
Poeta Lech Janerka? Sam zainteresowany bierze to w wielki cudzysłów. Jednakże wydany w tym roku tomik „Śpij aniele mój / Bez kolacji” był pretekstem, by artysta czwarty raz pojawił się w katowickim Rialcie – tym razem w ramach interdyscyplinarnego festiwalu Ars Cameralis. Wpierw w roli, jak sam siebie nazwał, autora tekstów. Raz mówił dowcipnie, raz – jak to bywa z tymi, którzy trochę już przeżyli – dominowała u niego nuta rozczarowania światem i ludźmi. Rozmowa nie trwała jednak długo, bo tak naprawdę wszyscy czekaliśmy na koncert.
[more]
Zaczęło się
akustycznie,
od kilku utworów z ciągle ostatniego albumu Plagiaty. A potem muzycy przesiedli się do instrumentów elektrycznych i zrobiło się głośno. Nostalgicznie, bo popłynęły najstarsze przeboje – Klausa Mitffocha i z Historii podwodnej. Niezwykle energetycznie, bo kwartet na scenie – znów – powalił słuchaczy mocą i świeżością dobywanych dźwięków. Wzruszenie ogarnęło starych fanów artysty przy Śmielej czy Ogniowych strzelbach, znów ścisnęło w gardle przy Strzeż się tych miejsc. Zgniótł nas punkowy Muł pancerny. Znakomicie zabrzmiały Lola, Jest jak w niebie, Historia podwodna i Ta zabawa nie jest dla dziewczynek.
Nostalgia
nostalgią, ale siła rażenia tych piosenek jest wciąż, mimo upływu lat, niesamowita. Bezkompromisowa jazda do przodu, ładunek energii, mocny jak dawniej głos lidera robiły wielkie wrażenie. Ta muzyka nadal wyrywa się z prostej przynależności do czasów jej powstawania. O jednej z piosenek Pan Lech powiedział: „Ma trzydzieści dwa lata, więc jest starsza ode mnie”. Lecz ani on, ani one, jego kompozycje, nie noszą żadnych cech dinozaurów.
Zadziwiający to
rokendrol.
W tym samym praktycznie czasie na polskiej scenie pojawiły się dwa zespoły – Republika i Klaus Mitffoch. W obu grali świetni gitarzyści – Krzywański i Pociecha – i w obu przypadkach liderzy programowo zrezygnowali z solówek. I co? Ano nic, fantastycznie. Dorobek Janerki – w odróżnieniu na przykład od jego rówieśnika Wojciecha Waglewskiego – nie zajmuje wiele miejsca na półkach: kilka albumów, kilkadziesiąt (a nie kilkaset) skomponowanych piosenek, napisanych tekstów. Ich jakość budzi jednak najwyższy szacunek. Uświadamiam sobie, że ze wszystkich moich „starych” ukochanych artystów LJ, jako jeden z bardzo nielicznych, jest ciągle aktywny w sposób, który nakazuje mi nisko się pokłonić. Trzydzieści lat na scenie i wciąż bardzo ważny muzycznie i świetny literacko przekaz. Poza pojedynczymi, gdzieś na początku, śladami inspiracji punkiem czy King Crimson, nieporównywalny z nikim i niczym.
Wolałbym, żeby mnie nie było
– mówi Janerka. Z goryczą, że jego teksty, zamiast odejść do lamusa, wciąż znakomicie komentują rzeczywistość. Cóż, wypada tylko powtórzyć starą prawdę, że świat się zmienia, ale ludzie nie. A Panu Leszkowi – stwierdzającemu, że proces twórczy przebiega u niego odwrotnie niż kiedyś, że ma na nowy, długo oczekiwany album gotową całą muzykę, natomiast bardzo męczy się z pisaniem tekstów – życzyć, by przełamał opór słownej materii i dokończył pracę nad płytą. Bo choć można sobie próbować wyobrazić polską muzykę bez Janerki (tak jak rock bez The Beatles czy Led Zeppelin), to nie tylko tacy posunięci w latach fani jak ja są świadomi tego, że bylibyśmy ubożsi o coś bardzo ważnego i wciąż niesłychanie aktualnego.
(Lech Janerka, Ars Cameralis, Rialto, Katowice, 14 listopada 2013)
[16 listopada 2013]

