cdn – czas do namysłu?

pobrane16

Nie lubię coverów, nowych wersji starych piosenek. Ale w tym przypadku jest inaczej. Zupełnie inaczej.

[more]

*

Nigdy nie przyszło mi do głowy, że trwanie – nielicznych – kapel przez długie lata, przez kilka dekad, to przebywanie 

w strefie komfortu.

Żeby użyć najcięższych dział: na przykład Jagger i Richards, mimo wielu nieporozumień i niedomówień, a nawet nie tak dawnych zapowiedzi rychłego końca, nie przenieśli póki co nazwy The Rolling Stones do historii. I ani mi w głowie podejrzewać, że wynika to między innymi z faktu, że ich solowe płyty nie zbliżyły się popularnością do krążków macierzystej formacji. Nawet jeśli dobra, bardzo dobra nazwa to maszynka do zarabiania pieniędzy, trzeba było czasu, by tak się stało. Nie widzę nic złego w tym, że dyskontuje się – choćby i przez długie lata –  dochodzenie do wysokiego poziomu, pracowanie na to, by zdobyć łaskę słuchaczy. Dyskontowanie postrzegam również w ten sposób, że trzyma się poziom, czyli ciągle walczy o coś, co jest znacznie trudniejsze: by łaski słuchaczy nie utracić. Wielokrotnie udowadniając, że ta maszyna funkcjonuje więcej niż należycie.

A jednak Katarzyna Nosowska mówi o wyjściu ze strefy komfortu, że trzeba przestać podpierać się nazwą Hey i sprawdzić się 

w innych kontekstach.

Można z przekąsem, ironicznie pokiwać głową: łatwo jej mówić, bo ona, będąc frontmanką, ma prostsze zadanie. W dodatku od lat równolegle do działań grupy zajmuje się własną karierą. Ba! Wypracowała już swoją markę, zdobyła wiele nagród, a wręcz doprowadziła do tego, że ostatnie dokonania zespołu, bądź co bądź gitarowego w swych korzeniach, stały się bliźniaczo podobne do jej solowych projektów. Czy jednak tzw. ogół równie dobrze radzi – i poradzi – sobie z nazwiskami Marcina Żabiełowicza, Jacka Chrzanowskiego, Roberta Ligiewicza, Pawła Krawczyka czy Marcina Macuka? Czy, po prostu, osobno są oni w stanie zbliżyć się do poziomu wspólnych nagrań? Zdobyć choć w przybliżeniu podobną popularność, która przełoży się na sprzedaż płyt albo koncertów? Oby moje wątpliwości rozwiał czas.

Póki co – ubolewam nad decyzją o zawieszeniu działalności, odliczając czas do katowickiego koncertu w grudniu w ramach pożegnalnej trasy – „Fajrantu”. Żałuję, bo Hey jest jedyną polską kapelą, która działając nieprzerwanie przez ćwierć wieku, wciąż budzi we mnie żywe i bardzo ciepłe emocje, która – inaczej niż na przykład Kult czy Dżem – nadstawiała ciągle ucha i sprawdzała, co dzieje się w świecie muzyki, zmieniając się i ewoluując.

*

Piotr Metz kilkanaście dni temu poprowadził w Trójce bardzo piękną i bardzo osobistą audycję poświęconą Heyowi i jego ostatniemu, dwupłytowemu wydawnictwu – cdn. Wśród wielu  bliskich mi opinii wygłosił i taką (powtarzam z pamięci): „Muszę się do czegoś przyznać. 

Nie lubię coverów,

nowych wersji starych piosenek. Ale w tym przypadku jest inaczej”. Natomiast ja muszę się przyznać do tego, że bez entuzjazmu przyjąłem informację o albumie złożonym ze starych piosenek w nowych aranżacjach. I nie kupiłem go od razu. Dopiero ta audycja i prezentowany w niej materiał muzyczny sprawiły, że wracając do domu, poczułem nieprzepartą potrzebę zahaczenia o sklep na literę „S”.

Czekałem na to bardzo długo, padły przecież nawet jakieś zapowiedzi – by usłyszeć  zespół taki, jaki pokochałem przed laty – gitarowy. Paradoks cdn polega bowiem na tym, że gitary zrobiły przeciąg w elektronicznym graniu dominującym w ostatnim okresie, że brzmią po prostu oczyszczająco i świeżo.

Od razu trzeba jednak powiedzieć: to dlatego, że niczego po drodze nie spieprzono. Nie próbowano niczego udziwniać ani na siłę zmieniać. Raz jeszcze kapela – razem z producentami całości: CD1 Leszkiem Kamińskim i CD2 Marcinem Borsem i Szymonem Orchowskim – pokazuje swoją wielką klasę. Nawet jeśli w niektórych momentach głos Nosowskiej wydaje się za mało liryczny, a nadmiernie znaczony nikotyną (jeszcze jedna opinia ze wspomnianego programu, tym razem znajomego pana redaktora P.M.: „Wtedy te piosenki śpiewała Kasia, teraz – Katarzyna”).

Nie ma chyba sensu dyskutować nad dokonanym wyborem

dwudziestu sześciu utworów,

zrobili to sami muzycy na etapie przygotowań do pracy nad albumem. Osobiście cieszy mnie całość, choć oczywiście mam swoje typy: szczególną radość sprawiają mi nowe odsłony Teksańskiego (czego zupełnie bym się nie spodziewał), Misiów czy uwielbianego od zawsze Listu, a zachwycają Ja sowa, Eksperyment, 4 pory, Że, Katasza  i – już z racji samej obecności – Moja i twoja nadzieja.

Co zrobi Nosowska w przyszłości – tego nie wie nikt. Być może pochyli się, gdy pośmiertny szum nieco ucichnie, nad swoją N/M, czyli wyszuka nie całkiem oczywiste piosenki Wojciecha Młynarskiego i oświetli je z zupełnie innej strony.  Co zrobią panowie – jeszcze trudniej przewidzieć. Czy będą niczym Krzywański, Ciesielski i Biolik – jak te sieroty bez swojego republikańskiego lidera?

Póki co, choć to przecież jeszcze ciągle przed fajrantem, sam czuję się jak sierota po Heyu, mimo iż członkowie zespołu są młodsi ode mnie. Lecz jeśli zdecydujecie się, proszę pani Kasi i panów, kiedyś powrócić ze wspólnym repertuarem, starym albo i nowym – zagrajcie nam to pięknie.

Świetny materiał muzyczny ukryto w kartonowym pudełku. Do jego środka próbowałem dostać się dwukrotnie: w sklepie (co czynię zawsze, by sprawdzić zawartość) oraz w domu. Bez dodatkowych narzędzi jest to niemożliwe. Szatański koncept, chyba że ma to być dobieranie się do puszki Pandory. Co tam? Co jest w środku? Fanów – moja i twoja nadzieja na ciąg dalszy?

(Hey, cdn, 2017)

[W NaTemat: 19 listopada 2017]

Jego Wysokość – Hey, Do rycerzy, do szlachty, doo mieszczan, 2012

„Zanim mnie połkniesz, skosztuj” – słyszę głos z królewskich żup Wieliczki, utworu otwierającego album. No właśnie, pisanie muzycznego bloga wytwarza we mnie wewnętrzny imperatyw, by w miarę szybko reagować przynajmniej na największe wydarzenia, a do nich zaliczyć należy pojawienie się w sprzedaży nowej płyty Heya. To nieproste: połykanie na szybko zamiast powolnego smakowania, wsłuchiwania się w poszczególne utwory. Nie lubię tego, ale spróbuję. Zastrzegając sobie prawo do przesunięcia akcentów gdzieś w przyszłości.

[more]

Czy moja miłość do zespołu jest bezwarunkowa, tego nie wiem, chyba nie, trochę za wiele wiosen już za mną. Ale póki co jest tak, że zarówno Miłość! Uwaga! Ratunku! Pomocy!, jak i teraz jej młodsza siostra Do rycerzy… wchodzi mi do głowy od pierwszego słuchania. Dziś jest już łatwiej, już nie ma zaskoczenia, że w tej muzyce jest znacznie mniej niż kiedyś gitar. Jednak

wartość artystyczna nowych piosenek

wydaje się bezdyskusyjna.

Otrzymaliśmy krążek stworzony przez ludzi absolutnie pewnych tego, co i jak chcą robić – i jest to pewność dobrze pojęta z racji wieku, stażu na scenie oraz, przede wszystkim, skali talentu. Hey od wielu już lat jawi mi się jako zespół w historii polskiego rocka najwybitniejszy: tyle lat działalności, po drodze istotna zmiana personalna, teraz znaczna przemiana stylistyczna, a ciągle mamy do czynienia z muzyką przez duże „M”. To wcześniej nikomu się nie udało. Fenomen ten jest jeszcze bardziej zadziwiający, gdy uświadomimy sobie, że dotyczy grupy, która zaczęła pisać swoją historię dopiero w ponad trzydzieści lat od początków szarpidructwa nad Wisłą.

Oczywiście, w parę dni od premiery, po dość intensywnym wsłuchiwaniu się w te piosenki mam swoje pierwsze typy. Mam też nieodparte wrażenie, że kiedyś, w nie bardzo odległej przyszłości, dane nam będzie usłyszeć je w gitarowych, i to ostro gitarowych, wykonaniach. Wersje studyjne są mocno nasączone elektroniką, ale – co najistotniejsze – to ciągle rokendrol. Jest w tej muzyce puls i swing. Są – chciałoby się powiedzieć, że jak zwykle – świetne teksty.

Nie mam żadnych wątpliwości,

kto jest pierwszą damą

w rodzimym szołbiznesie. Panią Marylę zostawmy w spokoju, z konkurentek myślę o Martynie Jakubowicz i Edycie Bartosiewicz. Pierwsza od lat konsekwentnie robi swoje, ale to jednak nieco inna miara, druga wystartowała z takiego pułapu, że potem nie była w stanie się na nim utrzymać – i dziś chyba woli milczeć niż wydać kolejną taką sobie płytę. A Nosowska jest jak wino – im starsza, tym lepsza. Jej udział w tworzeniu materiału na nowy album jest zdecydowanie największy – jest współtwórczynią wszystkich kompozycji i autorką niemal wszystkich tekstów (dziesięciu spośród jedenastu).

Niemal, bo na koniec płyty mamy Z przyczyn technicznych, świetny kawałek skomponowany i zaśpiewany do spółki z Gabą Kulką. Duety Nosowskiej to też coś, co należy odnotować, co kiedyś może zebrane będzie na oddzielnej płycie. Ich lista robi się coraz dłuższa, z tych damsko-damskich pamiętamy Moją i twoją nadzieję ze wspomnianą już Bartosiewicz, potem była m.in. znakomita Kochana z Renatą Przemyk czy na Unplugged wspólny występ z Agnieszką Chylińską.

Tak na świeżo, jeśli wskazywać miałbym utwory szczególnie zwracające moją uwagę, odnotowuję walczyk …że się Kupidyn tobą interesuje, Podobno i Wilk vs. kot (klawisze trochę jak w Jump Van Halen) – znakomite numery w starym Heyowym stylu. Tu urywam, będąc przekonany, że

piszę o najlepszej płycie rockowej,

a bez stylistycznych podziałów z pewnością o jednej z najlepszych płyt 2012 roku.

Warto wspomnieć o ślicznym pudełku, w jakie zapakowana jest płyta. Widać na nim członków zespołu (tym razem aż w sekstecie) uwiecznionych na „klasowym” zdjęciu w sali gimnastycznej, a po zajrzeniu do środka odkrywamy jeszcze pomoc szkolną w postaci ołówka z nadrukowaną nazwą grupy.

Na koniec nuta niepokoju. Bardzo jestem ciekaw koncertowego oblicza Heya. Bo w tym przypadku życzyłbym sobie, by było inaczej niż po poprzednim albumie, kiedy stare kawałki zostały tak dobrane i – często – przearanżowane – by klawiszowiec też miał co robić. Wolałbym, aby na żywo znane od lat utwory pojawiły się w klasycznych, gitarowych aranżacjach. Ale, coś mi się zdaje, że będzie inaczej, że to jeszcze nie ten moment. Zobaczymy.


Do rycerzy, do szlachty, do mieszczan – do starych i nowych fanów?

Ujrzał światło dzienne kawałek – Do rycerzy, do szlachty, do mieszczan – pilotujący nową płytę Heya, która w sprzedaży ma się pojawić 6 listopada. 

[more]

Skojarzenia z Queen i U2 byłyby o tyle krzywdzące, że kolaboracja tamtych gitarowych zespołów z elektroniką zakończyła się – w moim odczuciu – artystyczną porażką i, na szczęście, powrotem do korzeni. Ostatnia póki co płyta Heya oraz zapowiedź najnowszego krążka to z jednej strony zupełny odwrót od ostrego grania, ale jednocześnie – zdecydowanie trzymanie wysokiego poziomu artystycznego. Toteż zastanawiam się, czy w związku z tym możemy mieć jeszcze nadzieję, że gitara Marcina Żabiełowicza zabrzmi kiedyś pełną mocą. Choćby na koncertach

Jeśli mi czegoś żal, to – mimo wszystko – utraty współistnienia dwóch dobrych, bardzo dobrych jakości: rokendrolowego zespołu i elektronicznej Katarzyny Nosowskiej na rzecz zlewających się coraz bardziej w jedno działań grupy i kariery solowej frontmenki.


Hey, ?, 1995

W marcu 1991 roku zostałem ojcem – i to od razu podwójnym. Jeśli komuś wydaje się, że nie ma czasu, bo studiuje, że nie ma czasu, bo już skończył studia i pracuje, bo już pracuje i zmienił stan cywilny – to opowiada bzdury. Życie zmienia się tak naprawdę dopiero wtedy, gdy na świecie pojawia się dziecko. A jeśli jest to dwójka w pakiecie, tym bardziej. I dzieje się tak, że człowiek przestaje nadążać. Że traci kontakt – ze znajomymi, z nowościami literackimi, filmowymi, płytowymi. Nagle czasu robi się bardzo niewiele.

[more]

Tymczasem w kraju panoszyła się wolność. Do muzycznych bojów ruszali ludzie urodzeni już w latach 70. Nakłady kaset oraz płyt kompaktowych osiągały niebotyczne nakłady rzędu set tysięcy egzemplarzy.
Lata 90. na świecie należały do grunge’u, największe triumfy święciły Nirvana i Pearl Jam. Ta fala powrotu do rock’n’rollowych i punkowych źródeł dotarła także do Polski.

Na największą grupę tego nurtu wyrasta na Wisłą szczeciński Hey, którego kariera rozwija się w niespotykanym dotąd u nas tempie. Siłą zespołu jest bezkompromisowe, mocne gitarowe brzmienie i wokalistka, jakiej jeszcze nie było – takiego damskiego gardła dotąd na polskich scenach i w studiach nagraniowych nikt nie słyszał.
Hey to po wielekroć zespól dla mnie wyjątkowy. Pierwszy ważny „po”. Po zmianie mojej życiowej optyki na ojcowską. Pierwszy złożony z ludzi wyraźnie już młodszych ode mnie, a który tak mocno wszedł mi pod skórę.
Po dwóch pierwszych albumach, bardzo ostrych Fire i Ho!, po niepotrzebnym, zbyt szybkim krążku koncertowym, przyszedł czas bezlitosnej weryfikacji: czy poza materiałem tworzonym przez parę lat, a który został zamieszczony na wspomnianych płytach – jest coś jeszcze do zaproponowania. Czy można mówić o rozwoju.
Pierwotnie szykowany jako singiel, ostatecznie Heledore został wydany jako minialbum. Kupiłem go natychmiast po ukazaniu się – i moja miłość do grupy, zupełnie jak jej muzyka, przeszła w dojrzałą fazę. Powalił mnie zwłaszcza List – pierwsza perła wśród tekstów Nosowskiej, autorki,  która objawiła się tutaj jako już właściwie poetka, cudownie liryczna i intymna. Do tego znakomicie, niezwykle dojrzale zagrana wartwa instrumentalna. Od tego momentu z równą, a może nawet większą uwagą jak nad mocnymi kawałkami, pochylam się nad Heyem delikatnym, balladowym – a nazbierało się takich utworów w dorobku zespołu sporo.
? – będący rozwinięciem Heledore, zjechany przed laty w Tylko rocku – uważam za album przełomowy w dyskografii zespołu, a Wczesną jesień, Prawdę, List i Gdy mnie sen zmorzy umieszczam na prywatnym „The best of”.
Warsztat muzyczny piątki muzyków jest już bardzo, bardzo solidny, talenty kompozytorskie, zwłaszcza Piotra Banacha, ówczesnego lidera, rozwijają się znakomicie. Hey staje się firmą z tych najważniejszych w polskim showbiznesie. Rewelacyjny materiał trzeciej studyjnej płyty wyraźnie dowodzi, iż mamy do czynienia ze zjawiskiem muzycznym wielkiej miary. 

I tak jest do dziś. Talent Katarzyny Nosowskiej – literacki i kompozytorski – rozkwitł w pełni, Hey potęgą jest i basta. Obok Dżemu to, moim zdaniem, drugi tak wielki zespół w dziejach polskiego rocka – działający od ponad dwóch dekad i cały czas prezentujący materiał na poziomie dla większości innych wykonawców niedostępnym. Można dyskutować nad ostatnią płytą – Miłość! Uwaga! Ratunku! Pomocy! Osobiście lubię ją bardzo, choć mniej podobało mi się koncertowe oblicze zespołu na trasie promującej album: za mało gitar, za dużo instrumentów klawiszowych. Wolałbym, by takie aranże były domeną solowych dokonań Pani Katarzyny, a gitarzyści w zespole, z Marcinem Żabiełowiczem na czele, jak dawniej dosypywali do pieca.


 *

                jedyny mój

                to zaledwie kilka dni

                a ja nie mieszczę łez

                zagryzam wargi

                dotykam się

                jak to zwykłeś robić ty

                wyczuwam wyczuwam cię

                w zapachu ubrań

                a niebo znów na głowę spada mi

                i nadziei coraz mniej na słońce

                tak trudno jest zasypiać budzić się

                gdy imię twoje echem

                odbija się od ścian

               

                a te dni ciszy które dzielą nas

                podpowiadają mi złe obrazy

                muszę to przespać przeczekać

                przeczekać trzeba mi

                a jutro znowu

                pójdziemy nad rzekę

 

                jedyny mój

                pora kończyć już

                pielęgnuj obraz mój w swym sercu

                jestem wodą do której raz włożywszy dłoń

                nigdy nie zdołasz jej zapomnieć

  

                a te dni…


List  to przepiękny tekst o tęsknocie kobiety za mężczyzną w czasach, gdy telefonów komórkowych jeszcze nie było i pozostawało ewentualne pisanie listów oraz pośrednictwo Poczty Polskiej. O tym, że Nosowska równie urzekająco potrafi pisać o uczuciach także dziś – może przy innej okazji.