O małych ojczyznach, Janie Skrzeku i koncercie jego pamięci

jan_skrzek_gb1

Ludzie od zarania dziejów szukali szczęścia. Filozofowie i psychologowie zmagali się ze zdefiniowaniem tego pojęcia. A Skrzek na swej pierwszej płycie w utworze „Granice szczęścia” śpiewa: „Nie w każdej knajpie jest piwo”. I zaraz dodaje: „W knajpie podłej jak życie”.

[more]

*

Dawno, dawno temu to było. Ale było. Pewien bardzo znany aktor, gdy przyjął posadę dyrektora Teatru Śląskiego w Katowicach, spotkał się z przedstawicielami tego regionu. Prosty górnik zapytał go, czym się kierował – on, uznany, wielki – podejmując wyzwanie poza stolicą. Ten odparł:

– Uczyniłem to także po to, aby ludzi takich jak pan nauczyć mówić po polsku.

Czy muszę dodawać, że wypowiedź ta nie zrobiła dobrego – delikatnie mówiąc – wrażenia na tubylcach?

*

PRL to nie był czas małych ojczyzn, pielęgnowania tego, co osobne, regionalne, odrębne. Naród miał być jeden – i zawsze z partią. Kwestie mniejszości narodowych, przejawów kultur innych niż ta jedna, ogólnopolska, uznana za obowiązującą, nie istniały.

W dodatku moje osobiste doświadczenia zupełnie nie sprzyjały obudzeniu w sobie tego typu refleksji. Jako trzymiesięczny osesek opuściłem rodzinne Czechowice-Dziedzice, by kolejnych ponad czternaście lat spędzić w sypialni Katowic, jak w latach 60. mówiło się o Tychach. Mieście leżącym na Śląsku, ale tak naprawdę kulturowo słabo z nim związanym. Wynikało to z prostego faktu, iż miasto było nowe, a przeważającą część jego mieszkańców stanowiła ludność napływowa – ludzie, którzy zjawili się w tym miejscu wraz z rozwojem przemysłu. Pochodzili zewsząd, czego doświadczałem na własnej skórze, wśród najbliższych sąsiadów.

Śląska nie wyssałem więc z mlekiem matki, choć to za jej sprawą jestem półkrwi Ślązakiem, czyli tzw. krojcokiem. Śląska się uczyłem, uczę nadal, jako mieszkaniec Katowic od 1977 roku. Uczę w sposób pokręcony, nieoczywisty: najpierw jako uczeń technikum, gdzie obok ludzi „stąd” znów wielu było skądinąd – ze spodżywieckich wsi czy nawet Zakopanego i okolic.

Później trafiłem na polonistykę. A więc na Wydział Filologiczny Uniwersytetu Śląskiego. Tyle że ów wydział mieścił się wówczas w… Sosnowcu, czyli stolicy Zagłębia. W mieście ościennym, a jednocześnie odległym kulturowo (nie miejsce tu na historyczne dywagacje*). Nieocenione okazało się dopiero prawie sześć lat pracy w kopalni „Katowice” i zanurzenie w tym środowisku. Oraz przygruchanie sobie żony z rdzennie śląskiej rodziny.

Wybaczcie ten przydługi wstęp: marne przyczynkarstwo na temat opozycji natura – kultura. W latach 80. byłem zbyt młody, zbyt przesiąknięty, chcąc nie chcąc, oficjalną wykładnią w tym zakresie. To nie był czas – ani w historii Polski, ani w moim życiu – by uznać i docenić przekaz inny niż posługujący się literacką polszczyzną: w miarę elegancki i gładki, możliwy do powszechnego zaakceptowania.

*

A tu, przed wielotysięczną widownię kolejnych odsłon Rawy Blues w Spodku we wspomnianych latach 80. wychodził facet, który sprawiał wrażenie, że właśnie skończył kopalnianą szychtę, wziął prysznic i zasiadł zamiast do rodzinnego obiadu – do fortepianu. Poradzi ino godać, a nie mówić. W ten sposób – myślałem – utrwala stereotyp Ślązaka – prostaka, człowieka nieuczonego w mowie i piśmie, stworzonego do ciężkiej pracy w kopalni bądź hucie, ale człowieka o wąskich horyzontach i mającego problemy ze zbudowaniem poprawnego zdania w języku polskim. (Inna sprawa, że Spodek to nie jest wymarzone miejsce dla muzyka – solisty, przy fortepianie, z harmonijką przy ustach. Zdecydowanie lepsze są kluby na kilkadziesiąt – kilkaset miejsc).

Musiałem się posunąć w latach, pewnie wrosnąć w tę ziemię, pożyć trochę po 1989 roku, w czasach gdy Niemcy się jednoczyli, ale Słowacja i narody bałkańskie tworzyły własne struktury państwowe, uświadomić sobie, że na ojczyznę może składać się wiele małych ojczyzn wnoszących całkiem sporo do wspólnego garnka. Uświadomić wreszcie, że kultura to nie tylko ośrodki uniwersyteckie i przybytki kulturalne, ale i – jak dziesiątki i setki lat temu – twórcy może pozbawieni tytułów naukowych i wielkomiejskiej ogłady, za to do bólu prawdziwi w swym przekazie.

 

Ta prostota, gwara zamiast literackiej polszczyzny, przestała być czymś, czego należy się wstydzić, stała się wartością dodaną. Zgoda, w pewien sposób czyniącą czasem sztukę bardziej hermetyczną, niełatwą do odczytania przez ogół, ale cudownie pierwotną i szczerą.

Kiedyś przestano się śmiać z Nikifora, malarza prymitywisty, dziś tzw. wielki świat potrafi pochylić się nad wieloma innymi twórcami naturszczykami, pracującymi z dala od wszystkiego co opiniotwórcze. Nie nad wszystkimi i nie zawsze. Tak już jest, że pojawiają się i przemijają mody – na nurty, na nazwiska.

Kyks – Jasiu Skrzek – działał poza wszelkimi układami, daleko od kamer, ekranów telewizorów i list przebojów. Bluesman na wzór czarnych, bezzębnych Amerykanów sprzed kilkudziesięciu, stu lat.

*

Ludzie od zarania dziejów pragnęli szczęścia, uganiali się za nim, pragnęli go i tęsknili za nim. Filozofowie i psychologowie zmagali się ze zdefiniowaniem tego pojęcia. A Skrzek na swej pierwszej płycie utwór zatytułowany Granice szczęścia zaczyna od słów: Nie w każdej knajpie jest piwo. I dziś wcale nie ogarnia mnie, faceta po pięćdziesiątce (sic!), ani pusty, ani rubaszny śmiech, gdy tego słucham. W knajpie podłej jak życie – śpiewa dalej Kyks.

*

W czwartek jego przyjaciele i koledzy zrobili to, co mogą najlepszego uczynić muzycy dla zmarłego kamrata: zagrali koncert. Dzięki uporowi i wysiłkowi Leszka Windera, lidera Śląskiej Grupy Bluesowej (Winder, Skrzek, Giercuszkiewicz, Rzepa) i przed laty współlidera Krzaka, doszło do wspólnego występu kilkudziesięciu muzyków wywodzących się przede wszystkim ze środowiska bluesowego na Śląsku. 

Byli Winder, Józef Skrzek, Giercuszkiewicz, Rzepa, Dudek, Duży, Głuch, Kulisz, Łapka, Cygonek, Uryga, Cree, Miuosh i inni. Wykonywali, nie kryjąc obaw, repertuar solowy Skrzeka i wspomnianej ŚGB. Było stylowo i wzruszająco.

Panie Janie, Kyksie, Jano, Jasiu – bardzo Cię brakuje. Na Śląsku szczególnie.

(Katowice, kinoteatr Rialto: Koncert pamięci Jana „Kyksa” Skrzeka, 26 marca 2015)

_____________

* Kij w śląsko-zagłębiowskie mrowisko zdarzyło się też przed laty włożyć konferansjerowi Rawy Blues, nieżyjącemu już Januszowi Kosińskiemu. Trochę opóźniał się start imprezy, stojący przed mikrofonami „Kosa” i Jan Chojnacki nie za bardzo mieli pomysł, o czym tu jeszcze mówić. I pierwszy z nich wypalił: „Słuchajcie, nie wiedziałem, że tutaj są takie animozje między Katowicami i Sosnowcem…”. Kilkutysięczna widownia, złożona głównie ze Ślązaków (blues to bardzo śląska sprawa) zaczęła wyć i gwizdać. Speszony „Kosa” nie dokończył zdania. Zresztą – co takiego akurat on mógł wnieść do sprawy?

[W NaTemat: 28 marca 2015]

Sławomir Piwowar 1953-2015

piwowar

17 marca 2015 roku zmarł Sławomir Piwowar, świetny gitarzysta i klawiszowiec, współpracownik m.in. Czesława Niemena, SBB, Grzegorza Ciechowskiego, Kasi Kowalskiej i Urszuli.

[more]

*

W póltora miesiąca po Janie Skrzeku zmarł Sławomir Piwowar. Obaj pojawili się na krążku Memento z banalnym tryptykiem SBB nagranym w 1980 roku, a wydanym dwanaście miesięcy później, już po rozpadzie formacji. Piwowar był wtedy pełnoprawnym członkiem zespołu, jego fotografia pojawiła się na okładce płyty tak samo jak Józefa Skrzeka, Apostolisa Anthimosa i Jerzego Piotrowskiego. Jego autorstwa był drugi utwór na krążku – Trójkąt radości.

Piwowar był już wtedy znanym i uznanym muzykiem, przede wszystkim gitarzystą, ale i klawiszowcem. Po raz pierwszy jego nazwisko znalazło się w opisie albumu jazzowej grupy Paradox, Drifting Feather, w 1971 roku. Później wziął m. in. udział w nagraniach płytowych Marianny Wróblewskiej, współpracował z zespołem Piotra Figla. 

Pełną nobilitację przyniosło mu członkostwo w zespole Aerolit. Czesław Niemen po rozwiązaniu grupy Niemen (czyli SBB plus Helmut Nadolski i czasem Andrzej Przybielski) utworzył nowy – ostatni jak się miało okazać – skład towarzyszący: z Andrzejem Nowakiem na klawiszach, zmarłym przedwcześnie w 1975 roku Piotrem Dziemskim na bębnach, Jackiem Gazdą (od lat w Easy Rider) na basie i właśnie Piwowarem na gitarach. Album wydany został w 1975 roku. Trzy lata później drogi Niemena i Piwowara zeszły się powtórnie przy okazji powstawania dwupłytowego Idee Fixe.

Z końcem lat 70. nastąpił krótki okres współpracy Piwowara z SBB. Już po rozwiązaniu formacji, niejako z rozpędu, nazwiska Piotrowskiego i Piwowara widnieją wśród muzyków uczestniczących w nagraniu Józefiny, solowej płyty Skrzeka z 1981 roku, wydanej tak naprawdę dwa lata później. W reaktywowanym SBB pojawiał się okazjonalnie jeszcze dwukrotnie, w 2006 i 2014 roku.

Po dłuższej przerwie Sławomir Piwowar znalazł się w zespole Obywatela G.C., w składzie, który dokonał rejestracji muzyki do filmu Stan strachu (1989). Cóż za smutny zbieg okoliczności: razem ze Stanisławem Zybowskim, bardzo dobrym gitarzystą, prywatnie mężem Urszuli, także – jak SP – urodzonym w 1953 roku, także – jak Ciechowski – zmarłym w 2001 roku.

Nie jest więc zaskoczeniem, że w 1992 roku ma swój udział w nagraniu albumu Urszuli & Jumbo. Nigdy nie byłem fanem tej piosenkarki, ale fakty w przypadku tego krążka są takie: lwią część muzyki napisał Zybowski, tekstów – Bogdan Olewicz (tekściarz Perfectu), w chórkach podśpiewują Kayah i Stanisław Sojka, na basie grają Bodek Kowalewski (Maanam) i Paweł Mąciwoda (w przyszłości Scorpions). Piwowar w zespole Urszuli zakotwiczył na dłużej, słychać go na wielu jej płytach, aż po Eony snu w 2013.

Po drodze jest jeszcze jeden istotny element jego muzycznej drogi: obsługa klawiszy na pierwszej płycie Kasi Kowalskiej – Gemini – w 1994 roku. Dziś, z perspektywy późniejszych dokonań tej piosenkarki, trudno sobie uzmysłowić albo przypomnieć, jak ważny to był debiut, jak ważny (obok Bartosiewicz i Nosowskiej) nowy damski głos w polskiej muzyce. Piwowar pojawia się także na drugiej płycie Kowalskiej: Koncert inaczej (1995). I wreszcie, by dopełnić listy, klawisze Piwowara słychać na krążku Ogrody (1995) Iry. Wspomagał ponadto Ewelinę Flintę i wskrzeszony na krótko Bemibek.

*

Kasia Kowalska napisała na swoim profilu na FB: „Dziś odszedł wspaniały człowiek, wybitny muzyk Sławek Piwowar. Sławku, będziemy nosić pamięć o Tobie w naszych sercach”. A koledzy z SBB pożegnali muzyka słowami: „Dobranoc, Jaśko. Sławomir Piwowar 1953-2015”.

[W NaTemat: 21 marca 2015]

Zmarł Jan „Kyks” Skrzek

kyks

Żeby tu, nad Wisłą – a ściślej: nad Rawą – być bluesmanem na wzór i podobieństwo czarnych Amerykanów, w odwiecznej opozycji natura – kultura cudownie uosabiać tę pierwszą – to zaiste wyjątkowe.

[more]

*

„Jo je najszczynśliwszy, jak moga zajechać do dom, do Michałkowic, i sie po ślunsku pogodać” – tak wiele lat temu, zaraz po rozpadzie SBB, powiedział Józef Skrzek, Józa, starszy brat Jasia.

Który nie miał tych problemów – był Ślązakiem z krwi i kości, naturszczykiem do bólu i łez radości. Takich jak on nie było i nie jest wielu. Żeby tu, nad Wisłą – a ściślej: nad Rawą – być bluesmanem na wzór i podobieństwo czarnych Amerykanów, w odwiecznej opozycji natura – kultura cudownie uosabiać tę pierwszą – to zaiste wyjątkowe. Józef, kształcony w muzycznych szkołach, zrobił karierę wykraczającą poza granice Polski. Obdarzony bez porównania większym, wspanialszym głosem Jan pozostał przez całe życie synem swej ziemi.

Wielokrotnie, zwłaszcza – przyznaję – przed laty, miałem go okazję słuchać na żywo: a to na Rawach Blues, a to na różnych spędach, jakich pełno było w latach 80., na wspólnych występach z bratem Józefem, a także gościnnie występującego przed Dżemem albo razem z tyskim bandem. Ujmujące w swej prostocie i bezpośredniości były jego piosenki i cały przekaz. Nie mogły ujść uwadze niepospolite umiejętności jako pianisty i harmonijkarza. Scena ukazywała inne jego oblicze – świetnego muzyka.

*

Jan Skrzek urodził się w 1953 roku w Siemianowicach Śląskich. Przygodę z muzyką rozpoczął jako dwudziestolatek, w jazzrockowym zespole Rak. Po raz pierwszy na okładce płyty jego nazwisko pojawiło się w 1981 roku – wziął udział w nagraniu ostatniej przed rozwiązaniem płyty SBB, Memento z banalnym tryptykiem. Później także uczestniczył w sesjach nagraniowych Józefa Skrzeka – albumów Wojna światów i Józefina.  W tym samym czasie – w 1983 roku – zagrał na płycie Elżbiety Mielczarek – Blues.

Jego pierwsza solowa płyta, Górnik Blues, ukazała się w 1986 roku, a dwa lata później drugi album, Nikt nie zawróci kijem Wisły. Kyksówka Blues (1989) i Nowy Świat Blues (1992) zostały nagrane z zespołem Bezdomne Psy (Leszek Winder, Jerzy Kawalec – obaj ex-Krzak – i Michał Giercuszkiewicz – ex-Dżem). Ich kolejna wspólna płyta (oraz jeszcze Rafała Rękosiewicza i Bronisława Dużego), Modlitwa bluesmana w pociągu, poświęcona Ryszardowi Riedlowi, uznana została bluesowym albumem roku 1997.

Po śmierci „Kawy” w 2003 roku Bezdomne Psy przekształciły się w Śląską Grupę Bluesową w składzie: Winder, Giercuszkiewicz, Mirosław Rzepa i Jan Skrzek. Kapela wydawała płyty i stale koncertowała. To właśnie koledzy z zespołu znaleźli nieprzytomnego Skrzeka w jego mieszkaniu.

Kyks  zagrał – na płytach, festiwalach czy pojedynczych koncertach – z całą armią muzyków bluesowych w Polsce. Ostatnie takie nagrania to znakomity – byłem, widziałem – koncert Pamięci Pawła Bergera Dżemu (wyd. 2007) oraz Piąta strona świata (2011) śląskiego rapera Miuosha.

Jan Skrzek zmarł 29 stycznia 2015 roku w Katowicach.

*

Pozostał ślunskim chopem, którego nie raz widywałem, jak szedł gdzieś z epą lub dwiema epami (reklamówkami) w rękach – niepozornym człowiekiem, robotnikiem, górnikiem, jakich wielu w tym miejscu na mapie. Na co dzień – zbyt prostolinijnego, naiwnego człowieka, by zabiegać o zaszczyty, sławę, o lepszy czy większy kawałek tortu od życia.

Kyks już umarł przed laty. W „Śmierci jak kromka chleba” Kazimierza Kutza, filmie o tragedii pierwszych dni stanu wojennego i wydarzeniach w kopalni „Wujek” zagrał jednego z zabitych górników. Teraz śmierć naprawdę przyszła po niego.

[W NaTemat: 29 stycznia 2015]

Muzyka elektroniczna – czyli formuła przepastnie otwarta

skrzek_podroz

Tego tekstu miało nie być. Czasem, przez wielki szacunek dla drugiego człowieka, zwłaszcza takiego ze sporymi osiągnięciami, przechodzi się do porządku nad jego słabościami. Miało nie być, bo byłem pełen obaw przed koncertem, a pisanie ze z góry założoną tezą nie jest uczciwe. Ponadto nie powinno się pisać o czymś, czego nie widziało się do końca. A jednak jest powód, który nie pozwala mi milczeć.

[more]

W czwartek w katowickim Rialcie, przy okazji Europejskiego Kongresu Gospodarczego, zagrał 

Józef Skrzek.

By wpisać się w międzynarodowy charakter całości, zaprosił do wspólnego występu także Rosjanina Miszę Ogorodowa i Brytyjczyka Paula Lawlera.

Pisałem już o tym kiedyś – o liderach wspaniałych zespołów, którzy podejmując karierę solową, zatracili umiar. Chodzi o nazwiska największe: Czesława Niemena i Józefa Skrzeka. Tego pierwszego i jego działalność po rozwiązaniu Aerolitu pozostawmy już w spokoju. I tak to drobiazg przy tym, do czego zdolny jest największy jego uczeń.

Gdy w listopadzie 1980 roku Piotr Kaczkowski przekazał informację o rozpadzie SBB, miałem – będąc już osiemnastolatkiem – łzy w oczach. Bo stało się to w szczytowym okresie działalności – zespół w realizacjach studyjnych wreszcie brzmiał rewelacyjnie, nagrywał swoje najlepsze płyty.

Józef Skrzek z marszu rozpoczął solową karierę. Jeszcze w tym samym momencie, w którym kapela nagrywała Memento z banalnym tryptykiem, realizował Ojca chrzestnego Dominika. W 1983 roku ukazała się Józefina, nagrywana w 1981, pierwsza po rozpadzie SBB solowa płyta artysty. Lżejsza, piosenkowa, nagrana z wieloma gośćmi, ale zwarta i rockowa. Z Haliną Frąckowiak zrealizował drugi wspólny krążek – Ogród Luizy. Potem była muzyka do filmu Wojna światów Piotra Szulkina, a następnie przez pewien czas Skrzek grał z Tomaszem Szukalskim. Efektem tej współpracy był album Ambitus Extended. Do tego momentu wszystko było w porządku.

Kolejną pozycją w dyskografii okazała się – uwaga – Podróż w krainę wyobraźni. Pretensjonalny tytuł – i zapis fragmentów solowych występów multiinstrumentalisty w chorzowskim Planetarium. Płyta słaba i zwyczajnie nudna.  W tym miejscu kończę wyliczankę, by wrócić do owej tezy, o której wspomniałem na wstępie. Nie spodziewałem się niczego szczególnego po czwartkowym koncercie, bo 

nie lubię muzyki elektronicznej,

el muzyki (termin wylansowany przez Jerzego Kordowicza, autora „Studia nagrań”, audycji przez wiele lat nadawanej w Trójce). Nie lubię tej muzycznej formuły otwartej, której otwartość kojarzy mi się przede wszystkim z odrzuceniem ram czasowych, a tym samym i dramaturgicznych utworów. Wszystko, a więc i dobre, piękne czasem pomysły, fragmenty – rozmywa się w czasie: ginie w rozciągnięciu do granic wytrzymałości każdej frazy, w jej wielokrotnym, do znużenia i znudzenia, powtarzaniu. 

Muzyka elektroniczna to całkowite zaprzeczenie gitarowego rocka z lat 50. i początku 60. – krótkich, niewiele ponad dwuminutowych form. Skondensowanych maksymalnie – wpierw z racji niedużych możliwości aranżacyjnych, instrumentalnych, a potem – gdy te już w wielu przypadkach były – dalej wielu wykonawców potrafiło utrzymać zbawienny rygor czasowy. Absolutnie sztandarowy dla mnie przypadek, gdy fenomenalna fraza pojawia się zaledwie jeden jedyny raz w piosence, to Badge Cream z tym olśniewającym wejściem Claptona.

W muzyce elektronicznej jest miejsce na wszystko. Najczęściej na to, by pomysły warte w przybliżeniu jakichś dziesięciu, góra piętnastu minut rozdąć do rozmiarów całej płyty analogowej, czyli około trzech kwadransów. O cierpliwości! Nie na moje nerwy takie granie. Bo to już przed laty przypominało – i tym bardziej dziś przypomina – granie a vista z włączonym nagrywaniem. Dobrze, jeśli potem się siada i wyciska z tego sok jak z pomarańczy. Ale jeśli ci mistrzowie elektronicznych klawiatur uparcie serwowali – i nadal serwują – muzykę graną w zwolnionym tempie – to nie dla mnie taka podróż.

I dotyczy to także Józefa Skrzeka. Którego cenię jak mało kogo na polskiej scenie – ale przede wszystkim za to, co zrobił i wciąż potrafi zrobić z SBB. Tyle razy składałem mu hołdy fana, że chyba w tym miejscu nie muszę tego powtarzać. 

*

Muzyka elektroniczna – formuła otwarta. Najczęściej – 

forma bezkształtna, magma 

jakaś. Otwartość kojarząca się raczej z bezdenną przepaścią, w którą wpadają pozbawieni instynktu samozachowawczego artyści. Nawet ci najwięksi. I to boli najbardziej.

Na Boga, Panie Józefie, wyszedł Pan na scenę z kolegami bodaj o 20.10. W paru momentach było pięknie, choć te w większości wzięte były z SBB – Freedom (znów mocny, wspaniały Pana głos) czy maleńki fragment Ze słowem biegnę do Ciebie. Tak jak nie zwykłem wychodzić z koncertów przed ich końcem, tak o 22.10 opuściliśmy z żoną salę. Wydawało się parę razy, że już kończycie, że dźwięki już wybrzmiewają, ale zaraz potem odradzały się, bynajmniej nie jak Feniks z popiołów. To nie jest takie proste: wytrwać, gdy następnego dnia trzeba wstać jak zwykle przed szóstą, a ze sceny wieje głównie nudą.

Skonsternowany dowiedziałem się właśnie – i to sprawiło, że chwyciłem za klawiaturę komputera – o której zakończył się ten występ. Na początku na widowni było około dwieście pięćdziesiąt  osób. Do końca wytrwało dwadzieścia. 

Panie Józefie, 

tak się nie godzi.

Koncert powinien mieć coś ze święta, z misterium. Być czymś wyjątkowym, wyrywającym ludzi na chwilę z codzienności. Winien też cechować się obustronnym szacunkiem – widzów do artysty, ale i artysty do widowni. Zapraszam was na ucztę, do siebie, do domu, raczę was tym, co mam najcenniejszego. Zachowuję błogosławiony umiar, wyczucie tego, co mogę i powinienem. Mówię, ale i słucham. Nie otwieram naraz wszystkich szuflad i schowków, nie wyciągam wszystkiego na stół, podaję tylko kęsy najlepsze. Jezus, Maria, Józefie Święty, była 23.50, gdy skończyliście grać. To nie ludzie wyszli przed końcem koncertu, to Pan grał jeszcze długo po jego zakończeniu. 

Ponieważ niejednokrotnie odwołuje się Pan do chrześcijańskiej tradycji – zakończę w podobny sposób. Jednym z grzechów głównych jest nieumiarkowanie w jedzeniu i piciu. Oraz graniu innym – bez krztyny refleksji, czy aby nie mają już serdecznie dość.

[W NaTemat: 10 maja 2014]

Rokendrolowe figo-fago – SBB, Katowice, 13 lipca 2013

Gdy się kogoś kocha – ryzyko zawodu zawsze jest większe, bo i oczekiwania ponadstandardowe. Nie zająknę się tu o okolicznościach tego darmowego występu (to zostawiam innym, mnie interesuje muzyka), ale chodzi o względy czysto artystyczne: czy obiekt miłości wciąż jest godzien tego gorącego uczucia.

[more]

Moje

młodzieńcze uwielbienie dla dokonań zespołu

zostało wczoraj, kolejny już raz, wzmocnione. Mniejsza o to, co kiepskie – zawsze takie było i takim pozostało: dykcja i angielszczyzna lidera. Lepiej już nie będzie, dochodzi do tego nonszalancja, z jaką czasem Józef Skrzek traktuje – swój przecież osobisty! – oryginalny zapis nutowy dotyczący wyśpiewywanego tekstu. Tu jednak słabe strony się kończą.

Organizacja całej imprezy zmusiła, jak mniemam, zespół do ograniczenia instrumentarium: niewiele było klawiatur, nie było też drugiego zestawu perkusyjnego. Na bębnach zagrał, w sposób niepodlegający jakiejkolwiek dyskusji, czarnoskóry Frank Parker – muzyk, którego w ostatnich paru miesiącach dane było mi oglądać szczególnie często (wcześniej w składzie Tie-Breaku i Kompanii Adama Struga). Lakis wiosłował tym razem na jednej, elektrycznej gitarze. Jak zawsze – po mistrzowsku. Skrzek natomiast zadziwił chyba nie tylko mnie. Klawiszy, jak już wspomniałem, było niewiele, mnóstwo natomiast, piękne mnóstwo – gitary basowej. Mieliśmy więc

powrót do źródeł

– zarówno jeśli chodzi o SBB, jak i całą muzykę rockową.

Zaczęli od Odlotu, może nie tak szaleńczego jak ten przed ponad rokiem w „Rialcie”, ale daj, Panie Boże, zdrowie. Potem zagrali Memento z banalnym tryptykiem, okrojone w stosunku do płytowej wersji, ale za to z solem na gitarze elektrycznej. Dla mnie (pisałem już kiedyś) najwspanialszym w dziejach polskiego rocka. Następnie zabrzmiało Freedom With Us i słychać było, że muzykom gra się coraz lepiej, że temperatura koncertu rośnie.

Kolejny numer, pochodzący z Welcome (1979) Rainbow Man, był najwspanialszym momentem tego występu. Mocny funk, który wraz z upływającymi minutami porywającego grania stawał się coraz bardziej korzennym bluesrockiem z czasów Cream – to była fantastyczna lekcja bezkompromisowego grania. Oczy i uszy wyszły mi na wierzch. To, że Anthimos jest świetnym gitarzystą, wiem od zawsze, Parker robił swoje, ale Józa przeszedł samego siebie.

Grał na basie jak za dawnych, najlepszych lat,

przypomniały mi się nagrania grupy Niemen czy pierwszy krążek SBB. A najbardziej niesamowite było to, że głos Skrzeka nie tylko nadążał za szaleństwem instrumentów, ale wręcz stał się instrumentem najważniejszym, piekielnie silnym, gdzieś z okolic Rodgersa czy Planta. A do metryki zaglądać przecież nie wypada i, co najistotniejsze, nie ma powodu. Takie wykonanie zasługiwałoby na uwiecznienie, na rejestrację płytową. Po tylu latach grania, w dekoracjach bardzo nieszczególnych panowie wciąż udowadniają, że są artystami przez duże „A”, czasami – największe.

W tych bluesowych klimatach pozostaliśmy już do końca występu, a w mocno odbiegającym od studyjnej wersji Pielgrzymie do słów Norwida wręcz jazzrockowych. Trochę spokojniej zrobiło się przy okazji Singer, oh, Singer, kawałka pochodzącego z pierwszej solowej płyty Skrzeka nagranej po rozpadzie SBB,

Józefiny.

Tu wspomnienie. W 1983 roku byłem na FAMIE w Świnoujściu. W przeddzień rozpoczęcia festiwalu wybraliśmy się z kolegą do Szczecina, gdzie na wystawie jednej z księgarń zobaczyłem tę płytę – i nabyłem ją drogą kupna. Kilkanaście dni później okazało się, że FAMĘ odwiedził Skrzek i nawet zagrał na rozstrojonym fortepianie w amfiteatrze. Po jego występie pobiegłem szybko do wojskowego namiotu, gdzie przy łóżku miałem swoją torbę (przez trzy tygodnie właściwie niestrzeżoną, że nikt mnie – i innych – wtedy nie okradł!), wziąłem płytę i pobiegłem z powrotem. Podszedłem do Pana Józka, otoczonego już wianuszkiem ładnych dziewczyn, prosząc o autograf.

– O, już jest! – powiedział zdziwiony, ale i ucieszony na widok krążka.

Takie to były czasy, że nikt, łącznie z artystą, nie wiedział, kiedy – i czy w ogóle – ukaże się jego nowy album.

Na bis wczorajszego, około półtoragodzinnego występu otrzymaliśmy aktualną mutację Figo-Fago.

Gdzie jest dziś SBB?

Ilu dwudziestolatków na świadomość, że taki zespół kiedyś ścigał się z najlepszymi na świecie, że istnieje i dziś? Pewnie niewielu. A zwłaszcza ci, którzy sami próbują grać, powinni Skrzeka i Lakisa – obojętne, czy z Głykiem, Muzykantem, czy Parkerem – zobaczyć na żywo. Bo to są ludzie, którzy wciąż na scenie wyczyniają takie rokendrolowe figo-fago, że nic, tylko podpatrywać ich i uczyć się.

Trio ma w dyskografii olbrzymią liczbę wydawnictw koncertowych. Ale słuchając go w składzie właściwie „zredukowanym” do zestawu gitara – bas – perkusja, pomyślałem, że nagranie dziś takiego materiału, w miejscu o dobrej akustyce i tak dobrej formie muzycznej, miałoby wiele sensu. To wciąż potężny kawał muzyki.

Film. Nie przeszkadzać!

Nie żebym się czuła jakąś specjalistką od seansów z muzyką na żywo, ale wtorkowy sprowokował mnie do zabrania głosu na ten temat.
Zobaczyłam „Gabinet doktora Caligari” Roberta Wienego z muzyką Józefa Skrzeka. Nie tylko z muzyką, tancerzami na scenie również… Jeszcze raz podkreślam, nie widziałam takich filmów wiele, raptem cztery, ale wydaje mi się, że mogłabym służyć radą tym, którzy chcieliby spróbować sił w tej dziedzinie sztuki, bo że jest to coś odrębnego, nie mam wątpliwości.

[more]

  1. Po pierwsze i najważniejsze – drogi Twórco (i Odtwórco) muzyki – obejrzyj film, i to najlepiej nie raz, a razy kilka. Na własne oczy się przekonasz, co to za historia i jak ją zilustrować muzyką, po swojemu, by powstała nowa jakość. To jest możliwe. Przekonałam się podczas „Brzdąca” (z Contemporary Noise Sextet) czy tegoż „Gabinetu…”, do którego przygrywał St. James Hotel.
  2. Niekoniecznie muzyka, która powstała wcześniej, będzie pasować do obrazu. Więc nie staraj się za wszelką cenę upchnąć swoich nawet najpiękniejszych kompozycji. Mogą pasować jak nie przymierzając wół do karety. Sopranistka do morderstwa.
  3. Spróbuj dopasować muzykę do filmu – akcentować zwroty akcji, punkty kulminacyjne, kolejne części filmu (zwłaszcza gdy pojawiają się takie plansze na ekranie). Ideałem jest wymyślenie motywów przewodnich czy towarzyszących szczególnej sytuacji, postaci. Absolutnie niedopuszczalne: „co innego widzisz, co innego słyszysz”.
  4. Nie na darmo nazywa się to „seans z muzyką na żywo”. Nie odwrotnie. Nie usiłuj więc odwrócić uwagi widzów. Oni przyszli na film, a muzyka ma być dopełnieniem. Wprowadzanie na scenę tancerzy jest ponurym żartem, zagraniem twórcom filmu na nosie.
  5. Nie staraj się za wszelką cenę zagłuszać myśli widzów – muzyka ma wydobyć z filmu intencje reżysera, aktorów – łomot dobiegający spod ekranu skutecznie to uniemożliwia.
  6. W czasie seansu obserwuj ekran – improwizacja jest możliwa, czasem ze znakomitym skutkiem (świetne „Metropolis” z samotnym podówczas Józefem Skrzekiem, samotnym, bo nieotoczonym licznym zespołem wykonawczym).
  7. A do tego wszystkiego – trochę pokory, trochę fantazji, własnego spojrzenia na kino nieme – i będzie dobrze.

Czego życzę w imieniu swoim i rzeszy zwolenników tego rodzaju sztuki, o czym niezmiennie świadczą wypełnione sale kinowe podczas seansów z muzyką na żywo.

SBB, Welcome, 1979

Album Welcome został nagrany w październiku 1978 roku w studiu Polskiego Radia w Opolu. Pink Floyd rok wcześniej wydali Animals, a The Wall miał się ukazać pod koniec 1979 roku. We wrześniu 1978 roku wyszedł krążek Tormato Yes, kolejny – Drama – w 1980. Emerson, Lake and Palmer dogorywali po słabiutkiej Love Beach (listopad 1978), Genesis właśnie wkroczyli na popową drogę, wydając …and Then There Were Three…. Intensywnie funkcjonuje w tamtym czasie jedynie formacja U.K., która na przestrzeni dwóch lat wydaje trzy albumy. Zarówno na tym tle, jak i całkiem obiektywnie rzecz biorąc, płyta SBB opublikowana w 1979 roku jest po prostu rewelacyjna.

[more]

Gdy zimą 1979 roku Dariusz Michalski zaprezentował w Muzycznej Poczcie UKF jeszcze ciepły materiał przygotowany na drugą RFN-owską płytę zespołu, jako miłośnik takich dźwięków poczułem się znokautowany, a jako Polak i Ślązak – spuchłem z dumy.

Skrzek jako kompozytor uciekał ciągle w stronę długich, rozbudowanych form muzycznych. Na tym albumie natomiast mamy pierwotnie siedem utworów (w wersji CD doszedł jeszcze odrzucony wcześniej Rain). Otrzymaliśmy więc utwory krótsze, w których skondensowane zostało wszystko co najlepsze spod znaku SBB. Welcome to, nie waham się użyć tego określenia, arcydzieło, jedna z najwybitniejszych płyt w historii polskiego rocka, ale także płyta, której nie powstydziłaby się żadna z progrockowych kapel zachodnich.

Zaczyna się znakomicie: instrumentalny Walking Around The Stormy Bay to najlepszy utwór z całego dorobku grupy, porywające połączenie klimatów progressive i hard rocka. Co może się jeszcze wydarzyć po takim początku? Bez obaw, zespół znajduje się w szczytowej formie. Raz jest spokojniej, lirycznie – jak w piosence tytułowej – a czasem bardzo dynamicznie (Rain), zwykle jednak te nastroje bezustannie się mieszają, by doprowadzić nas do fantastycznej solówki Lakisa w finale kończącej płytę minisuity Last Man At The Station.

To, w jakie rejony zawędrowali Skrzek, Anthimos i Piotrowski, do dziś budzi najwyższe uznanie. Trzech wirtuozów stworzyło taki materiał muzyczny, że nawet kiepska angielszczyzna lidera jest zdecydowanie do zaakceptowania – tym bardziej, że siły głosowi Skrzeka bynajmniej nie brakuje. Tym albumem bezdyskusyjnie udowodnili, że należą do światowej czołówki, co nie raz w tamtym czasie sygnalizowali dziennikarze zachodni, którzy mieli okazję usłyszeć polskie trio.

Niestety, wkrótce potem okazało się, że muzycy nie dają rady żyć i pracować w tym tempie. Walka o pozycję na europejskich rynkach, wielomiesięczne trasy koncertowe, problemy Lakisa powodujące, że wielokrotnie Skrzek i Piotrowski musieli grać tylko w dwójkę – to wszystko sprawiło, że w listopadzie 1980 roku powiedzieli „Dość, jesteśmy zmęczeni, musimy odpocząć”.

Dla fanów była to straszna wiadomość, „pośmiertnie” wydane w 1981 roku Memento z banalnym tryptykiem było kolejnym znakomitym krążkiem i raz jeszcze dowodziło wielkiego potencjału twórczego i wykonawczego, ale rozpad zespołu stał się faktem. Miało to miejsce w bardzo znaczącym dla całego rocka symfonicznego czasie, jakim był przełom lat 70. i 80. (piszę o tym w majowym tekście 1980: koniec SBB i rocka progresywnego).

Wiem skądinąd, że nawet dla moich rówieśników – wielbicieli art rocka z lat 70. – twórczość SBB jest często ziemią nieznaną. Zespół zbyt uciekał, zwłaszcza na koncertach, w stronę jazz rocka? Trzy pierwsze albumy były zbyt surowe? Tak trudno było niektórym uwierzyć, że u nas, w Polsce, ktoś może grać na światowym poziomie? Cudze chwalicie, swego nie znacie?

Jeśli miałbym kogoś dziś skłonić do pierwszej próby kontaktu z muzyką SBB – zdecydowanie proponuję Welcome. Obiektywnie, powtarzam, płyty znakomitej. Zaś dla mnie osobiście, w mojej trwającej nieustannie przygodzie z muzyką – zajmującej absolutnie wyjątkowe miejsce.

SBB, Kinoteatr „Rialto” Katowice, 29 marca 2012

Na czwartkowy koncert SBB w katowickim Rialcie bałem się iść. Zderzenie legendy z rzeczywistością, choć nie pierwsze, zawsze może okazać się katastrofą, a już bardzo prawdopodobne, że rozczarowaniem.
Pierwsza dobra wiadomość, że zagrają jednak w trójkę, z Ireneuszem Głykiem na bębnach (najnowszą płytę, dopiero co wydaną, nagrali tylko w duecie, co też budziło moje obawy). Pomyślałem jednak, że nawet jeśli nie będzie za dobrze, to warto pójść, by posłuchać gry Lakisa.

[more]

W kinoteatrze poczułem się, nie ukrywam, wspaniale. Jako prawie pięćdziesięciolatek należałem, poza nielicznymi reprezentantami pokolenia synów fanów sprzed lat, do najmłodszych. A jednocześnie złączony z innymi wspólną intencją.

Zaczęli już pięć minut po 20.00. Materiał z ostatniej płyty, instrumentalny, niezły, ale nieznany, nie rzucał na kolana, choć warsztat tria wciąż imponuje. Gdy Skrzek „przesiadł się” na gitarę basową i rozbrzmiały pierwsze nuty Odlotu, publiczność wyraźnie się ożywiła. Utwór rozwijał się niesamowicie, duch nagrania ze Stodoły z 1974 roku unosił się w powietrzu, a temperatura sali osiągnęła wrzenie. Gdy skończyli po kilkunastu minutach, owacjom nie było końca. To był naprawdę fantastyczny kawał muzyki.

Później jeszcze, znana z wcześniejszych koncertów, skrócona wersja Mementa z banalnym tryptykiem, która kończy się – moim zdaniem – najpiękniejszą solówką gitarową w historii polskiego rocka (to nieważne, że inspirowaną Gilmourowskim popisem w Pigs (Three Different Ones)). W tej wersji koncertowej Apostolis odtworzył ją bardzo wiernie, choć bez tego rockowego dynamitu. W ogóle – ani razu nie „dosypał do pieca”, ale grał tak niewiarygodnie kunsztownie, że wciąż jawi mi się jako najwybitniejszy gitarzysta między Odrą a Bugiem, a cyrkowe popisy panów Satrianiego czy Vai to zaledwie szkoła średnia przy jego profesurze.

Potem jeszcze żelazny punkt koncertu, czyli sola perkusyjne, z których po kilkunastu minutach wykluwa się mój absolutnie ukochany Walking Around the Stormy Bay. I wciąż czekam, kiedy zamiast walić w bębny, Lakis zagra w tym numerze na gitarze, wzmacniając w ekstatycznym finale brzmienie syntezatorów. Bez gitary temu znakomitemu utworowi zdecydowanie brakuje siły. Po wielominutowych oklaskach, bez schodzenia ze sceny, muzycy grają jeden kawałek na bis i definitywnie kończą występ. Ale jest już prawie 22.20, więc nikt nie może mówić o niedosycie.

To, co zawsze było dyskusyjne – śpiewanie Skrzeka – takim, oczywiście, pozostało. Choć, podobnie jak na koncercie SBB  w 2009 roku na festiwalu „Ku przestrodze”, byłem bardzo pozytywnie zaskoczony siłą głosu niemłodego już przecież człowieka. Gdyby tak jeszcze zechciał wziąć parę lekcji śpiewu i dykcji… Ale to chyba dziś – jeszcze bardziej niż w latach 70. – nierealne, więc pozostajemy w klimatach naturszczykowskich, śląsko-angielskich. Jednak wybaczam niedomagania wokalne, bo całość – koncert, zespół, muzyka – mimo upływu lat się broni. Na szczęście – i dobrze, bo odcinanie artystycznych kuponów od dawnej sławy i pozycji niekwestionowanego lidera na polskim rynku muzycznym lat 70. byłoby dla starych fanów nie do zniesienia.

Skrzek mówił wyjątkowo niewiele, ale radośnie przywitał się z publicznością, nim rozbrzmiały pierwsze dźwięki:

– Pytają nas, czy to ostatnia płyta SBB. Bo tako ciemno, czorno…

Po tym, co usłyszałem w czwartkowy wieczór, wierzę, że SBB nie jest jeszcze zamkniętym rozdziałem. Choćby tylko dla tych, co już – trochę albo bardzo – posiwieli, wyłysiali i zapuścili brzuchy. Ale głowy wciąż mają pełne muzyki.

31 marca 2012


1980: koniec SBB i rocka progresywnego

W środę, 19 listopada 1980 roku, w ‘Muzycznej poczcie UKF’ (od 17.05, po wiadomościach, do 17.40) Piotr Kaczkowski podał wiadomość o takiej mniej więcej treści: „Dziś na Okęciu wylądowała grupa SBB, powracająca z kolejnej trasy koncertowej w Europie Zachodniej. Muzycy oświadczyli, że są zmęczeni, mają dość tak intensywnego życia zawodowego – i grupa przestaje istnieć”. Jakby ktoś wbił nóż w moje osiemnastoletnie serce. Jak to, dlaczego, jak można, teraz – gdy wreszcie płyty brzmią fenomenalnie, gdy grupa jest u szczytu swych możliwości twórczych i wykonawczych?!

[more]

Z perspektywy lat widać w tym znak czasu, chichot muzycznej historii. Tak naprawdę żadna znacząca symforockowa grupa nie przetrwała do lat 80. King Crimson dali sobie spokój w 1974 (ich genialny powrót w 1980 to była zupełnie nowa jakość muzyczna), Emerson, Lake & Palmer rozpadli się w 1978 roku (powrócili co prawda w 1985, ale nigdy nie odzyskali dawnej pozycji). Yes zmieniali wielokrotnie skład. Drama z 1980 roku nagrana została bez Andersona, a 90125 to było już coś zupełnie innego, popowego. Podobnie Genesis, którzy weszli na popową drogę w 1978 roku. U.K. – ostatni wielcy – okazali się efemerydą i przestali istnieć w 1979 roku. Pink Floyd po nagraniu The Wall nigdy już nie byli tą grupą – ani gdy chodzi o skład, ani jakość proponowanej muzyki – okropne, nadęte i operowe The Final Cut definitywnie zakończyło czas Watersa. Asia była artystyczną porażką, zresztą też zdecydowanie popową, Marillion, jako kalka starego Genesis, nigdy mnie nie zainteresowali i nie rozumiem, skąd ten (polski) szum wokół nich przez tyle lat.

Śmiem twierdzić, że to, co Skrzek robił z kolegami, sytuowało ich pośród najwybitniejszych wykonawców tego nurtu w owym czasie. Arcydzieło, jakim dla mnie jest Welcome, z genialnym Walking Around The Stormy Bay jako intro, oraz, już „pośmiertnie” wydane, znakomite Memento z banalnym tryptykiem z fenomenalnym  finałem tytułowego utworu, chyba najlepszą gitarową solówką – Lakisa – w dziejach polskiego rocka, dowodziły ogromnego talentu kompozytorskiego Skrzeka oraz mistrzowskiego aparatu wykonawczego całej grupy. Nawet pozostawiający wiele do życzenia głos lidera, jego śląski akcent i słaba angielszczyzna, nie są w stanie obniżyć oceny całości. Trzymany w ryzach przez Conny’ego Planka przy nagrywaniu Welcome – wokal Skrzeka wypada bardzo, bardzo przyzwoicie, a w Last Man At The Station – wręcz bardzo dobrze (Dariusz Michalski słusznie dopatrzył się tutaj i w Rainbow Man chrypy a la Paul McCartney).

Tak więc SBB też nie przetrwali 1980 roku, podobnie jak słynne zachodnie kapele tego nurtu. Nie przetrwali, by – wraz z pierwszym wybuchem wolności w Polsce – zrobić miejsce nieco młodszym od siebie, zrobić miejsce dla gitarowego rocka, który eksplodował wtedy w naszym kraju. Wydaje mi się wielką niesprawiedliwością, że zarówno  radio, jak i świadomość większości słuchaczy, wciąż sięga (jak najbardziej zasłużenie) pierwszych nagrań  Perfectu, Maanamu, Republiki, a zupełnie zostało wyparte z pamięci to, co powstało w latach 70. Było tego serdecznie mało – i tym bardziej trudno zrozumieć, że nie pamięta się o tak znakomitej kapeli jak SBB. A przecież nie wszystkie jej utwory są zbyt długie w odniesieniu do dzisiejszych wymagań stacji radiowych.

Po latach, w nieco innym składzie, zespół wznowił działalność. Sporo koncertuje, wydaje płyty. Płyty całkiem niezłe, zawodowo zagrane i nagrane, z przyzwoitym materiałem muzycznym. Ale dziś, po latach, są to już obrzeża rynku muzycznego, bez szans na zaistnienie w świadomości przeciętnego zjadacza muzyki. Ale też nie o to już chodzi. Starych fanów ciągle jeszcze jest całkiem sporo.

6.01.2012