Play Like Led Zep, czyli Kiszka z chrzanem

pobrane19

Ten, kto w swym muzycznym sercu znajduje miejsce na wspólne dokonania Planta, Page’a, Jonesa i Bonhama, nie może nie zareagować na granie młodych Amerykanów uśmiechem pomieszanym ze wzruszeniem.

[more]

*

Zacznę banałem: każdy, kto często słucha muzyki, na własnej skórze – i uszach – doświadcza tego, że po wyjęciu z odtwarzacza jednej płyty, wkłada do niego coś z zupełnie innego czasu czy rodzaju – po klasyce może zabrzmieć jazz, po płycie starej, sprzed półwiecza, coś świeżo wydanego. Ot, normalna kolej rzeczy.

Więc zdarzyło mi się, po kilku tygodniach przerwy, wrzucić do odtwarzacza najnowszy album Queens of The Stone Age (ciesząc się znalezionymi pod choinką biletami na ich czerwcowy koncert na Torwarze), a zaraz potem włożyć w to samo miejsce własny świąteczny nabytek – krążek młodej amerykańskiej kapeli Greta Van Fleet, która zdobyła sobie ostatnio uznanie sporej części Trójkowych słuchaczy.

Ten, kto w swym muzycznym sercu znajduje miejsce na wspólne dokonania Planta, Page’a, Jonesa i Bonhama, nie może nie zareagować

uśmiechem pomieszanym ze wzruszeniem,

słuchając piosenki Highway Tune. Pozornie to proste: wykorzystać naturalne warunki głosowe, zastosować gitarowe (ale nie tylko) patenty – i zagrać jak Led Zeppelin. Pozornie, bo gdyby tak było w istocie, naśladowców mielibyśmy jeszcze więcej niż ma to miejsce, a od udanych kopii roiłoby się w YouTubie albo na sklepowych półkach z płytami. W przypadku trzech braci Kiszków (typowo amerykańskie nazwisko) i ich kuzyna Wagnera „podróba” jest jednak wyjątkowo udana: kipi nieskrępowaną energią, świeżością i radością grania.

Pierwsze przesłuchania całości, czyli dwóch EPek umieszczonych na jednej, trochę ponadpółgodzinnej płycie, to przedzieranie się przez siedem nieznanych utworów okraszonych tym jednym dobrze już przyswojonym. I co się okazuje, przynajmniej gdy chodzi o moje wrażenia? Chłopaki potrafią posługiwać się instrumentami i, jak mnóstwo dwudziestoparolatków, są zafascynowani 

graniem z przełomu lat 60. i 70.

Do tego – powtórzę – barwa głosu Josha Kiszki nieuchronnie prowokująca do porównań z mistrzem Robertem spowodowała zapewne, iż skłonność amerykańskiej czwórki do dziedzictwa LZ przybrała szczególną postać. Można się domyślać, ile razy na próbach przećwiczyli lwią część dorobku Page’a i Planta, jak bardzo ich muzyczna wyobraźnia została naznaczona brzmieniem słynnych Brytyjczyków. Ale nie tylko ich – A Change Is Gonna Come, znakomity soulowy numer Sama Cooke’a,  brzmi w wykonaniu Grety jak wyrwany żywcem z dorobku Janis Joplin. W ogóle, za wybór coverów – drugi to kawałek Fairport Convention – należą się chłopakom duże brawa.

Kwartet istnieje od 2012 roku, w 2018 ma zjechać do Europy, a nawet dać koncert w studiu im. Agnieszki Osieckiej. Będzie więc okazja, by sprawdzić, jak spisuje się na żywo. Co zaś do jego przyszłości – tak jak oczywiste są skojarzenia, tak nieuchronne pytania, czy obecne granie GVF to patent na dłuższą i sporą karierę, czy może punkt wyjścia do przemówienia własnym, bardziej oryginalnym głosem. Czy mamy do czynienia z narodzinami gwiazdy, czy raczej kolejnym przemykającym meteorem, który – nim zgaśnie – zdołał na chwilę poruszyć serca fanów klasycznego rocka?

(Greta Van Fleet, From The Fires, 2017)

[W NaTemat: 6 stycznia 2018]

Nawet sobie nie wyobrażasz, jak mi ze sobą źle

janis

Jest w filmie taka scena, gdy Paul A. Rothchild, producent, mówi do Joplin: „Chcę, byś najlepszą swoją płytę nagrała za trzydzieści lat”.

[more]

*

„Janis” to film poprawny. Mało? I tak, i nie. Gdyby podobna produkcja dotyczyła gwiazdy ostatnich lat, na przykład zmarłego kilkanaście dni temu Davida Bowiego, nasz zawód byłby zdecydowanie uzasadniony. Bo z ogromnej ilości wszelkich dostępnych materiałów da się obecnie wysmażyć coś znacznie bardziej smakowitego. Da się, co nie znaczy, że ostateczny kształt potrawy musi przypaść do gustu tzw. ogółowi. Najlepszymi dowodami ostatnich lat są chyba „Sugarman”, świetny, choć nie całkiem prawdziwy film o Sixto Rodriguezie, oraz zdecydowanie słabszy „Amy” – ulepiony z tysięcy filmików zarejestrowanych w swoich telefonach komórkowych przez przeróżnych ludzi. I pokazujący młodą dziewczynę tyleż utalentowaną, co zupełnie nieznośną i ciężkostrawną.

*

Życie generalnie ulepione jest z chwil raczej mało niż bardzo istotnych. I w większości też tych, w których nie prezentujemy się szczególnie dobrze. Chyba każdy z widzów „Janis” ma świadomość, że gdyby tego typu film mógł powstać w ostatnim czasie i posłużyć się dostępnymi dziś technologiami, prawdopodobnie ujrzelibyśmy niejedną gwiazdę równie mocno obnażoną i zdemaskowaną, jak Amy Winehouse. Także Janis Joplin, bo pewnych analogii między obiema paniami nie sposób nie dostrzec.

Film o Joplince ma jednak co najmniej 

jedną wielką wartość: 

zbiera w sto sześć minut szereg archiwalnych materiałów – wywiadów, wystąpień w programach telewizyjnych, a nade wszystko fragmentów koncertów. Właśnie, sprawa byłaby w pewien sposób prostsza, gdyby na tapetę wziąć jakiś koncert JJ i poddać technologicznej obróbce, jak na przykład zrobiono to z występem Hendriksa na festiwalu w Woodstock czy koncertem Doors w The Bowl w 1968. Wtedy zostalibyśmy sam na sam wyłącznie z muzyką.

Film jednak usiłuje, czasem w lepszy, a zwykle w pozostawiający sporo do życzenia sposób nakreślić sylwetkę wokalistki. I znów: w filmach telewizyjnych o podobnym charakterze mniej jest archiwaliów „pozaestradowych”, więcej natomiast głosów dziennikarzy muzycznych analizujących po latach takie czy inne zjawisko. Tu tego nie ma, są natomiast głosy kilku muzyków, którzy związani byli z Joplin w różnych okresach jej kariery, są głosy siostry i brata, co z kolei jest próbą odtworzenia punktu wyjścia, czyli domu rodzinnego artystki w Teksasie.

*

Film nie porywa, nie urzeka – i tym szybciej po jego zakończeniu zastanawiamy się, 

na ile jest miarodajny,

na ile prawdziwie przypomina losy przedwcześnie zmarłej wokalistki. 

Czegoś się jednak dowiadujemy albo też o czymś nam przypomina: o mieszczańskiej Ameryce końca wojny (Joplin urodziła się w 1943 roku), lat 50. i 60., o trudnym procesie przenikania się społeczności i kultury białych i czarnych, który gwałtownie przyspieszył i nie zawsze w pokojowy sposób przebiegał w okresie flower power. O dzieciństwie i, zwłaszcza, dorastaniu w środowisku rówieśników, wielu cierpieniach, jakich doświadczyła niegrzesząca szczególną urodą Janis ze strony grupy szkolnych kolegów. 

O objawieniu się jej wokalnego talentu,

o San Francisco pozostającym w muzycznej opozycji do Los Angeles, o pierwszym i kolejnych zespołach, z którymi przyszło Joplin występować. O pierwszym kontrakcie płytowym i trasach koncertowych. O poszukiwaniu miłości i heroinie, która ją – w zupełnie nieoczekiwanym momencie – zabiła.

Dostrzegamy wiele podobieństw do innych wielkich artystów. Choćby Jima Morrisona, który był tak nieśmiały, że wstydził się śpiewać, a w końcu do tego namówiony, na początku kariery stał odwrócony tyłem do widowni. Joplin podobnie, weszła w muzykę obarczona całą masą kompleksów i z niskim poczuciem własnej wartości. Tyle że skala jej talentu wokalnego ujawniła się bardzo szybko – i szybko też piosenkarka postanowiła wielu ludziom, zwłaszcza z rodzinnego Port Arthur, udowodnić, jak bardzo mylili się co do jej osoby.

Rozdwojony obraz artystki nie dziwi. Nie zaskakuje to, że w szalonym świecie muzyki końca lat 60. jest 

mnóstwo drugów i alkoholu,

a ich dostępność powoduje, że nikt – ani muzyk wywodzący się z prostej, robotniczej rodziny, ani ten o inteligenckim pochodzeniu – nie potrafi się temu oprzeć. Joplin też nie, ale jednocześnie z listów do rodziny, które stanowią swoiste intermedia w filmie – wyłania się obraz normalnej, skromnej i myślącej dziewczyny.

*
Najcenniejsza jest muzyka – to nie podlega dyskusji, bo Joplin to przecież jedna z ikon rokendrola, członkini okrytego złą sławą „Klubu 27”. A więc ważne są fragmenty występów, choćby tego w Monterrey w 1967 roku. Podobnie cenne jest to, co o muzyce i jej roli w życiu mówi sama artystka. Na przykład o wspaniałym sprzężeniu zwrotnym między sceną a widownią, o przenikaniu się tych dwóch energii, co jest niezbędne, by móc dać z siebie wszystko.

W pewnym momencie pada pytanie: czy czasem nie masz dość, nie czujesz, że dziś nie jest twój dzień, że masz doła i nie powinnaś śpiewać? Joplin z uśmiechem zaprzecza, mówi, że nie ma takiej możliwości.

Jest natomiast ta powtarzalna w życiu muzyka okoliczność, że koncert się kończy, gasną światła, publiczność się rozchodzi, a ty zostajesz [b]sam z tym wszystkim.[/b] 
Ze sobą, z nadwrażliwością, z pobudzeniem lub otępieniem narkotycznym czy alkoholowym, z banalnym, ale zupełnie nieznośnym bólem istnienia. „Nawet sobie nie wyobrażasz, jak mi ze sobą źle” mówi Janis do jednego z rozmówców.

Gdyby przeżyła, przeszła ten szalony czas w życiu, pewnie – jak powiedział Tony Bennett po śmierci Winehouse – nauczyłaby się żyć. Tak jak Jagger, Richards i wielu innych balansujących przez długie lata na cienkiej linie. I pewnie też nagrałaby jeszcze mnóstwo znakomitych piosenek i całych albumów.

Paul A. Rothchild, słynny producent płyt The Doors, produkujący album JJ zatytułowany Pearl, który ukazał się już po śmierci artystki, intensywnie namawiał ją do śpiewania w inny, dojrzalszy sposób, niż robiła to dotąd. Nauczył – właśnie on, jeśli wierzyć filmowi – świadomego operowania głosem, tego, że niekoniecznie trzeba go nieustannie forsować, by przekazywać swoje emocje. Jest taka scena, gdy mówi do Janis: „Chcę, byś najlepszą swoją płytę nagrała za trzydzieści lat”.

Stało się jednak inaczej. Po długim okresie odstawienia heroiny, którą zastąpiła alkoholem, wokalistka postanowiła 

wziąć jeszcze raz.

Ostatni, by sobie przypomnieć, jak to jest „po”. 4 października 1970 roku znaleziono ją w pokoju hotelowym w Los Angeles. Na podłodze, obok łóżka. Martwą.

(Janis. Little Girl Blue, reż. Amy Berg, 2015)

[W NaTemat: 27 stycznia 2016]

Miejsce, w którym zakrzywia się czas

Każda doba ma dwadzieścia cztery godziny, każdy rok dwanaście miesięcy. A jednak, mimo tej bezwzględnej i upiornie działającej matematyki, pewne rachunki i wyliczenia – dokonywane na własny użytek – czasem (nomen omen) zadziwiają.

[more]

I tak oto konstatuję, że pierwszy zakup płytowy, jakiego dokonałem, od pierwszego nabytku CD (Pearl Janis Joplin) dzieli raptem trzynaście lat – 1977 i 1990. Od tamtej pory mijają dwadzieścia trzy lata i może tylko obecność w domu dwóch facetów wyższych ode mnie o pół głowy dowodzi poważnych zmian, jakie w tym okresie się dokonały. Jak to zdążyłem, za przeproszeniem, się posunąć.

W 1977 nie byłem nawet absolwentem szkoły podstawowej, zaś w 1990 żonatym od trzech lat facetem, z żoną w mnogiej ciąży. Za sobą miałem trzy szkoły, dwie zmiany adresu i pierwsze rozczarowania dorosłego człowieka. Cały ogrom zdarzeń.

Z jednej strony pojawienie się dziecka, a cóż dopiero dwojga naraz, wywraca świat do góry nogami, a z drugiej – właściwie nie dzieje się już w życiu nic, co mogłoby się równać siłą doznań z okresem dzieciństwa i młodości.

Więc niby jest bardziej liniowo, a jednocześnie – w tej liniowości – czas zdaje się poruszać ruchem jednostajnie przyspieszonym. Dni, tygodnie i lata pędzą coraz bardziej naprzód, zupełnie oszalałe. Na łeb, na szyję, na złamanie karku. Szum w głowie wciąż się wzmaga, spraw wszelakich co dzień sporo, ale tych istotnych niewiele. Zupełnie na odwrót niż dawniej, kiedy było ich mało, a wszystkie wagi niezmiernej. Nowych książek regały pełne, ale jakby treść ich bez znaczenia w większości, płyt ilość nie do ogarnięcia, ale gdzież im do tych z lat 60. czy 70.

Tyle że świat się skurczył, przybliżył, a i my – nareszcie – do świata także. Więc niech tam, niech będzie, niech strzyka w kościach, jeśli musi. Narodzin wokół coraz mniej, pogrzebów coraz więcej.

Pamięć szczęśliwie ciągle dopisuje (to i owo). Na przykład ze studenckich czasów pierwsze lub jedne z pierwszych tomiki poetyckie ludzi parę lat ode mnie, od nas starszych. Przewidujące Wszyscy podpiszemy nasze spuszczone oczy Włodzimierza Dulemby. Pogodzone Jeszcze żyjemy Aleksandra Rybczyńskiego. Najnowszy testament Dariusza T. Lebiody. Albo Strefę skażeń Piotra Bratkowskiego. Strefa się zmieniła, skażenia pozostały. A może – strefa pozostała ta sama, a skażenia się zmieniły?

           *

     kiedy wejdą tu do nas

     uchylą drzwi

     zrobią ostre światło

     i rentgeny języków

 

     co zrobimy wtedy z oczami

     gdzie schowamy ręce

     gdzie podziejemy nasze kroki

 

Blues molowy o „Klubie 27”

Klub powstał dawno temu, ma otwartą formułę i doczekał się nawet własnego artykułu w Wikipedii. Kilkoro jego członków wywarło wielki wpływ na muzykę rockową. Wpływ zdecydowanie artystyczny, aczkolwiek niehigieniczny tryb życia i przedwczesna śmierć stanowią nierozerwalną część ich legendy.

[more]

Bezmyślność i okrucieństwo losu zawsze towarzyszyło ludzkiemu istnieniu. Zawsze też informacje o śmierci ludzi znanych, popularnych, lubianych rozpalały głowy i prowokowały do dyskusji. Chcesz stać się legendą? Umrzyj, najlepiej młodo.

Na jedyny taki w historii,

rokendrolowy ferment

– końca lat 60. i początku 70. – złożyło się parę czynników. Pokoleniowy – wejście w czas dorosłości ludzi niepamiętających drugiej wojny światowej. Polityczny – konflikt w Wietnamie, w który zaangażowane były USA i Wielka Brytania. W pierwszym przypadku skutkowało to tysięcznymi powołaniami do armii, wyjazdem na azjatycki front i, w stanowczo zbyt wielu przypadkach, powrotem do ojczyzny w trumnie lub na wózku inwalidzkim.

Kulturowy, artystyczny – rokendrol osiągnął dojrzałość. Do lamusa odchodziły dwuipółminutowe piosenki o miłości chłopca do dziewczyny zilustrowane dość nieporadnym, amatorskim potraktowaniem instrumentów. Wokół tej niewiarygodnie szybko dojrzewającej muzyki skupiło się mnóstwo zjawisk. Rock stał się

sposobem na życie.

Dla wybranych na scenie, dla większości – wokół niej. Dla wszystkich – sposobem na ucieczkę. Od nudy, norm społecznych, zastanego porządku. Sposobem na odreagowanie. Także – za sprawą używek. Najwyższe wzloty artystyczne przeplatały się więc z ludzkimi upadkami.

Aż wreszcie w sidła śmierci, co było nieuchronne, zaczęli wpadać ci najwięksi. Oklaskiwani przez miliony, kochani, uwielbiani. Tak się złożyło, że w ciągu trzydziestu dwóch dni 1970 roku pożegnało się z tym jedynym znanym nam światem trzech znakomitych wykonawców, rok z niewielkim okładem wcześniej zmarł członek jednej z najsłynniejszych grup nie tylko tamtych czasów, a w lipcu 1971 przez „drzwi percepcji” przeszedł kolejny z największych.

Alan „Blind Owl” Wilson, współzałożyciel Canned Heat, przedawkował 3 września, Jimi Hendrix – 18 września, Janis Joplin – 4 października 1970 roku. 4 lipca 1969 wyciągnięto z jego prywatnego basenu martwego Briana Jonesa, dopiero co wyrzuconego z The Rolling Stones. Niemal równo dwa lata później, 3 lipca 1971 w Paryżu, znaleziono w wannie nieżywego Jima Morrisona. Dwa lata, pięć trupów z najwyższej rokendrolowej półki. Wystarczy?

Bluesowo-rokendrolowy pokój w „Klubie 27”

otwarł jednak wiele lat wcześniej, bo w 1938 roku, uważany za pioniera współczesnego łojenia Robert Johnson. Genialny Murzyn, na którego wciąż powołują się najwięksi z największych gitarzystów.

„Klub 27” to umowne i bardzo pojemne hasło. Miejsce, do którego w ostatnim dwudziestoleciu wejściówki otrzymali Kurt Cobain i Amy Winehouse. Lecz przecież śmierć zagościła wśród rokendrolowców tak samo, jak w każdym innym środowisku. A właściwie zdecydowanie wyraźniej, bo ludzie związani z tą muzyką – jak to zwykle z niepokornymi artystami bywa – byli i są bardziej skłonni niż przeciętni śmiertelnicy smakować życie we wszelkich jego przejawach. Także takich, kiedy bezustanne balansowanie na cienkiej i kruchej granicy kończy się jego – życia – utratą.

Hard Woman – Beth Hart, Chorzów, 26 lutego 2013

Posłużę się moją ulubioną frazą Antoniego Piekuta: „To nie było żadne tam pitu-pitu, tylko porządne łojenie”. Bo to nie jest granie dla grzecznych ludzi, którzy co prawda mają dowód osobisty, ale na wszelki wypadek zakładają śliniaczek i pampersa. To był krwisty befsztyk, porcja tatara oraz pieczony schab z suszoną śliwką w środku.

[more]

Koncert Beth Hart w Miejskim Domu Kultury w Chorzowie-Batorym (już drugi, pierwszy miał miejsce w czerwcu ubiegłego roku), w lwiej części zgromadził pod sceną słuchaczy w przedziale „40+”, choć młodych też nie brakowało. Nie dziwota, gdyż liderka wspierana przez czterech  świetnych muzyków odpaliła

ładunek rocka i bluesa

korzeniami sięgający przełomu lat 60. i 70.

Kolejny raz w niedługim czasie doświadczyłem grania, które kocham najbardziej: klimatów spod znaku Led Zeppelin, Janis Joplin, a i Rolling Stones także. Większość ludzi potrzebuje jakiejś adrenaliny, dla mnie jest nią rokendrol czerpiący obficie z bluesa, dlatego po godzinie i czterdziestu pięciu minutach opuszczałem miejsce koncertu szczęśliwy, z gębą roześmianą od ucha do ucha. I nie ja jeden, bo zabawa była naprawdę przednia.

Chemia,

jeden z moich szczególnie nieulubionych przedmiotów szkolnych, wzięła we władanie wszystkich. Czuć ją było na scenie, już od pierwszych dźwięków Face Forward, którym rozpoczął się występ. Jakie to ważne, jak bardzo przekładające się na jakość grania, gdy muzycy lubią się nawzajem i szanują! Taka dobra energia natychmiast trafia do widowni, a ta na Śląsku do bluesa ma stosunek od dziesiątków lat szczególny. I w tej wspaniałej atmosferze pędziliśmy przez ostre kawałki i zwalniali w bluesowych.

Zastanawiałem się, jak ta skądinąd niewątła kobieta będzie w stanie wytrwać z siłami oraz głosem nienadwerężonym kolejnymi minutami wokalnej jazdy bez hamulców. Niepotrzebnie,

struny głosowe Beth Hart

stroiły od pierwszej do ostatniej wyśpiewanej głoski.

Na repertuar występu złożyły się głównie utwory z dwóch ostatnich płyt wokalistki – Don’t Explain (2011) nagranej razem z Joe Bonamassą oraz ubiegłorocznej Bang Bang Boom Boom. Hart śpiewała, czasami zasiadając do swojej Yamahy, a w dwóch utworach do gitary akustycznej. Obok niej na scenie znajdowało się czterech facetów – dwie gitary, bas i perkusja, znakomity zespół.

Można się zastanawiać, jak to jest, że muzycy tej miary zapełniają dom kultury, a nie Spodek. Ale, z drugiej strony, klimat takiego klubowego występu, gdy z widowni na scenę są dwa kroki, ma swój wielki urok. Tak samo, jak ta muzyka sklejana na nowo od czterdziestu paru lat. Jest w niej magia, która sprawia, że wciąż są tacy, którzy chcą ją grać. I wciąż pojawiają się w kolejnych pokoleniach konsumenci zupełnie nieodporni na jej wdzięk.