno zmarły Bobby Womack, Grateful Dead, Jan Akkerman (gitarzysta Focusa), Taj Mahal, Neil Young (sam i z Pearl Jam), U2, Dave Matthews Band, Brian Ferry, Lisa Gerrard, są nawet polskie interpretacje – Brygady Kryzys i Martyny Jakubowicz. Żadna jednak – choć nie brak wśród nich porywających – nie wniosła nic ponad te dwa pierwsze, kanoniczne, genialne wykonania.

[W NaTemat: 18 sierpnia 2014]

Największy rockman z Kanady

neil_young_freedom

Od 1966 roku mieszka w Stanach, współpracuje i nagrywa z muzykami amerykańskimi, ale nigdy nie zrezygnował z kanadyjskiego paszportu: Neil Young.

[more]

Urodzony w 1945 roku w Toronto kompozytor, autor tekstów, wokalista i gitarzysta – samouk ma tak bogatą biografię, wciąż – mimo upływu lat – jest tak aktywny, że próbować ogarnąć jego dzieło jest ekwilibrystycznym zajęciem. W tym miejscu skupię się więc na jednym małym, za to bardzo smakowitym szczególe.

W 1989 roku Young rozstał się z wytwórnią Geffen i powrócił do (macierzystej w jego przypadku) Reprise. Powrócił albumem, nomen omen, Freedom, na który złożyły się m.in. utwory wydane wcześniej tylko w Japonii i Australii na EPce Eldorado czy odrzuty z innych sesji nagraniowych, a także klasyk On Broadway. Życzyć by należało wszystkim wykonawcom, by dane im było dysponować takimi pozostałościami – płyta jest po prostu bardzo dobra.

Album spina rewelacyjny kawałek zaprezentowany w dwóch wersjach, akustycznej i elektrycznej – Rockin’ In The Free World. Wersja otwierająca nawiązuje do nurtu balladowego, a nawet – jak się trochę uprzeć – folkowego w twórczości artysty (dominują w niej dylanowskie gitara akustyczna i harmonijka ustna), zaś kończąca pokazuje Younga jako bezkompromisowego rokendrolowca, który potrafi solidnie dosypać do pieca.

Nic dziwnego, że zupełnie inne pokolenie – grunge – dojrzalo w nim jednego ze swych największych mistrzów. Szczególną atencją obdarzyli go panowie z Pearl Jam, czego dowodem jest także włączenie na stałe rzeczonego utworu do swego repertuaru. Youngowi i PJ zresztą od lat jest po drodze – i on, i oni zaangażowani są w sprawy społeczne, a wzajemny szacunek dla swych dokonań zaowocował przyjaźnią i wieloma wspólnymi występami.

Ostatni z dołączonych filmów pochodzi z koncertu w Toronto, a więc dla Younga domowego, Muzyk ma wtedy, nie wypominając, sześćdziesiąt sześć lat. Kondycji można tylko pozazdrościć. Co cię nie zabije, to cię wzmocni. Rokendrol jednym zabrał życie, innych wyśmienicie zakonserwował.

{W NaTemat: 19 czerwca 2014]