Marcin Wasilewski Trio – żar uczuć i delikatność brzmienia

mwt_spark

Ponad siedemdziesiąt minut muzyki rozpisanej, jak zwykle w przypadku MWT, na fortepian, kontrabas i perkusję – w kilku numerach wzbogaconych o saksofon Joakima Mildera. Właściwie nic, co miałoby w porównaniu z wcześniejszymi dokonaniami formacji zaskoczyć, ale przecież album znów dostarcza sporej dawki muzyki pełnej łagodności i ukojenia.

[more]

*

O występie Marka Bałaty w pachnącym nowością gmachu NOSPR w Katowicach pewnie bym się nie zająknął, bo przyjemniej jest się zachwycać, chwalić – niż kręcić nosem z niezadowoleniem czy wręcz niesmakiem. Pewnie bym się nie zająknął, gdyby nie nowy album tria Marcina Wasilewskiego, który właśnie pojawił się w sprzedaży. 

Pewien redaktor nazwał 

premierowy materiał

MWT  „muzyką do windy”. Skłamałbym, mówiąc, że zupełnie tego nie rozumiem, ale w windzie, jeśli już coś ma mi grać, niech będą to raczej Wasilewski z Kurkiewiczem i Miśkiewiczem albo Dire Straits. Jeśli MWT to tylko stan lekkopółśredni (choć mam świadomość, że nad stanem ludzkich emocji, jakie wyzwolić może muzyka, dyskutować nie sposób), to co powiedzieć o Marku Bałacie?!

Być może gdybym systematycznie i od lat penetrował jazz, miałbym inne spojrzenie, inną wrażliwość i może w ogóle byłbym innym człowiekiem. Być może. Wychowałem się jednak na rokendrolu i pewnie przy nim już zostanę do końca swoich dni. Co nie uniemożliwia mi od czasu do czasu podróży w stronę jazzu właśnie lub muzyki poważnej, odchodzenia od ostrych gitar elektrycznych w krainę łagodnych dźwięków gitary akustycznej albo fortepianu.

Spark of Life

to ponad siedemdziesiąt minut muzyki rozpisanej, jak zwykle w przypadku MWT, na fortepian, kontrabas i perkusję – w kilku numerach wzbogaconych o saksofon Joakima Mildera. Właściwie nic, co miałoby w porównaniu z wcześniejszymi dokonaniami formacji zaskoczyć, ale przecież album znów dostarcza sporej dawki muzyki pełnej 

łagodności i ukojenia.

Obok autorskiego materiału znalazły się na krążku covery. Żadne to dziś odkrycie, że jazzmani popatrują na rockowe poletko. Mamy więc opracowania Do rycerzy, do szlachty, do mieszczan Heya oraz Message In The Bottle Police, co jakoś kojarzyć się może na przykład ze Smells Like Teen Spirit w wersji Możdżera, Danielssona i Fresco. Ponadto Actual Proof Herbiego Hancocka i – zawsze obarczona pewnym ryzykiem – próba zmierzenia się z klasykiem Sleep Safe And Warm Komedy, czyli słynną Rosemary’s Lullaby z filmu Romana Polańskiego (próba zresztą kolejna tego zespołu, bo wcześniejsza miała miejsce jeszcze pod szyldem Simple Acoustic Trio). Wreszcie wycieczka w klimaty poważne, czyli Largo Grażyny Bacewicz.

I mimo iż tych „obcych” kompozycji jest całkiem sporo – duch tria, dobrze już znany klimat wciąż niespiesznie i pewny swych atutów roztacza się nad całą płytą. Na dodatek Joakim Milder, szwedzki saksofonista, wprowadza w ten porządek pewną 

wartość dodaną.

Instrument, na którym gra, tak chętnie anektowany przez rock i pop music, ma przez to chyba szczególnie trudne zadanie, by uciec od zgranych przez lata dźwięków. Wrażliwość Mildera bliska jest jednak temu, co robi polska formacja (stąd przecież wziął się pomysł współpracy) – gra oszczędnie, bez gwałtowności.

Wracam do pojawiających się tu i ówdzie zarzutów: jeśli muzyka często towarzyszy nam w czynnościach dnia codziennego, trudno potępiać Marcina Wasilewskiego i kolegów, że tworzą tło smakowite i wyjatkowej urody. Natomiast jeśli już dane nam jest uwolnić się od krzątaniny i poświęcić tylko słuchaniu – utwory MWT z płyt czy na żywo brzmią jeszcze szlachetniej. A że po dwóch dekadach istnienia składu trudno mówić o efekcie nowości czy zaskoczenia, to jasne. Z trzymaniem poziomu przez starych wyjadaczy bywa różnie (ostatni przykład: U2), więc cieszy mnie niepomiernie, iż bez niepokoju mogę wkładać kolejne krążki tria do odtwarzacza.

Zresztą kogo i o czym chcę tu przekonywać – w końcu o jakiej półce muzycznej mowa? Ci trzej panowie nagrywają dla wytwórni ECM, a chce ich słuchać publiczność pod wszelkimi szerokościami geograficznymi – ostatnio byli w Argentynie i Chile. Czyżbyśmy postępowali trochę w myśl Jachowiczowskiego „Cudze chwalicie, swego nie znacie, sami nie wiecie, co posiadacie” – ?

(Marcin Wasilewski Trio w/ Joakim Milder, Spark of Life, 2014)

[W NaTemat: 30 listopada 2014]

Polska – kraina szlachetnej łagodności

mdf

Jeśli pierwszy obejrzany na żywo występ danego wykonawcy wprawia w zachwyt – a tak było parę lat temu w tym samym miejscu, wtedy jeszcze pod nazwą Górnośląskie Centrum Kultury w Katowicach – właściwie niemożliwe jest powtórzenie równie silnych doznań. Co w niczym nie zmienia faktu, że będę chciał znów znaleźć się na widowni, gdy Leszek Możdżer, Lars Danielsson i Zohar Fresco kolejny raz zawitają na Śląsk.

[more]

Polski pianista dwukrotnie zaakcentował, że w koncercie tria w ramach festiwalu

„Jazz i okolice” 

bardziej chodzi o te drugie. Trudno się spierać, bo to przeniesie nas na grunt nudnej akademickiej dysputy, a chodzi przecież o muzykę i wyzwalanie emocji.

Pierwszych siedemdziesiąt minut to była prezentacja materiału z dopiero co wydanego krążka pt. Polska. Czyli żadnej taryfy ulgowej dla słuchaczy, żadnego przeplatania nowych utworów ze starszymi, które ci mogli mieć już dobrze opanowane. Dopiero pozostałe trzy kwadranse , wliczając w to bis, stanowiły przypomnienie wcześniejszych nagrań.

Osobiście bardzo się cieszę, że formacja powróciła. Bo jeśli w zaświatach jest jakaś przestrzeń, w której dane nam będzie przebywać i gdzie zachowana będzie pamięć o naszych ziemskich uczynkach, to ja bardzo proszę o stałą wejściówkę do podgrupy pod nazwą „jazz skandynawski” (tak, mam świadomość, że tylko jedna trzecia zespołu ma takie korzenie). Bo jak już się nasłucham i podkręcę Beatlesami, Stonesami, Led Zeppelin, Cream i Doors, to pójdę się wyciszyć właśnie tam. I zaciągnę też panów z Nirvany, by posłuchali niesamowitej wersji Smells Like Teen Spirit.

Obyło się

bez fajerwerków,

orgiastycznych solówek, które mogłyby zmęczyć zwłaszcza niewiasty licznie obecne na sali. Otrzymaliśmy natomiast jakość dobrze już rozpoznaną przez miłośników tego ansamblu. Mnóstwo liryzmu, delikatności, pięknych melodii, oszczędnego brzmienia instrumentów. Bryzy od Bałtyku, bo wspólne granie sprawia tym panom wiele frajdy. Easy Money – powiedział L. Możdżer – to takie pieniądze, które pojawiają się, gdy robi się coś, co się lubi. I dostarcza, dodam, wielkiej przyjemności tym, którzy przyszli posłuchać.

Fortepian, kontrabas, nieprzypominający żadnego innego zestaw perkusyjny (a ponadto wokalizy Fresco). Parę razy sygnalizowałem już swoje gorące uczucia do takiego instrumentarium (EST czy Marcin Wasilewski Trio), bo to granie niesie ukojenie, nawet w swych momentach allegro. Tych na nowym krążku jest więcej niż na poprzednich płytach tria, ale to wciąż

kraina szlachetnej łagodności.

Chyba nie ja jeden tęsknię za ucieczką od zgiełku kolejnych dni. Jednak mało kogo stać na radykalny krok i trwałe zerwanie z ogłupiającym światem. Dobrze więc, że są tacy muzycy, którzy potrafią nas porwać choć na dwie godziny w zupełnie inny wymiar.

(Możdżer – Danielsson – Fresco, Festiwal Muzyki Improwizowanej Jazz i okolice, Centrum Kultury Katowice, 1 grudnia 2013)

[3 grudnia 2013]